27.02.2016

875.


Powinnam zmienić nagłówek bloga, powinnam wymyślić nowy adres, powinnam zawęzić tematykę. Mam wrażenie, że już niedługo to miejsce stanie się opisywaniem tylko tego, jak nagle zaczęłam tracić zdrowie. Choć to nieprawda, nie ma żadnego nagle. Nie obawiam się choroby czy bólu, choć myśl o kolejnych „wycieczkach” po gabinetach lekarskich nie jest przyjemna. Nikt nie lubi czekać w kolejkach. Do tego przebywanie wśród skupisk ludzi o tej porze roku jest niewskazane. Mój system immunologiczny nadal nie jest w szczytowej formie. Dopóki nie otrzymam wyników badań, nie będę stawiać przedwczesnej diagnozy, zwłaszcza, że dopiero od poniedziałku zaczynam swą „wielką przygodę”. Czuję się w porządku, psychicznie dawno nie czułam się tak dobrze, a jednak fizyczne objawy, które serwuje mi moje ciało są podejrzane i niepokojące. Może to tylko niedobór witamin i mikroelementów, a może niedługo stracę siłę, słuch, wzrok, płodność (która mi do niczego niepotrzebna, ale menopauza to wzrost wagi i osteoporoza, a „nie menopauzalny” brak miesiączki to problemy z funkcjonowaniem narządów wewnętrznych). Wspomniałam już, że niestraszne mi chorowanie, ból, wyroki i leczenie, na które nie wiem, czy będzie mnie stać, bo nawet uzupełnienie braków witamin w organizmie to droga inwestycja dla osoby bezrobotnej. Jestem śmieszna, bo w tej całej sytuacji najbardziej z równowagi wyprowadza mnie myśl, że pół roku czekałam na koncert zespołu Hurts i nagle, kiedy zostało 16 dni do spełniania wyczekiwanego marzenia, dzieje się ze mną coś, co może mi w tym przeszkodzić. Bilet kupiony we wrześniu zeszłego roku, kiedy jeszcze miałam pracę i było mnie stać, hostel zamówiony, bilet na pociąg również, koleżanka czeka razem ze mną, bo jedziemy we dwie, tylko baner nadal niewymyślony i nie jestem pewna, czy ostatecznie powstanie. Nie wyobrażam sobie momentu, w którym musiałabym zrezygnować z tego dnia szczęścia. Chciałabym czuć się wtedy dobrze, być pełna energii i optymizmu, aby stać się godnym towarzyszem podróży i świętowania, a nie ciężarem. Chciałabym.

21.02.2016

874. Nieśmiertelne choroby.


Myślę o moim nasilającym się pisku w uszach i wiem, że pewnego dnia od tego zwariuję, choć bardziej wariuję od myśli, że wszystko przez jedną petardę rzuconą w biały dzień niemal pod nogi. Przykro mi, ale wiem, że nie sensu płakać nad rozlanym mlekiem. Luksusowa cisza jest już nie dla mnie; muszę otaczać się dźwiękami, aby nie słyszeć tych w uszach. Gdy leżę w łóżku i próbuję zasnąć, modlę się, a sen przychodzi wystarczająco szybko. Chciałabym stanąć znów nad brzegiem morza i wysłuchać szumu fal, ale obawiam się, że pośród nich znajdę również mój prywatny dźwięk. Pójdę ponownie do laryngologa, muszę wykluczyć inne przyczyny, choć przed petardą nie miałam szumów usznych, więc nie jestem przekonana do wizyt u neurologa, ale chyba powinnam. Kiedyś zignorowałam swoje chore zatoki, dzięki czemu mam z nimi problem do dziś. Wystarczy silne dmuchnięcie wiatru w czoło, katar i tygodnie męczarni. I jeszcze te migające czarne plamki przed oczami. Powinnam zmienić strefę klimatyczną; obecnie nie stać mnie na nawilżacz powietrza, a w tym domu powietrze jest suche i chłodne. Od ponad tygodnia boli mnie gardło; wirusy, a może bakterie, trzymają się mnie uporczywie, choć regularnie wzmacniam swoją odporność. Nawet zaczęłam jeść codziennie czosnek, kilka ząbków dla zdrowia – żaden wampir nie pokocha mnie i tej nocy. Do tego napar z czystka, olejki eteryczne w powietrzu, witamina C w naturalnych postaciach, miód, nalewka z dziewanny, imbir i wiele innych „przysmaków”. Próbuję wspierać swoje ciało, ale ono nadal sprawia mi niepokojące niespodzianki, aż sama nie wiem, do jakiego lekarza się udać, czy już panikować czy jeszcze nie, co sprawia, że czuję się dobrze, a ciało zapomina np. o miesiączce. (to przez ziarna ostropestu plamistego? stres? osłabiony organizm? zbyt dużo ćwiczeń?) Co zaburza poziom hormonów, jeśli to one hamują wylew krwi.  Bo to chyba nie zapowiedź guza... Na wizyty u ginekologa mnie teraz nie stać, to trochę niewykorzystane w pełni pieniądze, bo i tak nie można wykonać na mnie wszystkich badań, a tylko prywatnie byli i w razie poważnych problemów będą w stanie mi pomoc. Wiem, akurat poziom hormonów bada się przez pobranie krwi. Ostatnio straciłam majątek (dla mnie, biednej, to był spory wydatek) przez swoje błędy i zaniedbania. Nie wiem, czemu piszę o tym tutaj; nie chciałam wspominać nigdy o swoich zdrowotnych problemach publicznie. Choć może „przetrawienie” tego w ten sposób sprawi, że nie będzie zbierać mi się na płacz, gdy przyjdzie mi opowiadać o pechu stojąc przed kimś twarzą w twarz. Są jednak takie dolegliwości, o których zapominam i które nie robią na mnie już wrażenia. Po dwóch latach przerwałam leczenie u dermatologa. Muszę poszukać innego. Nie wiem, czy kiedykolwiek pozbędę się tego syfu z ciała, który przy obniżonej odporności przywędrował do mnie dziesięć lat temu pod postacią wirusa i dał wykwity na skórze. Za leczenie wzięłam się o wiele za późno, więc tym trudniejsze jest pozbycie się tego, zwłaszcza, że leczenie skutku nie leczy przyczyny. Normalnie, po pewnym czasie, znika samo, ale u mnie przez 10 lat nie zniknęło. Jedynie po kilku zabiegach kilka zmian odeszło; może 2% z całości. O mój systemie immunologiczny, przepraszam, że tak bardzo osłabiłam cię przez niezdrowe diety, ćwiczenia, stres i depresję, ale to nie do końca moja wina, przecież na moje życie nie składają się tylko moje wybory, w końcu istnieję wśród ludzi i staję przed sytuacjami niestworzonymi przeze mnie, więc wybacz zagubionemu dziecku, którym byłam i pozwól odbudować mi twą dawną siłę, a jeśli nie może być jak dawniej, to niech przez jakiś czas nie będzie gorzej. Tak. Dorastamy i psujemy się. Jednak czym są moje dolegliwości w porównaniu z problemami innych – niczym poważnym. Muszę zarobić trochę grosza (tylko gdzie i jak?) i odwiedzić starych znajomych. Potem mogę umierać, jeśli taka będzie wola Nieba.

15.02.2016

873.

Moje ciało mnie nienawidzi. Czy mogę już napisać, że jestem nieustannie chora? Co miesiąc na coś innego. Moja odporność przestaje istnieć, ale nie, zbudują ją od nowa, zmuszę swoje ciało do walki, nawet jeśli nie wiem po co mi ciało i życie. Będę pachnieć lasem i ziołami, będę uśmiechać się do ważnych dla mnie ludzi. Zrobię to jeszcze raz. Będę. Będziemy. Proszę, Boże.

1.02.2016

872.


Nie potrafię zrozumieć, co dzieje się z moim ciałem. Pojawiają się objawy odbiegające od normy, a jednak zarzucają mi wyolbrzymianie. Racja, nie czują mojego fizycznego bólu, już nawet nie spodziewam się przejawów empatii. Nie ma dnia, abym nie myślała o tym, że może już na zawsze pozostanę w stanie gotowości, lekkiego napięcia, obaw przed nawrotem, który przekreśli spokój. Krew, krew, tak umiera ostatni przejaw nadziei. Dzisiaj zobaczyłam krew i nie mogłam przestać płakać. Ale to minęło, znów nie czuję strachu, nie czuję nic poza bólem czerwonych oczu. Chciałabym mieć święty spokój, prawdziwy, nieudawany, choć wierzę tak bardzo w swoją obojętność, że śpię dobrze i spokojnie. Od kiedy przystawiłam łóżko bliżej kaloryfera, aby nie drżeć z zimna przed zaśnięciem, miewam codziennie ciekawe sny; to już miesiąc. Nie przejmuję, jest w tym prawda, a jednak obawiam się wszystkich momentów, które mogą wtargnąć w moją rzeczywistość i zabrać mi resztki sił. Momentami nawet zapominam, że brak pracy może doskwierać mi kolejny rok, a być może nigdy nie znajdę stałej posady i stabilności, jeśli świat się nie zmieni. Żyję chwilami, jednodniowymi wydarzeniami, które czekają na mnie w przyszłości i mówią, że warto ciągnąć za sobą ten ciężki wózek śmieci. Wymazuję z myśli wszystkie znajome osoby, aby nie płakać od wspomnień, z tęsknoty i przez dzielące odległości. Mam wrażenie, że tak bardzo wzięłam sobie do serca zamykanie się na negatywne bodźce, że uciekam również przed dobrymi doświadczeniami. Jestem otępiała, moje myśli są banalne, ludzie nie mogą znieść mojego towarzystwa, bo nieustannie milczę. Mimo wszystko jest we mnie spokój i to właśnie widzą inni, opanowanie, niewzruszenie, ciszę, a tak naprawdę mnie nie widzą, bo już nie istnieję, dla wielu rozpłynęłam się jak we mgle. Gdybym nie zachorowała w październiku byłabym lepszym człowiekiem, a tak jestem tylko lepsza dla siebie.  Postanowiłam zatroszczyć się o swoje ciało, choć może powinnam też bardziej o duszę. Przykro mi, że to jedyne życie, które posiadam, niestety, obecnie nie stać mnie na lepsze.