Powinnam zmienić nagłówek bloga, powinnam
wymyślić nowy adres, powinnam zawęzić tematykę. Mam wrażenie, że już niedługo
to miejsce stanie się opisywaniem tylko tego, jak nagle zaczęłam tracić
zdrowie. Choć to nieprawda, nie ma żadnego nagle. Nie obawiam się choroby czy
bólu, choć myśl o kolejnych „wycieczkach” po gabinetach lekarskich nie jest
przyjemna. Nikt nie lubi czekać w kolejkach. Do tego przebywanie wśród skupisk
ludzi o tej porze roku jest niewskazane. Mój system immunologiczny nadal nie
jest w szczytowej formie. Dopóki nie otrzymam wyników badań, nie będę stawiać przedwczesnej
diagnozy, zwłaszcza, że dopiero od poniedziałku zaczynam swą „wielką przygodę”.
Czuję się w porządku, psychicznie dawno nie czułam się tak dobrze, a jednak
fizyczne objawy, które serwuje mi moje ciało są podejrzane i niepokojące. Może
to tylko niedobór witamin i mikroelementów, a może niedługo stracę siłę, słuch,
wzrok, płodność (która mi do niczego niepotrzebna, ale menopauza to wzrost wagi i osteoporoza,
a „nie menopauzalny” brak miesiączki to problemy z funkcjonowaniem narządów wewnętrznych).
Wspomniałam już, że niestraszne mi chorowanie, ból, wyroki i leczenie, na które
nie wiem, czy będzie mnie stać, bo nawet uzupełnienie braków witamin w organizmie
to droga inwestycja dla osoby bezrobotnej. Jestem śmieszna, bo w tej całej
sytuacji najbardziej z równowagi wyprowadza mnie myśl, że pół roku czekałam na
koncert zespołu Hurts i nagle, kiedy zostało 16 dni do spełniania wyczekiwanego
marzenia, dzieje się ze mną coś, co może mi w tym przeszkodzić. Bilet kupiony we
wrześniu zeszłego roku, kiedy jeszcze miałam pracę i było mnie stać, hostel
zamówiony, bilet na pociąg również, koleżanka czeka razem ze mną, bo jedziemy
we dwie, tylko baner nadal niewymyślony i nie jestem pewna, czy ostatecznie powstanie.
Nie wyobrażam sobie momentu, w którym musiałabym zrezygnować z tego dnia
szczęścia. Chciałabym czuć się wtedy dobrze, być pełna energii i optymizmu, aby
stać się godnym towarzyszem podróży i świętowania, a nie ciężarem. Chciałabym.
27.02.2016
21.02.2016
874. Nieśmiertelne choroby.
Myślę o moim nasilającym się pisku w uszach i wiem,
że pewnego dnia od tego zwariuję, choć bardziej wariuję od myśli, że wszystko przez jedną petardę
rzuconą w biały dzień niemal pod nogi. Przykro mi, ale wiem, że nie sensu płakać
nad rozlanym mlekiem. Luksusowa cisza jest już nie dla mnie; muszę otaczać się
dźwiękami, aby nie słyszeć tych w uszach. Gdy leżę w łóżku i próbuję zasnąć,
modlę się, a sen przychodzi wystarczająco szybko. Chciałabym stanąć znów nad
brzegiem morza i wysłuchać szumu fal, ale obawiam się, że pośród nich znajdę
również mój prywatny dźwięk. Pójdę ponownie do laryngologa, muszę wykluczyć
inne przyczyny, choć przed petardą nie miałam szumów usznych, więc nie jestem
przekonana do wizyt u neurologa, ale chyba powinnam. Kiedyś zignorowałam swoje
chore zatoki, dzięki czemu mam z nimi problem do dziś. Wystarczy silne
dmuchnięcie wiatru w czoło, katar i tygodnie męczarni. I jeszcze te migające
czarne plamki przed oczami. Powinnam zmienić strefę klimatyczną; obecnie nie
stać mnie na nawilżacz powietrza, a w tym domu powietrze jest suche i chłodne.
Od ponad tygodnia boli mnie gardło; wirusy, a może bakterie, trzymają się mnie
uporczywie, choć regularnie wzmacniam swoją odporność. Nawet zaczęłam jeść codziennie
czosnek, kilka ząbków dla zdrowia – żaden wampir nie pokocha mnie i tej nocy.
Do tego napar z czystka, olejki eteryczne w powietrzu, witamina C w naturalnych
postaciach, miód, nalewka z dziewanny, imbir i wiele innych „przysmaków”. Próbuję
wspierać swoje ciało, ale ono nadal sprawia mi niepokojące niespodzianki, aż
sama nie wiem, do jakiego lekarza się udać, czy już panikować czy jeszcze nie,
co sprawia, że czuję się dobrze, a ciało zapomina np. o miesiączce. (to przez
ziarna ostropestu plamistego? stres? osłabiony organizm? zbyt dużo ćwiczeń?) Co
zaburza poziom hormonów, jeśli to one hamują wylew krwi.
Bo to chyba nie zapowiedź guza... Na
wizyty u ginekologa mnie teraz nie stać, to trochę niewykorzystane w pełni pieniądze,
bo i tak nie można wykonać na mnie wszystkich badań, a tylko prywatnie byli i w
razie poważnych problemów będą w stanie mi pomoc. Wiem, akurat poziom hormonów
bada się przez pobranie krwi. Ostatnio straciłam majątek (dla mnie, biednej, to
był spory wydatek) przez swoje błędy i zaniedbania. Nie wiem, czemu piszę o tym
tutaj; nie chciałam wspominać nigdy o swoich zdrowotnych problemach publicznie.
Choć może „przetrawienie” tego w ten sposób sprawi, że nie będzie zbierać mi
się na płacz, gdy przyjdzie mi opowiadać o pechu stojąc przed kimś twarzą w
twarz. Są jednak takie dolegliwości, o których zapominam i które nie robią na
mnie już wrażenia. Po dwóch latach przerwałam leczenie u dermatologa. Muszę
poszukać innego. Nie wiem, czy kiedykolwiek pozbędę się tego syfu z ciała,
który przy obniżonej odporności przywędrował do mnie dziesięć lat temu pod
postacią wirusa i dał wykwity na skórze. Za leczenie wzięłam się o wiele za
późno, więc tym trudniejsze jest pozbycie się tego, zwłaszcza, że leczenie
skutku nie leczy przyczyny. Normalnie, po pewnym czasie, znika samo, ale u mnie
przez 10 lat nie zniknęło. Jedynie po kilku zabiegach kilka zmian odeszło; może
2% z całości. O mój systemie immunologiczny, przepraszam, że tak bardzo osłabiłam
cię przez niezdrowe diety, ćwiczenia, stres i depresję, ale to nie do końca
moja wina, przecież na moje życie nie składają się tylko moje wybory, w końcu istnieję wśród ludzi i staję przed sytuacjami niestworzonymi przeze mnie, więc
wybacz zagubionemu dziecku, którym byłam i pozwól odbudować mi twą dawną siłę,
a jeśli nie może być jak dawniej, to niech przez jakiś czas nie będzie gorzej. Tak. Dorastamy i psujemy się. Jednak czym są moje dolegliwości w porównaniu
z problemami innych – niczym poważnym. Muszę zarobić trochę grosza (tylko gdzie
i jak?) i odwiedzić starych znajomych. Potem mogę umierać, jeśli taka będzie wola Nieba.
15.02.2016
873.
Moje ciało mnie nienawidzi. Czy mogę już napisać, że jestem nieustannie chora? Co miesiąc na coś innego. Moja odporność przestaje istnieć, ale nie, zbudują ją od nowa, zmuszę swoje ciało do walki, nawet jeśli nie wiem po co mi ciało i życie. Będę pachnieć lasem i ziołami, będę uśmiechać się do ważnych dla mnie ludzi. Zrobię to jeszcze raz. Będę. Będziemy. Proszę, Boże.
1.02.2016
872.
Nie potrafię zrozumieć, co dzieje się z moim
ciałem. Pojawiają się objawy odbiegające od normy, a jednak zarzucają mi wyolbrzymianie.
Racja, nie czują mojego fizycznego bólu, już nawet nie spodziewam się przejawów
empatii. Nie ma dnia, abym nie myślała o tym, że może już na zawsze pozostanę w
stanie gotowości, lekkiego napięcia, obaw przed nawrotem, który przekreśli
spokój. Krew, krew, tak umiera ostatni przejaw nadziei. Dzisiaj zobaczyłam krew
i nie mogłam przestać płakać. Ale to minęło, znów nie czuję strachu, nie czuję nic poza bólem czerwonych oczu. Chciałabym mieć święty spokój, prawdziwy,
nieudawany, choć wierzę tak bardzo w swoją obojętność, że śpię dobrze i spokojnie.
Od kiedy przystawiłam łóżko bliżej kaloryfera, aby nie drżeć z zimna przed
zaśnięciem, miewam codziennie ciekawe sny; to już miesiąc. Nie przejmuję, jest w tym prawda, a jednak obawiam się wszystkich momentów,
które mogą wtargnąć w moją rzeczywistość i zabrać mi resztki sił. Momentami
nawet zapominam, że brak pracy może doskwierać mi kolejny rok, a być może nigdy
nie znajdę stałej posady i stabilności, jeśli świat się nie zmieni. Żyję chwilami,
jednodniowymi wydarzeniami, które czekają na mnie w przyszłości i mówią, że
warto ciągnąć za sobą ten ciężki wózek śmieci. Wymazuję z myśli wszystkie
znajome osoby, aby nie płakać od wspomnień, z tęsknoty i przez dzielące odległości.
Mam wrażenie, że tak bardzo wzięłam sobie do serca zamykanie się na negatywne
bodźce, że uciekam również przed dobrymi doświadczeniami. Jestem otępiała, moje
myśli są banalne, ludzie nie mogą znieść mojego towarzystwa, bo nieustannie milczę.
Mimo wszystko jest we mnie spokój i to właśnie widzą inni, opanowanie,
niewzruszenie, ciszę, a tak naprawdę mnie nie widzą, bo już nie istnieję,
dla wielu rozpłynęłam się jak we mgle. Gdybym nie zachorowała w październiku byłabym
lepszym człowiekiem, a tak jestem tylko lepsza dla siebie. Postanowiłam zatroszczyć się o swoje ciało, choć może powinnam też bardziej o duszę. Przykro mi, że to jedyne życie, które posiadam, niestety, obecnie nie stać mnie na lepsze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)