31.08.2018

998.

Moja cera jest nieustannie kapryśna, z czym ciężko mi się pogodzić. Jedyny sposób, jaki znajduję, aby rozwiązać ten problem, to unikanie luster i wmówienie sobie, że wcale nie jestem tak brzydka, na jaką wyglądam. Ciągle patrzę z żalem na opadające po każdym myciu włosy. Przecież i tak mam ich mało, nawet D. potwierdził jeszcze zimą swoim okiem znawcy, więc nie wiem, czemu nawet i one postanowiły mnie opuścić. Nie mogę myć ich rzadziej niż co drugi dzień, bo wyglądają tragicznie, więc co drugi dzień tracę je garściami. Jedną garść, gdy rozczesuje kosmyki po całym dniu, drugą - gdy myję głowę, trzecią - gdy rozczesuje włosy po myciu (jeszcze mokre czy już suche, bez różnicy, wypada ich tyle samo), a na końcu czwartą, gdy przeciągam po nich lekko dłońmi. Wypadają, jakby nic ich już nie trzymało. Może przesadzam z pomiarem garściami, ale nigdy nie traciłam tak dużo włosów na raz, więc ciągle jestem w smutnym szoku. Czuję się gruba, bo prawdopodobnie taka jestem. Poranki są chłodne, więc nie jeżdżę rowerem do pracy, a popołudnia senne i wietrze, więc również rower stoi w kącie. Ostatnio udało mi się wybrać na przejażdżkę i jeszcze jutro pojadę rowerem do pracy. Przejrzałam pogodę i obiecują jeszcze słońce, ale zobaczymy jak to będzie. Jesień i tak przyjdzie, nie da się tego uniknąć. Jeśli nie przerzucę swojej aktywności fizycznej z dworu na ćwiczenia w domu, przytyję, a czasem mam wrażenie, że tego boję się bardziej niż bezrobocia. Nie mam jednak siły na dietę, bo nagle jakaś część mnie wmówiła sobie, że przemieni się to w zaburzenia odżywiania, choć najprędzej w późniejszy efekt jojo. Wszystkie drastyczne akcje kończą się zawsze czymś gorszym, a mi tego gorszego już wystarczy. Wiem, te trzy problemy (czy powinnam wziąć ten wyraz w cudzysłów?), które mają wspólny mianownik - ciało, pokazują przesadne skoncentrowanie na powierzchowności. Oczywiście wkurza mnie, że nie potrafię oderwać się od siebie, ale te myśli o ciele są przykrywką problemów, nie tyle co realnych, ale duchowych, o których nie chcę pamiętać. Nie twierdzę, że problemy cielesne są mniej ważne od innych, niektórych mogą przytłaczać mocno; po prostu uważam, że akurat ja nie powinnam narzekać. Łysa, z twarzą potwora i ciałem słonia mogłabym być najpiękniejszą osobą na świecie, gdyby moje wnętrze lśniło zamiast gnić. Chciałabym być osobą ciepłą i radosną, taką,w której towarzystwie inni chcą przebywać, bo przyciąga ich tajemnica związana z niepoprawnym optymizmem wobec smutków życia. Niestety, piszę do ludzi, a oni milczą, jakby nie chcieli mnie znać i tak pewnie jest. Zaczynam wierzyć, że ten, kto chce znaleźć dla nas czas, znajdzie go mimo wszystko. Jeśli ktoś nie potrafi wyskrobać dla mnie godziny w ciągu całego roku, coś jest chyba tutaj nie tak i twierdzę, że to ja ze mną coś jest nie tak, skoro nie przyciągam do siebie ludzi. Zaczęłam niepozornie od moich “problemów” cielesnych i chciałam przejść do opowieści na temat pracy obecnej i przyszłej, która jeszcze nie istnieje, ale tak dużo piszę o tym z moją imienniczką, że tym razem sobie daruję. Za to poruszę temat, jakże równie gorący i ostatnimi czasy często goszczący w tym miejscu. Mój ojciec. Mój ojciec umiera od dzisiaj oficjalnie. Nie będzie operacji, ani niczego. Przez to, że tak długo zwlekał, nie da się wyciąć w całości tego, co mu urosło, więc nie będzie wycięte wcale. Nie wiem kto o tym zdecydował, pewnie on, przecież nikt ze mną o tym nie rozmawia, wiem tyle, ile podsłucham, choć nie muszę specjalnie wytężać słuchu. Mieszkam w bloku, tu ściany są cienkie, słyszę sąsiadów z góry, a co dopiero z sąsiedniego pokoju. Właśnie usłyszałam, że musieliby odciąć mojemu ojcu głowę, żeby pozbyć się tego cholerstwa w nim. Jeśli tak wygląda kara za grzechy przeszłe, chcę odpokutować i zostać świętą, bo wcale nie uważam, że jestem lepsza od mojego ojca. Będzie umierał w bólu (choć ma iść na terapię leczenia bólu czy coś takiego, nie znam się na tym, ale spotkał znajomego doktora, któremu remontował kiedyś mieszkanie i nie ma to jak znajomości), w niechęci rodziny, a przecież to nie tak powinno wyglądać; powinien walczyć do końca otoczony miłością najbliższych. Moja miłość własna dobiła ledwo do zera (ale to już nie minus), więc jak mam kochać jeszcze kogoś. Jeśli dzieje naszej rodziny niczego nas nie nauczą, po co to wszystko. Rozpłakałam się okropnie zupełnie nie wiem czemu, a może wiem, bo to niesprawiedliwe, bo to ja powinnam umierać, ten wyrok powinien spaść na mnie, bo może wtedy ci wszyscy którzy milczą, chcieliby spotkać się ze mną tak bardzo, jeśli miałby być to nasz ostatni raz. Wiem, to okrutne odwracać tę historię, to nie mój dramat, wiem, ciągle powtarzam, że wiem tyle rzeczy, ale tej jednej nie wiem, czemu milczycie. Czy mógłby ktoś tu do mnie przyjść, wbrew mojej woli, i przytulić tak mocno, żeby wcisnąć ze mnie wszystko co złe?  

25.08.2018

997.

Kolejny wpis boleści związany z miejscem pracy. Nie minęła nawet doba (gdy to pisałam, nie minęła, teraz, gdy publikuję, owszem), a mi znowu przykro. Nie rozumiem, czemu każdy błąd w przesyłkach jest przerzucany na mnie i czemu nie potrafię skutecznie się wybronić, bo dopiero po fakcie kojarzę sytuację i to, że nie miałam z tym nic wspólnego. Klientka chciała odesłać towar, bo w paczce brakowało jej przedmiotu o wartości dwóch złotych, który można spokojnie dosłać. Po telefonie okazało się, że D. już rozmawiał z panią dzień wcześniej i tak naprawdę nie chodziło tylko o jedną rzecz, a błędnie skompletowane zamówienie, choć w tym przypadku to prędzej samowolka D. niż błąd przez nieuwagę. Choć wiadomo, mogę się mylić. Po tym telefonie już nikt nie miał do mnie “pretensji”, bo już nie chodziło o to, że przed zapakowaniem nie sprawdziłam, czy ilość rzeczy w siatce zgadza się z tymi na wydruku. Myślę jednak zbyt wolno, gdy jestem przejęta faktem, że znowu potknęłam się na najprostszej rzeczy i zaraz będą tłumaczyć mi jak dziecku, w jaki sposób powinnam robić coś, co i tak robię w ten sposób. Naprawdę mnie to denerwuje. Jeśli robię coś tak, jak mi każą, a mimo to popełniam błędy, wniosek jest tylko jeden - nie nadaję się do tego i w tej sytuacji powinni zrobić to sami, skoro wiedzą lepiej, a mi znaleźć zajęcie, którego im nie popsuję. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że tamtego dnia nie było mnie w pracy, tzn. byłam, ale na wygnaniu  w drugim sklepie. To nie ja pakowałam tę paczkę. Szkoda, że zanim do tego doszłam było już po sprawie. Głupio tłumaczyć się po czasie, kiedy ostatecznie i tak sytuacja nie miała wielkiego znaczenia. A jednak reszta będzie mieć przekonanie, że to moja wina, choć nie przyłożyłam do tego palca. Nienawidzę siebie za to, że jestem taka nierozgarnięta i za każdym razem, gdy ktoś otwiera do mnie usta, moja głowa staje się pustym naczyniem. Szkoda, że nie jestem na tyle wredna, aby wypominać innym błędy, bo podczas pakowania co jakiś czas znajduję zagubione paragony, które powinny być wysyłane w paczkach. Czasem dostaję towar do spakowania bez paragonu i nie mam siły się o niego upominać, bo D. święcie przekonany o tym, że już go wybił, nie da mi przecież drugiego, a to, że jest tak zakręcony i czasem rzuca wszystko gdzie popadnie, nie jest brane pod uwagę. Przykro mi, że inni zauważają tylko moje błędy, które oczywiście popełniam, a swoich nie przyjmują do wiadomości. Choć tak naprawdę przykro mi, ze z góry jestem pierwsza w kolejce do wytknięcia błędu. Ale to świadczy tylko o tym, że robię tam najwięcej. Obecna praca poza cierpliwością (czasem wydaje mi się, że już większą oazą spokoju być nie mogę) uczy mnie tego, że jestem beznadziejna i nie powinnam pakować się do branży, o której nie mam zielonego pojęcia, bo to skutecznie pogłębia moje przekonanie, że nie nadaję się do niczego. Właśnie, i tutaj przypomina mi się moment, w którym D. odkrył, że potrafię pisać, tak jakby przeciętny mieszkaniec Ziemi nie posiadł tej umiejętności. Dzięki temu co jakiś czas jestem wrabiana w jakieś pisemne zadanie, co uważam za głupotę, bo jako ktoś mający niewielkie pojęcie o branży, w której pracuje, nie powinnam pisać poważnych dokumentów. Może wypadałoby, abym cieszyła się, że jestem doceniana pod tym względem, ale nie cieszy mnie to ani trochę. Zawsze dręczyło mnie to, że ktoś odkryje moje tajne umiejętności i będzie je wykorzystywał, przy czym nie uważam tych umiejętności za nic szczególnego. Napisanie zdania po polsku nie jest trudne dla rodowitej Polski jaką jestem, a oto patrzcie na popularność mojego bloga, która wynosi zero. Tak potrafię pisać, niesamowite jakie ma to odzwierciedlenie w rzeczywistości.  Najgorsze w tym wszystkim, w tej pracy, jest to, że każdy jest życzliwy i nikt nie ma złych intencji, a wskazanie błędu nigdy nie odbywa się w formie karcącej. Jak w większość sobót także i dzisiaj do pracy przyjechałam do pracy rowerem. W środku dnia lunął deszcz, więc szefowa zaproponowała, że odwiezie mnie do domu, jeśli nie przestanie padać. W panice modliłam się do “boga deszczu”, aby przegnał czarne chmury. Piętnaście minut drogi z obcą osobą wydaje się sto razy większym cierpieniem niż powrót w strugach deszczu. Widzicie, nikt tu nie miał złych intencji, wręcz przeciwnie, a mi już działa się krzywda na samo wyobrażenie powrotu do domu z czyjąś obecnością u boku. Nienawidzę siebie i tego, że miejsce, które uratowało mi życie zaczyna działać mi na nerwy i już odliczam dni ku końcowi, który przyniesie innych koniec, i boję się tego słowa - koniec ostateczny.

24.08.2018

996.

Dzisiaj będzie litania bólu związana z moim miejscem pracy (i nie tylko). Proszę mnie źle nie zrozumieć. Jestem wdzięczna za te kilka miesięcy, które polepszyły moją egzystencję do tego stopnia, że częściej myślałam o życiu niż śmierci, ale nie oszukujmy się, wszystko ma swoje pozytywne i negatywne strony. Chcę też zaznaczyć, że ten wpis będzie wyłącznie moim subiektywnym punktem widzenia, a jak wiadomo nie od dziś, jestem niestabilna emocjonalnie, czyli wszystko ostatecznie jest kłamstwem. Nie mam na celu nikogo oceniać, a tym bardziej obrażać. Po prostu przez pryzmat emocji, które jak wiemy zawsze opadają, sytuacje opisane przeze mnie mogą jawić się nad wyraz dramatycznie i niesprawiedliwe, natomiast powodujący je ludzie zachowywać się tak, jakby świadomie robili mi przykrość. Prawda jest jednak taka, że intencje tych osób wcale takie nie są i nieświadomie sprawiają, że poziom mojego zdenerwowania i stresu wzrasta. Wiem, że nikt nie potrafi czytać w cudzych myślach, dlatego rozumiem, że nikt nie spostrzeże, że jestem cała w niedomówieniach i gram, aby innym nie zrobić przykrości, a ostatecznie to mi najbardziej przykro; przykro, że złoszczę się na siebie, a przecież od roku BTS powtarza “love yourself”. I co? I nic. Pewne rzeczy są dla mnie niewykonalne w tym życiu. Może powinnam zaczynać tak każdy wpis. Ostrzegać, że wszystko o czym tu piszę to ekstremalna wersja moich dni i lepiej nie brać tego do siebie. Przepraszam, ale czasem naprawdę nie mogę inaczej i muszę mieć to jedno smutne miejsce, jakim jest ten blog, aby ktoś jeszcze pamiętał jak to wyglądało dla mnie.
Przyszłam dzisiaj do pracy, jak w 90 procent przypadków przed szefową. Nie powinnam otwierać sklepu jako stażystka, nie powinnam tego robić teraz. Nikt nie powinien obdarzać mnie takim zaufaniem, nawet jeśli jestem godną zaufania osobą. Raz nadepnęłam na siatkę, w której były spławiki do wysyłki. Wypadki się zdarzają, choć powinnam zacząć od tego, że ta siatka nie powinna w ogóle leżeć na podłodze, ale tam wszystko leży na podłodze, cały ten bałagan, choć bałagan w tym przypadku to mało powiedziane. Tam nie ma warunków do pracy. Kiedy moja noga po raz pierwszy przekroczyła próg tego miejsca byłam zafascynowana rozmieszczeniem tych wszystkich rzeczy na tak małej powierzchni, że nie dostrzegłam tego syfu. Nie chciałam jednak o tym pisać. Powiem tylko, że spławik wymieniłam cichaczem, a należność za zniszczenie wrzuciłam do kasy, co jest głupie, bo przecież na koniec dnia gotówka musi się zgadzać. Oczywiście w tym przypadku nadwyżka na pewno nie zrobiła żadnego kłopotu. Tak szczerze to burdel z kasą też tam występuje. Przyszłam do pracy, a właściwie gdy już do niej szłam, zauważyłam czekającego przy furtce przedstawiciel z jednej z firm. Poznałam go już z daleka po nazwie umieszczonej na samochodzie. Udałam się po kluczyk do sklepu obok. Nie noszę go ze sobą, aby nigdy nie posądzono mnie o kradzież, gdyby takowa miała miejsce. Poza tym tak było wcześniej, klucz zostawiali obok, więc mimo całej moje sympatii do pracujących tam osób, które są w porządku, denerwuje mnie, że aby wejść do sklepu “naszego” , muszę odwiedzić kogoś po drodze. Furtkę otworzyłam tak, aby pan przedstawiciel mnie nie zauważył. Chciałam tym zyskać na czasie, licząc, że zaraz pod bramę podejdzie szefowa. Nic bardziej mylnego. Nie dość, że przedstawiciel zauważył mnie i podążył moim śladem, to szefowa nie przyjechała prędko. Po dziesięciu minutach zadzwoniłam, aby dowiedzieć się, czy ktoś planuje wspomóc mnie w tym trudnym czasie, czy może mam dwie godziny siedzieć z panem przedstawicielem. Będę za osiem minut stało się dwudziestoma minutami. Jak się potem okazało, szefowa przeżyła z rana szok na widok swoich owłosionych nóg, więc musiała je ogolić, akurat na chwilę przed godziną otwarcia sklepu. Zanim przybyła szefowa cierpiałam okropnie. Dawno się tak nie spociłam. Musiała rozmawiać z obcą osobą, która jak się okazało była ode mnie starsza tylko cztery lata, a w dodatku mówić na ty. Dowiedziałam się, że pan, to znaczy on, jest zajęty, więc odetchnęłam z ulgą, bo każde “niesaprowaną” jednostkę traktuję jak potencjalne zagrożenie. Nie zrozumcie mnie źle. Ludzie są naprawdę mili i nie mają złych intencji, ale fakt, że muszę być z obcym kimś sama, sprawia, że mam pustkę w głowie i chce mi się płakać, a dzisiaj chciało mi się w szczególności. Byłam zła na to, że życie stawia mnie w takiej niekomfortowej sytuacji. Jak można wytłumaczyć obcej osobie, że jestem tu, bo nie miałam wyjścia, jeśli chciałam żyć. Takich rzeczy nie mówi się nikomu, a już na pewno nie o ósmej rano. Uśmiechałam się więc głupio, mówiąc same głupoty. Nie wiem, jak wyglądają obroty w sklepie, a jak prezentuje się sprzedaż w internecie, nie znam faktur, nic nie wiem, jestem tam najniższym w hierarchii pracownikiem, nawet nie interesującym się branżą, w której pracuję. Przyszłam tu, bo nie miałam wyjścia, jeśli chciałam uratować się od ciemności, która znowu wyciągała ręce do mojej szyi. Jedyne na co mnie stać to wykonywanie swoich obowiązków najlepiej jak potrafię, a ostatecznie wychodzi, że i tak nie potrafię nic. Moja niewiedzenia nie przeszkadza jednak pozostałym współpracownikom w zawaleniu mnie pracami, które mogliby wykonać sami, dlatego między swoimi stałymi obowiązkami wykonuję też dziesiątki innych, tak dla zabawy, abym nie myślała o tym, co mnie smuci chociaż przez te osiem godzin w ciągu dnia. Najbardziej zwaliło mnie z nóg pytanie o moje zainteresowania. Rozumiem, że przedstawiciele handlowi muszą być rozgadani, ale mi zrobiło się słabo, bo przecież nie mam żadnych zainteresowań, a nawet jeśli, to wszystko jest tak płytkie, a moje zaangażowanie połowiczne. Mnie interesuje tylko przetrwanie dnia w pracy i powrót do domu, do odciętych od świata czterech ścian, w których i tak po czasie się duszę tęskniąc za czymś realnym i dobrym. Oczywiście musiałam wspomnieć o Korei Południowej, która jest zawsze moim ostatnim ratunkiem, a i tak wychodzi, że chyba trochę kłamię, bo nie potrafię opowiadać o niej z pasją. Co lubię w Korei, że mnie tak fascynuje? Nie wiem, pewnie każdy mężczyzna z zespołu, który nigdy nie będzie mój, ale o takich rzeczach nie mówi się obcym facetom. Przecież mi nawet do głowy nie przyjdzie żadne marzenie w stylu bycia żoną pana z zespołu X czy Y. Nigdy nie miałam takich naiwnych marzeń. Jestem jednak stuprocentowo pewna, że wyznanie, iż słucham koreańskich boys bandów (i girls bandów), to jak wyznanie, że jestem zacofana mentalnie, dziecinna i pewnie wzdycham jak głupia do plakatów. Kiedy świat zrozumie, że bycie fanem nie równa się byciu nienormalnym? Oczywiście nie pociąga mnie tylko przemysł rozrywkowy, inne aspekty kultury i życia w tamtejszym kraju również, ale co ja się będę tłumaczyć obcym ludziom. Kiedy świat da mi spokój i pozwolić cieszyć się rzeczami, a nie tłumaczyć się z tego co lubię? Nie mam zainteresowań, bo mnie na to nie stać. Spytał się, co robię, przecież muszę coś robić. Tak, bawię się w instagram, płaczę na blogu, przewijam tumblra i oglądam mnóstwo vlogów, które zastępują mi obecność znajomych. Nie robię nic, bo mnie na to nie stać. Chciałbym strzelać z łuku, albo jeździć na rolkach i pewnie wszyscy zaraz ochoczo krzyną, więc zrób to, kup sobie łuk i rolki, tylko, co mi po takim hobby, gdy za miesiąc zostanę bez pracy i bez dochodu i wiecie co wtedy zrobię - to co zawsze - rozpłaczę się z zagubienia.

18.08.2018

995.

Wypiłam dwa kieliszki wódki na pusty żołądek, a dopiero potem zjadłam kawałek mięsa. Nie wiem, po co mi to było, skoro nie piję wódki (nie miałam jej w ustach od dwóch lat), a tym bardziej bez jedzenia, skoro raz taka sytuacja popsuła mi późniejsze miesiące. Nadal bywam na siebie zła za tamtą noc. Wypiłam, bo mąż przyjaciółki dostał awans i jeśli to miało mu sprawić radość, a mi ostatecznie nie zaszkodzić, to zgodziłam się na dwa. Bycie jedyną dziewczyną w towarzystwie, która może wypić, bywa ryzykowne i czasem zastanawiam się, czy nie lepiej zamknąc się w domu aż wszystkie koleżanki matki będą mogły sięgnąć po procenty. Czuję się, jak mała dziewczynka w dorosłym towarzystwie, choć jesteśmy w zbliżonym wieku. Nasza czwórka spotkała się w takim gronie po dwóch latach i tylko u mnie nic się nie zmieniło, ciągle nie wiem dokąd zmierzam. Wiem tylko, że zmierzam ku ziemskiemu końcowi, ale ten czeka na każdego. Koleżanki wyszły za mąż za samych przystojniaków, ale to było wiadomo, tak piękne kobiety nie mogły wybrać inaczej, choć wiadomo, o relacji wcale nie chodzi o wygląd, one znalazły mężczyzn, którzy potrafią zatroszczyć się o rodzinę i nie wierzę, że którekolwiek z tych małżeństw kiedykolwiek się rozpadnie. Kiedy byłyśmy małe, zawsze rozmyślałyśmy o tym, jak to będzie, gdy dorośniemy. Dorosłe życie przyszło niespodziewanie szybko i patrzyłam z dziwnym uczuciem na ten uroczy obrazek jednej z dwuletnim synkiem, drugiej z ponad półrocznym i trzeciej z ośmiomiesięcznym brzuchem, w którym również mieszka kawaler. Ciekawe, czy i moim pierwszym dzieckiem byłby chłopiec. Nie zazdrościłam im jednak ani trochę, ale pomyślałam, że to miło mieć kogoś, przy kim możesz schować się w towarzystwie. To moi znajomi, więc nawet jeśli przez chwilę poczułam się niezręcznie zostając w towarzystwie samych panów, to gdybym została sama w gronie obcych mężczyzn, chciałabym mieć w pobliżu swojego, żeby zdjął ze mnie ciężar włączenia się rozmowy. Inaczej jestem zbyt zauważalna.  Ludzie, nawet jeśli o tym nie mówią na trzeźwo, po kilku kieliszkach dają mi do zrozumienia, że moje milczenie może zostać odebrane negatywnie, jeśli nie przez tych, którzy mnie znają, to przez obcych. I tak to jest, gdy siedzę zestresowana i na próżno próbuję odnaleźć w pustce jakąś opowieść ze swojego życia, inni myślą, że jestem arogancka. Nie wiem, może jestem, może to wszystko, co odbiera mi mowę to tylko wymówka. Ludzie myślą, że jestem miłą i spokojną dziewczyną, ale myślą też, że jestem wyniosła i uważam się za lepszą od innych, skoro nie potrafię otworzyć ust. Na pytanie, czy może w tym roku dam skusić się na spacer, odpisałam tylko “nie”. Normalnie napisałbym traktat usprawiedliwiający mnie i moje postępowanie i czemu doceniam, ale nie na tyle, aby napisać “tak”, ale chyba dorosłam do tego, aby odmawiać ludziom bez usprawiedliwiania się, bo tak naprawdę nikt nie ma obowiązku tłumaczyć się wcześniej niż inni poproszą o wyjaśnienia. Mnie w ogóle zadziwia fakt, że ktoś nieznajomy PO ROKU miał ochotę ponownie zapytać o ten spacer, ale chyba tylko dlatego, że wpadł na mnie przypadkiem. Moje odmówienie prawdopodobnie poskutkuje tym, że nie zobaczę wszystkich tych, z którymi realnie chciałabym pójść na jakikolwiek spacer. Skoro nie potrafię docenić czyjegoś gestu, to nie doczekam się żadnego. Nie, to nie pesymizm, to dziwnie powtarzająca się reguła w mojej rzeczywistości, niby logiczna, a jednak okropnie niesprawiedliwa.

14.08.2018

994.

Szefowa zapytała, co moi znajomi na to, że pracuję w sklepie wędkarskim. Od razu uderzyła we mnie fala gorąca wraz z zakłopotaniem, bo pomyślałam, jacy znajomi, którzy znajomi, jak mam odpowiedzieć na to pytanie, jeśli moi znajomi nie mają żadnych przemyśleń związanych z tym, co robię, może niektórzy cieszą się, że udało mi się wyrwać z męczącego pustego bezrobocia, więc nie ważne, co robię, ważne, że robię cokolwiek. Już za chwilę znowu nic nie będę robić i z tego wszystkiego zamiast rozglądać się już za nową pracą, planuję wydać oszczędności na  spotkania z osobami, których nie widziałam od lat lub nie widziałam jeszcze wcale. Powinnam być zmartwiona, ale planowanie sprawia mi ogromną radość, nawet jeśli jestem zestresowana na myśl, jak to będzie ujrzeć kogoś po latach. Tymczasem przesiaduję w pracy na wygnaniu i przeszkadzają mi dwie rzeczy. Raz - jest tu duszno, nawet jeśli zrobiłam przeciąg otwierając tylne drzwi; dwa - nie mogę skupić się na pracy, pewnie dlatego, że myślę o tym jak mi gorąco i że nie wzięłam wystarczającej ilości wody, jakby wczorajszy dzień niczego mnie nie nauczył. Upały mnie męczą. Napisałam więc do osób, do których nie napisałabym w normalnych warunkach. Nawet do kolegi z poprzedniej pracy napisałam, jakby nigdy nic po pół roku ciszy i zapytałam wprost o film, który mógłby mi polecić. Odpisał od razu, co było miłe, ale zaproponował tytuł, z którego obejrzenia zrezygnowałam przez negatywne opinie (gównie znajomych, którzy już widzieli film), więc jak miałabym poświęcić 2 godziny i 19 minut na seans, jeśli wydaje mi się, że tak długi film nie powinien być nudny i bezsensowny, a podobno taki jest. Często mam jednak tak, że to co nie podoba się innymi, mnie czymś urzeka, więc nie wiem. Na razie okazuje się, że pozwoliłabym sobie na półtoragodzinny seans, natomiast na ponad dwugodzinny nie mam czasu, bo przecież koreańska telewizja ciężko pracuje na to, aby skutecznie wciągać mnie w swój świat i niestety ale amerykański film w tym przypadku nie wygra. Żeby ten wpis nie wyszedł zbyt pozytywny, próbuję zrozumieć, czemu uzależniłam nasze spotkanie od wyników badań, choć to nie moje wyniki, to przecież ma niewiele wspólnego ze mną. To znaczy myślałam, że tak zrobię, uczynię z wyników pretekst, ale utwierdzam się w przekonaniu, że niektórzy naprawdę mogę mnie już nie lubić i branie kogoś na litość byłoby moim największym upadkiem, dlatego chciałabym udawać, że pewne osoby już nie istnieją. Nie wiem, może pozwolę im rozpłynąć się w powietrzu. Chyba tak zrobię. A potem wezmę głęboki oddech i zachłysnę się tym powietrzem. :)

9.08.2018

993.

Dziewiąty dzień sierpnia, nic się nie zmieniło, więc czemu znowu tutaj jestem i piszę - nie wiem. Czasem nachodzi mnie tak wielka ochota, aby wypisać z siebie to wszystko raz na zawsze, ale wena dopada mnie w busie, kiedy wracam do domu z pracy. Gdy przekraczam próg mieszkania spada na mnie całe zmęczenie dnia trwającego i nigdy nie mam siły na ponowne przeżycie tych ciężkich myśli. Wolę rzucić się w świat rozrywki, zapomnieć i odpocząć. Czytam dzielnie kolejną książkę pana Musiała, ale dopada mnie rozczarowanie, bo najnowsza (z 1997 roku) i ostatnia książka, którą napisał, miesza ze sobą jeden wątek z innymi, pisanymi odmienną czcionką, i właśnie to tak bardzo mi nie pasuje, że pozwalałam sobie omijać fragmenty, aby cieszyć się dawny stylem, który tak mnie przyciąga szczerymi do bólu wyznaniami, czy obserwacjami na temat życia, śmierci, miłości i wiary. I jeszcze te niedające spokoju wspomnienia i tęsknoty za tymi, których tu nie ma. Tak, ten rym jest na cześć wszystkich tych, za którymi wodzę tęsknym wzrokiem, wirtualnie wodzę. Nie wiem, czemu dopada mnie to właśnie wtedy, gdy wracam do domu z pracy. Przytulona do szyby spoglądam w niebo i nagle czuję, jak ściska mi gardło i jak dobrze, że jest lato i na nosie mam okulary przeciwsłoneczne, bo przecież zaraz pokapałyby mi po policzkach łzy, tak bardzo wszystko mi się miesza, że na końcu pozostaje tylko morze łez złości na siebie samą. Każdy doradziłby mi, aby to zrobiła, porozmawiała ze wszystkimi, którym mam coś do powiedzenia, czasem od lat, zanim mnie to pokona, ale tu tkwi właśnie problem, nikt nie chce się ze mną spotkać, lub nie ma jak, lub nie wiem, nie istniejemy w tej samej czasoprzestrzeni, więc jak mam wymagać od kogoś, aby rzucił wszystko i wybiegł mi na spotkanie. Mijają więc miesiące, a ja czekam, aż ktoś poczuje równą potrzebę spotkanie, choć wiem, że ona nigdy nie nadejdzie i moje czekanie jest daremne, więc powinnam po chamsku wprosić się w czyjąś rzeczywistość. Powinnam zadzwonić i powiedzieć “hej, wiesz, smutniej mi dzisiaj bardziej niż wczoraj, słuchaj, we wrześniu powinnam już wiedzieć co dalej z moim życiem, ale nie mam ani jednego pomysł, nawet zalążka planu, więc boje się tych rąk sięgających mojego gardła i tego, że zaraz będą zbyt blisko i z całą siłą zacisną się na mej szyi, bo boję się tej ciemności, która czasem zmienia mnie w jednej chwili, a nie chcę tam wracać, bo wtedy nikt mnie takiej nie lubi, bo zrobiłam postęp i po co te dwa kroki na przód, jeśli zaraz będę musiała zrobić trzy w tył, ale słuchaj dalej, nie mogę tego znieść, że on może umrzeć, bo jak to, mam tak zwyczajnie siedzieć na pogrzebie w pierwszej ławce, gdzie wszyscy spoglądają na trumnę i na to, czy rodzina płacze wystarczająco głośno i każdy współczuje ci największej tragedii w życiu, gdy to nie żadna tragedia, to pustka, która od zawsze tu była, widzisz, nie mogę tego znieść, że wszystko sprowadzam do siebie, że niezależnie od tego, co się dzieje to świat i tak kręci się w koło mnie, chcę żebyś się tu pojawił i porozmawiał ze mną o życiu, ale moje przeczucie na 99 procent oznajmia mi stanowczo, że ten jeden procent tym razem okaże się siłą najwyższą, i boli mnie, że będę musiała napisać, zamiast wykrzyczeć ci to wszystko w twarz swoim cichym głosem, boli mnie, że znowu nie pozostaje mi nic innego jak pisanie i że ten język komunikacji ze światem tak mnie męczy, bo chciałabym przed sobą realnych ludzi. Tak, napisałam zdanie wielokrotnie złożone i to znak, że nie powinnam zamieszczać tu takich irracjonalnych wpisów, które są emocją, a przecież nie jestem emocjami, jestem kimś więcej, kimś kto ma rozum po to, aby dzielnie kierować emocjami, więc tak oto trzymam swoje emocje, codziennie od lat i wygrywam, i dla wielu jestem przegraną jako człowiek bez miłości, ale wyobraźcie sobie, że gdyby nie moja z trudem budowana kontrola, mogłaby zniszczyć wiele niewinnych żyć, więc po co, po co podążać za ciemnością. Trzymam to wszystko w sobie dla ciebie, choć nigdy o tym się nie dowiesz i może z tej perspektywy jawi się to jako daremny trud, ale myśląc o wieczności, myślę, że wygram dzięki temu wszystko.

5.08.2018

992.

Pisanie o pewnych rzeczach jest dużo łatwiejsze, gdy nie musisz widzieć reakcji innych na własne słowa. Czasem wypowiedzenie czegoś na głos sprawia, że to coś staje się bardziej realne, a wtedy w gardle więźnie głos. Nienawidzę, gdy łamie mi się głos, nienawidzę tego, a jest wiele sytuacji, których przytoczenie przywołuje niepotrzebne emocje. Z drugiej strony pisanie o nich jest nadzwyczaj lekkie. Ta rozbieżność sprawia, że często zastanawiam się, która z wersji - mówiona czy pisana - jest bliższa temu, co naprawdę odczuwam. Wyszło więc, że napisałam, bo mówienie okazało się zbyt trudne i nie wiem, jak podzielę się tym z bliższymi znajomymi, którym chciałabym o tym powiedzieć wprost, jeśli przekazanie tego słowami mówionymi komuś prawie obcemu okazało się zbyt trudne. Mam wrażenie, że niepotrzebnie dobudowuje do całej sytuacji napięcie, ale to dzieje się poza mną, a brak kontroli mnie wkurza. Napisałam więc dwóm osobom, jak to teraz u mnie jest, choć obydwu chciałam powiedzieć osobiście, ale jak wspomniałam wcześniej, w jednym przypadku nie byłam w stanie, a w drugim nie chciałam czekać na spotkanie, bo gdy piszesz z kimś regularnie, ciężko przed tą osobą przemilczać fakty. I choć jestem zdania, że nawet najbliższe relacje nie wykluczają prywatności i każdy ma prawo do posiadania tajemnic, do których nie dopuszcza nikogo, w tym przypadku uznałam, że inni powinni wiedzieć. Tylko tych innych jest więcej i chciałabym prosto w twarz. Tu powstaje problem, bo te osoby, którym chciałabym zdradzić tę “tajemnicę” żyją własnym życiem i wychodzi na to, że skoro nie mam serca wysyłać suchego tekstu z faktami (och, bo przecież na żywo mogłabym przy nich trochę popłakać licząc na pogłaskanie mej pustej głowy), będę musiała sama odkryć jak to jest, gdy przestaje istnieć ojciec, który i tak nigdy nie istniał. I jakie to dziwne, że bardziej chce mi się płakać nad stanem swojej cery skutecznie pogarszanym przez upały i złą dietę lub wypadającymi włosami, niż stanem zdrowia własnego ojca. Myślę, że sytuacja, przez którą zaczęłam przechodzić, nauczy mnie wiele rzeczy, ale przede wszystkim tego, jak bardzo zepsuta jestem.  

1.08.2018

991.

Skróciłam włosy o dziesięć centymetrów, bo stwierdziłam, że dzięki temu przestaną wypadać jak szalone, jeśli nie będą ciągnąć się po plecach, plątać na wietrze, czy gnieść podczas snu. Trochę pomogło, choć za każdym razem, gdy nadchodzi dzień ich mycia (co drugi dzień), umywalka nadal jest we włosach. Zapłakałam tylko raz z przerażenia, że mogę być w przyszłości łysa, a potem stwierdziłam, że nie będę przejmować się czymś takim, bo przecież można przejmować się innymi rzeczami. Wiem, że ludzie z reguły kryją się z takim problemem. Ja oznajmiłabym o tym w mediach społecznościowych i byłoby po sprawie. Krycie się z czymś, nad czym nie mamy kontroli, byłoby bardziej stresujące niż postawienie wszystkich przed faktem dokonanym. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdzie musiałbym przejmować się jeszcze tym, czy dobrze się ukrywam. A jednak mam w gronie znajomych osobę dotkniętą tym problemem, więc rozumiem, że naprawdę to takie łatwe mogłoby nie być, bo czym innym jest hipotetyczne założenie, a czym innym zderzenie z rzeczywistością. Jest połowa lata, upały zalały nasz kraj, a jedyne chłodnie miejsce to nasze mieszkanie i za to uwielbiam ten stary blok - tutaj zawsze jest chłodno - niestety nie mogę tu nieustannie przebywać, bo wzywa życie, praca i praca i praca. Czaję się jak głupia, aby poprosić o wolny dzień, który mi się należy, a właściwie należy mi się ich jeszcze dwanaście, plus nowy urlop za trzy miesiące umowy, strasznie to przykre, że znowu daję się wykorzystywać na własne życzenie i pracuję choć daliby radę beze mnie. Może jutro uda się zapytać. Teraz jestem cała w siniakach, nie licząc twarzy, a nawet mam krwiaka w zgięciu łokcia. Dźwigam trochę ciężarów, pocę się jak świnia i krwawię raz w miesiącu, jak na kobietę przystało. Myślałam, że będzie mi trudno dogadać się z D. i na nowo przyzwyczaić do jego obecności, tymczasem jest w porządku i czasem mi przykro, że wypisuję tutaj na niego tyle nieładnych rzeczy, ale nikt nie jest idealny, więc i ja nie mogę taka być; muszę być złą koleżanką z pracy. Mama z najmłodszym bratem pomalowali mi pokój. Tak, malujemy mieszkanie, w końcu. Trzeba odświeżyć ściany z zaciekami, po tym jak pół roku temu zalał nas sąsiad z góry. Jaka szkoda, że zainwestowane w farby pieniądze nagle są nam potrzebne na nową pralkę. Większą połowę dołożyłam ja (drugą brat, ze swoich "osiemnastkowych prezentów") i to dziwne uczucie, że mnie stać i wcale nie jest mi szkoda, że oddałam fundusze przeznaczone na miesiąc czynszu za mieszkanie, które wynajmuję, gdzieś tam w przyszłości. Może gdyby nie malowanie, i gdyby nie odłączenie centralnego ogrzewania i montowanie nowego, oddzielnego, w całym bloku, za które musieliśmy zapłacić kilka tysięcy, gdyby nie to, że popsuł nam się licznik do bojlera, a wcześniej mój komputer, i gdybym nie kupiła sobie z ciekawości tych drogich i niedobrych wegańskich lodów, to wszystko byłoby inne. Ten wpis miał być o czymś, ale wyszedł jak zlepek nieistotnych informacji; kolejny opis rzeczywistości bez głębszej refleksji nad otaczającym światem. Ach, właśnie, mój ojciec poszedł w końcu do lekarza i oto zaczął się szereg badań, na pierwsze pójdzie jutro. Nie pracuje, jest tutaj, codziennie u nas, jak nieproszony gość (dla mnie nieproszony). Nie wiem, wspominam tu o tym, jakby to była również moja tragedia, ale uderza mnie własna obojętność związana z całą sytuacją, aby po chwili stwierdzić, że fajnie mieć umierającego ojca. Czy słyszycie jak to brzmi? Jak umieranie może mieć coś wspólnego z wyrazem “fajnie”?! Potem wyjdzie tak, że wykorzystam własnego ojca do tego, aby powiedzieć “widzisz, milczenie twoje dobijało mnie bardzo, a do tego mój ojciec umierał, i co, myślisz, że usprawiedliwienia ciszy przebiją moją sytuacją, przecież to ja potrzebowałam wsparcia w tak trudnym czasie, a ciebie nie było”. Wiecie, brzydzę się sobą, gdy myślę o tym w ten sposób, jakbym chciała zrobić z siebie bohaterkę filmowego dramatu, który powinien chwytać za serce, ale nie chwyta, bo okazuje się, że to nie mój dramat. Uważam się za empatyczną osobę, ale nie potrafię wczuć się w sytuację własnego ojca; może dlatego, że nie chcę. Dobrze mi w tym własnym odizolowanym świecie, który istnieje tylko tak, jak ja go widzę, natomiast wszystkie sprzeczne wizje to tylko wymysł czyjejś wyobraźni. Oczywiście prawda jest inna - to ja wymyślam wszystko na własne potrzeby, a realny świat bezradnie rozkłada ręce nad moją głupotą.