Niedziela dopiero się zaczęła. Wzięłam prysznic, ubrałam się i usiadłam na kanapie w salonie. Moim największym problemem były nieustanne zawroty głowy. Nie mogłam nawet przejrzeć się w lustrze. Nie pamiętam jak wyglądałam, w co byłam ubrana, ani która dokładnie była godzina. Na obiad przyjechała do nas moja siostra cioteczna z córką. Od ponad roku widywaliśmy się regularnie, w tamten weekend też byłyśmy umówione, ale jak już wiadomo z poprzednich wpisów, nie byłam w stanie nic ze sobą zrobić. Siedziałam w jednym miejscu totalnie rozbita. Zjadłam niewielki obiad, a na deser dostałam elektrolity o bananowym smaku, które były ohydne, mimo że lubię banany. Zrobiło mi się po nich lepiej. Po czasie moja siostra cioteczna powiedziała, że domyślała się, iż stało się ze mną coś gorszego niż problem z zatokami. Była końcówka weekendu, koronawirus w natarciu, obejrzeć mógł mnie tylko lekarz rodzinny w poniedziałek. Poinformowałam sms-em szefową, że nie będę w stanie dotrzeć w poniedziałek do pracy. Nie pamiętam więcej z tamtej niedzieli. Nastał poniedziałek, był wrzesień, poranki były już chłodne, ale słoneczne. Mój brat miał tego dnia wolne, więc zawiózł mnie do ośrodka zdrowia, a raczej pod, bo wraz z obowiązującymi zasadami kolejka stała na zewnątrz, a pacjentów wpuszczano pojedyńczy po zmierzeniu temperatury i wypełnieniu ankiety. Miałam duże szczęście, że akurat przyjmował nowy lekarz rodzinny - z wykształcenia neurolog, który przejął posadę po zmarłym ojcu - pediatrze. Moja cała uwaga była skupiona na tym, że kręciło mi się w głowie i potrafiłam opowiedzieć tylko o tym. Zasugerowałam też, że może to od zatok, z którymi miałam nie raz problemy. Nie pamiętałam, że przeszedł mnie najgorszy w życiu ból głowy i że z bezsilności opadła mi prawa ręka. Zostałam zbadana, wykonując standardowy zestaw badań neurologicznych. Na koniec doktor kazał zdjąć mi maseczkę i się uśmiechnąć. Moje kąciki ust nie opadły, to nie był udar w tej części mózgu. Wtedy nie rozumiałam, czemu miał służyć ten uśmiech, wydało mi się to tylko dziwne. Dostałam skierowanie na badania krwi i moczu. Poniedziałek trwał oczywiście 24 godziny, ale więcej nie pamiętam z tamtego dnia. Nie wiem, co jadłam i co robiłam i z kimś miałam kontakt. Musiałabym przejrzeć archiwum rozmów, żeby ustalić kogo i w jakiej kolejności informowałam o swoim stanie, ale nie potrzebuję tego tutaj zapisywać. We wtorek zaczęła mi się miesiączka. Czułam się tragicznie. Bolał mnie brzuch, ale nie mogłam wziąć żadnych leków, bo się bałam. Nie mogłam też zrobić badań moczu, ale krwi bez problemu. W punkcie pobrań okazało się, że pracuje moja koleżanka z liceum. Ciekawe doświadczenie. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że ktoś znajomy wbije mi igłę w rękę. (Przyznaję, moja przyjaciółka jest również pielęgniarką, ale pracuje kilkaset kilometrów dalej, więc niemożliwe byłoby zaistnienie takiej sytuacji.) Wspomniałam jej o zawrotach, a ona zasugerowała anemię i sprawdzenie dodatkowo poziomu żelaza. Od piątku minęło cztery dni, więc w głowie kręciło mi się mniej, ale nadal coś było nie tak z moim wzrokiem. Świat był inny. Jedynie w nocy, w całkowitej ciemności mogłam patrzeć w mały ekran telefonu. Świat dookoła nie migał - było po prostu ciemno. Nastała środa. Na kolejną wizytę do lekarza rodzinnego zawiózł mnie drugi brat. Znowu czekaliśmy przed ośrodkiem o chłodnym poranku. Znowu mierzenie temperatury, ankieta, dezynfekcja rąk. Pokazałam wyniki badań, które miałam na telefonie. Sama ich nie analizowałam, dopiero teraz uderza mnie wysoki wynik białka CRP. Lekarz chwilę popatrzył i wypisał skierowanie do laryngologa i neurologa. Wyraźnie zaznaczył, że koniecznie mam udać się do specjalistów. Przytaknęłam i poprosiłam o zwolnienie, bo nadal ciężko było mi patrzeć w ekrany, a przecież moja praca polegała właśnie na tym, na patrzeniu w ekran komputera przez osiem godzin. Do laryngologa było dostać się wyjątkowo łatwo. Przychodziło się rano na wizytę i czekało na swoją kolej. Tego nie zmieniła nawet pandemia, dlatego spędziłam tam kilka godzin. Opowiedziałam pani doktor o swoich objawach - czyli zawrotach głowy i dziwnym migotaniu obrazu, bo wraz z tym, jak ustały zawroty, zauważałam popsuty wzrok, ale nie potrafiłam wyjaśnić na czym to polega problem. Oczywiście o tym co wydarzyło się w piątek zupełnie nie pamiętałam. Wysłano mnie na rentgen zatok, który udało mi się zrobić tego samego dnia w szpitalu. Nie obyło się bez problemów. Nie wiedziałam gdzie iść i jak się odnaleźć, byłam tam pierwszy raz w życiu. Do tego ten przeklęty koronawirus, który sprawiał, że wszędzie człowiek czuł się jak intruz. Było mi ciężko, ale udało się. Pani robiąca rentgen kazała nawet zdjąć mi frotkę z włosów mimo że nie miała metalowych części. Opowiedziała, że kiedyś dziecku wyszedł guz właśnie przez niewinne spięcie włosów. Po dziesięciu minutach dostałam płytę i udałam się z powrotem do laryngologa. Na zdjęciu nie wyszło nic. Moje zatoki były czyste. Często miałam z nimi problemy i zawsze bałam się polipów, czy punkcji, a okazało się, że nic tam nie ma. Po latach wiem, że nawiedzające mnie częste bóle zatok, nie były nawet z nimi związane. Był to napięciowy ból głowy ze stresu, ból głowy spowodowany zbyt małym nawodnieniem, ból głowy od zaciskania zębów przez sen. Pani laryngolog zasugerowała, żebym odwiedziła okulistę. Po wizycie udaliśmy się z bratem na hamburgery. Nie jadłam ich od wieków. Poczułam się lepiej po kilku dniach niemocy, choć nadal nie rozumiałam co mi jest. Martwiłam się, że nikt nie pomoże odzyskać mi normalnego widzenia. Do okulisty udało mi się dostać następnego dnia, jakim był piątek. Na wizytę zarejestrowałam się telefonicznie bez skierowania i bez problemu. Lekarz rodzinny na odległość wypisał skierowanie na badanie, które odebrała moja mama w recepcji. Pojechałam znowu do tego szpitala, w którym była na rentgenie dzień wcześniej, bo tam mieściła się przychodnia. Przyznam, że z czasem nauczyłam wypełniać się ankiety covidowe na pamięć i swój PESEL potrafię wyrecytować w środku nocy o północy. U okulisty zrobiono mi podstawowe badania. Pani była miła, ale nie stwierdziła żadnych odstępstw od normy. A jak mój świat migał, tak migał. To nie były już zawroty, to było lekkie drganie obrazu. Patrzyłam na coś w skupieniu, a po prawej stronie lekko drgał świat. Byłam zrezygnowana i zastanawiałam się, czy kiedykolwiek ktoś mi pomoże. Została mi jeszcze wizyta u neurologa. Umówiłam się do przychodni w miejscu, gdzie już kiedyś chodziłam po wybuchu petardy. Czas oczekiwania był przerażająco długi - dwa tygodnie. Nie miałam pojęcia, jak wrócę do pracy. Nie wyobrażałam sobie osiem godzin pracy przy komputerze z popsuty wzrokiem, choć wzrok sam w sobie miałam dobry. Prawda jest taka, że gdyby u okulisty zrobili mi badania, na które zostałam wysłana później przez neurologa, podejrzewać by można było udar. Nie mam jednak nikomu za złe, że nie zostałam wtedy zdiagnozowana. Może to byłby dla mnie za duży szok. Poza tym wyglądałam na zdrową osobę. Miałam problem jedynie z jakimś dziwnym bliżej nieokreślonym miganiem, które widziałam tylko ja.