30.12.2021

1116.

Ten rok zostaje w mojej pamięci na bardzo długo. Mimo że nadal mam problemy z zapamiętywaniem, wydarzeń stresujących nie zapomina się nigdy. Ciało również nie zapomina. W styczniu zaczęłam przygodę z leczeniem zaburzeń czynnościowych narządu żucia. A raczej długi proces, pełen nerwów, zawodu, który doprowadził mnie aż do grudnia, gdy zdecydowałam się wydać swoje oszczędności na zabieg, który nie przyniósł oczekiwanego rezultatu, doprowadzając mnie do punktu wyjścia, a nawet do gorszej sytuacji. Można więc powiedzieć, że weszłam w ten rok przerażona, wykończona i obolała i kończę go w podobny sposób. Różnica jest taka, że poza zdrowiem, straciłam też pieniądze oraz pożegnałam się z pracą, która niszczyła mnie dodatkowo swym toksycznym środowiskiem. Mimo to zdaję sobie sprawę, że zawsze może być gorzej. I nie chciałabym poznać tego gorzej. 

 

Myślę, że straciłam serce do pisania. Nie potrafię tego robić z takim zapałem i przyjemnością jak dawniej. Przez ten rok straciłam tę umiejętność. Moje myśli w większości czasu są puste lub wypełnione jakimś zmartwieniem. Nic wartego opisania. Wszystko ważne i dobre, co miało miejsce, tkwi w zakamarkach mojej pamięci, w tej części mózgu, która jest zablokowana skrzepami krwi po udarze. Niesamowite, że po dwudziestu latach nie czuję potrzeby pisania. Pustka.

5.11.2021

1115.

Można powiedzieć, że skończyłam pisać tę chaotyczną historię o kryptogennym niedokrwiennym udarze mózgu. Neurolog, kardiolog i reumatolog nie wykryli żadnych nieprawidłowości w moim ciele, a endokrynolog również uznał, że mogę jeszcze męczyć się z nieregularnymi miesiączkami i kontrolować poziom przeciwciał tarczycy. I oto jestem, nadal męczona i zmęczona różnymi dziwnymi dolegliwościami. Ciągle odczuwam parestezje, ale jest to zjawisko nieuciążliwe, że jeśli nie wrócę myślami do siebie i swojego ciała, nie pamiętam o nim. Tak jak nie pamiętam na co dzień o szumach usznych, bo ich nie słyszę otoczona innymi dźwiękami i zagłuszona własnymi myślami. Moje kości strzelają mocno. Czuję jednak pod palcami, że to nie kości, ale jakby mięśnie, włókna, tkanki, nie wiem. Nie wykupiłam tabletek, szkoda mi tych 50-ciu złotych na jedno opakowanie. Mam receptę na trzy, ale mogę na razie spróbować z jednym, tylko nawet i kupienie tego mi się nie opłaca. Dodatkowo odczuwam dziwne mrowienie w okolicy lędźwiowej kręgosłupa po lewej stronie, które promieniuje na pośladek. Od miesiąca. Myślałam, że to od klęczenia w kościelnych ławkach na różańcu, ale okazuje się, że po pięciu dniach listopada nadal nie minęło. Trudno. Nie boli, nie jest źle. Moim głównym problemem jest szczęka. Śpię bez szyny zgryzowej, nie potrzebuję jej, moja szczęka jest rozluźniona po nocy tak jak u prawidłowego, zdrowego, nie zestresowanego człowieka. Poza tym, po kilku nocach szyna się rozluźniła i nagle zamiast po lewej zaczęło mi strzelać również po prawej stronie, co oznacza, że szczęka podczas snu z szyną jest w nieprawidłowym ułożeniu. Długo zwlekałam z ponowną wizytą z poradni zaburzeń czynnościowych narządu żucia, ale zdecydowałam się postawić wszystko na jedną kartę. Mój problem ze zgryzem nie polega już teraz na zaciskaniu zębów lub zgrzytaniu zębami przez sen. Mój problem polega na tym, że plomba na zębie się starła i zgryz po jednej stronie obniżył. Nie stykają mi się tam żadne zęby, co sprawia, że napięcie podczas jedzenia jest nierównomiernie rozłożone. To moja teoria, myślę, że słuszna. Od roku zastanawiam się nad funkcjonowaniem mojego zgryzu. Wszędzie w internecie jest napisane, że szyna eliminuje problem i wszystko wraca do normy. Nawet jeśli szczęka nie przestaje “strzelać”, to się nie blokuje, nie zaciska, nie boli. Nie wiem, jak dogadam się w tej sprawie ze swoim stomatologiem prowadzącym. Jak jej wytłumaczyć, że problem tkwi w jednym zębie, a nie w ośmiu, czy dwunastu. Gdybym była bogata -  a nie jestem, bo nie mam pracy - byłoby mi obojętne, co ze mną zrobią, ważne by zrobili wszystko, aby wyeliminować problem. Niestety nie jestem w tej komfortowej sytuacji i nie wydam wszystkich oszczędności na nowy zgryz. Biorę jednak pod uwagę to, że mam wszystkie zęby, a ich odbudowa to nie wyrwanie zdrowych, mocno zakorzenionych, tylko odbudowa w niewielkim stopniu. Według mnie to nadal problem tylko z jednym zębem. Jeden ząb to bardzo mało pieniędzy. Dwa to również mało. Ale osiem to już przesada. Moje zęby wcale się nie starły przez ten rok. Tylko ten jeden ząb i straciłam całe oparcie. Pomijając fakt, że mam naprawdę dziwny zgryz i nawet aparat stały mógłby nie pomóc, chcę odzyskać mojego jednego zęba i normalnie jeść. W życiu nie zdecydowałabym się na operację szczęki i nawet nie chcę usłyszeć takiego rozwiązania. Wolałabym już do końca życia przyjmować płynne i zmiksowane pokarmy. Martwię się, że może takie rozwiązanie będzie jednym, gdy usłyszę cenę. Niesamowite, że mój cały bieżący rok to wędrówki po gabinetach lekarskich. Miesiąc za miesiącem coś. Wszystko, tylko nie ten cholerny wirus. Powinnam nazwać się szczęściarą w obecnych czasach?

28.10.2021

1114.

Pisanie historii mojego udaru ciągnie się w nieskończoność, ale ciężko streścić dwanaście miesięcy w kilku wpisach. Czasem żałuję, że nie pisałam na bieżąco, ale wtedy nie byłam w stanie. Nie chcę się zbytnio rozpisywać, ale moja diagnoza ma jeszcze jeden wątek. Pewnego zimowego dnia, a dokładnie w połowie lutego, zaczęły męczyć mnie bóle całego ciała. Było to dziwne doświadczenie. Z dnia na dzień pojawiły się prądy bólu płynące pod skórą. Co kilka minut nieustannie czułam ból całego ciała. Nie do pomyślenia. Byłam w rozsypce po udarze, nie mogłam znaleźć miejsca, gdzie mogłabym wykonać przezprzełykowe badanie serca, popsułam sobie przez sen szczęk, męczyły mnie kołatania serca, w pracy ledwo dawałam radę, a do tego doszły te bóle. Męczyłam się tak przez dwa tygodnie, aż postanowiłam zadzwonić do lekarza z radą co mam z tym robić. Nie mówiąc o tym, że dodatkowo zaczęły strzelać mi kości całego ciała, jakbym miała się zaraz rozpaść. Dostałam skierowanie do reumatologa. Byłam zaskoczona, bo obstawiam ortopedę  i już nastawiałam się na czekanie w kolejce rok. Moja sytuacja jednak nie napawała nadzieją, bo znalezienie dobrego reumatologa na NFZ, a do tego szybko okazało się równie trudne. Wiązało się to z czekaniem kolejne tygodnie. Zanim wybrałam przychodnię - w końcu zrobienie researchu wymagało czasu - nastała połowa marca. Sytuacja i tak nie była optymistyczna, bo polecanych i dostępnych lekarzy było mało, dlatego zrezygnowana zapisałam się na NFZ byle gdzie, a prywatnie do polecanej pani doktor. Wizytę u obu lekarzy miałam jednego dnia. Była to bardzo wygodna sytuacja. Pomyślałam, że porównam oba spotkania i zdecyduję, gdzie chce się leczyć. Mimo że pan doktor na NFZ był bardzo miły i kompetentny, nie mógł zaoferować mi wiele w ramach funduszu. Tak oto wybrałam leczenie prywatne. Nie muszę chyba mówić, że te dziwne bóle do wizyty mi przeszły i właściwie byłam jeszcze bardziej zdezorientowana, ale wdzięczna. Myśl, że musiałabym tak siedzieć sama ze sobą do końca życia, czując jak co chwilę przebiega mi pod skórą fala bólu w różnych częściach ciała  sprawiała, że żałowałam coraz bardziej, że mój żywot nie zakończył się w dniu udaru. Pani doktor moje dolegliwości - ból i strzelanie kości - oraz fakt przebytego udaru powiązała z dwoma chorobami. Musiałam zrobić badania w dwóch turach z półrocznym odstępem między sobą. Kosztowało mnie to tysiąc polskich złotych, które ciężko zarobiłam resztkami sił pracują w piwnicy. Pani doktor wypisała mi skierowanie do szpitala, gdzie mogłabym mieć zrobioną diagnozę za darmo, ale trwaliśmy w kolejnej fali pandemii, więc nawet nie miałam zamiaru pchać się do szpitali. Właściwie i bez pandemii żadna wizyta w szpitalu nie była mi do zdrowia potrzebna. Chyba bym oszalała, gdybym po raz kolejny pojechała spakowana pod szpital, a oni powiedzieliby mi, że nie, przecież wyglądam na zdrową. Albo umówiliby mi wizytę przez telefon za pół roku, bo jest pandemia i teraz nie ma miejsca i lekarzy i najlepiej, gdybym cudownie ozdrowiała. Wszystkie badania wyszły negatywnie. Jestem zdrowa, a przynajmniej nie miałam udaru od tocznia układowego, ani zespołu antyfosfolipidowego. Na moje strzelanie kości dostałam leki na receptę, których jeszcze nie wykupiłam. Moja teoria jest taka, że te dziwne prądy i strzelanie kości miało związek z zapaleniem tarczycy, którego dostałam od silnego stresu. Nie zostałam przyjęta przez lekarza na izbie przyjęć z kołataniami serca. Wysłał mnie tylko do kardiologa, a miał napisane czarno na białym, że zatrzymał mi się okres, a nie mogłam być w ciąży, bo nie współżyłam. Miałam napisać sobie na czole, że jestem starą panna i dziewicą. Ludzie są jednak beznadziejni. Kardiologicznie byłam zdrowa, a stres po udarze sukcesywnie rozwalał mi organizm na wszystkie możliwe sposoby.  Po czasie, po tych kilka/kilkunastu miesiącach w badaniach krwi nie wyszło już nic niepokojącego. Gdybym była wredna, napisałabym tutaj imię i nazwisko lekarza, łącznie z jego danymi, tak żeby po wpisaniu w google można było znaleźć tego młodego, dopiero uczącego się zawodu lekarza, który na praktyki do tego małego miasta, ale nie, po prostu nie. Co nie zmienia tego, że gdyby tamtego dnia przyjął mnie na oddział, mój cały rok wyglądałby zupełnie inaczej. Zaoszczędziłoby mi to nerwów, czasu i pieniędzy, a także uratowało zęby i zgryz, na którego naprawy nie mam pieniędzy i jak dalej tak pójdzie to dostanę jakiegoś zwyrodnienia i pozostanie operacja, na którą tym bardziej nie będzie mnie stać. Ale przecież z tymi, którzy zarządzają pandemią nie da się wygrać. Jak czuję się z myślą, że mój udar pozostaje nadal kryptogenny? Jest to obojętne tak długo, dopóki nie będę mieć drugiego udaru.

9.10.2021

1113.

Gdy tylko otrzymałam informację, że zostanę wypisana, spakowałam się ekspresowo i niecierpliwie czekałam. W sali zostałam tylko z przemądrzałą panią z bólem nogi oraz cierpiącą panią z bólem rwy kulszowej, chyba. Bycie tam było niełatwe, więc z radością odebrałam dokumenty i po południu byłam już w domu. Nie pamiętam, który z braci po mnie przyjechał. Wróciłam do domu i teraz przypominam sobie, że właściwie nadal niewiele pamiętam z tamtych dni. Niedługo później przyjechała do mnie w odwiedziny siostra cioteczna z córką. Przywiozły mi dużo prezentów, w tym książkę o nietypowych chorobach, która ani trochę nie polepszyła mojego samopoczucia. Dopiero gdy moja siostra cioteczna sama zachorowała zrozumiała, że to nie był najlepszy prezent dla kogoś po kryptogennym udarze mózgu. Bycie chorym i czytanie o chorobach nie poprawia samopoczucia. Nie zmienia to tego, że właśnie ona pomogła mi bardzo długo w ogarnianiu mojego po szpitalnego życia. Przede wszystkim wykonała za mnie kilkanaście telefonów, które mi odbierały chęci do życia. Zawoziła do każdego kolejnego lekarza, spędzała ze mną czas i wspierała, gdy moja rodzina na moje wszystkie problemy miała jedno rozwiązanie - ich “cudownego” lekarza. Ale to długa i zawiała historia, nie warto o tym pisać. Nie potrafię dokładnie poukładać tego, co robiłam w jakiej kolejności. Najgłupiej wydanymi pieniędzmi na lekarza była diagnostyka zawrotów głowy. Jadą tam nie miałam już problemów z zawrotami głowy. Wprawdzie nadal brałam leki na tę dolegliwość, ale mimo to byłam ślepa, a mój obraz “latał”, co wykazały późniejsze badania u okulisty. Pani doktor była miła, ale gdy na dzień dobry powiedziała, że mój problem ze wzrokiem nie leży tutaj, miałam ochotę wyjść i nie płacić tych kilku stów. Wizytę w poradni kardiologicznej miałam dosyć szybko. Jak się później okazało, w niczym to nie pomogło. Nie dość, że zapisano mnie do pani doktor posuniętej w wieku, to w dodatku takiej, która na dzień dobry wyskoczyła, czy w mojej miejscowości nie ma kardiologów. No nie ma, bo akurat u mnie w szpitalu nie robiono badania przezprzełykowego serca. Nie wiedziałam, jak się zachować, co powiedzieć, czułam się osłabiona, nieszczęśliwa, a w dodatku jeszcze kazano mi sobie iść gdzie indziej. Pani doktor ostatecznie wypisała mi skierowanie na badanie. Badanie miałabym pewnie dosyć szybko, gdyby nie fakt, że była to przychodnia MSWiA, a badanie miało odbywać się w szpitalu, również MSWiA, który z dnia na dzień rozporządzeniem Ministra Zdrowia stał się szpitalem covidowem. I tak oto zostałam z niczym. Szukanie nowego miejsca na badanie to było nie lada wyzwanie i kosztowało mnie za dużo. Na początku stresowałam się tym, że jeśli miałam udar od PFO, to gdy nie zostanę szybko zdiagnozowana i zoperowana, będę mieć kolejny udar. Potem stresowałam się tym, że jeśli nie zostanę szybko zdiagnozowana to nie zgodzę się na operację na sercu. Przejrzałam każdą możliwą stronę i artykuł naukowy na ten temat PFO. Czytałam o tym niemal codziennie i codziennie miałam dość. W jeden z październikowych ponurych weekendów wybrałam się na rower, mając okropne kołatania serca i coś mówiło mi, że jeśli miałam udar mózgu to dostałabym kolejny właśnie jadąc tym rowerem, a tak się nie stało. Poprosiłam lekarza rodzinnego o wystawienie nowego skierowania do kardiologa, kiedy na izbie przyjęć - o czym już wcześniej wspominałam - nie przyjęli mnie na oddział z kołataniami serca. Zapisałam się do nowej przychodni. Jakimś cudem miałam termin za miesiąc, choć normalnie na wizytę czeka się ponad rok. Mimo tak krótkiego czasu oczekiwania, udałam się też prywatnie do kardiologa, ponieważ z kołataniami serca nie dało się tak długo czekać. Holter założyli mi na trzy dni, potem miałam teleporadę. Lekarzowi nie wspomniałam o tym, że jestem po udarze. Podejmowałam wtedy dużo dziwnych decyzji. Myślę, że gdybym wtedy nie zataiła tego faktu, owy lekarz pomógłby mi zorganizować mi przezprzełykowe badanie serca. Tak się nie stało. Kołatanie serca minęły, po trzech miesiącach miesiączka wróciła, akurat jak zdjęli mi Holter. Dotrwałam jakoś do wizyty u kardiologa, która miała miejsce w styczniu 2021 roku. Jedyne co mógł mi zaproponować to skierowanie na oddział na badanie przezprzełykowe serca. Kazał jechać tego samego dnia, więc wyszłam z pracy i przy pomocy siostry ciotecznej dotarłam pod szpital. Nie przyjęli mnie. Nie dziwię się, że ludzie podczas pandemii umierali nie od pandemii. Z jednej strony odetchnęłam z ulga, bo wcale nie chciałam znowu leżeć w szpitalu, z drugiej moja sytuacja stawała się coraz bardziej żałosna. Cztery miesiące po udarze żyłam bez konkretnej diagnozy z oddechem kolejnego udaru na karku. Moje kołatania serca wróciły, w międzyczasie popsułam sobie szczękę przez zgrzytanie zębami w nocy, walczyłam ze swoim miejscem pracy, a do tego zdesperowana jednego dnia poszłam poprosić kardiologa o przyjęcie wcześniej niż za rok (bo oczywiście nie było już terminów, choć był dopiero początek roku), aby wypisał mi kolejne skierowanie na samo badanie (nie na oddział), bo udało mi się znaleźć lekarza, który wykona mi badanie serca. Było to dla mnie mega stresujące,w  dodatku ciągle moja szczęka cierpiała. Nie mogłam spać, jeść, serce znowu dawało się we znaki, miałam wrażenie, że uczestniczę w jakimś koszmarze i nie obudzę się nigdy. Pan doktor był łaskawy, ale jak się później okazało, jego skierowane było bezużyteczne. Musiałam po raz trzeci prosić lekarza rodzinnego o wystawienie nowego skierowania do poradni kardiologicznej i przeniosłam się do poradni w Lublinie. Nie obyło się oczywiście bez problemów. Żeby dostać się do lekarza w dużym mieście na NFZ, musiałam najpierw pójść do niego prywatnie. Początkowo już wiedząc, który lekarz specjalizuje się w przezprzełykowym serca, chciałam udać się na badanie za kilkaset złotych prywatnie, ale okazało się, że z powodu pandemii badanie zostało zawieszone. I tylko dobroć lekarza mnie uratowała, bo po prostu kazał przynieść skierowanie na NFZ do poradni kardiologicznej i po świętach Wielkanocnych przyjść z nim do przychodni w szpitalu na wizytę. Wtedy  dopiero dostałam oficjalne skierowanie na badanie. Umówiłam się w okienku i czekałam niecierpliwie ponad miesiąc. Czekanie mnie wykańczało. Był już maj, czyli 8 miesięcy po moim udarze, a nadal nie miałam wykonanego podstawowego badania.  Co więcej, jak nastał termin i cała podekscytowana pojechałam, okazało się, że lekarz ma tego dnia wolne. Nie wiem, kto zawinił, czy dziewczyna (na pewno młodsza ode mnie) w rejestracji, czy może doktorowi coś wypadło, ale nikt mnie nie poinformował w trakcie podobno tej groźnej pandemii telefonicznie, tylko dopiero na pięć minut przed godziną wyznaczonego badania. Nie wierzyłam w swojego pecha, ale kolejny termin wyznaczono mi na dzień 14 czerwca. Moje urodziny. Wtedy już wiedziałam, że to musi coś oznaczać. Właśnie 14-nastego dnia czerwca otrzymałam najlepszy prezent urodzinowy - zdrowe serce. Gdy wyszłam z gabinetu prawie rozpłakałam się ze szczęścia, że przyczyną mojego udaru nie było PFO.

18.09.2021

1112.

Rok temu miałam niedokrwienny udar mózgu. Nadal kryptogenny. Żyję. Może kiedyś skończę opowieść o tym, co działo się ze mną przez miniony rok.

15.09.2021

1111.

 Otworzyłam wiadomość sprzed trzech lat, z kimś, i właściwie to chyba zebrało mi się na płacz i może płaczę jak mała dziewczynka, która straciła coś cennego i na nic przydał się ten udar, nie wymazał z pamięci tego co powinien. Ale to nic, jutro nie będę o tym pamiętać, tak jak nie pamiętam w co byłam wczoraj ubrana, ani co właściwie robiłam, jadłam i widziałam. Lato się kończy. Wszystko co dobre się kończy.

12.09.2021

1110.

Pierwsze trzy dni w szpitalu minęły szybko. Jak już wspomniałam, nie wyglądałam na chorą, choć nie czułam się fantastycznie. Cały czas martwił mnie problem ze wzrokiem. W środę postanowiono mnie wypisać. Powiedziano, żebym udała się na badanie VNG, czyli badanie błędnika, od którego mogłam mieć zawroty. Z ciężkim sercem zapisałam dane w notesie. Myślałam, że w szpitalu wszystko się wyjaśni, a tymczasem miałam udać się do kolejnego lekarza, nie wiedząc, czy ktokolwiek mi pomoże. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy na oddział wpadła prowadząca mnie pani neurolog i oznajmiła mi, a tym samym wszystkim w pokoju, że miałam udar mózgu i mam szybko przyjść do niej. Nie powiem, to był dziwny moment. Posłusznie wstałam i udałam się za nią. Pielęgniarka miała zmierzyć mi ciśnienie na obydwu rękach. Niesamowite, że wcześniej żaden lekarz na to nie wpadł. Na szczęście pomiary nie różniły się zbytnio od siebie. Nie zmieniło to jednak tego, że po dwunastu dniach postawiono oficjalną diagnozę - kryptogenny niedokrwienny udar mózgu. O nic nie pytałam. Nie wiedziałam, co właściwie mam zrobić. Zatroskana pani neurolog powiedziała, że w tej sytuacji nie ma mowy, abym została wypuszczona do domu. Kiwnęłam głową ze zrozumieniem i zgodą. Co mogłam zrobić? Nie wypisałabym się ze szpitala na życzenie. Od tego momentu zaczęła się długa droga w dół. Poziom stresu w moim organizmie wzrósł niewyobrażalnie. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że pierwszy raz w życiu zrozumiałam co to znaczy być tak zestresowanym, że zgrzyta się zębami podczas snu. Gdy jadłam szpitalny obiad kilka dni później, miałam dziwne uczucie ciężkiej górnej szczęki. Dopiero dwa miesiące później żuchwa zaczęła mi “strzelać”, co świadczy tylko o tym, że regularnie od tamtego dnia musiałam podczas snu zaciskać zęby lub nimi zgrzytać. Nie nagrywałam się podczas snu, śpię sama w pokoju, więc nie wiadomo jak to było, ale efekt pozostał - popsuta dożywotnio szczęka, z którą  do tej pory mam problem i na której naprawdę mnie nie stać. Od środowej diagnozy w szpitalu leżałam kolejne siedem dni, czyli do następnej środy. W tym czasie zrobiono mi dodatkowe badania - te które mogli zrobić na dany moment - obrazowe, jak i krwi. Oprócz leków na zawroty głowy, zaczęłam dostawać nowe małe tabletki. Nie pytałam, po prostu łykałam do posiłku to co przynosili. Pamiętam jak dzwoniłam do mamy, jak stałam na korytarzu i płakałam, jak szukałam informacji w internecie i jak bardzo uderzyło mnie, że prawie umarłam. Dopiero po czasie uświadomiłam sobie cały przebieg udaru. Gdybym nie miałam tymczasowych problemów z pamięcią, pewnie od razu sama zgadłabym co mi jest, ale miałam udar i nie byłam sobą. Dopiero po czasie wszystko było oczywiste i jak wspomniałam - książkowe - miałam klasyczny udar, ale byłam zbyt młoda na sam udar, więc nikt nie obstawiał go w pierwszej kolejności. Zaczęłam szukać informacji w internecie, ale to sprawiło, że byłam zestresowana jeszcze bardziej. Było mi ciężko. Bałam się kolejnego udaru. Nie pamiętam, w jakiej kolejności informowałam znajomych o tym, co się ze mną stało. Wcześniej o całej sytuacji wiedziała osoba z zagranicy z mediów społecznościowych, której nigdy nie widziałam, a z którą miałam sporadyczny kontakt, niż moi dobrzy znajomi. Pamiętam jak w niedzielę odwiedził szpital ksiądz, który pytał, czy ktoś nie potrzebuje spowiedzi. Uderzyło mnie, że nie odwiedziłam kościoła przez trzy tygodnie. Był to najdłuższa przerwa w całym moim życiu. Może dlatego teraz tak chętnie chodzę prawie codziennie na mszę. Codzienna Komunia Święta daje mi siłę, której nigdy w sobie nie miałam. Ze szpitala zostałam wypisana siódmego października z zaleceniami udania się do poradni kardiologicznej oraz na wizytę kontrolną do neurologa. Wróciłam do domu nie wiedząc kim jestem i co mam zrobić z całym swoim dalszym życiem. W międzyczasie opuściły mnie siły. Myślę też, że po drodze zachorowałam też na covid, choć mając zwolnienie lekarskie przez ponad miesiąc, siedziałam po prostu w domu nie sprawdzając tego. Poza ogromnym zmęczeniem i utratą węchu i smaku na tydzień, nic mi nie było. Po czasie trochę żałuję, że nie poszłam z tym do żadnego lekarza, ale prawda jest taka, że wtedy nie w głowie były mi takie rzeczy. W sumie zastanawiam się, czy mogła mieć ten udar od samego koronawirusa. Żaden lekarz nie wziął wtedy tego pod uwagę. Test w trakcie przyjęcia na oddział wyszedł negatywny. Jednak dwa tygodnie wcześniej byłam przeziębiona, a prawie dwa miesiące później straciłam węch i smak. Równie dobrze zarazić mogłam się w samym szpitalu od personelu lub gdziekolwiek indziej. Teraz to już nieważne, bo i tak nie poznam prawdy. Może dopiero po śmierci.

1109.


Dwudziesty ósmy dzień września - najbardziej stresujący dzień w moim życiu. Choć mogłabym napisać to samo o dwudziestym dziewiątym dniu września i jeszcze siódmym października, a może już wszystko po tym dniu stało się stresujące. Był chłodny wrześniowy poniedziałek, ale dzień zapowiadał się słonecznie. Wstałam skoro świt, aby po siódmej czekać pod szpitalem na przyjęcie. Miałam to szczęście, o którym chyba wcześniej wspominałam, że mama moich przyjaciółek pracuje na izbie przyjęć. Tego dnia miała akurat dyżur, więc to ona przyjmowała mnie na oddział. Inaczej byłoby ciężko, a tak, miałam z głowy o ten jeden problem i byłam odrobinę spokojniejsza. Kiedy moja pani doktor przyjechała do szpitala po półtoragodzinnym przeze mnie oczekiwaniu, dostałam telefon, że mogę wejść do szpitala. Brat, który mnie przywiózł - to też było szczęście, że miał wolne - pomógł mi wnieść torbę i zniknęłam przechodząc przez namiot, a potem znajdując się na izbie przyjęć. Usiadłam grzecznie, a pani (mama koleżanek) pielęgniarka wypełniła moją kartę przyjęć. Potem kazała mi się przebrać w szpitalne ubranie - czyli wygodny dres. Zmieniłam ubranie w dziwnym miejscu, ni to łazience ni to sali szpitalnej - wyłożonym kafelkami od góry do dołu. Moja zmora i zmora szpitalnych pomieszczeń - brakowało tam zamków. Udało się bez nieproszonych gości. Gotowa po odprawie zostałam zaprowadzona przez pana pielęgniarza na oddział neurologii. Jechaliśmy windą. Poza mną na sali leżały jeszcze dwie panie. Mogłam wybrać jedno z dwóch wolnych łóżek, więc rozgościłam się na tym pod samym oknem. Nie miałam jeszcze testu na covid, więc musiałam siedzieć w maseczce i przeze mnie pozostali współtowarzysze szpitalnego życia również. Było mi głupio, zwłaszcza, że panie pielęgniarki, które musiały zrobić mi test były niezadowolone. Środek epidemii, a ja jestem przyjęta w innej kolejności. Wynik testu był negatywny. Swoją drogą to głupie, że o byciu zdrowym nie informowali, ale gdyby coś wyszło nie tak, zaraz byłby alarm na całe województwo/kraj. W moim pokoju były cztery łóżka. Leżałam w szpitalu 10 dni i przez ten pokój przewinęło się bardzo dużo osób. Dwie starsze panie, które dostały wypisy na początku tygodnia, po udarach. Po nich pojawiła się kolejna starsza pani, której córka pracowała w tym szpitalu. Miała jakieś bóle, właściwie to nie wie, na co leżała, ale mówiła bardzo dużo. W naszym pokoju pojawiła się kolejna starsza pani, tym razem pani doktor będąca okulistką. Również po udarze, chyba. Właściwie to nie wiem, ale próbowała ocenić mój zepsuty wzrok, którego nie dało się zbadać zwykłym patrzeniem na ruch gałek ocznych. W tej samej sali leżała też starsza ode mnie o kilka lat kobieta, która jak się okazało, jest rodziną sympatycznej pani mającej w mej miejscowości mały sklepik z odzieżą. Była tu też młodsza o co najmniej 7 lat dziewczyna, studentka, która miała zawroty głowy - jak się okazało od torbieli w zatokach. Zanim poprawnie ją zdiagnozowali, mieli wypisać, ale chyba ten mój udar tak podziałał na lekarzy, że namówili ją, aby poczekała przez weekend na poniedziałkowy rezonans. Dwa ostatnie dni leżałam na sali z dwoma kobietami. Jedną panią przeniesioną z innej sali oraz drugą, którą przywieziono późno w nocy. Pierwsza pani okropnie narzekała na wszystko. Jej problemem był ból nogi, na którzy lekarze nic nie poradzili. Wiadomo, potrzebna rehabilitacja, fizjoterapeuta, regularne ćwiczenia, a nie leżenie w szpitalu i cud w tydzień. Jej nie podobało się nic, lekarze, sale, jedzenie. Zero wdzięczności, że w ogóle ktoś przyjął ją do szpitala w czasie pandemii. Przykre. Druga pani cierpiała na rwę kulszową. Trafiła na oddział tylko dlatego, że wykłóciła się o to jej córka, bo oczywiście w czasie pandemii lepiej, żeby pani umierała z bólu w domu niż przypadkiem kogoś zaraziła koronawirusem, leżąc bez wcześniejszego wykonania testu. Pani cały czas jęczała z bólu, nie mogła spać, jeść, ruszać się, wszystko ją bolało. Do tego była niska, więc miała trudność z wchodzeniem i schodzeniem z łóżka. Narzekała, a raczej płakała, że jest w szpitalu, a leki przeciwbólowe nie działają wystarczająco. Tu ją rozumiem, nie chciałabym umierać z bólu. Choć rozumiem też lekarzy, nie mogli od razu podać jej najmocniejszego leku w ofercie i uzależnić organizmu. Myślę, że to były wszystkie osoby, z mojego pokoju numer dwa. Natomiast gdybym chciała wymienić wszystkich lekarzy, pielęgniarki i panie i panów salowych, z tego wpisu zrobiłby się długi nudny monolog. Napiszę tylko, że ostatecznie wszyscy byli mili i pomocni. I równie zaskoczeni faktem, że miałam udar.

6.08.2021

1108.

Minął tydzień od dnia, w którym zadziało się ze mną coś dziwnego, ale jeszcze nie miałam pojęcia, czym to było. Czułam się lepiej, ale nie można było powiedzieć, że wróciłam do formy. Ostatni lekarz, który miał mi pomóc był neurolog. Umówiłam się do przychodni, w której kiedyś byłam na wizycie w związku z szumami usznymi po wybuchu petardy. Wtedy kazano mi pogodzić się z sytuacją. Od siedmiu lat jestem z tym pogodzona. Teraz było zupełnie inaczej. Miałam za sobą trzy wizyty lekarskie i nikt nie potrafił powiedzieć, co mi jest. Ogarnął mnie strach, że będę musiała żyć z popsutym migającym wzrokiem na zawsze. Nie wiedziałam też jak wrócę do pracy, zwłaszcza, że zwolnienie lekarskie miałam wystawione tylko na tydzień, a wizytę u neurologa umówioną na za dwa tygodnie. Nie pamiętam, jak to się stało, ale w moją sytuację były zaangażowane koleżanki z pracy mojej mamy. To one zasugerowały, żebym udała się prywatnie do najlepszego neurologa w tym mieście. Problem polegał jednak na tym, że nie sposób było się tam dodzwonić. Nastała sobota i w akcie desperacji udałyśmy się razem z mamą pod dom pani neurolog. Prywatny gabinet miała w swoim domu. Jako że nie byłyśmy umówione, musiałyśmy czekać na koniec kolejki, by potem poprosić o przyjęcie. Pandemia trwała, więc czekaliśmy w ogrodzie na dworze pod altaną. Jak pozostali pacjenci. Nie pamiętam, ile dokładnie minęło czasu, ale spędziłyśmy tam minimum dwie godziny. Kiedy nastała moja kolej, a właściwie moja nie kolej, a moment desperackiej prośby, byłam bardzo zdenerwowana. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że w środku pandemii znajdę się w takiej sytuacji. O dziwo, pani doktor mnie przyjęła. Po siedmiu dniach jedyne o czym potrafiłam mówić to zawroty i przeklęte miganie obrazu. Nie miałam kompletnie w pamięci całego momentu udaru. Zostałam zbadana typowo neurologicznie. Ubrałam się i usiadłam na krześle przed biurkiem. Pani doktor spojrzała na mnie i oznajmiła, że daje mi skierowanie do szpitala, bo nie jest w stanie stwierdzić, co mi dokładnie jest i trzeba zrobić dalsze badania. Poczułam się tak, jakby ktoś walnął mnie od tyłu z zaskoczenia. Zostałam poinstruowana, co mam po kolei zrobić. No bo żeby znaleźć się w szpitalu, trzeba było zrobić test na covid. Pani doktor zadzwoniła przy mnie do swojego syna, który akurat pełnił tego dnia dyżur na neurologii, a który był jednocześnie moim lekarzem rodzinnym. Tak, tym samym, który pięć dni wcześniej, w poniedziałek, badał mnie w ośrodku zdrowia. Wyszłam z gabinetu załamana. Co więcej, od razu zapomniałam, co mam zrobić. Nie wiedziałam, gdzie i kiedy mam wykonać ten wymaz. Mój mózg i tak szwankował po udarze, a we stresie całkiem zgłupiał. Musiałam się wrócić i dopytać, co właściwie mam zrobić. Zaczął padać deszcz, a mi zbierało się na płacz. Pani doktor spytała się, czy chcę położyć się w szpitalu dzisiaj, ale od razu zaprotestowałam. Powiedziała, żebym po prostu przyjechała w poniedziałek rano, koło siódmej na izbę przyjęć, wtedy zrobią mi test, a ona przyjmie mnie na oddział. Oczywiście test powinnam mieć zrobiony wcześniej - panie pielęgniarki nie były zadowolone w poniedziałek - ale jestem ogromnie wdzięczna, że nie musiałam iść w sobotę pod szpital. Dostałam połowę soboty i niedzielę na spakowanie się i oswojenie z myślą pobytu na oddziale neurologii. Nie było to jednak łatwe. Po stresującym tygodniu rozpostarł się przede mną stresujący czas w szpitalu. Po wizycie u neurologa wstąpiłam jeszcze do sklepu, aby powiadomić szefową, że nie pojawię się w poniedziałek w pracy. Niedziela minęła mi na pakowaniu. Nie poszłam na mszę. To był już drugi tydzień bez Komunii Świętej. Ostatni raz taka sytuacja zdarzyła się w podstawówce podczas mroźnej zimy, gdy zachorowałam. Teraz też byłam chora, choć nadal nie miałam postawionej diagnozy. Dziwnie było mi z tym wszystkim. Pakowanie szło mi bardzo opornie. Nie wiedziałam, czego mogę potrzebować i czego się spodziewać. Siedziałam w pokoju i nie wierzyłam, że to jest teraz moje "nowe" życie.

5.08.2021

1107.

Niedziela dopiero się zaczęła. Wzięłam prysznic, ubrałam się i usiadłam na kanapie w salonie. Moim największym problemem były nieustanne zawroty głowy. Nie mogłam nawet przejrzeć się w lustrze. Nie pamiętam jak wyglądałam, w co byłam ubrana, ani która dokładnie była godzina. Na obiad przyjechała do nas moja siostra cioteczna z córką. Od ponad roku widywaliśmy się regularnie, w tamten weekend też byłyśmy umówione, ale jak już wiadomo z poprzednich wpisów, nie byłam w stanie nic ze sobą zrobić. Siedziałam w jednym miejscu totalnie rozbita. Zjadłam niewielki obiad, a na deser dostałam elektrolity o bananowym smaku, które były ohydne, mimo że lubię banany. Zrobiło mi się po nich lepiej. Po czasie moja siostra cioteczna powiedziała, że domyślała się, iż stało się ze mną coś gorszego niż problem z zatokami. Była końcówka weekendu, koronawirus w natarciu, obejrzeć mógł mnie tylko lekarz rodzinny w poniedziałek. Poinformowałam sms-em szefową, że nie będę w stanie dotrzeć w poniedziałek do pracy. Nie pamiętam więcej z tamtej niedzieli. Nastał poniedziałek, był wrzesień, poranki były już chłodne, ale słoneczne. Mój brat miał tego dnia wolne, więc zawiózł mnie do ośrodka zdrowia, a raczej pod, bo wraz z obowiązującymi zasadami kolejka stała na zewnątrz, a pacjentów wpuszczano pojedyńczy po zmierzeniu temperatury i wypełnieniu ankiety. Miałam duże szczęście, że akurat przyjmował nowy lekarz rodzinny - z wykształcenia neurolog, który przejął posadę po zmarłym ojcu - pediatrze. Moja cała uwaga była skupiona na tym, że kręciło mi się w głowie i potrafiłam opowiedzieć tylko o tym. Zasugerowałam też, że może to od zatok, z którymi miałam nie raz problemy. Nie pamiętałam, że przeszedł mnie najgorszy w życiu ból głowy i że z bezsilności opadła mi prawa ręka. Zostałam zbadana, wykonując standardowy zestaw badań neurologicznych. Na koniec doktor kazał zdjąć mi maseczkę i się uśmiechnąć. Moje kąciki ust nie opadły, to nie był udar w tej części mózgu. Wtedy nie rozumiałam, czemu miał służyć ten uśmiech, wydało mi się to tylko dziwne. Dostałam skierowanie na badania krwi i moczu. Poniedziałek trwał oczywiście 24 godziny, ale więcej nie pamiętam z tamtego dnia. Nie wiem, co jadłam i co robiłam i z kimś miałam kontakt. Musiałabym przejrzeć archiwum rozmów, żeby ustalić kogo i w jakiej kolejności informowałam o swoim stanie, ale nie potrzebuję tego tutaj zapisywać. We wtorek zaczęła mi się miesiączka. Czułam się tragicznie. Bolał mnie brzuch, ale nie mogłam wziąć żadnych leków, bo się bałam. Nie mogłam też zrobić badań moczu, ale krwi bez problemu. W punkcie pobrań okazało się, że pracuje moja koleżanka z liceum. Ciekawe doświadczenie. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że ktoś znajomy wbije mi igłę w rękę. (Przyznaję, moja przyjaciółka jest również pielęgniarką, ale pracuje kilkaset kilometrów dalej, więc niemożliwe byłoby zaistnienie takiej sytuacji.) Wspomniałam jej o zawrotach, a ona zasugerowała anemię i sprawdzenie dodatkowo poziomu żelaza. Od piątku minęło cztery dni, więc w głowie kręciło mi się mniej, ale nadal coś było nie tak z moim wzrokiem. Świat był inny. Jedynie w nocy, w całkowitej ciemności mogłam patrzeć w mały ekran telefonu. Świat dookoła nie migał - było po prostu ciemno. Nastała środa. Na kolejną wizytę do lekarza rodzinnego zawiózł mnie drugi brat. Znowu czekaliśmy przed ośrodkiem o chłodnym poranku. Znowu mierzenie temperatury, ankieta, dezynfekcja rąk. Pokazałam wyniki badań, które miałam na telefonie. Sama ich nie analizowałam, dopiero teraz uderza mnie wysoki wynik białka CRP. Lekarz chwilę popatrzył i wypisał skierowanie do laryngologa i neurologa. Wyraźnie zaznaczył, że koniecznie mam udać się do specjalistów. Przytaknęłam i poprosiłam o zwolnienie, bo nadal ciężko było mi patrzeć w ekrany, a przecież moja praca polegała właśnie na tym, na patrzeniu w ekran komputera przez osiem godzin. Do laryngologa było dostać się wyjątkowo łatwo. Przychodziło się rano na wizytę i czekało na swoją kolej. Tego nie zmieniła nawet pandemia, dlatego spędziłam tam kilka godzin. Opowiedziałam pani doktor o swoich objawach - czyli zawrotach głowy i dziwnym migotaniu obrazu, bo wraz z tym, jak ustały zawroty, zauważałam popsuty wzrok, ale nie potrafiłam wyjaśnić na czym to polega problem. Oczywiście o tym co wydarzyło się w piątek zupełnie nie pamiętałam. Wysłano mnie na rentgen zatok, który udało mi się zrobić tego samego dnia w szpitalu. Nie obyło się bez problemów. Nie wiedziałam gdzie iść i jak się odnaleźć, byłam tam pierwszy raz w życiu. Do tego ten przeklęty koronawirus, który sprawiał, że wszędzie człowiek czuł się jak intruz. Było mi ciężko, ale udało się. Pani robiąca rentgen kazała nawet zdjąć mi frotkę z włosów mimo że nie miała metalowych części. Opowiedziała, że kiedyś dziecku wyszedł guz właśnie przez niewinne spięcie włosów. Po dziesięciu minutach dostałam płytę i udałam się z powrotem do laryngologa. Na zdjęciu nie wyszło nic. Moje zatoki były czyste. Często miałam z nimi problemy i zawsze bałam się polipów, czy punkcji, a okazało się, że nic tam nie ma. Po latach wiem, że nawiedzające mnie częste bóle zatok, nie były nawet z nimi związane. Był to napięciowy ból głowy ze stresu, ból głowy spowodowany zbyt małym nawodnieniem, ból głowy od zaciskania zębów przez sen. Pani laryngolog zasugerowała, żebym odwiedziła okulistę. Po wizycie udaliśmy się z bratem na hamburgery. Nie jadłam ich od wieków. Poczułam się lepiej po kilku dniach niemocy, choć nadal nie rozumiałam co mi jest. Martwiłam się, że nikt nie pomoże odzyskać mi normalnego widzenia. Do okulisty udało mi się dostać następnego dnia, jakim był piątek. Na wizytę zarejestrowałam się telefonicznie bez skierowania i bez problemu. Lekarz rodzinny na odległość wypisał skierowanie na badanie, które odebrała moja mama w recepcji. Pojechałam znowu do tego szpitala, w którym była na rentgenie dzień wcześniej, bo tam mieściła się przychodnia. Przyznam, że z czasem nauczyłam wypełniać się ankiety covidowe na pamięć i swój PESEL potrafię wyrecytować w środku nocy o północy. U okulisty zrobiono mi podstawowe badania. Pani była miła, ale nie stwierdziła żadnych odstępstw od normy. A jak mój świat migał, tak migał. To nie były już zawroty, to było lekkie drganie obrazu. Patrzyłam na coś w skupieniu, a po prawej stronie lekko drgał świat. Byłam zrezygnowana i zastanawiałam się, czy kiedykolwiek ktoś mi pomoże. Została mi jeszcze wizyta u neurologa. Umówiłam się do przychodni w miejscu, gdzie już kiedyś chodziłam po wybuchu petardy. Czas oczekiwania był przerażająco długi - dwa tygodnie. Nie miałam pojęcia, jak wrócę do pracy. Nie wyobrażałam sobie osiem godzin pracy przy komputerze z popsuty wzrokiem, choć wzrok sam w sobie miałam dobry. Prawda jest taka, że gdyby u okulisty zrobili mi badania, na które zostałam wysłana później przez neurologa, podejrzewać by można było udar. Nie mam jednak nikomu za złe, że nie zostałam wtedy zdiagnozowana. Może to byłby dla mnie za duży szok. Poza tym wyglądałam na zdrową osobę. Miałam problem jedynie z jakimś dziwnym bliżej nieokreślonym miganiem, które widziałam tylko ja.

31.07.2021

1106.

Nie potrafię określić ram czasowych mojego udaru. Wiem tylko, że byłam w domu przed siedemnastą i stało się to - udar. Nie wiem, o której godzinie wybudziłam się ze snu. Pamiętam tylko, że było mi gorąco i niewygodnie, więc ściągnęłam jeansy i przykryłam się kołdrą, a może kocem, nie wiem, nawet jak zmieniałam pozycję, ale pamiętam ten jeden moment przebudzenia. Świadczy to najprawdopodobniej o tym, że mój uda miał potencjał do bycia epizodem niedokrwiennym przemijającym. Mogę się też mylić, tak naprawdę żaden z lekarzy nie usłyszał ode mnie dokładnego przebiegu mojego udaru, bo będąc później w gabinetach lekarskich zwyczajnie miałam problemy z pamięcią; obrazy i słowa wylatywały mi z głowy. Do tego byłam skupiona na tym, że okropnie kręciło mi się w głowie. Ale zanim to odkryłam, musiałam się wrócić do żywych. Tymczasem ciągle spałam. Na pewno wstawałam raz do toalety jeszcze w piątek. Potem nastała sobota, z której niewiele pamiętam. Tylko to chodzenie do toalety, a żeby tam dojść musiałam trzymać się ściany, tak okropne zawroty głowy miałam. Nawet nie wiem, czy coś piłam, bo na pewno nie jadłam. Spałam i sikałam, bo prawdopodobnie mój organizm się odwadniał. Nie rozmawiałam z nikim z rodziny. Nie wiem, czy mój stan nie wydał im się podejrzany. Na pewno konsultowali się z naszą sąsiadką - pielęgniarką, ale nie przekazali jej wszystkich informacji, a ona nie widziała mnie na żywo, więc nie mam nikomu za złe, że z perspektywy czasu to co mnie spotkało było klasycznym udarem. Wtedy trwała pandemia - jeszcze z czasów sprzed szczepionkowych i sprzed teorii spiskowych, i właściwie czemu zdrowa trzydziestoletnia osoba miałaby mieć nagle udar. Nikt nie zadzwonił po karetkę, bo tak jak wspomniałam w poprzednim wpisie, powiedziałam, że to niepotrzebne i uwierzono mi na słowo. Pamiętam, że w nocy z soboty na niedzielę obudziłam się nad ranem z myślą, że muszę udać się do toalety na siku, więc resztką sił doczołgałam się do toalety. Nawet przez myśl przeszło mi, żeby obudzić kogoś i powiedzieć, że czuję się jeszcze gorzej i nie wytrzymam do rana w takim stanie. Nie wiem, kim wtedy byłam i jak bardzo walczyłam ze swoim umysłem, czyli właściwie sama ze sobą, ale wróciłam do łóżka i nagle dostałam drgawek, których nie byłam w stanie opanować. Myślę, że byłam porządnie odwodniona i wyczerpana. Mój organizm nie dawał rady. Wyczytałam, że jak jest się odwodnionym i pojawiają się drgawki to już prosta droga do piekła. Wtedy nie wiedziałam nic, tylko leżąc rozdygotana w ciemnościach pytałam siebie w myślach “co się ze mną dzieje”. Zasnęłam. Po jakimś czasie - nadal była noc - obudziłam się znowu cała we drgawkach tylko po to, aby zasnąć ponownie. Mogłam wołać po pomoc, ale nawet nie wiedziałam, że jej potrzebuję. Nastała niedziela. Wstałam do toalety. Nadal kręciło mi się potwornie w głowie. Czułam się fatalnie. Tak okropnie nie czułam się nigdy w życiu i nie chciałabym powtarzać tego stanu. Zmierzono mi temperaturę, która sięgnęła lekko ponad 37 stopni. Miałam wypić rozpuszczalny paracetamol, ale czułam się tak źle, chyba było mi niedobrze, że nie byłam w stanie wypić zawiesiny. Zjadłam kromkę suchego chleba i z niewielką ilością wody połknęłam Ibuprom - tak - lek, który w ulotce jako skutek uboczny ma zapisany udar mózgu. Na szczęście nie dostałam po nim kolejnego udaru. Poleżałam jeszcze trochę, a potem zdecydowałam się na wzięcie prysznica. W głowie kręciło mi się nadal. Weszłam do łazienki nie zamykając drzwi ze strachu, że coś mi się stanie i będzie ciężej mnie uratować. Nie wiem, czemu tak zrobiłam, ale gdzieś z tyłu głowy musiałam przeczuwać, że stało i działo się ze mną coś złego. Jeszcze nie wiedziałam, że miałam ogromne szczęście, ale był to też początek długiej, ciężkiej drogi, po której nadal stąpam.

25.07.2021

1105

Osiemnasty dzień września przewrócił mój świat do góry nogami. Ile pamiętam z tego dnia? To był piątek, myślami byłam przy weekendzie, ale musiałam jeszcze przeżyć ten dzień w piwnicy, to znaczy w pracy, w zagraconym już nie tylko sprzętem wędkarskim, ale też bielizną sklepie, przy swoim biurku na szarym końcu, ale nie w ukryciu. Obecnie mnie tam nie ma i nie będzie. Oficjalnie pożegnałam się z tym miejscem wraz z ostatnim dniem marca. Wtedy dotarło do mnie jak bardzo zniszczyło mnie to miejsce. Nie chodzi o to, że ktoś się nade mną znęcał, nic z tych rzeczy. To miejsce aktywowało wszystkie moje lęki, a nieświadome niczego osoby wysysały ze mnie energię dzień po dniu. Trafiłam wśród ludzi, którzy nie byli “moimi ludźmi”. Może ktoś inny potrafiłby odnaleźć się w tym miejscu, ale ja musiałam grać od początku. Nie chcę jednak streszczać trzech lat mojej pracy, ani krzywdzić kogoś słowem. Nie o tym jest ta historia. Wraz z wybuchem pandemii i zbliżającym się wiekiem emerytalnym szefostwa zaczęło być gorzej. Udzielające się wszystkim napięcie związane ze stratami w handlu oraz fakt, że właściciele nigdy nie przejdą na emeryturę z powodu długów sprawiły, że coś pękło. Bez tych rzeczy to miejsce daleko odbiegało od normalnego funkcjonowania. Ale połączenie sklepu wędkarskiego i sklepu z bielizną w piwnicznych podziemiach, gdzie trwał handel stacjonarny i wysyłka internetowa było szaleństwem. Przy jednej branży był tam burdel, a co dopiero przy dwóch. Nie było warunków, by normalnie funkcjonować i nie tylko ja uważałam, że to przesada. Możliwe jednak, że tylko ja nie potrafiłam się tam odnaleźć. Po udarze było jeszcze gorzej. Opuściły mnie fizyczne i psychiczne siły. Szefowa postanowiła bawić się w lekarza, bo przecież mało było mojego nieszczęścia, powinnam zostać dłużej na zwolnieniu lekarskim, żeby za moją pensję nie musiała płacić ona, ale Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Wręcz wymagała ode mnie, abym zasugerowała lekarzowi prowadzącemu lub rodzinnemu (jej było to obojętne), że nie mogę wrócić do pracy. Taka okazja nie zdarza się codziennie. Niecodziennie trzydziestoletnia osoba ma udar mózgu. Nie wiem, czy bardziej byłam zła, czy było mi przykro. Rozumiem, że ZUS to instytucja owiana złą sławą, ale po udarze byłam zdruzgotana, a ona myślała tylko o tym, żeby nie musieć płacić za mnie składek. Wtedy zrozumiałam, że gdy tylko skończy się moja umowa o pracę odejdę. Kolejne miesiące tylko utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Ale zanim dojdę do tego punktu, muszę jeszcze opisać dzień udary, a nawet nie zaczęłam tego robić. Był to piątek, osiemnasty dzień września 2020 roku, tak, to już wiemy. Siedziałam w tym zakichanym sklepie przed biurkiem i standardowo marzłam, bo choć wrzesień był ciepło za dnia to noce chłodne, więc nie było szans, aby pomieszczenia w piwnicy się nagrzały. Tego dnia nie przyjechałam do pracy rowerem. Jeździłam rowerem całe lato, dzień w dzień, dopóki nie nakichali na mnie współpracownicy. Wszyscy mieli w nosie tę całą pandemię i nikt nie przestrzegał żadnych zasad. Jedynie strach przed kontrolami sprawił, że mieliśmy żel antybakteryjny na wejściu i tabliczkę z nakazem wchodzenia w maseczce. Zrobiłam tydzień przerwy od jazdy rowerem. Katar przeszedł mi dość szybko, ale po czterech dniach ponownych przejażdżek stwierdziłam, że poranki są już zbyt chłodne i pora żegnać się z latem. W piątek wsiadłam w autobus. W pracy zmarzłam, wypiłam może łyk wody, ciężko było mi grać tego dnia nie siebie i ciężko chodziło mi się do toalety, do której drzwi nie miała zamka. Każde wyjście było dla mnie naznaczone traumatycznym wspomnieniem tego, jak “kolega” z pracy wszedł tam kilka razy bez pukania. Postanowiłam więc mało pić i mało sikać i właściwie w dzień udaru była najprawdopodobniej odwodniona, co nie wyszło na badaniach, bo raz - wzięłam elektrolity, dwa - do szpitala trafiłam ponad tydzień po udarze. Wróciłam do domu zmęczona i zmarznięta, do tego chciało mi się siku. Jechałam jednak z ulgą, że oto udało mi się przetrwać ten dzień w pracy mimo że koleżanka - jedyna normalna tam osoba - miała wolne. Weszłam do domu i nawet nie pamiętam, czy najpierw poszłam opróżnić pęcherz, czy może wzięłam się za rozpakowywanie. W swoim pokoju zrzuciłam z siebie plecak, kucnęłam i zaczęłam wyciągać z niego rzeczy. Przy mnie stał najmłodszy brat i o czymś opowiadał - ale nie pamiętam nic z tego rozmowy. Drugi brat krzątał się po domu. Kiedy wyjęłam co potrzeba, podniosłam się, a przez moją tylną część głowy przebiegł okropny ból, nie trwało to długo. Potem poczułam jak tracę siłę w prawej ręce. Chciałam ją podnieść do góry ale opadła jak ociężała. Zakręciło mi się w głowie. Chyba mówiłam po kolei o tych wszystkich dolegliwościach. Spytałam jeszcze, czy mam czerwone policzki, bo poczułam uderzenie gorąca. Padła twierdząca odpowiedź. Nie wiedziałam. co się ze mną dzieje, to było dziwne uczucie. Gdzieś podświadomie czułam, że to coś niedobrego, ale w tamtym momencie już nie byłam sobą, od razu straciłam rozum. Bracia stali obok mnie i spytali, czy zadzwonić po karetkę. Odpowiedziałam, że nie, że się położę i będzie dobrze. Oczywiście nie powinni mnie posłuchać, ale nie sposób ich obwiniać. Żyliśmy w pandemicznym świecie, po co karetka miałaby przyjeżdżać do zdrowej osoby, której nagle zakręciło się w głowie. Mimo że miałam klasyczne objawy udaru, sama nie wiedziałam, czym jest udar mózgu. Niesamowite, że mając trzydzieści lat nie wiedziałam, czym jest udar, choć przynajmniej raz na tydzień widziałam w telewizji reklamę o specjalnych drinkach dedykowanych osobom w trakcie rekonwalescencji po udarze. Położyłam się na swoim łóżku, a potem powiedziałam, że się prześpię. Postanowiłam zrobić coś, czego stanowczo zabrania się w takim przypadku. Zamknęłam oczy i po sekundzie mnie nie było. Nie istniałam i aż dziwnie mi z myślą, że mogłam się już nigdy nie obudzić.

17.07.2021

1104.

 Mam 31 lat i nie wiem, kim jestem, za to wiem, że 10 miesięcy temu miałam kryptogenny udar mózgu. Nie pisałam tutaj tak długo, że nie pamiętam, czy nadal potrafię. Ale chciałabym opisać tę historię od początku do końca, choć jeszcze końca nie widać. Nie opuszcza wrażenie, być może mylne, że narodziłam się na nowo wraz z dniem udaru i jeszcze nie odkryłam kim jestem w tym nowym wcieleniu, ale wiem, że nie jestem już osobą sprzed dziesięciu miesięcy. Mam wspomnienia, owszem, to nie tak, że zresetował mi się mózg, ale w dużej mierze to już nie ma znaczenia. Nie ważne, gdzie dorastałam, gdzie odbyła się moja edukacja, nie pamiętam ludzi, których poznałam i jakie mieli dla mnie znaczenie, nic nie jest ważne niż to, że byłam najbliżej śmierci w całym swoim dotychczasowym życiu. Żaden lekarz nie odpowiedział jeszcze na pytanie, dlaczego miałam udar, choć istnieje pewne założenie, które za dwa miesiące zostanie potwierdzone kolejną serią badań. Tymczasem ja sama próbuję zrozumieć po co miałam udar. W takim ogromie bezsensu, jakim od zawsze było otoczone moje życie, próbuję zrozumieć czemu tamten dzień miał służyć i czemu właściwie nie umarłam. Bo byłam blisko, bliżej niż wszystkim się wydaje.

7.06.2021

1103.

 Żyję. Chciałabym tutaj wrócić, ale nie wiem, czy kiedykolwiek mi się uda. Może tak jest lepiej.