30.06.2017

942.

Dobry wieczór, jestem tutaj, aby po raz kolejny i nie ostatni ponarzekać, bo znowu próbuję zrozumieć jak to jest, że o spotkania proszą mnie obce osoby (choć nie do końca obce, znające mnie z widzenia), a znajomi, z którymi chciałabym się spotkać milczą dopóki ich nie zaczepię. Wszyscy na to cierpimy, chcemy odrobinę uwagi, chcemy, aby ktoś chciał z nami spędzić czas, tak jak my chcemy z tym kimś. Jestem wyrozumiała, zdaję sobie sprawę, że większość moich znajomych prowadzi oddzielne życie, beze mnie w nim, i dzielą nas czasem przeszkody nie do pokonania, ale nie, z tej jednej znajomości nie wyleczę się nigdy, choć nie uważam, że “leczenie” to trafione słowo w tej sytuacji. Chciałam wierzyć, że możemy być normalnymi znajomymi, ale nie, nie możemy, bo nasz znajomość nie zaczęła się normalnie i przeraża mnie to, że mogę nigdy o nas nie zapomnieć, gdy ty znikniesz całkowicie tak jak teraz wybierasz towarzystwo wszystkich tylko nie moje, a mi brak odwagi po raz kolejny zawracać Ci głowę i zapominam o tym, że pewnie połowa moich przekonań to wymysł mojej wyobraźni. Tak oto przegrywam tym, że nie jestem facetem i przez to nigdy nie będę Twoim kumplem, a potem przegrywam tym, że jestem sobą.
Czasem mam wrażenie, że jest we mnie tyle sprzeczności, że ktoś drugi może nie pojąć moich intencji, ale przecież nie mogę wprost powiedzieć o tym, co leży mi na sercu. Każda osoba ma w swoim życiu taką część, o której nie mówi nikomu, a nawet jeśli mówi, to nie wszystko jest tak proste i oczywiste, bo za każdą sytuacją kryje się sieć powiązań, które wypływają na to, że dana osoba zachowuje się tak, a nie inaczej. Moje myślenie wynika z moich doświadczeń i wiem, że jest w wielu punktach błędne, ale przeskoczenie tego, co nieodpowiednie wydaje się dla mnie niewykonalne w tym życiu, którym żyję od zawsze. Nie znam innego, innych myśli, emocji, uczuć i czasem uderza mnie, że nastoletnia wersja mnie nie różni się od tej obecnej, podobno dorosłej, i moje życie przez to nie różni się niczym, nawet ten pokój, z którego teraz piszę jest niezmienny od lat.
Nie można jednocześnie czegoś chcieć i nie chcieć, to głupie, jestem głupia od zawsze. Nie odnajduję się w dorosłym życiu, bo za każdym razem dociera do mnie, że mam osiemnaście lat i żałuję, że nie sprostam byciu czyjąś wymarzoną kobietą życia, bo na samą myśl o trzymaniu kogoś za rękę zawsze będzie mnie odtrącać. Może fajnie jest podtrzymać kogoś za rękę, ale nie chcę, aby na tym polegało życie, więc od zawsze odpycham wyciągnięte w moją stronę ręce. Lata minęły i nagle okazuje się, że nie ma innego sposobu na życie, jak trzymanie kogoś za rękę lub pozwolenie komuś na trzymanie cię za rękę, ale nie potrafię tak, bo to jest ten brakujący element, bo mam wrażenie, że urodziłam się bez rąk.
Poza tym, że wczoraj jedno zdjęcia wywołało we mnie lawinę niepotrzebnych przemyśleń, które pewnie nie mają wiele wspólnego z prawdą o naszej znajomości, dzisiaj lawinę niepotrzebnych przemyśleń wywołała we mnie jedna informacja, informacja, jakiej nie spodziewałabym się usłyszeć NIGDY w swoim życiu i tak mnie to dobiło, że nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Najgłupsze jest to, że wcale nie chodzi o mnie. Więc czemu, czemu mój szok jest tak wielki, że potrafię tylko siedzieć tempo wpatrzona w przestrzeń, gdy dociera do mnie, co się stało? Dziwny ze mnie człowiek. Chciałabym, żeby ktoś przy mnie usiadł, jakby realna obecność drugiej osoby miała uzdrowić i mnie i cały świat.

24.06.2017

941.

Poznań... Co mogłabym powiedzieć o Poznaniu będąc w nim niecałe cztery dni? Każde miasto z dala od mojego domu jest najcudowniejszym miejscem na Ziemi i gdyby każde miasto przyjmowałoby mnie równie ochoczo, jak uradowana wjeżdżam do jego bram, nie byłoby mnie tu od dawna, ale niestety, miasta są wymagające i drogie. Nie zwiedziłam wiele, bo miasto jest ogromne, a mój czas był ograniczony, ale poznańska palmiarnia to coś, co chciałam zobaczyć od dawna i jestem szczęśliwa z tej jednej samotnej wizyty w przeogromnej szklarni.

Poza tym chciałabym “wypisać się” z tego wszystkiego, co wydarzyło się od ostatniego wpisu tutaj, ale jest tego tak dużo, a moje myśli są tak pokręcone, że nie dam rady, ani teraz, ani nigdy.


Może gdzieś tam mi przykro, że wykazuję zainteresowanie, a zostaję z rzuconymi w przestrzeń pytaniami bez odpowiedzi. Jeszcze niedawno myślałam, że może moje obawy są bezpodstawne i że możemy tak zawsze wspierać się na odległość i po cichu, ale nie, męczy mnie myśl, że odpowiedź “tak” albo “nie” to dla kogoś zbyt wiele. Najlepsze jest to, że dokładnie wiem, czemu tak jest. Jest tak, bo jestem tylko sobą, tylko wytworem wirtualnej rzeczywistości i czasem niezależnie od tego jak wielkie są moje chęci, nie zaistnieję w czyjejś rzeczywistości, jeśli ktoś już nie chce. 

To głupie, bo to nie mój główny problem. Obecnie największym problemem jest fakt, że nie wiem, co zrobić ze swoim życiem. Moja bezradność jest z roku na rok coraz większa, a moje pomysły coraz bardziej nie mające szansy na realizację. Brak pracy, co pół roku plus pół roku szukania następnej to jak koszmar. Jeśli to ma być moja moja dorosłość, która ciągnie się prawie dziesięć lat, bo tyle lat temu skończyłam osiemnaście, to jestem rozczarowana, oczywiście sobą. Przez te wszystkie lata nie doszłam do tego, czym powinnam się zająć w swoim marnym życiu, aby zarobić. Jeśli jedynym sposobem na wydostanie się z rodzinnego domu i tej przeklętej miejscowości (serio, ja tu nienawidzę żyć od zawsze, aż mnie to dziwi) jest znalezienie męża, z którym zbuduje się oddzielne, niezależne życie (bo wtedy finanse dzieli się na pół), to można powiedzieć, że przegrałam już wieku gimnazjalnym ze swoją upartością. O ja biedna.

Zdaję sobie sprawę, że większość moich wpisów to same jęki, rozpacz i niezadowolenie, ale uwierzcie, w mojej realnej rzeczywistości nie ma miejsca na daremne płacze, trzeba być twardym i udawać, że wszystko jest w porządku, bo inaczej przegrywasz, jesteś niewdzięczny i niewierzący, więc ta oto wirtualna dolina płaczu jest moim ukojeniem.

Tak, wróciła z Poznania, wróciła bezsenność.

3.06.2017

940.

Znowu zapomniałam, że jestem tylko tym, kim jestem. Moje wielkie plany to teraz moja wielka porażka. Mają rację, nigdy mi się nie uda, ale zapominają, że moje podejście nie jest wymysłem mojej wyobraźni. Przez lata uciekałam od tego kim jestem i teraz okazuje się, że nie potrafię żyć z tym wszystkim, co mnie dręczy, z pasmem porażek, odrzuceniem, bezsensem. Tak, jestem szczera, w mojej nieogarniętej dorosłości dociera do mnie, że jestem zagubionym dzieckiem z rozbitej rodziny, pełnej żalu, krzyku i kary i niezależnie jak bardzo staram się nie obciążać znajomych i rodziny tym wszystkim co we mnie siedzi, nigdy nie stworzę z chaosu czegoś sensownego, nie stanę się kimś innym w jeden dzień, nie zbuduję nic, kiedy czuję jak trące kontrolę i racjonalne myślenie z każdą bezsenną nocą. Nagle moim największym marzeniem nie jest odzyskanie pełni słuchu i możliwość chodzenia ze znajomymi na imprezy albo wyjazd do Korei Południowej, nagle chcę stać się kimś innym, a mam wrażenie, że tylko śmierć mnie zmieni, choć nie wierzę w okrutną reinkarnację. Mogłabym napisać kilkustronicowe wypracowanie o tym, jaka sytuacja wprowadziła chaos w moje jeszcze poukładane tydzień temu życiu, ale nawet przedstawienie racjonalnie mojego punktu widzenia nie sprawi, że normalniejsi ode mnie, którzy mają wsparcie drugiej osoby, nie muszą martwić się, że zostaną bez dachu nad głową i nie będę mieli za co opłacić rachunków, bo mają podstawy stabilnej egzystencji, własne cztery kąty, rodzinę i miłość, przyznają mi rację. Powiedzą, że to moja wina, że nie potrafię nic zrobić. Tak, to moja wina, że nie złamałam swoich zasad, w które od zawsze wierzyłam. To moja wiana, że chciałam być silną i niezależną od nikogo kobietą, która chce pomóc swojej rodzinie i zapewnić jej lepszy byt, a jestem tylko egoistką, której nic nie wychodzi, bo nie chce, żeby mi wyszło. Macie rację, nie zależy mi. Nigdy nie stanę się głową tej rodziny, nie wyciągnę nas z długów, ani z niepewności o przyszłość, bo jest tylko sobą, kimś tam małym, że można mnie zetrzeć na proch. Nie zależy mi na niczym i nie wiem czemu nadal stoję jak powyginane od wiatru drzewo, gdy powinni mnie już dawno ściąć i usunąć z tego krajobrazu. Nie wiem, naprawdę nie wiem. Wcale mi nie wstyd, że niektórzy są przekonani o tym, że za jakiś czas będę gdzieś tam, samotna w wielkim mieście, gdy tak naprawdę mnie tam nie będzie. Nie obchodzi was moje życie, każdy musi zająć się swoim, a skoro ostatecznie mogę zrobić co zechcę, to zmieniam plany. Na jakie, tego jeszcze nie wiem. I tylko szkoda mi tej jednej znajomości, tak bardzo cieszyłam się, że pojawiłeś się w gronie moich znajomych. Myślałam, że po siedmiu miesiącach znikniemy ze swoje pola widzenia i kontakt się urwie. Chciałam napisać pierwsza i podziękować za polecane seriale, ale znowu się pogubiłam i nie potrafiłam nawet skleić zdania, więc jakże uroczą niespodzianką była wiadomość od ciebie akurat wtedy, gdy myślałam, że oszaleję. Ale teraz myślę, że nie powinniśmy być znajomymi dopóki taka jestem, niepoukładana i bez radości w sercu, którego przecież nie mam, a nie obiecam, że kiedyś będę inna. I choć nie wiesz o mnie prawie nic, nie wiesz o mnie najgorszego, to wolę dystans niż świadomość, że odkrywając któregoś dnia prawdę mógłbyś tak jak inni mówić, że masz już dosyć słuchania moich "dołujących" słów.