30.12.2019

1065.

Oto jestem, aby zamieścić ostatni w tym roku, na przekór wszystkiemu, pozytywny wpis. Kiedy myślę o dobrych rzeczach, myślę o warszawskim spotkaniu z K., o spotkaniu z dziewczynami ze studiów, o przepisanych wieczorach z M. i K., które pomniejszają moją pustkę, o spotkaniach z bliźniaczkami, które tyle lat znoszą moje towarzystwo, bezinteresownych wypadach z siostrą cioteczną i jej córeczką, za które jestem wdzięczna, choć nie potrafię tej wdzięczności wyrazić, o A. i E., które choć zajęte swoim życiem i wielkimi przemianami znajdowały czas, aby ponarzekać ze mną na los. Mogę być też wdzięczna za coś tak oczywistego jak zdrowie (fizyczne) i pracę, która mnie niszczy mnie w cichy podstępny sposób, ale to szczegół, bo miło mieć grosz przy duszy. Nie potrafię jednak zapomnieć o tych wszystkich zawodach, o tym, że nie było dnia, w którym nie zastanawiałabym się po co to wszystko i zasypiała bez żalu, że nie potrafię dojść do tego, po co to wszystko. Pamiętam Drogę Krzyżową na Majdanku, Noc Kultury, może był jeszcze Festiwal Cydru, o którym przed chwilą przypomniała mi K. i niewinnej wycieczce do kościoła Mariawitów. Czy naprawdę byłam tam w innym celu, niż powinnam? Sama już nie wiem. Jestem zawiedziona tym, kim byłam w tym roku. Widzicie, nie potrafię napisać pozytywnego wpisu. Nigdy nie potrafiłam. Nigdy nie zrozumiem, czemu w te ostatnie dni roku dopada mnie parszywy nastrój. Może dlatego że z każdym rokiem naprawdę dociera do mnie, że to nie ma sensu. Przykro mi. Czy kiedykolwiek zmienię siebie?

p.s. No i oczywiście w tym roku zniszczyłam sobie twarz. (:

28.12.2019

1064.

O  czym myślę? Czy jeszcze myślę? Przyzwyczaiłam się do tego, w czym tkwię tyle lat, że każda próba oczyszczenia wydaje się próbą na pokaz. Pokaz ode mnie dla mnie, bo realne życie mnie kiedyś przygniotło, za dużo przykrych emocji, więc wolę żyć, jakby nigdy nic się nie stało. Może moja cera nie wygląda tak jak wygląda, może nigdy nic mi się nie stało. Może mój ojciec nigdy nas nie zostawił i byłam najszczęśliwszym dzieckiem na świecie a wraz ze wsparciem rodziny wyrosłam na mądrą, pewną siebie kobietę, która zbuduje z kimś zdrową relację, przyjacielską czy narzeczeńską, bez różnicy. Może nie widzieliśmy się ostatni raz  tak dawno, może jeszcze wczoraj ktoś machał mi na pożegnanie. To nie tak, że myślę o tym wszystkim codziennie i obsesyjnie, ale łapię się na tym, że nie potrafię żyć właśnie przez te wszystkie przykre rzeczy, które mi się przytrafiły. One zawsze ze mną są, nawet jeśli o nich nie myślę, są w moich ruchach, zachowaniu, postawie mojego ciała, spojrzeniu oczu, moim głosie. Dni płyną do przodu nie wiadomo po co. Dzisiaj przybył do nas ksiądz po kolędzie. Nikt już nie pyta o mojego przyszłego męża, nikt, ale ksiądz musi zrobić aluzję. Potem przez cały dzień zastanawiam się, dlaczego nie czuję tego co kilka miliardów ludzi. Wyobrażam sobie siebie w tych wszystkich naturalnych sytuacjach, przez które musiałbym przejść będą w związku i widzę tylko ciąg niekończących się ataków paniki, załamań, przykrych sprzeczek i bezsensownego tłumaczenia, czemu wszystko sprawia mi trudność. A potem, jak kilkanaście minut temu, zaczynam płakać, bo nie wiem, co mam zrobić. Czasem chciałabym, żeby ktoś mnie odczarował, pokazał, że można żyć inaczej, ale nie ma tu nikogo. Mój jedyny sposób na zatrzymanie tego bólu to odrzucenie wszystkiego. Udawanie, że mnie już nie ma. Czasem słucham jakiś konferencji, ludzi mądrzejszych, bardziej doświadczonych, widzę, że można inaczej, ale jednak nie można. Nie rozumiem tego. Czemu moje życie to ratowanie siebie, ale nigdy nie ocalenie? A gdy mówię sobie “niech się dzieje co chce”, to nie dzieje się zupełnie nic. Tylko ja i moje bezsensowne codziennie zmaganie się z tym kim jestem, z tym co czuję i z tym czego nie czuję. Nie dziwię się, że tak bardzo uczepiłam się naszej historii. To jedyna rzecz, która przypomina mi o czymś realnym, a potem łapię się za głowę, bo wiem, że realność dawno wygasła i noszę w sobie obraz czegoś, co już nie istnieje. Próbuję usilnie się tego pozbyć. Nie chcę chorować tak zawsze. Niech to zniknie. Nic nie sprawi, że życie magicznie naprawi się z dnia na dzień i nie oczekuję tego, ale nie potrafię nawet stworzyć naprawczego planu działania, w mojej głowie taki nie istnieje, nie potrafię sama do tego dojść. A zegar tyka, codziennie.

22.12.2019

1063.

Minęły prawie dwa tygodnie, a moim ulubionym niezmiennym tematem jest moja twarz. Czasem myślę, że jestem ponad tym, ale jest mi właściwie przykro codziennie, tym bardziej, jeśli uświadamiam sobie ile pieniędzy wydałam w ciągu tego roku na ratowanie mojej cery i jak marne efekty to przyniosło. Za tę kwotę mogłabym teraz udać się na jakiś profesjonalny zabieg do kliniki - a nie do zwykłej kosmetyczki - ale przecież nie mam tych pieniędzy. Czasem moje myślenie jest bardzo nieracjonalne, mówię sobie, że dopóki moja cera nie spełni moich oczekiwań wycofuję się z życia. Ale to nieprawda, i bez tego jestem wycofana. Co chwilę próbuję wrócić, ale to trudne. Trudno jest istnieć, gdy głowę zaprzątają same zmartwienia, błahe, ale i te przerażająco realne. Czasem w ogóle nie myślę, nie analizuję, nic, tylko tak z dnia na dzień, jeśli jestem zmęczona fizycznie i psychicznie. Naprawdę trudno pogodzić mi się z faktem, że straciłam twarz. Stres sprawił i sprawia, że mam rany, które pewnie nie zniknął, a to świadczy o tym, że ten rok był za ciężki. Rok zaraz się skończy, ale stare nawyki nie zniknął. Czy stworzę w końcu choć jedyny pozytywny wpis w tym roku, pytam siebie, mam jeszcze kilka dni, ale nie wiem, nawet tego wpisu nie chce mi się kończyć.

11.12.2019

1062.

Chciałabym napisać o tym, jak mój ojciec umiera (realnie, bo już się nie leczy), jak mój brat rzucił studia, jak kolejna osoba jest zmęczona toksyczną rodziną, jak nie potrafię odezwać się do znajomych, choć śnią mi się co drugi dzień, jak nie mogę pogodzić się z niesprawiedliwością, która dotknęła Wonho, jak próbuję przekonać siebie, że jestem poza czymś choć to nie prawda, bo nie ma dnia, w którym o tym nie pomyślę. Nie mam jednak czasu, aby usiąść i pisać. Nie robię nic, a raczej wykonywanie zwykłych codziennych obowiązków zajmuje mi niewyobrażalnie dużo czasu. Za dużo zawieszeń, za dużo rozbieganych myśli, za dużo do zrobienia, więc w rezultacie nie robienie niczego.

7.12.2019

1061.

Całkiem niedawno wspominałam tutaj o jakimś pozytywnym wpisie. Tak, to jeszcze nie ta pora i nie ten czas moi drodzy nieistniejący czytelnicy. Zastanawiam się, czy znajdę czas w tym roku na napisanie tych kilku zdań wdzięczności. Tymczasem mam otwartych dwadzieścia kart w przeglądarce i próbuję zrobić to co zawsze - wybrać krem, ale zmęczyło mnie czytanie składników kremów, bo w każdym jest ten sam syf. Ciężko mi się skupić na czymkolwiek. Poza tym lada chwila wybije dwudziesta trzecia. Myślę sobie, że potrzebuję tygodnia w odosobnieniu i ciszy, a potem przypominam sobie, że mój świat od kilku lat nie jest cichy. Jeśli chodzi o ciebie, najbardziej obawiam się w weekendów, że to co na tygodniu zagłuszają codziennie obowiązki, w sobotę i niedzielę wypłynie ze mnie w najgorszym ze sposób, że stanę przed lustrem i zniszczę twarz, wiedząc, że nie szukasz ze mną kontaktu. Ale naprawdę, ostatni tydzień był dobry jeśli chodzi o moją samokontrolę. Martwi mnie tak dużo rzeczy, ale to nie tak, że się zamartwiam. Mam świadomość gdzieś z tyłu głowy, że są rzeczy, które powinnam zrobić, ale ich nie robię ich, bo nie potrafię, bo nie wiem jak zacząć, bo skończyły mi się pomysły na rozwiązania. Za to dotarło do mnie, że tak dużo czasu i energii życiowej poświęciłam na rozwikłanie zagadki jednej znajomości, że zaniedbałam innych znajomych, a co gorsza zagadka nie została rozwiązana. Jestem tak zagubiona, gdy próbuję o tym myśleć, że postanowiłam poddać się na dobre, może to przyniesie jakieś rozwiązanie, rzucenie tego wszystkiego w niebyt.

3.12.2019

1060

Jestem w pracy, jestem bardzo bardzo zmęczona, miesiączka wysysa ze mnie resztki życiowej energii, która i tak jest na wyczerpaniu. Wzięłam tabletkę przeciwbólową, więc boli mniej, ale jestem senna, mogłaby paść na biurko i nie obudzić się już dzisiaj. Jestem nieszczęśliwa. Moja cera wygląda jak sto nieszczęść. Nie mogę patrzeć na zaczerwieniania, a jednak patrzę w lustro obsesyjnie i ze strachem po kilkadziesiąt razy w ciągu dnia, jakby samo patrzenie miało mnie uchronić przed pojawieniem się kolejnych nieprzyjaciół. Boję się pomyśleć, ile wydałam pieniędzy na pielęgnację twarzy, która mi nie pomogła. Spędziłam wiele godzin na czytaniu opinii i składów kosmetyków, a ostatecznie wszystko wsmarowuję w ciało, bo twarz nie lubi się z tym, co kupiłam. Jestem zmęczona, bo ciągle szukam głupiego kremu nawilżającego, pęka mi głowa od myślenia o tym, jak sobie pomóc. Czasem przejmuję się tym za bardzo, czasem ogarnia mnie chłodna obojętność. Żaden z tych stanów nie wskazuje na to, że jest dobrze.  
Jestem w domu, nadal czuję się kiepsko. Wróciłam z pracy i pozwoliłam sobie na godzinną drzemkę, które nie przyniosła odpoczynku. Jestem zmęczona i senna, umyłam się i niedługo położę się spać. Znowu myślę o kremie i o tym, że kolejny wieczór został zmarnowany, bo nie miałam czasu na poszukiwania tego idealnego, choć taki nie istnieje.
Cały czas myślę o tym, że jeszcze kilka tygodni temu pojawiłabym się tam jakby nigdy nic, w swojej najlepsze sukience, ale wreszcie dotarło do mnie, jak bezsensowny byłby to pomysł. Zrozumiałam, że nie chcesz mnie widzieć i nie ma miejsca dla kogoś takiego jak ja w twoim wielkim świecie sukcesu. Przez jakiś czas będzie mi jeszcze trochę przykro, ale niedługo, bo w odniesieniu do faktu, że i tak wszyscy umrzemy, to nie będzie miało najmniejszego znaczenia.

24.11.2019

1059.

Jestem zawiedziona, ale mogę być, prawda? Może kolejny tydzień będzie odrobinę łaskawszy. Może wreszcie zrozumiałam, że nie mogę mieć oczekiwań względem osób, którzy nie mają czasu. Może mi przykro, bo myślałam, że mnie nie zawiedziesz, ale nie mogę oczekiwać, że inni zrobią dla mnie to, co chciałabym, aby zrobili. Wbrew wszystkiemu ta sytuacja uczy mnie bardzo dużo o sobie samej, więc przyjmę tę lekcję z pokorą. 

17.11.2019

1058.

Kiedy myślę o tym roku, uderza mnie to, że nie zamieściłam tutaj żadnego pozytywnego wpisu, a nawet jeśli taki się pojawił, nie pamiętam. Nie pamiętam już jak to jest, gdy było dobrze. Choć to nie do końca prawda. Mam zamiar zebrać w sobie resztki pozytywnej energii i pod koniec roku zamieścić tutaj wpis z wszystkimi wydarzeniami z mijającego roku, które były dobre. Ale zanim to nastąpi pozwólcie mi dalej płakać, nad stanem swojej cery, nad nigdy niekończącym się cyklem rozdrapywania twarzy. Może mój weekend wyglądałby lepiej, gdybym nie zrozumiała, że obiecane spotkanie to kłamstwo. Choć może nie kłamstwo, ale prawda, że nigdy nie będę już na tyle ważna, aby poświęcić mi chociaż dzień. Ale staram się zrozumienie stawiać ponad swoje uczucia. Myślę o tym, że jeśli jesteś teraz szczęśliwszy niż rok temu, jeśli czujesz, że życie nabiera sensu, jeśli mimo zmęczenia wiesz, że to dobre życie, jeśli kładziesz się spać z nadzieją, to nie jest mi przykro. Właściwi im gorszą mam twarz, tym bardziej jest mi to obojętne, więc może ten dramat twarzy to jednocześnie moja ochrona. Ale w sobotę mój najmłodszy brat miał wypadek samochodowy. Schylił się by zmienić płytę i wjechał w rów uderzając w znak drogowy. Nikomu nic się nie stało, ale zostaliśmy bez samochodu, co przez chwilę stało się problemem tak wielkim, że moje ciężko zarobione pieniądze, mogę wręcz powiedzieć, często łzami, których nie byłam w stanie pożyczyć w całości, sprawiły, że stałam się najgorszym człowiekiem pod słońcem. Zaświadczyć może tylko Katarzyna N. jak źle zniosłam całą sytuację. Jestem w szoku, że od tak silnego płaczu nie rozbolała mnie głowa. Może dlatego że ssanie oleju naprawdę pomogło moim zatokom. Bez bólu minął miesiąc, a może nawet więcej czasu. Prawie całą sobotę siedziałam przed lustrem, próbując co jakiś czas oderwać się różnymi zajęciami. Co gorsza, w końcu wujek zawiesił duże lustro na ścianie, które osobiście przywiozłam ze sklepu. Czasem patrzę na zegarek, gdzie dopiero jest - przykładowo - druga po południu i myślę sobie, że nie wytrzymam do momentu zaśnięcia, że chcę już iść spać, chcę, żeby to się skończyło, ta walka ze sobą. Bycie w domu mnie niszczy, nie bycie również, bo jak nie w domu to jestem w pracy. Mogłabym znaleźć tysiąc zajęć, które zajęłyby myśli i palce, odciągnęły od złych luster, ale jestem sama, ja i tylko ja. Nie potrafię wygrać ze sobą.

14.11.2019

1057.

Wstałam z ładną cerą, gdzie przez ładną mam na myśli moje niewielkie wymagania, gdzie przebarwienia, blizny i strupki nie mają znaczenia, bo da się je zakryć korektorem. Ile moja niechęć rozdrapania twarzy będzie trwać? Dobę? Do kolejnego wyprysku? Do kolejnej burzy hormonów? Moje życie było przez długi czas czekaniem na ciebie, kimkolwiek teraz jesteś, aby stać się paranoją skupioną na własnej twarzy. Stresuje mnie każde spojrzenie w lustro. Mycie rano, mycie wieczorem. Jestem zmęczona. Mam tyle rzeczy do wypisania z siebie, a jedyne co robię, to po powrocie z pracy stoję przed lustrem, czasem bardzo długo, nawet godzinę, i patrzę, jakbym próbowałam w otwartych porach znaleźć rozwiązanie swoich problemów. 

10.11.2019

1056.

Chciałabym żyć w świecie, w którym masz wybór, w którym wybór śmierci oznacza całkowite nieistnienie, nie bycie, tak jakby nigdy się nie było. To już długa droga w dół. Niczego się nie nauczyłam. Niszczę siebie dzień po dniu. Kiedyś miałam kontrolę nad własnym cierpieniem, teraz nie mam kontroli nad niczym. Codziennie wieczorem obiecuję sobie, że następny dzień będzie lepszy, że nie zrobię sobie krzywdy, a potem, gdy zostaję sama i patrzę w lustro nie mogę znieść tego wszystkiego. Nie wiem, może chodzi o to, aby moja twarz stała się jedną wielką raną, aby ktoś w końcu uwierzył, że naprawdę potrzebuję pomocy, że chcę być inna niż reszta mojej rodziny, która żyje w pięknych kłamstwach. Nie wiem, a może chodzi o to, że z taką twarzą nie będę miała ochoty już nikogo widzieć i wystawiać się na kolejne porażki i zawody. Dzisiaj tak dobrze mi szło, ale jedno nieprzychylne spojrzenie w lustro zniszczyło wszystko. Prawda jest jednak taka, że gdybym miała ładną cerę, nie psułabym jej dodatkowo. Rządzi mną strach, że będę jeszcze bardziej odpychająca, więc widząc coś niewielkiego, chcę zniszczyć to już w zarodu, aby nie stało się problemem większym. Tymczasem dzieje się na odwrót. Mały problem przybiera niewyobrażalne rozmiary. Nigdy nie radziłam sobie z życiem, teraz nie radzę sobie dodatkowo ze sobą. Ciepię na bezsenność, bo nie chcę zasypiać i budzić się do kolejnego przykrego dnia. Jestem zmęczona psychicznie. Chcę umrzeć, od dawna, odkąd tylko pamiętam, od dziecka. Chciałabym tylko dożyć momentu, w którym Wonho wraca do zespołu, ale wiem, że on nie wróci.

7.11.2019

1055.

Witam, zniszczyłam swoją twarz. Czy mój każdy wpis będzie już tylko o tym? Niesamowite jak z jednego tematu, który wałkowałam tutaj miesiącami nagle znalazłam nowy. Gdybym notorycznie nie wbijała paznokci w skórę, nie wyglądałoby to tak tragicznie, ale przecież muszę odreagować w jakiś sposób TO WSZYSTKO. Dla odmiany mogę pochwalić się faktem, że od 18 dni nie wzięłam tabletki przeciwbólowej, nawet okres przetrwałam bez. Czy to znaczy, że nie jestem już lekomanką? Ogarniam jedną myślą cały mijający rok i myślę, że to jeden z tych najgorszych. Coraz częściej łapię się na myśli, że może chciałabym, aby był już ostatnim.

2.11.2019

1054.

Od kilku dni zbieram się do tego, aby coś tu napisać. Odczuwam nieodpartą potrzebę pozbycia się z siebie tego wszystkiego, ale nie mogę się zebrać, jest tyle ważniejszych rzeczy niż rzucanie słowami. Napiszę po prostu, że jestem zmęczona i chciałabym obudzić się w innym życiu, z nową twarzą i nowym sercem. Chciałabym tak wiele nieosiągalnych rzeczy, że aż mnie to przerasta.

28.10.2019

1053.

Zawsze wydawało mi się, że opanowanie się jest czymś łatwym. Masz ochotę na słodycze, ale nie możesz ich jeść, więc omijasz ten dział w sklepie. Masz ochotę komuś przywalić, ale nie możesz, więc zaciskasz pięści i odchodzisz. Niestety przekonuję się, że trądzik neuropatyczny jest czymś realny i nie przypuszczałam, że na starość moje wszystkie “problemy psychiczne” odbiją się w ten sposób. Męczy mnie to, ale nie mam pojęcia jak z tym wygrać. Wiecie, jestem jak zaleczony alkoholik, jakoś udaje się od dnia do dnia, a potem jedna sytuacja i cały ciąg upadków.  Patrzę w lustro i pytam, co Cię tak stresuje dziecko moja i chyba wiem - wszystko.

22.10.2019

1052.

Lubię wracać do siebie, do tego racjonalnego stanu, w którym emocje opadają. Nie lubię jednak mieć świadomości, że znowu, ZNOWU, zamiast myśleć logicznie pozwoliłam opętać się nieuporządkowanym emocjom i przeszłości. Lubię być uspokojona przez proste wiadomości. Lubię jak ktoś, z kim od dawna próbowałam złapać kontakt nagle ten kontakt nawiązuje. Lubię mieć wrażenie, że nic się nie stało, że wcale nie dręczyło mnie to wszystko i znowu jesteśmy całkiem normalnymi znajomymi, którzy owszem, mają swoje niezależne życia, ale nadal potrafią zboczyć z własnych ścieżek, aby spotkać się w połowie drogi. Tutaj rodzi się jednak poważny dylemat. Podczas takiego spotkania wszystko to, co mnie męczyło i o czym chciałam porozmawiać zniknie. Zawsze cieszę się tak bardzo ze spotkań, że nie mam serca psuć ich swoimi rozterkami. Bo tak naprawdę bardziej rozumiem tę ciszę niż może się wydawać i wiem, że ona nie ma ze mną nic wspólnego. To tylko mój smutny umysł pogrąża się jeszcze bardziej w przykrych myślach. Mimo tego mam świadomość, że jeśli nie poruszę choć części tematów, które dręczą mnie od dawna, to gdy rozejdziemy się do własnych żyć, a moja radość z samego faktu spotkania rozpłynie się wraz z kolejnym urojeniem, znowu to mnie dopadnie. Niewypowiedziane nigdy słowa znowu zaczną wracać i po raz kolejny w swojej głowie będę przerabiać ten sam scenariusz. Czy jest jakiś inny sposób na odcięcie się od czegoś niż całkowita dożywotnia ucieczka lub podzielenie się przemyśleniami z nadzieją, że wypowiedziane słowa już nie będą tak zaprzątać myśli? Mimo wszystko na końcu uważam, że nikt nie zasługuje na to, aby dźwigać cudze problemy, jeśli dwóch osób nie łączy nic poza znajomością. Od naprawiania problemów są specjaliści. Nie mogę wyrzucić z siebie wszystkiego, a potem zostawić kogoś z moimi problemem, bo wiem, że to będzie też problem dla drugiej osoby. Masz za dużo na głowie, starasz się zmienić swoje życie...Chcę wspierać moich znajomych w zmianach i przemianach, jeśli wiodą ku dobremu. Więc co powinnam zrobić? Jak to rozegrać? Ile powiedzieć, a ile przemilczeć dla dobra wszystkich? Jak mam mówić ludziom o tym, że mam problem jednocześnie nie brzmiąc, jakby byli moją ostatnią deską ratunku? To wszystko jest trudne i głupie, dlatego trudno mi i głupio.

18.10.2019

1051.

Całkiem niedawno, bo kilka dni temu obwieściłam, że chciałabym zniknąć z tego miejsca, ale już dzisiaj pomyślałam, że nie mogę, bo to jedyne miejsce, gdzie mogę być obrzydliwie szczera, mając wrażenie, że obędzie się to bez przypadkowych ofiar. To jak mój mały gabinet, gdzie leżę na kozetce i piszę o wszystkim, co wpadnie do myśli, nawet jeśli nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości, bo te myśli plączą się ze sobą. Mimo to dopiszę ten historię do końca, bo jej koniec kiedyś nastąpi. Opiszę tutaj, aby to była przestroga dla innych, aby próbowali szukać rozwiązania, aby mówili o sprawach dręczących, aby nie bali się szukać pomocy. Czasem jest za późno i nie chodzi wcale o śmierć tej młodej dziewczyny. Chodzi o to, że czasem tak zaplączemy się w sobie, że nie widzimy możliwości wyjścia. Do jej śmierci przyłożyło rękę społeczeństwo. Moje problemy są wyłącznie wymysłem wyobraźni. To był ciężki tydzień. Nie potrafiłam położyć się spać o przyzwoitej godzinie, a potem nie mogłam pozbyć się senności w ciągu dnia. We wtorek wróciłam z pracy, rzuciłam wszystko i wybrałam się przejażdżkę rowerową. Bardzo mi to pomogło, ale nie na długo. Kiedy włączyłam wi-fi, rozbrzmiała informacja o nowych wiadomościach. Oprócz stały imion zauważalnym “nowe”, choć znajome. W pierwszej chwili nie wiedziałam co ze sobą zrobić, teraz przypomina mi się głupi cytat, że Bóg wysłuchuje nasze prośby, ale nie zawsze tak, jakbyśmy tego chcieli. Wychodzi na to, że ani ja Tobie nie pomogę, ani Ty mi. Czekałam tak długo na podobną wiadomość, że teraz poddaje wątpliwości każde jej zdanie. Niezależnie jak na to spojrzę, nie potrafię zdrowo i racjonalne oceni tej całej sytuacji. Jeśli to burzy mój spokój i miesza aż tak w głowie, to gorączkowo myślę o tym jak zrobić, aby znaleźć się w świecie, w którym to wszystko nigdy się nie wydarzyło. Ale taki świat nie istnieje. Mógłby zaistnieć tylko wtedy, gdybym mnie na nim nie było. Przecież to ja wprawiałam w ruch świat te dziesięć lat temu. Nie wiem, czemu zależy mi na tym spotkaniu, jeśli myśl o nim wpędza mnie w “chorobę”. Może mam w sobie dziwne przekonanie, że powinnam przeprosić, osobiście, za to wszystko, a potem... Potem niech dzieje się co chce.

14.10.2019

1050.

Wczoraj pomyślałam o tym, że czas zakończyć to wszystko i usunąć to miejsce raz na zawsze. Nigdy nie myślałam, że księżyc może mieć realny wpływ na człowieka i nawet jeśli to sobie wmówiłam, to nie mogę spać już tydzień przed pełnią. Wczoraj była pełnia i nie mogłam długo zasnąć. Do tego dołączę kończący okres i wiecie rozumiecie, mam już wytłumaczone wszystko. To, że zebrało mi się na wspomnienia, a potem zaczęłam przewijać nie swój instagram aż do trzech lat wstecz i z każdym kolejnym postem płakałam gorzej, czując się okropnie zagubiona. Moja racjonalna część wie, że robię to sobie sama, na własne życzenie wracam do świata, który nie istnieje, ale w tamtym świecie miałam uczucia, w tym wszystko jest albo pustką albo zagubieniem. Czasem pod wpływem impulsu przychodzi mi do głowy szalony pomysł, że się zakocham, o tak, to dopiero byłaby rewolucja, a potem okazuje się, że nie ma we mnie żadnych uczuć, a myśl o wpuszczeniu kogoś obcego w moje niepoukładane życie jest męcząca. Jestem przekonana, że nie ma ani jednej osoby stąpającej po kuli Ziemskiej, która byłaby w stanie wytrzymać z tą wersją mnie, którą jestem obecnie, a stanie się wersją inną to droga długa, już wszyscy o tym wiemy, jak trudno mi nią iść, tak trudno, że wlekę się jakimiś poboczami. A w miniony tydzień okropnie zabłądziłam. Za każdym razem, gdy dopada mnie ta myśl, że może, wszystko wypada mi z rąk i nie wierzę, że kiedykolwiek się z tego wyleczę. Jak mam zapomnieć, bo chcę, naprawdę chcę.

6.10.2019

1049.

“Cierpienie neurotyczne, czyli takie, które sami sobie zadajemy. Osoba cierpi na własne życzenie i o tym nie wie. Myśli o tym (o danej sytuacji) codziennie z premedytacją po wielokroć, to jest cierpienie, które ona sobie tworzy.” Wyrwane słowa z konferencji "Mądre życie" na temat psychoterapii. Uderza mnie, że mój blog to zapis właśnie tego, co sobie robię. Od lat dręczę się też cierpieniem wymyślonym. Czasem chciałabym wiedzieć, czy to, co mnie dopada wymaga też leczenia farmakologicznego, ale jeśli kiedyś myślałam, że tak jest, to tamta ja nie jest teraźniejszą mną, więc częściej wydaje mi się, że poza typowym spadkiem nastrój w dni kobiece i nieumiejętnością reagowania na sytuacje trudne, dawałam sobie na własne życzenie. Dzisiaj myślę o tym szczególnie, zwłaszcza, że historia się powtarza. Tym razem nie moja. Z biegiem lat w jakiś sposób przyzwyczaiłam się, że niektórzy są po prostu nieszczęśliwi i nie można wiele z tym zrobić, kiedy nie otrzymają pomocy, ani nie nauczą się o nią prosić, albo samemu zatroszczyć. Tymczasem męska część mojej rodziny ma w sobie silną chęć ucieczki przed trudnościami. Kiedy ja siedzę w czymś i cierpię, bo choć bardzo chcę zmiany sytuacji to nie potrafię jej zmienić, mężczyźni od razu muszą tu i teraz zrezygnować. Czy dlatego mój ojciec wybrał życie bez nas, bo w tamtym momencie myśl o przyszłości z nami wydała się tak okropnie unieszczęśliwiająca? Czy dlatego mój brat po miesiącu zrezygnował kiedyś z pracy z zagranicą, bo nie mógł tam wytrzymać i nawet fakt, że potrzebuje pieniędzy go nie przekonał? Czy dlatego mój najmłodszy brat po tygodniu chce rzucić studia, choć realnie nie dzieje mu się tam żadna krzywda ? Czy to jest w nas, przekazywane z pokolenia na pokolenie, irracjonalne cierpienie związane z myśleniem o przyszłości? I właściwie czemu moja matka nigdy nie zrezygnowała, choć miała realne powody, aby poddać się. I dlaczego ja jeszcze nie zrezygnowałam, choć mój pogrzeb odbywa się raz na tydzień? Ciężkie to wszystkie. Czasem chciałabym, aby ktoś naprawił naszą rodzinę, od podstaw nauczył nas jak żyć, aby mniej bolało. Często myślę o słowach z pewnego filmu “Mam nadzieję, że rośnie wolny i szczęśliwy, bo on jeden może cieszyć się życiem, moja Giuliano. Choć jeden musi…” i wiem, że u nas nawet ten jeden nie będzie, choć chciałabym się pomylić.

5.10.2019

1048. Fikcyjne podsumowanie roku.

Myślę już o zakończeniu roku. Cały rok myślę o zakończeniu roku. Wypatruję zakończenia, jakby to miało zmienić cokolwiek; jakbym pierwszego stycznia miała zostać magicznie przeniesiona do innej czasoprzestrzeni. Nie potrafię policzyć, jak długo już czekam, choć nie czekam zawsze, czasem myślę wręcz gorączkowo nad rozwiązaniem tej jednej zagadki. W tym roku chyba najbardziej szkoda było mi mijającego lata, bo pomyślałam, och, ostatni raz w letniej sukience widzieliście mnie tak dawno, wtedy na pewno byłam kimś innym; szkoda, że i w tym widzieliście mnie tylko na zdjęciach. Można powiedzieć, że nie wydarzyło się nic wielkiego i przez to ten rok był ciężki. Ciężko było mieć świadomość, że jest tyle rzeczy, na które nie mam wpływu, że od myślenia rozbolała mnie głowa, zbyt wiele razy. Okropnie mieć świadomość, że tylko czas jest naszym sprzymierzeńcem, a potem dowiedzieć się, że czas działa na naszą niekorzyść. Ilość tabletek przeciwbólowych, jaką wzięłam w tym roku przekracza moje dotychczasowe normy. Myślę, że w pewnym momencie głowa bolała mnie już od stresu. Nie potrafiłam zmienić w tym roku pracy, więc idąc za myślą, że lepiej być nieszczęśliwym z pieniędzmi, niż nieszczęśliwym bez grosza przy duszy, postanowiłam zostać w tej, mimo że bycie tam jest dla mnie trudne, a czasem nawet trochę niszczące. Nie chcę tego wyliczać na palcach. Ostatecznie to tylko i wyłącznie moja wina, i tego, jakie mam problemy ze sobą. Normalni ludzie normalnie tam funkcjonują. Moim celem, który ciągle jest daleko, jest nie tyle chęć stania się lepszym człowiekiem, ale stanie się tą wersją siebie, którą powinnam być zanim spotykało mnie wszystko to, co spotkać nie powinno, a zmieniło na gorsze. Godzę się jednak z faktem, że niektóre rzeczy zawsze będą mnie dręczyć, ponieważ wsiąknęły we mnie tak bardzo, że nie potrafię nawet wyobrazić sobie siebie, że myślę inaczej. Wydaje mi się to wręcz nierealne, jakby mój umysł nie potrafił zobrazować innego scenariusza. Wiele osób dało mi do zrozumienia, że jestem winna temu, że jestem tu gdzie jestem i nie potrafię nic z tym zrobić. I wiecie co, święta prawda, przecież gdybym wiedziała co zrobić, to bym to zrobiła. Nikt nie widzi, że mam gdzieś poważny problem, który sprawiał, że w tym roku ciągnęłam się nad przepaść zbyt często. Zbyt często też narzucałam się innym osobom. I nawiedzę słyszeć, że nikt nie lubi nie uśmiechniętych osób, więc przykładowo moje konto na instagramie zawiera tylko uśmiechnięte zdjęcie mnie. Im większy uśmiech, tym bardziej mnie boli, że ludzie w realnym świecie pojawiają się przede mną wtedy, gdy mam ciężki czas. A przecież nie mam ciężkiego nieustannie, to oni źle trafiają i rozumie, ja to rozumiem, czemu nie szukają ze mną kontaktu. Często myślałam, że nie dożyję trzydziestu lat i wprawdzie jeszcze trzy miesiące tego roku, a do moich urodzin aż dziewięć, to i tak myślę, że prędzej może umrzeć mój ojciec niż ja. Jest to oczywiście spojrzenie czysto ludzkie, zakładające, że ludzie chorzy umierają szybciej od zdrowych, co prawdą nie jest. Śmiałam się z K., że najlepsza rzecz w tym roku to “wspólne” oglądanie chińskiej dramy i właściwie to chyba nic więcej nie dało mi tyle dziecięcej radości. Nie wiem, czemu zebrało mi się na podsumowanie roku tak wcześnie. Może dlatego, że oznaczyłam cię jako sprawę przegraną i nie chcę już czekać te trzy miesiące, jestem zmęczona myśleniem o tym i wkurza mnie, że nie przestanę myślę o tym jeszcze długo, a może nawet nigdy. I tylko czasem, gdy zmuszam się do snu (moja fikcyjna ucieczka w bezsenność trwa cały czas), zdarza się, że zaczynam płakać przed snem nad całym swoim życiem, by za dnia ze spokojem stwierdzić, że może jeszcze trochę chce mi się żyć. Tylko nie pamiętam jak być żywą wśród ludzi. Czasem ogarnia mnie ogromna chęć poproszenia kogoś o spotkanie, nawet obcą osobę, tylko żebym wróciła do życia. Chcę być jak inni ludzie, żyć bez tych wszystkich irracjonalnych lęków, spędzić z kimś miło czas bez poważnych rozmów o życiu, ale nie, nie mam odwagi zabierać komuś cennego czasu. Nie mam odwagi rozmawiać z ludźmi. Proszę, zabierz mnie nad morze, może to mnie uzdrowi.

28.09.2019

1047.

Moje ulubione zdjęcie, ale nie mogę Ci o tym napisać. Wtedy pomyślałam, że jest w tym coś przykrego, teraz nadal nie wiem, czy moje “nie mogę” jest wynikiem osobistego przekonania, podpowiedzi innych, czy czegoś, co powinno takie pozostać. Boli mnie gardło. Czasem taki ból jest potrzebny. Wtedy nie myśli się o wielu rzeczach, tylko o tym, że boli i nic nie pomaga, więc trzeba przeczekać, a czekanie się dłuży i ma się dość. Poczekam, a potem znowu pomyślę o tym wszystkim, o czym nie powinnam.

18.09.2019

1046

261 pierwszy dzień roku, dociera do mnie, że znowu wyszłam na paranoiczkę. Pierwsze co chcę zrobić to przeprosić, posłać bukiet róż, bić się w pierś, zerwać kontakt, który i tak jest zerwany. Mnie już ani trochę nie dziwi, że sytuacja wygląda jak wygląda. Takich ludzi jak ja odsuwa się na bok, więc będąc odsuniętą i ja odsunęłam kogoś, choć naprawdę nie odsunęłam, od razu odcięłam drogę. Nie mam siły już o tym myśleć, więc tego nie robię. Dni płyną szybko, coraz bliżej końca, jakieś na pewno, jesień, za oknem i w sercu, chciałam napisać więcej, ale nie dzisiaj, bo nagle usłyszałam jak wzywa mnie łóżko i przypomina o śnie. Tylko że nie sypiam dobrze od miesięcy.

13.09.2019

1045.

Pomyślałam kiedyś, że nie napiszę już o tym ani słowa. Teraz ogarnia mnie ogromna bezsilność, gdy pomyślę, że mogę nigdy nie pozbyć się tego wszystkiego z głowy. Ale to nieprawda; ludzie żyją z tyloma trudnymi historiami w sobie i dają radę, więc czemu ja usilnie próbuję zrozumieć coś, co wcale nie musi być zrozumiane. Mogę zostać bez odpowiedzi, mogę przestać wymyślać te wszystkie głupie teorie i pogodzić się z tym, że każdy ma wybór i Twój wybór to po prostu zerwanie ze mną kontaktu. Tak, mam ochotę napisać, że mnie to wcale nie dziwi, że ludzi nienormalnych omija się łukiem i że wiedziałam, wiedziałam to mając lat kilkanaście, że na pewnym etapie życia ludzie zaczną mnie opuszczać. Ale to nie do końca prawda, bo mam przy sobie osoby, z którymi nie mam takiego problemu. Widzę kogoś po pół roku, a i tak mam pewność, że czas nas nie rozdzielił. Wiem to, bo te osoby chcą się ze mną spotkać i wiem, że im nawet miło, gdy siedzą w moim towarzystwie. Czemu więc to wrażenie już mi nie towarzyszy, gdy pomyślę o Tobie? Nie wiem i mój problem polega na tym, że chciałabym to zrozumieć. Wiem, zmieniłeś się, chyba dobrze odczytałam to we wszystkich Twoich wiadomościach z ostatnich lat, sam nie raz pisałeś, że nie jest już jak kiedyś. Więc kiedy przestałam być dobrym duchem przeszłości, a stałam się koszmarem? Nie piszę jednak tego z wyrzutem. Chciałabym zrozumieć, gdzie popełniłam błąd. A co jeśli nie popełniłam żadnego błędu? A co jeśli nie potrafię czuć się winna? Co jeśli uważam, że zasługuję na coś lepszego w życiu niż czekanie? Niestety prawda jest smutniejsza. To ja jestem stroną, która aby ruszyć na przód potrzebuje zamknąć przeszłość. I naprawdę chciałam, żebyś mi w tym pomógł. Chciałabym, żebyśmy rozstali się w zgodzie i bez żadnych oczekiwań, a potem zapomnę. Chciałam Cię przeprosić za wszystkie moje wiadomości, na które nigdy nie odpowiedziałeś, bo jak rozumiem, stawiały Cię one w niekomfortowej sytuacji i narzucały zbyt trudne oczekiwania. Ale musisz wiedzieć, że większość moich słów, choć zawsze przemyślanych, wypływała i tak z nieuporządkowanej duszy. Ludzie tacy jak ja nigdy nie będą szczęśliwy i rozumiem, że nie miło jest mieć kontakt z kimś takim... wiecznie zagubionym. Nie jestem więc zła. Po prostu chciałabym, żeby prawda była inna. I jeśli naprawdę mamy się już nigdy nie spotkać, to przecież przeżyję. (Nie licząc tego, że i tak wszyscy umrzemy.) Ostatecznie jestem silniejsza niż mi się wydaje.

2.09.2019

1044.

Mój poprzedni wpis pełen żalu powstał głównie po to, aby zobaczyć, w jakim tonie zostanie utrzymany wpis dzisiejszy, już po całym wyjściu. Muszę was zaskoczyć, będzie on nawet pozytywny. Nie pamiętam, w jakim budziłam się nastroju, ale jak zwykle obudziłam się wcześnie rano, z myślą, że jest upalnie jak zapowiadali i nie wiem, czy wytrzymam w rajstopach. Najlepsze jest to, że międzyczasie wpadłam na pomysł, aby przykleić wejście do kamery, gdzie wkręca się mini statyw i pociapałam palce klejem. Stały się szorstkie i potem miałam problem z nałożeniem rajstop, bojac się, że je zaciągnę, do tego stopnia, że musiałam prosić mamę o pomoc. Czasu na wyszykowanie się było dużo, ale musieliśmy robić wszystko na ostatnią chwilę i to chyba cud, że nie myłam od nowa włosów na godzinę przed wyjściem. Ostatecznie wyszłam z domu zadowolona, z poczuciem, że pierwszy raz w życiu wyglądam trochę doroślej. Nasz kierowca miał klimatyzowany samochód, co przy takim upale było błogosławieństwem, zaś przekleństwem dla moich zatok, które przez płacz dzień wcześniej były osłabione. Pamiętajcie, leczcie się na zatoki, bo każdy płacz, każdy chłodny podmuch wiatru i każde zbyt zimne lody będą wam szkodzić. Mimo to przez dwa dni weselnych szaleństw głowa mnie nie rozbolała, a mogła, gdyby nie moje ziołowe tabletki usprawniające pracę zatok. Wiele osób narzeka na wesela, że to takie wiejskie zabawy i że disco polo i sama twierdzę, że nie lubię wesel, ale to nieprawda. Nie lubię być na weselach sama i nie mieć z kimś się bawić. Naprawdę uwielbiam cały ten obciach i podziwiam ludzi odważnych, którzy na parkiecie wywijają jak szaleni, a podczas weselnych zabaw nie mają oporów, aby narobić sobie trochę obciachu, dzięki czemu mam się z czego pośmiać, przez co sama bawię się lepiej. Mąż mojej siostry ciotecznej ma swój popisowy weselny numer, gdzie zbiera chłopaków i tańczą dla pana młodego. Powiedziała, że za każdym razem czuje to samo zażenowanie i na pewno nigdy nie nagra tych tańców połamańców, ale wiecie, to urocze widzieć, jak śmieje się widząc swojego męża w akcji, bo w sumie to rozrywkowy chłopak i dobrze rozkręca towarzystwo. Uwielbiam ludzi nieskrępowanych, pewnie dlatego że przez ostatnie zapomniałam jak to jest dobrze się bawić. Wiecie, kiedyś uwielbiałam tańczyć i miałam ku temu często okazję, a potem moje życie się rozjechało. Czasem tęsknię za wyjściami do głośnych miejsc, gdzie mogłam tańczyć całą noc. Teraz mogę co najwyżej poskakać do muzyki we własnym pokoju przez słuchu, który muszę oszczędzać. Ale chciałabym, aby ktoś zabrał mnie na taneczną imprezę plenerową, bo sama nie mogę pójść, muszę mieć ochronę. Może w następne lato, jeśli następne lato nadejdzie. Nie straciłam słuchu, choć orkiestra grała bardzo głośno, nie tylko na mój gust. Oczywiście miałam ze sobą zatyczki, które przypięłam na breloczku do paska od zegarka. Wszyscy wiedzą, że poszłam sama, ale przy naszym stole każdy bez obrączki był sam. Do tańczenia miałam sześcioletnią córkę mojej siostry ciotecznej i tańczyło mi się z nią lepiej niż tymi wszystkimi chłopakami i panami, którzy mieli odwagę poprosić mnie do tańca. Trochę głupio o tym pisać, ale zostałam obsypana komplementami. To nie pierwszy raz, gdy ktoś nieznajomy lub mało znajomy powiedział mi, że dobrze tańczę, ale to nieprawda. Może mam trochę poczucia rytmu i daję się prowadzić, nic wielkiego. Ale akurat w parze z małą to ja byłam “facetem” i dzięki temu uzyskałam miano ulubionej cioci. Nawet ostatni taniec przed powrotem do domu chciałam zatańczyć ze mną, porzucając towarzystwo taty, którego jeszcze kilka chwil trzymała za rękę. Powiedziałam jej jednak, że to z tatą powinna zatańczyć. Wiecie, jeden męski komplement nie był tak miły jak te wszystkie ciepłe słowa od dziecka (a jak wiemy z reguły dzieci są szczere). Byłam najlepszą i najpiękniejszą ciocią; usłyszałam, że miałam piękne sukienki w oba dni, miałam piękny makijaż i kolczyki. Byłam najlepszą partnerką na parkiecie, najlepszą powierniczką miłosnych przedszkolnych sekretów i najlepszą przytulanką. Byłam ukochana. A gdy ścisnęła mnie mocno pomyślałam, że będę zdrowsza przez to, że w końcu ktoś przytulił mnie tak długo. Naprawdę bawiłam się fantastycznie. Niestety muszę być sobą i napisać o rzeczach, o których może nie powinnam. Pierwsze “załamanie” miałam w samochodzie, a może i nie, nie wiem, ale nie chciałam tam jechać bez pary. Potem w kościele. Miałam deja vu; kiedyś już stałam w jednym kościele po prawej stronie, siedząc na postawione bokiem ławce bez oparcia, nawet w otoczeniu tych samych osób, i wyobrażałam sobie jak by to było, gdybyś znalazł się tam i Ty, kimkolwiek teraz jesteś. Nie wiem, skąd mi się to bierze, czemu projektuję na Ciebie wszystkie scenariusze i z niepokojem myślę o tym, że naprawdę pasowałbyś do tego pustego miejsca obok mnie. Nie powinnam żyć tym sentymentem, dokładnie o tym wiem, a jednak czasem nie mogę powstrzymać. Wiem, że z pośród tych wszystkich problemów, które mnie męczą, jesteś tam i Ty, choć określenie Cię jako problemu jest nie na miejscu. Przeraża mnie, że zawsze to będzie we mnie, a tak nie powinno być. Chciałabym zrobić coś z tym wszystkim, ale pokonuje mnie własna bezsilność i to milczenie, bo nie zależnie, co zrobię nie uzyskuję żadnej reakcji. A potem jest mi coraz bardziej głupio i uświadamiam sobie swoją niedojrzałość. Dużo osób pytało mnie, kiedy mój ślub, jakbym była najnormalniejszą dziewczyną na świecie. Mój wujek widząc jak wychodzę wystrojona z mieszkania, pół żartem pół serio oznajmił, że to niepojęte, aby taka dziewczyna jak ja się marnowała i tak nie może być. Nie przejmuję się takimi spostrzeżeniami, bardziej nie mogę nadziwić się temu, że ktoś realnie uważa mnie za osobę atrakcyjną, z którą można umówić się na randkę, a tym bardziej  zakochać się z niej. Pójście z na kimś na niezobowiązującą randkę wydaje się łatwe, ale stworzenie z kimś życia, takiego prawdziwego, na dobre i na złe, Boże, to jest przerażająco piękne, ale tak nierealne w moim przekonaniu o sobie, że nie mogę tego nikomu zrobić. Bo to nie tylko moje przekonanie, że mam poważny problem ze swoim życiem, ale o tym wie niewiele osób. Ludzie patrzą na mnie i widzą jeszcze młodą dziewczyną, ale nie wiedzą jak obrzydliwe czasem miewam myśli. Najpierw muszę popracować nad sobą od podstaw, tymczasem jestem na etapie umierania co drugi dzień. Nikt nie jest w stanie wytrzymać długo z kimś, kto chodzi w ciemności. Obawiam się, że nie wystarczy mi życia, aby dorosnąć do roli czyjejś żony. W mojej głowie z tamtego dnia utkwiła jeszcze jedna sytuacja. Był to moment, gdy siostra mojej babci wzruszyła się na mój widok. To dziwne wiedzieć, że ktoś kogo prawie mnie znamy, ma zapisany nasz obraz w pamieć z przed lat, a potem widząc nas dorosłych i wyrośniętych nie może uwierzyć, ze to ta sama mała osoba, która kiedyś biegała u ich nóg. Pomyślałam wtedy, że w porównaniu z tymi załzawionymi oczami i ciepłym uściskiem, smutne jest wszystko to, czym się stałam przez ostatnie lata. I jak dobrze, że oni nie wiedzą.

30.08.2019

1043.

Powinnam położyć się spać biorąc pod uwagę fakt, że mój organizm z przyzwyczajenia obudzi się punkt szósta, ale próbuję zrozumieć, czemu moja rodzina na dzień przed wspólnym wyjściem się rozpada. Zaczynamy sprzeczać się o pierdoły, a kończymy na rzeczach tak ważnych, że aż ciężko tym pisać. Myślę sobie, że jutro znowu powtórzą się wszystkie schematy. Moja matka będzie trząść się nad każdym kieliszkiem mojego brata widząc jego drogę do alkoholizmu, ale nie powie nic. Dopiero na drugi, a może trzeci dzień okaże swój zawód. Będzie też upominać babkę - swoją matkę - za każde negatywne słowo, którego nie będzie jej głosem, ale choroby, i choć moja matka o tym wie, to i tak jak zawsze będzie chciała z tym bezskutecznie walczyć. Mój brat będzie przeklinał wszystkich i próbował zagłuszyć swoją niską samoocenę chamstwem. Trudno przewidzieć kim będzie tam mój ojciec, na pewno człowiekiem stojącym nad grobem. Będę też ja, smutna i samotna i właściwie to mnie nie powinno już być. Będę myśleć o tym, że znowu muszę patrzeć na ten obrazek zwany naszą rodziną i choć powinnam być przyzwyczajona to z rezygnacją westchnę, że mi ciężko. Pomyślę też, że niezależnie jak wielkie starania włożę w swój wygląd, nie zmieni to tego, że i tak będę czuła się najbrzydszą dziewczyną na świecie. Nie muszę chyba dodawać, że jestem już uzależniona od niszczenia swojej twarzy. Pierwszy raz w życiu straciłam nad czymś tak bardzo kontrolę; nad czymś co wbrew pozorom można byłoby kontrolować bardzo łatwo. Nigdy większych kłopotów nie sprawiała mi na przykład dieta, czy zmuszanie się do wstawania z łóżka, gdy moje całe istnienie mówiło, że powinnam już zostać na tym łożu śmierci. Jednak nie potrafię zmusić się do nie spoglądania w lustro. Nie wiem, jak się z tego wyleczę. Wszystkiego jest we mnie za wiele i szkoda, że wylewa się to w ten sposób. Jutro będę myśleć o tym, że tylko przez własne negatywne wyobrażenia i sugestie innych muszę przetrwać ten wieczór bez Ciebie, kimkolwiek jesteś. Kiedyś, a właściwie niedawno, bo trzy lata temu, powiedziałam sobie, że nigdy nie pójdę na żadne wesele sama, ale przez te trzy lata nic się nie zmieniło w kwestii mojego przeznaczenia. Chciałam pójść tylko z Tobą, ale uderza mnie, że inni mieli rację. Obiecuję sobie, że kiedyś i z tego się wyleczę. Widocznie ostatnie dwa lata to ciągle za mało, aby zrozumieć, że mnie nie lubisz. Nigdy nie udało Ci się przyjść, więc czemu teraz miałbyś znaleźć czas? Dobrze, że nie spytałam. Może byłabym tylko bardziej zawiedziona kolejną odmową. Pewnie będę bawić się nie za dobrze, myśląc o tym, że jestem trochę nieszczęśliwa przez wszystko, co mnie spotyka (po części na własne życzenie). Będzie duszono, będzie mi wstyd, że to nie mój dzień i nie chodzi tu o mnie, a skupię wszystkie myśli na swoim małym nieszczęściu, które zwie się istnieniem bezsensownym. Ostatnio ktoś napisał do mnie, że przypomniała mu się jasna dróżka w Borach Tucholskich, w otoczeniu brzóz i gdy ta osoba nią jechała, wyobraziła sobie, że mnie tam zabierze i zrobimy mały piknik. Mnie takie słowa zawsze wzruszają, że ktoś myśli o mnie w ten ciepły sposób, a może to nie wzruszenie, może tu chodzi o to, że te słowa są pełne życia i obietnic, a rzeczywistość jest całkiem inna. Nigdy żaden piknik się nie odbędzie. Umarli za życia przecież nie jedzą.

24.08.2019

1042. Pewnego razu w Warszawie.

Będzie o tym jak wymyśliłyśmy spotkanie w Warszawie, i czemu zawsze mamy pod górkę. Nie wiem, czy planowałyśmy to spotkanie od ponad pół roku, pewnie nie, bo nie było konkretnego planu. Po prostu wiedziałyśmy, że musimy zobaczyć się ponownie. Ile weekendów minęło nam na narzekaniu, że ten wspólnie przegadany czas w internecie powinien być czasem spędzonym inaczej? W końcu wybrałyśmy termin. Czułam w kościach, że akurat wtedy szefowa poprosi mnie o przyjście do pracy. Na wszystkie wolne soboty akurat każdy potrzebował wolne w tę jedną. Nie zgodziłam się, a właściwie powiedziałam, że nie mogę przyjść i biedna szefowa musiała zostać. Nie było mi szkoda. Kilka dni wcześniej przyjechała jej córka, a tydzień wcześniej ona była u córki. Ja mojej K. nie wiedziałam dziesięć miesięcy, więc ze względu na większą tęsknotę należało mi się bardziej. Dni płynęły wolno, aż oto nastała sobota. Wymodliłam sobie ładną pogodę i dwa dni wcześniej początek okresu. Gdyby wypadł w sobotę, odwołałabym spotkanie. Moja twarz nie wyglądała najtragiczniej. Nie czułam się źle pomimo regularnego upływu krwi. Mogłam jechać. Niestety, polskie koleje zwaliły sprawę po całości opóźniając o godzinę pociąg, który z miejsca A miał dowieść K. do miejsca B. Tak się nie stało i nagle K. nie mogła pojawić się w miejscu C, które było miejscem naszego przeznaczenia. Kręciłam się po domu, szykując na podróż roku, gdy rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu - najpierw jeden krótki dźwięk, a potem cały dzwonek. Dzwoniła K., aby poinformować mnie o zaistniałej sytuacji. Czy ktoś mógł przewidzieć, że przewoźnik zwali? Nikt nie wyrusza w podróż zakładając, że kursy opóźnią się tak bardzo. Te wszystkie żarty o polskiej kolei w jednej chwili przestały być zabawne. W mojej głowie nie istniał scenariusz, w którym nie ma naszego sobotniego spotkania. Co zrobiłam po zakończonej rozmowie? Oczywiście rozpłakałam się się ze złości. Na wszystkie spotkania czekam bardzo długo, a potem rzeczywistość odbiera mi ostatnią radość. Naprawdę źle znoszę takie przeciwności losu wraz z wiekiem. Czekanie miesiącami, a nawet latami na jedną chwilę radości jest trudne, a potem wychodzi na to, że i tego nie będzie się miało. Wkurza mnie ten dramatyzm życia i takie postrzegania rzeczy, ale naprawdę, już nic nie sprawia mi radości, zaś o to, co jeszcze sprawia, muszę walczyć, jakby to było walka na śmierć i życie. Przestałam płakać na myśl o tym, że pojadę na spotkanie z bólem głowy. (O dziwo głowa nie zabolała mnie ani razu do dnia wczorajszego, gdy nie mając wyjścia wsiadłam na rower po siódmej rano i przewiało mi zatoki.) Jedynym rozwiązaniem było przełożenie spotkania, więc przełożyliśmy je o dwie godziny. K. dotarła późniejszym pociągiem, gdzie jedynym miejscem, na jakie mogła liczyć była podłoga na korytarzu. Na myśl o poświęceniu K. ściska mi serce. Może kiedyś, w przyszłości, gdy nasze drogi się rozejdą (bo kto jest w stanie przewidzieć życie), wrócę myślą do jej niewygodnej ponad trzygodzinnej podróży i uśmiechnę się z wdzięcznością. Tak naprawdę łącznie jechała pół dnia, musiała odczekać swoje na kolejnych przystankach, a bycie w stanie gotowości bywa męczące. K. próbowała dotrzeć, tymczasem ja dwugodzinne oczekiwanie poświęciłam na poszukiwania otwieracza do wina, co okazało się banalnie proste - wystarczyło wejść do działu z alkoholem w markecie. Najzabawniejsze jest jednak to, że wino okazało się być na zakrętkę, a nie korek i tak oto przywiozłam do domu pamiątkę ze stolicy - otwieracz do win. Po zakupach udałam się McDonaldu naładować baterię w telefonie. Mogłabym zawsze jadać samotnie w wielkim mieście, wpatrując się przez szybę na ulice pełne ludzi. Dwie godziny minęły błyskawicznie i na stację wjechał pociąg z K., oczywiście opóźniony o kilka minut. Musicie wiedzieć, że mapy na google kłamią i wszystkie odległości między dwoma punktami da się pokonać znacznie szybciej niż przekonuje internet. Na obiadokolację znalazłyśmy małą knajpę prowadzoną przez prawdziwych - chyba Wietnamczyków - i oczywiście moja panika na widok obcych ludzi, z którymi przecież nie domagam się po angielsku, bo co z tego, że potrafię, jeśli mój mózg nie jest w stanie przetrwać takiej sytuacji, była nieracjonalna. Aż spytaliśmy, to znaczy K. spytała przechodzącej obok dziewczynki, czy ktoś wewnątrz mówi po polsku. Było mi głupio za siebie, bo oto przyjechało dziewczę ze wsi do miasta i już powstają pierwsze problemy. W środku obsługiwały Polki i jedzenie też było przygotowane pod polskie podniebienie. Siedziałyśmy na zewnątrz i ta grupka chłopaków na skuterach, którzy mogli zajmować się rozwożeniem posiłków, choć czy tak było naprawdę, raczej się nie dowiem. Nie chodzi jednak o nich, ale  pojazdy jednośladowe z silnikiem. Czemu będą kojarzyć mi się z moim kolegą, który nie jest moim kolegą, oraz chińskim aktorem, piosenkarzem i nagle zawodnikiem wyścigów motocyklowych? Czemu zawsze, gdy ujrzę jakiś pojazd będę myśleć o tych osobach? Jak mnie to wkurza. Czemu mój umysł działa na zasadzie skojarzeń skoro to niewygodne? Po posiłku udałyśmy się z winem nad Wisłę tramwajem pełnym ludzi, którzy ku mojemu zaskoczeniu wcale nie kryli wiezionego alkoholu. Podczas gdy my martwiłyśmy się jak wypijemy alkohol, żeby nie dostać mandatu za picie w miejscu publicznym, wszyscy pasażerowie wiedzieli, że można legalnie pić własny osobisty alkohol na Wisłą. Wysiadłyśmy z tramwaju i ruszyłyśmy za tłumem, aby zostać powitanym przez jeszcze większy tłum. Nie spodziewałam się, że zjedzie się tam pół stolicy. I my dwie spoza miasta. Znalazłyśmy miejsce jak najdalej ludzi, choć mi chodziło głównie o odizolowanie się od potencjalnych panów, którym tego wieczoru były amory w głowie. Naszym punktem ochronnym okazała się grupka osób z kilkuletnim chłopcem - tak, tam na pewno nie będzie burdelu. Tak oto piłyśmy wino w uroczych różowych plastikowych kubeczkach, które wzięła specjalnie dla nas K i wpatrywałyśmy się w oświetlony w oddali Stadion Narodowy. Chyba byłyśmy senne, może przez podróż, a może przez alkohol, ale było to miłe zmęczenie. Lubię siedzieć w czyimś towarzystwie i nie czuć za wiele poza przyjemnym znużeniem; mój umysł wtedy odpoczywa. Kiedy ktoś usiadł dosłownie za naszymi plecami i puścił muzykę na full, postanowiłyśmy poszukać toalety. Dziwne, że nie pomyślałam wtedy o moich uszach i za głośnej muzyce, pomyślałam o tym, że nie zniosę polskie rapu z co drugim przekleństwem w tekście. Toalety znalazły się szybko, kolejka nie była okropnie długa. Potem udałyśmy się na spacer, w lewo, w prawo, mostem w jedną stronę, mostem w drugą i tak oto dotarło do nas, że tramwaj, który przywiózł nas nad Wisłę, jechał droga okrężną. Bez pośpiechu mogłyśmy wrócić pod Pałac Kultury pieszą. Po drodze zaczepił nas chłopak, który wyłapał z naszej rozmowy zwrot fantazje seksualne i doprawdy faceci są beznadziejni, tym bardziej wstawieni. Chłopak nie był nachalny, ale musiał się zawieść, że to była rozmowa nie o naszych fantazjach tylko o ludziach z dokumentu. I to jego stwierdzenie, że wszystkie kobiety coś tam. Zawsze w takich momentach przypomina mi się cytat z filmu Służąca: Of course I support men’s right. Men’s rights to shut the fuck up.  Dobrze, że nie zdecydował się za nami leźć w nieskończoność. Po spacerze znalazłyśmy się na leżakach należących do restauracji znajdującej się przy Muzeum Narodowym. Na wewnętrznym dziedzińcu była nawet fontanna, więcej miejsc do siedzenia i stolików do postawienia szklanek. To dziwne, że w dzień przechadzają się tam ludzie spragnieni sztuki, czy mający potrzebę załatwić urzędowe sprawy (bo był tam też jakiś urząd ale żadna z nas nie zapamiętałam nazwy), a w weekendowe noce plac zmienia się w miejsce innej rozrywki. Choć chyba kulturalnej, bo nikt tam nie leżał pijany, tylko my leżałyśmy, zastanawiając się, czy nas nie przegonią skoro nic nie kupiłyśmy. Aż zawiał chłodniejszy wiatr i pozostał nam tylko McDonald, gdzie do rana czekałyśmy na powrotne pociągi. Alkohol trochę mi zaszkodził, a przecież pamiętałam, że muszę dużo jeść, tylko potem przypomniało mi się, że nie jadłam niewiele w ciągu dnia, a potem raz a porządnie. Nie wymiotowałam, nie miałam kaca, te 250 mililitrów zaszkodziło moim kiszkom. Może się wydawać, że nasze spotkanie było nudne i te całe plany ostatecznie okazały się męczącą podróżą w obie strony i kolejnym czekaniem; czekaniem na posiłek, czekaniem na pociąg, czekaniem aż dotrzemy do domu, czekaniem aż położymy się do łóżka i w końcu zaśniemy, czekaniem i niczym więcej. Ale jak o tym pomyślę, to właśnie tak powinno wyglądać moje życie. Powinnam co weekend spędzać nudnie czas z moimi nudnymi znajomymi, tymczasem mamy weekend i moją jedyną rozrywką jest niszczenie własnej twarzy. :))))))

11.08.2019

1041.

Powinnam pisać częściej. Moje niepisanie sprawia, że wszystko i tak odbija się na mojej twarzy. Jakie to zabawne, działam już jak osoba uzależniona. Dzień bez rozdrapanej twarzy jest dniem straconym. Jestem jak alkoholik, który przyrzeka, że nigdy więcej nie sięgnie do kieliszka, a następnego dnia znów stacza się na dno. Jestem jak osoba zaczynająca dietę, która mówi, że od jutra będzie lepiej, a potem i tak wpycha w siebie milion kalorii. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że mój “problem” się nie rozwiąże, mój “problem” jest czymś, z czym muszę nauczyć się żyć. Mam to zaakceptować, tak po prostu. Muszę zaakceptować, że jako osoba z hormonami mam żyć z brzydką twarzą i że właściwie będzie ona brzydsza z każdym miesiącem, bo wszystkie sprawy, które przyczyniają się do tego, że dodatkowo pogarszam stan cery nigdy się nie rozwiążą, tak jak nie rozwiązały się przez lata. Nigdy nie dojdę do tego, co mam uczynić ze swoim życiem, a nauczyło mnie tego nic innego jak moje własne życie. Tak, to bardzo logiczne. Uderza mnie, że przez lata odreagowuje różne rzeczy w różny sposób i nie rozumiem, czemu mój umysł nagle zdecydował, że będę niszczyć swoją twarz. Dzisiaj myślałam o wielu rzeczach, o których nie powinnam już nigdy więcej myśleć, więc za karę zemściłam się na własnej twarzy. Uważam jednak, że gdybym miała piękną promienistą nieproblematyczną cerę, nie skupiałabym na niej swojej uwagi. Znalazłabym lepszy sposób na pozbywanie się złej energii. Niestety nie pomaga mi już nic. Jeżdżenie rowerem czy ćwiczenia są przyjemnością. Trzymanie się diety - tej samej liczby kilogramów na wadze - jest o dziwo proste. Nawet hejt wymierzony w samą siebie jest już rutyną, która nie szkodzi,a bawi. Ale moja cera, tak, moja cera to coś, o czym myślę za często. Myślę sobie “nie lubisz mnie”, więc zniszczę swoją twarz, abym to ja była tą, która nie lubi siebie. Myślę sobie “nie chcesz mnie wiedzieć”, więc zniszczę swoją twarz, abym to ja była tą, która ma powód, aby móc cię więcej wiedzieć. Mijają tygodnie, cera się goi, albo i nie, lepiej, żeby nie, bo wtedy trzeba mierzyć się z realnymi problemami, a tak można płakać nieustannie nad swoim żałosnym wyglądem.

28.07.2019

1040.

Nie pisałam tutaj dawno (choć 3 tygodnie to niewiele), pewnie dlatego że piszę dużo z K. Czy K. również dlatego nie pisze na swoim blogu? Weekendy są ciężkie. W weekendy nie muszę trzymać się kupy. Nawet jeśli zdarza mi się mieć pracującą sobotę (co zdarza się w tym roku sporadycznie), niedziela pozostaje wolna, a wtedy nie ma dla mnie ratunku. Choć to właśnie niedziele powinny być tym dniem, kiedy wracam i widzę światło nadziei. Niestety, marnuję tylko czas. Pamiętam, jak wczesną wiosną płakałam na swoją twarzą, której hormony zrobiły krzywdę. Potem to minęło. Nie całkowicie. Raz było lepiej, raz gorzej, zależy jak danego miesiąca przechodziłam okres. W tym miesiącu było ciężko, ale pomyślałam sobie, nikt na mnie nie patrzy w ten sposób, w jaki widzę siebie, więc przetrwałam… i nie przetrwałam. Dzisiaj i wczoraj znowu zniszczyłam swoją twarz. Stoję przed lustrem i wiem, że nie powinno mnie tam być, nie powinnam patrzeć na swoją cerę z odległości 5 centymetrów, a jednak mój umysł już mnie nie słucha. Pięć centymetrów, pięć minut, a potem pięćdziesiąt minut łez i pięć dni czekania, aż wszystko wróci do normy. Czasem nie wraca. Czasem mam dziurę w twarzy, albo nigdy nie gojące się zaczerwienienie. Czy aż tak bardzo jestem zestresowana? Co sprawia, że nagle walczę z trądzikiem neuropatycznym? Co sprawia, że jestem niespokojna i muszę rozładować napięcie właśnie w ten obrzydliwy sposób? Czemu nie mogę w zamian znowu się głodzić? Czemu nie mogę się samookaleczać? Bo nigdy tego nie robiłam? Czemu nie mogę wdawać się w bójki albo ćwiczyć do upadłego? Czemu to nie działa inaczej? Od czterech godzin nie mogę przestać patrzeć w lustro, jakbym chciała uwierzyć, że wraz z każdym spojrzeniem moja twarz zagoi się magiczny sposób, ale staje się wręcz przeciwnie, jej wygląd z każdym spojrzeniem staje się gorszy. Nie mogę doczekać się momentu, w którym położę się spać. W nocy organizm trochę się samo naprawia. Ile takich nocy musi minąć, aby moja twarz wróciła do normy? Pewnie kolejny ciężki tydzień. Gdybym mogła, kładłabym się spać zaraz po powrocie z pracy, aby nie robić sobie krzywdy. Gdybym mogła, chciałabym zrobić sobie krzywdę raz i byłoby po sprawie.

7.07.2019

1039.

Wpadłam na “fantastyczny” pomysł, że stworzę wpis ze wszystkim “za” i “przeciw” mojej sytuacji związanej z pracą, a co za tym idzie z moją przyszłością i stanem psychicznym, a potem roześlę losowo do kilku osób i poproszę o radę, ale nagle okazuje się, że w tym wszystkim o stan psychiczny chodzi i to jest najgorsze. Człowiek będący w formie jest w stanie przejść wszystko co go czeka, tymczasem ja z przerażeniem złapałam się na tym, że myślę o samobójstwie. Patrzę na siebie z boku, jakbym wyszła ze swojego ciała i nie wiem, co dzieje się z tą dziewczyną, ale jest bardzo zagubiona. Zaczęłam się zastanawiać, czy istnieje jakiś sposób, aby umrzeć we śnie, tak po prostu, jakby nic się nie stało. Moje myśli o śmierci to wbrew pozorom najprostsza opcja. To lepsze niż stanięcie przed własną matką i powiedzenie jej, że dłużej nie mogę, że wszystko we mnie wymiotuje, że boli mnie całe ciało i głowa, bo nie wierzę, że tak wygląda moje życie i że nie wiem, co z tym zrobić, bo każdy scenariusz jest gorszy niż całkowita rezygnacja. To co dzieje się w mojej głowie, to jak odbieram świat i jak ciągle wracam nad tę samą przepaść, to po części skutek otoczenia w jakim się wychowałam. Nie obarczam rodziny winną, ale nie mogę udawać, że to co się wydarzyło w naszej rodzinie na przestrzeni lat nie miało na mnie wpływu. Poza tym wiele razy, mniej lub bardziej subtelniej uświadamiałam moją rodzinę, że potrzebuję pomocy, ale jako dziecko jej nie otrzymałam, więc jako dziecko zamknięte w ciele dorosłego nigdy o nią nie poproszę, bo nie mam już kogo. Usłyszę to co wtedy, że pójdę do piekła, a mi momentami tak bardzo obojętnie, bo mój umysł jest piekłem. Może to był błąd, że nie chciałam pójść na rodzinną terapię, gdy mój ojciec był na odwyku. Nie chciałam tam się znaleźć ze strachu, że zrobiłabym z tej terapii swoją prywatną sesję. Nie jestem dzieckiem alkoholika, jestem dzieckiem opuszczonym i ciągle gubię sens życia, bo moje życie straciło sens w bardzo młody wieku. Czasem idę tym samym chodnikiem, mijam ten sam krajobraz i nie wierzę, że od piętnastu lat noszę w sobie te same ciężary i mam ochotę krzyczeć ze złości, że nie chcę tu być, nie chcę być tym kim jestem, nie chcę widzieć tego wszystkiego, co mnie przygnębia, ale ogarnia mnie bezsilność i tylko wzdycham ciężko, bo przecież to moja wina, że nie potrafię nic z tym zrobić. To, że pozwalam ciemności tak bawić się moją duszą, również jest moją winą. Myślę więc, że zostanę w tej pracy, przetrwam ten stresujący okres przejścia z jednej gównianej umowy na drugą, a potem będę umierać dalej z nadzieją, że to skończy się szybko. Bo o ile nie będę ciężarem dla swojej rodziny z pracą i zarobkiem, to będę ciężarem dla samej siebie i nie wiem, jak długo wytrzymam w tym życiu. Jak pomyślę o tym logicznie (ha ha), to kobiety u mnie w rodzinie żyją długo, ale jeśli przede mną jeszcze czterdzieści lat - to co to jest, co to dla mnie. (Oczywiście mogę żyć krócej, moje życie nie w moich rękach.) Mimo wszystko ciężko mi z myślą, że żyję tylko nadzieją, że to wszystko się kiedyś skończy, bo to oznacza, że jestem martwa za życia, a tym samym bezużyteczna.

29.06.2019

1038.

Dwa tygodnie urlopu minęły, ale czym był mój urlop, przecież nawet nigdzie nie wyjechałam. Moje podróże ograniczyły się do wyjazdów w poszukiwaniu sukienki i butów na wesele. Nie kupiłam nic. Czy ktoś jest zaskoczony? Zakupy nigdy nie wychodzą wtedy gdy powinny. Na wszystkie uroczyści, które miały miejsce od mojej studniówki, nie udało mi się znaleźć idealnego stroju. Można więc powiedzieć, że od dziesięciu lat zawsze idę w tym, w czym muszę, jeśli chcę w ogóle pójść, a przeważnie nie chcę, ale muszę, bo inaczej nie wypada. Nie udało mi się też znaleźć partnera na wesele. Oczywiście mogłabym to zrobić i poprosić tę jedną osobę, ale zauważyłam, że sama myśl o kontakcie przysparza mi tak dużo stresu, że nie jestem w stanie. Ostatnio nawet popłakałam się przy jednej z prób. To niesamowite, że inne osoby tak bardzo przekonały mnie, że powinnam zapomnieć o jednej z niewielu dobrych (według mojej opinii) rzeczy w moim życiu, aż uwierzyłam, że to wcale nie była dobra relacja, a może nawet jedno wielkie kłamstwo. Niechcący po dziewięciu miesiącach otworzyłam folder “do not open” i wcale nie zamierzałam go czytać, chciałam tam coś przenieść z innego folderu i przeczytałam to zdanie o pokrewnych duszach i oczywiście musiałam się rozpłakać. Ale tylko dlatego, że to był dzień okresu; byłam obolała i wymęczona, więc reagowałam na wszystko nieracjonalnie. A potem przeczytałam swoją prośbę o przyjaźni i zrobiło mi się niedobrze, pewnie też od okresu. Wiem, że przez te wszystkie lata wysyłałam dużo słów w świat i żałuję, że byłam wtedy sobą, a prawdziwa ja jest strasznie pogubiona i właśnie dlatego powinna milczeć. W poniedziałek wrócę do pracy, która mnie w pewien sposób niszczy, choć może ostatecznie niszczy mnie moje podejście do tego miejsca, w którym nie potrafię już zdrowo funkcjonować. Bycie w pracy to jak bycie w chorobie. Nie potrafię myśleć już o niczym innym, jak o życiu które mam, jak wiele w nim ciężkich nierozwiązanych sytuacji, które tworzą mnie taką, jaka jestem - nie do zaakceptowania, niezdolną do życia w społeczeństwie, nie zdolną do miłości, nie zdolną do życia. Moje dni odkąd tylko pamiętam to nieustanna próba walczenia ze sobą i niechęcią do życia. Oczywiście miewam momenty, w których jest dobrze, trwają nawet miesiące. Czy ktoś pamięta, jak w tamtym roku inni mówili mi, że jestem bardziej uśmiechnięta? Dobrze, że te same osoby nie mają okazji teraz mnie zobaczyć. Mój uśmiech jest już tylko przykrywką strachu przed tym, że inni zobaczą jak bardzo sobie nie radzę. Myślę, że każdy żyjący w tak wielu kłamstwach o sobie i świecie, mający tak wiele pytań bez odpowiedzi, tak wiele krętych dróg w sobie, a na końcu tylko gorzkie łzy, nie może już wygrać ludzkimi siłami. 

23.06.2019

1037.

Przytłacza mnie tak wiele rzeczy, że na różne, ogólnie nieudolne, sposoby próbuję się od nich uwolnić. Już chyba wszyscy bliscy wiedzą, co mnie najbardziej męczy i wszyscy jednym chórem okrzyknęli, że mam się odciąć, a mnie nie opuszcza jedna myśl, że każą odciąć mi się od czegoś co sprawia mi radość. Im dłużej o tym myślę, tym do większego przekonania dochodzę, że muszę rezygnować z rzeczy, które w moim przekonaniu dają mi radość, a w przekonaniu innych szkodzą mojemu psychicznemu zdrowiu lub są czasem zmarnowanym. Jeśli mam rezygnować z rzeczy, które dają mi poczucie radości - nawet złudne - to nie dziwię się, że jestem coraz bardziej nieszczęśliwa. Nie potrafię zrezygnować ze wszystkich rzeczy (jeszcze?), więc towarzyszy mi poczucie winy, że nie jestem zdolna do innego funkcjonowania. Marnuję czas na coś pozornie prawdziwego i obwiniam się za każde działanie wbrew sobie, które nie jest realnie działaniem wbrew sobie, jest działaniem wbrew wszystkim tym, którzy dobrze mi radzą (a wierzę, że naprawdę chcą mi pomóc), bo chcę im udowodnić, że się mylą, że rzeczywistość jest lepsza i nie jestem w tak przykrej sytuacji. Chciałabym odciąć się od tego, co mnie wewnętrznie zżera, ale w rzeczywistość, w której przyszło mi żyć, nie ma takiej możliwości. Nie potrafię się od tego odciąć, bo to wszędzie jest, więc muszę nauczyć się z tym żyć, a to o wiele trudniejsze. Trudno powiedzieć sobie, że jesteś kimś innym, lepszym, jeśli przez lata dręczy nas to samo poczucie winy i obrzydzenie do samego siebie. Po tych latach obserwacji siebie dochodzę do wniosku, że mój mózg funkcjonuje według tych samych schematów i ostatecznie jestem po prostu zagubionym dzieckiem uwięzionym w dorosłym ciele, a tak bardzo nie chcę nim być, tak bardzo chcę realnej pomocy, ale jednocześnie nie wierzę już w nic. Może dlatego to nie działa, prawda? “Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą.” (Mt 7, 7-8) I proszę i kołaczę, a potem łapię się na tym, że nie robię naprawdę nic, że ciągle wydaje mi się, że to rozwiąże się samo, najszybciej moją śmiercią, nie samobójczą, że po prostu umrę młodo. Przez 15 lat nic nie zmieniło się w moim życiu; tylko ludzie, którzy byli gdzieś odeszli, a mi brakuje siły, bo za nimi kroczyć. Poza tym ciągle cierpię, bo nie potrafię odnaleźć się w rzeczywistości. Niestety przyznanie się do tego nie zmieni niczego. Niezależnie komu o tym powiem, nikt mi realnie nie pomoże. Nie chcę słów pocieszenia, bo one wcale nie pocieszają. Chcę uwolnić się od samej siebie, od tego poczucia winy, od tego wszystkiego, czemu mi nie wolno dla mojego dobra, od niewiary w siebie, do nienawiści do siebie, od przekonania, że to wszystko moja wina i że nie dam już rady. Nie chcę czuć fizycznego bólu, gdy wchodzę do pracy, nie chcę płakać, kiedy tęsknię za kimś kto ma mnie gdzieś choć miało być inaczej, nie chcę patrzeć w lustro i myśleć, że nie zniosę więcej życia w tym ciele i z takimi myślami. Nie chcę tego poczucia winy, gdy mam gorszy dzień, bo według innych powinnam być wdzięczna, sto razy, za wszystko co mam. Ale naprawdę nie mogę znieść życia, więc moje życie to tylko blokowanie siebie, żeby nie czuć, nie myśleć, zminimalizować ból do tego stopnia, żeby móc oszukać wszystkich, że radzę sobie fantastycznie. Pewnie każdy psycholog rozgryzł by mnie szybko i dlatego żaden nie zobaczy mnie na oczy. Bo takie podejście na pewno by mi nie pomogło. Kiedy myślę o tym wszystkim, to pewnie jedyną rzeczą, która mnie tu trzyma jest Bóg (i starach), którego istniania nikt nie jest stuprocentowo pewny, chyba że ktoś widział Jego twarz. Paradoksem jest jednak to, że moja wiara jest tak słaba, że boję się ją stracić i stracić przy tym siebie. Nic nie układa się w nic; wszystko to wielki bałagan i nie widzę żadnego wielkiego planu dla mnie, który kieruje moją rzeczywistością i ma mnie doprowadzić do pięknego końca. Wiem, bo nie potrafię współpracować z moim Aniołem Stróżem. Dobrze, że mam jeszcze tydzień urlopu. Mogę jeszcze “chorować”, a potem ten Anioł Stróż będzie musiał się nieźle namęczyć, żeby żadna krzywda mi się nie stała.

13.06.2019

1036.

Nie chcę iść sama na wesele i wszystko, co z tym związane, nagle urasta do problemu tak wielkiego, że nie wiem, co ze sobą zrobić. Napisałam, że nie chcę iść sama, ale właściwie uważam, że pójście samej - jak zawsze - to najmniej bolesne rozwiązanie. Odejmuje połowę problemów, głównie organizacyjnych (?), które stanęłyby na przeszkodzie. W chwili obecnej na wesele idę ja i mama. Jeden z braci “ma to gdzieś”, za co pewnie ciocia obrazi się na niego śmiertelnie, natomiast drugi brat, jeśli zostanie przyjęty do szkoły, będzie w tym czasie na szkoleniu i siłą rzeczy nie pójdzie. W tej sytuacji odpadają obaj kierowcy. Oczywiście istnieje szansa, że brata da się namówić, aby pojawił się chociaż na ceremonii w kościele i będzie mógł robić za kierowcę, w obie strony. Oczywiście moja mama wierzy w to, że tak właśnie będzie, podczas gdy mnie doświadczenie nauczyło czegoś innego. Z dnia na dzień powie, że ma inne plany i zostawi nas na lodzie. Wyobrażacie sobie, że zapraszam kogoś, a potem mówię, no wiesz, miło byłoby, gdybyś ze mną poszedł, ale jest problem, musisz też nas zawieść. Nie, to sytuacja nie do przyjęcia. Nie wiem, może powinnam zbierać na taksówkę, bo nie wyobrażam sobie sytuacji, gdzie muszę spać u rodziny i brać ze sobą walizkę, jakbym wyjeżdżała na tydzień, aby czuć się komfortowo, a do tego pakować towarzysza w taką niezręczną sytuację. A może pokój do wynajęcia? Pewnie pomyślicie, że niepotrzebnie martwię się na zapas, ale prawda jest taka, że nauczyło mnie tego doświadczenie. Z nami - moją rodziną nigdy nic nie wiadomo. Nigdy nie wiadomo komu coś odwali. Wiem, nie da się wszystkiego przewidzieć i mieć nad wszystkim kontroli, ale rozczarowań należy spodziewać się zawsze. Mnie jednak nie martwi to wszystko tak bardzo jak bycie rozczarowaną samą sobą. Boję się, że zaproszenie kogokolwiek sprawi, że ten dzień będzie jeszcze trudniejszy do przejścia, patrząc na moje wszystkie fobie społeczne. Z drugiej strony, już kiedyś tu wspominałam, pójście samej też nie jest łatwe (bo zawsze byłam sama i wiem z czym to się wiąże), i nagle każda z opcji równa się dużej dawce stresu. Naprawdę chciałabym tylko spędzić ten wieczór miło, z kimś, przy kim nie będę musiała udawać kogoś, kim nie jestem. Muszę podjąć decyzję do końca czerwca, a im bliżej tego momentu, tym bardziej nie mogę się zdecydować. Nagle coś tak błahego spędza mi sen z powiek. Normalni ludzie w normalnym świecie mają znajomych, których mają ochotę zaprosić i tak właśnie robią - zapraszają, a do mnie dociera, że nie mam nikogo, kto chciałby ze mną pójść. Nawet ja nie wierzę w to, że można się ze mną dobrze bawić. Jedyna osoba, którą mogłabym zaprosić wywołuje we mnie tak skrajne emocje, że to jeden z powodów, dla których nie powinnam pytać… Prawda? Nawet jeśli potrafią zdystansować się do całej sytuacji, mam wrażenie, że mi już nic nie wolno. Może podświadomie boję się, że po raz kolejny moja propozycja zostanie odrzucona? Chciałabym tylko zapytać, ale nawet luźne niezobowiązujące pytanie wydaje się narzucaniem się. Czemu nie mogę mieć z nikim normalnej relacji? Czemu jestem winna temu, że zostałam sama? Nie mam w gronie znajomych ani jednej osoby płci przeciwnej, która lubiłaby mnie na tyle, aby utrzymywać ze mną regularny kontakt, przez co pytanie kogokolwiek o to, czy zechciałby ze mną pójść, wydaje się dziwne i nienaturalne. Pewnie dlatego, że sama nie jestem pewna, czy czułabym się w czyimś towarzystwie komfortowo. Martwię się, czy ktoś (a ktoś obcy tym bardziej) byłby w stanie zrozumieć, że nie mogę przebywać w głośnych miejscach, że nie jem dużo i nie piję wódki, nie potrafię tańczyć w parach (a raczej boję się bliskości w tańcu i wydaje mi się to niezręczne i naprawdę muszę kogoś lubić, żeby nie czuć się zażenowaną i zawstydzoną), nie potrafię prowadzić rozmów, a mimo to chcę, aby inni czuli się komfortowo w moim towarzystwie, przez co jeszcze bardziej czuję się dziwnie, gdy próbuję być kimś, kim powinnam być znajdując się w danej sytuacji. W moim obecnym stanie psychicznym powinnam pójść sama, ale biję się z myślami, bo nie chcę być znowu tą samotną dziewczyną “taka ładna a sama”, chyba oszaleję jak to usłyszę. Pójście z kimś to ochrona przed innymi. Jeśli sumienie mówi mi, że nie powinnam prosić tej jednej osoby, to zastanawiam się, czy chociaż nie prosić jej o namiary na któregoś kolegę. Tak, też nie wierzę, że jestem tak zdesperowana, aby moje życie wyglądało inaczej, że chcę wpakować się w sytuację, która unieszczęśliwia mnie naprawdę. Bo pójście z kimś obcym jest jeszcze gorsze niż pójście samej.

6.06.2019

1035.

Czerwiec, a przecież jeszcze nie zdążyłam wspomnieć o tym, co wydarzyło się w maju. To nie tak, że wydarzyło się coś ważnego, ale są dwie rzeczy, o których chciałabym napisać. O tym, jak przetrwałam tydzień w pracy, którego miałam nie przetrwać i czemu postanowiłam pojechać na wydarzenie, na który zawsze chciałam się znaleźć, a nigdy nie mogłam ze względu na późną porę jego trwania. Och, właściwie to wtedy był już pierwszy czerwca. Oba wydarzenia zbiegły się w czasie i można powiedzieć, że moje kończące się (oby) przeziębienie było skutkiem osłabienia i stresu. Właściwie, gdyby na starość nie zaczęło mnie dobijać coś takiego jak migreny związane z okresem, pewnie zniosłabym wszystko lepiej. Wysłali mnie do galerii, obsługa klienta, to coś, czego bardzo nienawidzę, a że nie potrafię odmawiać i pracuję w miejscu, gdzie nie stać “nas” na kolejnych pracowników, nie miałam wyjścia. To jeden z powodów, dla którego nie chcę tam zostać. Pracować na “śmieciową” umowę, do tego stres związany z czasem oczekiwania przejścia z jednej umowy na drugą i jeszcze “kłamanie”, że nie ma się pracy, jak się ją ma. Naprawdę lubię swoją pracę, jeśli myślę o niej jako wykonywanej czynności, ale wszystko co poza tym, czasem jest tak trudne, że mam wrażenie, iż te dwa lata zmieniły mnie na gorsze. Choć na pewno cała wina nie leży tylko po stronie pracy. Nie wiem, czemu każdy kontakt z ludźmi wywołuje we mnie ogromny stres, jakbym nie wierzyła, że życie polega właśnie na tym - na rozmowie z ludźmi - ale może moja samoocena jest tak niska (a naprawdę staram się nie pamiętać, że coś takiego jak samoocena istnieje), że czasem nie potrafię uwierzyć, że mogę być tym, kim jestem i że ludzie mnie zaakceptują i że jak przychodzą na zakupy, to nie dlatego, aby wypominać mi błędy. Jedna chodzi o coś zupełnie innego. Stając przed klientem czuję, że kogoś gram. Po części obsługa klienta na tym polega; przecież są specjalne szkolenia, które uczą, jak powinniśmy zachować się w kontaktach z innymi, aby być fachowcami w swojej dziecinie. Mnie jednak stresuje nawet głupie wydawanie reszty, a tutaj nie ma “wyświetlania reszty”. W galerii natomiast był, więc było mi trochę lżej. Tak naprawdę moje wszystkie obawy okazały się niesłuszne i zostałam pochwalona, że w kilka dni umiem więcej niż inny. Ale bycie profesjonalną kosztowało mnie dużo, a na końcu pozostał gorzki smak, że chwalą kogoś, kto w rzeczywistości nie istnieje. Oni nie wiedzą, że czuję ogromną pustkę, gdy wchodzę w interakcję z klientem, a jednocześnie ogromny stres, właśnie przez to, że ta pustak sprawia, że czasem nie wiem, co mam robić. Naprawdę wtedy nie myślę i jedyne czego chcę w tym momencie, to żeby to już się skończyło. Nie chcę tak działać, ale nawet zmiana nastawienia nie pomaga; mój umysł wie lepiej - mam cierpieć. Podobno, gdy przejdzie się przez tę samą sytuację kilkaset razy, jest lepiej, ale nie, u mnie jest jeszcze gorzej. Pamiętam jak ostatniego dnia wybierałam bieliznę dla klienta. Młody mężczyzna przyszedł z córeczką, może czteroletnią, aby kupić mamie majtki. Kucałam przed szufladą, próbując coś wybrać, choć tak naprawdę moja znajomość stanu rzeczy na sklepie piątego dnia nadal nie była fantastyczna. Czułam się bardzo zagubiona, a nie przyszło mi do głowy, aby wypytać o coś więcej poza kolorami, które podano. Wyjęłam wszystko z pudełek, których potem nie mogłam znaleźć, i pewnie gdyby mojego stresu nie podbiło napięcie miesiączkowe, może nie rozpłakałabym się zaraz po wyjściu klienta. Naprawdę klęczałam przed szufladą porozrzucanych majtek i nie wiedziałam jak powstrzymać łzy. Najgorsze w tym wszystkim było to, że pan był przemiły i cierpliwy i kazał mi się nie denerwować. Ze wstydu ani razu nie spojrzałam na jego twarz. Właśnie to do mnie dotarło. Nie wiem kim był. Na odchodne powiedział, abym się nie stresowała, nawet powiedziała to jego córeczka - nie wolno się stresować, bo to szkodzi. Gdyby tylko wiedzieli, jak wygląda moje wewnętrzne życie. Ten stres ma tysiąc imion. Wróciłam do domu z bólem głowy, a jednak już w sobotę rano wpadłam na pomysł, aby pojechać właśnie tam. Nawet zignorowałam fakt, że lekko zaczęło boleć mnie gardło. Stres, duszna galeria i okres osłabiły mój organizm,. Ktoś przyszedł i nakichał i już byłam “załatwiona”. Nie ma co się dziwić, że odbiło się to też na stanie mojej cery i znowu ryczałam, że jestem brzydsza niż zwykle. Po każdym takim dziecinnym załamaniu mówię sobie dobra, to i tak nie ma sensu, te łzy, nie zamierzam się nikomu podobać, mogę być kurdę odpychająca bardziej niż jestem, przecież i tak nikt na mnie nie patrzy. W sobotę rano siedziałam ze swoim weekendowym nastrojem po tytułem “pozwólcie mi przesiedzieć cały dzień w domu w piżamie i udawać, że nie żyję”, a popołudniem wystroiłam się do wyjścia z myślą, że jak zwykle oszalałam. To nie pierwszy raz, kiedy przypisuję mojemu wyjściu z domu zbyt wielkie znaczenie. Gdy postanawiam spędzić czas inaczej, mam wrażenie, że może wydarzyć się wszystko, a potem wracam rozczarowana, bo nie zmienia się nic. Tym razem też nie wydarzyło się nic poza tym, że moje przeziębienie rozłożyło mnie całkiem i przez kilka dni snułam się “rozbita” z bólem gardła i głowy. Na szczęście nie ogłuchłam Może trochę oszukuję z tym nic, bo stało się znowu coś dziwnego. Po raz kolejny,wśród wielkiego tłumu, gdzie mogłabym wpaść na ciebie, wpadam na nią. I zawsze myślę, że powinieneś być przy jej boku, ale ciebie tam nie ma. A potem czuję się winna, że znalazłam się w tym samym miejscu. Przyjechałam pooglądać kolorowe miasto, a wróciłam do domu z myślą, że jestem w jakiejś chorej sytuacji, choć nie wiem, czy to prawda, czy tylko coś sobie wymyśliłam (znowu?). Nie zmienia to jednak tego, że im bardziej próbuję od tego uciec, tym szybciej mnie to goni, nawet we snach. Boże, moje życie nie może ograniczać się do stania i wpatrywania z coś, co nie ma sensu.

20.05.2019

1034.

Wczoraj była zapierająca dech w piersiach pełnia. To przez ten księżyc nie mogłam spać cały tydzień i również we wczorajszą noc nie mogłam zasnąć. Zupełnie nie mam w zwyczaju siedzieć i wpatrywać się w księżyc, a jednak wczoraj wyszłam na dwór. Było tak przyjemnie ciepło i duszno i ten ogromny pomarańczowy księżyc. Przykucnęłam i wpatrywałam się w jego blask,  próbując uspokoić swoje serce. Życie w tamtym momencie wydało się dziwne i tylko pokręciłam głową z niedowierzaniem, karcąc się w myślach za swoje pomysły. I dotarło do mnie po raz milionowy, że nie powinnam już nic robić, a jednak ciągle nie potrafię się uspokoić, bo to tak, jakbym chciała zapomnieć, że jestem człowiek, który nadal żyje i którego mimo wszystko ciągnie do prawdziwego życia pełnego przeróżnych emocji. Kiedyś byłam u spowiedzi, nie wiem, czy był to ten rok, czy może końcówka poprzedniego, i usłyszałam, że “wszystko będzie dobrze”. Uderzyło mnie to bardzo mocno. Często wracam wspomnieniem do tamtego momentu. Nigdy nie myślałam, że moje wyobrażenie o tym sakramencie przełamią słowa, których chyba w tamtym momencie bardzo potrzebowałam. Później przyszła kolejna spowiedź, naprawdę uderza mnie, że w konfesjonale można usłyszeć “dziwne słowa”, ale jeśli to mówi Bóg, i mówi mi, że ludzkie relacje powinny być też spontaniczne i odrobinę szalone i nie powinnam żyć w wirtualnym świecie, to coś we mnie pęka. Czemu więc czuję się winna, jeśli wyciągam rękę do każdej realnej osoby? Moje próby są tak nieśmiałe i niedorzeczne, że jest mi jeszcze trudniej to wszystko pojąć. Nie chcę, aby to zaczęło układać się inaczej, chcę zrozumieć dlatego układa się właśnie tak jak teraz. Rozmowa telefoniczna z koleżanką - najlepszą na świecie koleżanką - naprawdę mi pomogła i jeśli ktoś powiedziałby mi rok temu, że będę na spokojnie rozmawiać przez telefon z kimś, kogo widziałam dwa razy w życiu, nigdy bym w to nie uwierzyła. Zrobiło mi się lżej, aż do dzisiejszego poranka, i naprawdę nie rozumiem, czemu najbliższe pół rok to będzie dla stres w dawkach śmiertelnych, a tylko dlatego, że z dwojga złego wolałam cierpieć z pieniędzmi niż bez nich. Już chyba wszyscy powiedzieli mi, że schudłam, myśląc chyba, że to za sprawą magicznego zaklęcia, a mnie po prostu zżera stres. Mam wrażenie, że z wiekiem rozwijam nowe autodestrukcyjne zachowania. 90 % moich myśli jest nielogiczna do bólu. Jednego dnia sens mojego istnienia wyznacza spotkanie z tobą, a innego boję się śmierci i tego, że nie robię nic poza myśleniem o życiu, którego nie mogę mieć, bo nie wiem, jak zacząć żyć “na pełnej petardzie”, jak powiedziałby pewien dobry człowiek. Do tego ten cały stres związany z myślą, że nigdy nie znajdę pracy, która nie będzie pogłębiać moich fobii społecznych. Naprawdę myślenie o tym, że nigdy nie będzie lepiej skutecznie sprowadza mnie na złą drogę. Ktoś kiedyś napisał mi takie słowa: “Może być tak, że zwyczajnie nie wiedzą, że mogliby być tu i teraz dla Ciebie - ale gdyby wiedzieli, że mogą, że tego chcesz, to zrobiliby to. Nie rozwijam dalej, bo jednak poczucie, że ingeruję w coś, czego nie znam jest zbyt silne, ale moje główne dwie rzeczy zostały wypowiedziane: zasługujesz na to, czego nie chcesz wymagać i być może ktoś jest chętny ci to dać, tylko o tym nie wie!” Dzisiaj znalazłam ten urywek wiadomości zachowany w moim internetowym notatniku i zaczęłam płakać, pewnie ze smutku, bo i nie jest prawdą. Chciałabym, aby tak było, ale ludzie…oni naprawdę nie mogą znieść tej żałosnej wersji mnie, dlatego ich tu nie ma, a mi brak odwagi, by wpychać się na siłę. Jesteśmy dorośli. Nikt nie będzie zajmował się pocieszaniem mojej dziecięcej zagubionej duszy Wiem, że to cholernie męczące, tak jak ich życie, które muszą przeżyć. A jednak nadal chciałabym, aby ktoś spędził ze mną trochę czas, po prostu siedząc i patrząc mi w oczy bez obrzydzenia, i wziął za rękę i powiedział, że wytrwam w tej pracy jeszcze trochę, a potem znajdę w sobie siłę, aby poszukać lepszej. Naprawdę chciałabym tego wszystkiego, czego nie mogę mieć, a nie mogę mieć, bo… tak, bo to moja wina.

19.05.2019

1033.

Zrobiło się ciężko, ale tradycyjnie nie potrafię dojść do tego, co mi ciąży, więc to pewnie tylko życie. Obejrzałam ten film, który obejrzała już chyba cała Polska (nie licząc Katarzyny N., pozdrawiam ciepło), i pomyślałam, że świat powinien się już skończyć. Moje wszystkie problemy przy tych tragediach bledną, a jednak moje egoistycznie istnienie nie potrafi o nich nie myśleć, o tych problemach właśnie. Nie wiem, jak ci ludzie są w stanie żyć dalej. Nie chcę o tym teraz dyskutować, nie chcę bawić się w psychologa, ani wypowiadać się na temat filmu. Nie o to mi chodzi. Po prostu nie wiem, jak ci ludzie znaleźli w sobie siłę, aby trwać dalej przy takich ciężkich przeżyciach, podczas gdy mi chyba (?) nie przydarzyło się nigdy nic tak traumatycznego, a mimo to moje życie urasta do rangi ogromnego problemu. I w dalszej części zobaczycie, jaki mam problem i jak w zestawieniu z tym filmem (a nie powinnam robić taki porównań), widać, że mam po prostu nie po kolei w głowie. Poza tym ten film pokazuje coś innego; coś, czego się boję. Niektórzy oprawcy uważali, że nic złego się nie stało, że właściwie to nie miało znaczenia. Pomyślałam, że zwymiotuję z przygnębienia, a potem przestraszyłam się tego, że może sama taka jestem. Nie chodzi jednak o nic związanego z seksualnością, nieczystymi myślami, czy czynami. Przeraża mnie sam mechanizm myślenia; przekonanie, że naprawdę nie robisz niczego złego, podczas gdy świat wie, że to, co robisz jest obrzydliwe. Jak można mieć w sobie głębokie przekonanie, że coś złego nie jest złem i nie krzywdzi innych? Mam wrażenie, że każdy mój wpis tutaj jest krzywdzący i moje myśli są po prostu złe i nie powinnam ich mieć. Z drugiej strony jestem przekonana, że mogę myśleć i czuć wszystko, co miesza się we mnie, i mogę tutaj być obrzydliwie szczera, jeśli nie robię nikomu krzywdy. Ale czy już sama intencja nie jest czymś złym? Źle mi z tym wszystkim, co noszę w sobie. Nic chcę być taka, jaka jestem, a jednak nie potrafię być inna. Czy to nie głupia wymówka? Czas płynie tak szybko. Chcę już nie żyć, ale nie chcę umrzeć. Nie mogę skupić myśli. Czemu nie opuszcza mnie wrażenie, że już przegrałam i niezależnie od tego, jaką decyzję podejmę, będzie po prostu źle? Skąd to wszystko się we mnie bierze? Z przeszłości, która goni mnie jak cień? Czemu próbuję z tym wygrać, choć wszechświat pokazuje mi, że nigdy z tym nie wygram? Siedzę i tak “poważnie” rozmyślam nad sensem swojego istnienia, a tak naprawdę mam jeden główny problem, który pojawił się wraz z otrzymaniem zaproszenia na wesele. Jak mnie to bardzo stresuje, nawet nie macie pojęcia. Co gorsza pochłania 90% moich myśli, a to jest już niedorzeczne. Może nie przejmowałbym się tym tak bardzo, ale to jedno zaproszenie pokazuje, jak bardzo przykre mam życie, pewnie na własne życzenie. Do tego generuje wiele głupich problemów, rozmyślań i smutków, i niewiele da się z tym wszystkim zrobić, trzeba to jakoś przeżyć. Ostatni raz na weselu byłam u przyjaciółek. Gdy wracam wspomnieniami do tamtych dwóch imprez, jestem przygnębiona. Były dla mnie dwa stresujące i krępujące wieczory, starałam się nie być sobą, czyli udawać, że wszystko jest w porządku, ale i tak mam żal do siebie, że nie spisałam się jako przyjaciółka. Nie tak to wyglądało w naszych dziecięcych marzeniach. Na zbliżające się sierpniowe wesele najchętniej bym nie poszła i to wcale nie dlatego, że nie chciałabym się zbawić. To będzie smutny dzień, tym smutniejszy, że znowu będę musiała udawać kogoś kim nie jestem. Moja bliższa i dalsza rodzina zawsze szaleje na imprezach, za to moi domownicy są chyba ostatnimi osobami, które bawią się przy takich okazjach. Rodzinne wyjście w naszym wykonaniu to zawsze powrót do domu z zepsutymi humorami, tak działamy na siebie nawzajem. Moja matka będzie przeżywać każdy kieliszek alkoholu, jak na żonę alkoholika przystało, a mój brat na złość wypije za dużo. Ale to może się nie zdarzyć, bo ten właśnie brat planuje nie iść i ciocia śmiertelnie się na niego obrazi, jako że to nasza bliska rodzina, z którą mamy regularny kontakt. Możliwe, że mój drugi brat nie pójdzie wcale, jeśli dostanie się na wybraną uczelnię. Jeśli żaden z moich braci nie pójdzie, na wesele trzeba będzie wybrać się autobusem i niesamowite, że będę musiała wziąć ze sobą walizkę. Wyjazd z domu, a potem powrót do niego po męczącym wieczorze i wypłakanie się w swoim łóżku to najlepsze, co mogłoby mi się przydarzyć. Jeśli będę musiała zostać na noc w domu panny młodej… Naprawdę nie chcę przez to przechodzić, dla mnie to wszystko niekomfortowe i stresujące, przecież mam tylko 5 lat.  Będąc wśród obcych ludzi nie potrafię nawet pójść do toalety zrobić siku, bo mi zawsze głupio, sama nie wiem czemu. Chyba to wszystko dlatego że nie lubię zwracać na siebie uwagi. Dostałam zaproszenie z osobą towarzyszącą i pierwszy raz w życiu nie chciałabym pójść sama. Niestety myśl o tym, że miałabym wciągać kogoś w niekomfortową sytuację, skutecznie wybija mi wszystkie pomysły z głowy. Choć pójście z kimś to sposób na odcięcie się od reszty. Byłam sama na wszystkich weselach, nie licząc jednego, kiedy zaprosił mnie kolega z klasy, i pójście z kimś to wielki ratunek. Pójście samemu to najgorsze przekleństwo. Jest stresująco, smutno i każdy patrzy na ciebie z politowaniem i musisz dodatkowo odganiać się od wszystkich adoratorów, którzy jakimś cudem też przyszli sami i zostali posadzeni akurat obok ciebie. Nie miałabym z tym większego problemu, gdybym nie była aspołeczna, introwertyczna i akurat “nie zakochana” w kimś, kto nie istnieje. (Lee Minhyuk przecież nie rzuci dla mnie wszystkiego.) Pójście z kimkolwiek to też wpakowanie się w sytuację, którą mogę odchorowywać długo. W tym wszystkim uderza mnie jednak to, że nawet ktokolwiek nie istnieje. Nie istnieje ani jedna osoba, którą mogłabym zaprosić. Nie mam żadnego kolegi. Nie wiem, jak to się stało, a może dlatego, że żaden nie potrafił się ze mną KOLEGOWAĆ, a na końcu wyszło, że nie potrafię się kolegować z tym ostatnim. Naprawdę “użyłabym” Cię jako deskę ratunkową, ale wiem, że i tak odmówisz, tak jak odmówiłeś wtedy i wtedy, a ja dobrze będę przeczuwać prawdziwa przyczynę. Pewne rzeczy muszą pozostać takie jakie są. Będę zawsze chodzić na wesela znajomych, samej pozostając starą panną, nosząc w sobie pytanie, czemu nie umiem tak jak inni być z kimś. Może dlatego, że nie potrafię kochać, a wszystkie związkowe obyczaje wydają się tak obce, że aż przerażające. Kogo mam za to winić? Mogę tylko siebie.

5.05.2019

1032.

Przemyślałam wiele podczas ostatnich dni, tak wiele, że jestem zmęczona, zestresowana i nie rozwiązałam ani jednego z problemów. Chyba za karę moja twarz pokryła się wrogami i nie pozostaje mi nic innego, jak płacz nad własnym obrzydliwym wyglądem (bo nad obrzydliwym sercem szkoda już wylewać łzy.) Próbuję zrozumieć siebie, ale wszystko co widzę to prześladujące mnie rady typu “uśmiechaj się, nikt nie lubi nieszczęśliwych ludzi” , “uśmiechaj się bo może ktoś zakocha się w twoim uśmiechu”, “uśmiechaj się bo tak trzeba, świat nie akceptuje innych ludzi”, “uśmiechaj się i nie mów o tym, co leży ci na sercu bo po co robić kłopoty innym”, “uśmiechaj się mimo wszystko, ale to nie tak że masz udawać, ale się uśmiechaj”. Uśmiecham się więc na przekór wszystkiemu. Idę i mijam ludzi, od których najchętniej bym uciekła, ale mijam ich z uśmiechem, a potem za rogiem zaczynam płakać, bo czuję się jak kłamca. Mówię komuś z uśmiechem, że wszystko w porządku i jakoś to będzie, a potem wypłakuję cały ciężar dnia, gdy kładę się do snu. Najgorsze jest to, że w większości przypadków nie wiem, czemu płaczę i czemu jest mi ciężko na sercu. Jestem strasznie zagubiona i nie boję się do tego przyznać. Niestety przyznanie się przed sobą nie sprawi, że wszystko zacznie się układać. Powiedzenie o tym komukolwiek nie sprawi, że ten ktoś rozwiąże zagadkę mojego życia za mnie. Oglądam właśnie filmik i autor każe mi się zastanowić nad tym co sprawia, że żyję. O, a teraz mówi, abym wzbudziła w sobie jakieś pragnienie czy marzenie, które sprawi, że poczuję się żywa. Mam ożyć w tym tygodniu, pomyśleć o jednej rzeczy. Moje myśli biegną do ludzi, przy których czuję się żywa, ale tych ludzi nie ma i nie będzie w moim życiu. I tutaj zaczyna się wszystko to, co mnie dręczy, każde pytanie o to, czemu jest tak, a nie inaczej, a na końcu dochodzę tylko do jednego wniosku - sama jestem sobie winna. Ludzie odeszli, bo przestałam się uśmiechać i skomplikowałam wszystko tym, co skomplikowane we mnie i czego nie potrafię rozwikłać. W tym tygodniu, który zacznie się już jutro, mam zacząć żyć, odstawić wszystko na bok i żyć, ale jutro poniedziałek i wrócę do pracy, bez której mi tak dobrze, bez tego stresu, ale myślenie o zmianie pracy stresuje mnie podwójnie. Myślę o swojej przeszłości i nie czeka mnie w niej nic poza stresem w dawkach zabijających. Mam ożyć w przyszłym tygodniu, a co jeśli w przyszłym tygodniu powinnam umrzeć? Przeczytałam “Podział Ostateczny” C.S. Lewisa i nie mogę przestać myśleć o tym, jak bardzo to wszystko błędnie działa w moim życiu. Myślę, że w dużej mierze to ta książka mnie zestresowała. Teraz jeszcze bardziej chcę uciec od tego wszystkiego, co we mnie pogmatwane. Wiem, że to nie ucieczka jest rozwiązaniem. Trzeba to wyciągnąć jeszcze raz i poukładać elegancko tak, aby już nigdy nie gniotło, ale i tego nie mogę zrobić, nie zakładając, że będę ofiary. Jestem w sytuacji bez wyjścia według ludzkiego - mojego - przekonania i doprawdy nie wiem, jak to rozwiązać. Myślę, że muszę schudnąć pięć kilogramów, może wtedy ciężar spadnie i z mojego serca.