Nie pamiętam, ile miałam wtedy lat, ale musiałam być uroczą dziewczynką. Musiałam chodzić wtedy do podstawówki, bo pamiętam, jacy znajomi byli ze mną tamtego dnia. Nie wiem, czemu utkwiło mi to w pamięci i za często wracam do tego momentu, jak do ziarna, które zasiało moją niechęć do brudnego świata dorosłych. Staliśmy pod sklepie nie mogąc zdecydować się, co kupić, a może już coś kupiliśmy, wspomnienia z młodych lat są zawsze mgliste i przefiltrowane przez nas umysł, do tego stopnia, że czasem nie wiem, czy to wydarzyło się naprawdę. Pod parasolem siedzieli miejscowi pijacy, a nas stała duża grupka osób i zupełnie nie wiem, czemu najmniejsze i najbrzydsze dziecko, jakim byłam, przyciągnęło uwagę jednego z nich. Co usłyszałam? Nie wiem, jak można było powiedzieć coś takiemu niewinnemu dziecku, ale po alkoholu można wszystko, a przede wszystkim można ranić siebie i innych. Usłyszałam, że mam ładne, czerwone usta, dobre do robienia loda. Zrobiło mi się okropnie głupio, bo zupełnie nie wiedziałam o co chodzi, a tym bardziej nie miałam pojęcia jak zareagować, więc nie powiedziałam nic, tylko zamknęłam się w sobie (jak od zawsze w trudnych sytuacjach) i prawdopodobnie spaliłam przysłowiowego buraka. Nic się przecież nie stało, zupełnie nic, ale może od tamtego czasu wszystko związane z seksem budzi we mnie tylko obrzydzenie. “Kto zaś zgorszy jednego z tych małych, którzy we mnie wierzą, lepiej byłoby dla niego, gdyby zawieszono mu u szyi kamień młyński i utopiono go w morskiej głębinie.” Naprawdę nie chcę dodawać dramatyzmu tej sytuacji wyrwanym z kontekstu cytatem z Biblii, ale lubię to robić, lubię być niczym bohaterka filmu z przykrym zakończeniem, choć ten cytat wcale nie ma tak wąskiego przesłania. Potem było kilka sytuacji, w których moje bycie miłym zostało sprowadzone do patrzenia na mnie jak na kogoś tak miłego, że idealnego do łóżka. Czasem myślałam, że może tylko na to zasługuję, że nadaję się jedynie do wykorzystania, bo przecież nikt nie jest w stanie obdarzyć miłością kogoś tak brzydkiego zewnętrznie i wewnętrznie. A potem zawsze byłam zła na siebie za naiwność, wierząc, że ludzie - a może powinnam nazwać rzeczy po imieniu i napisać - mężczyźni chcą się ze mną przyjaźnić Nie wiem, kogo mam winić za tak ułożony świat, za brak damsko-męskich relacji bez podtekstu seksualnego, za to, że ojciec zostawił mamę dla seksu z kimś innym, przecież nie Boga za niedoskonałość stworzenia. Może dlatego tak trudno mi po tych wszystkich bezsensownych przemyśleniach zapomnieć tym o jednym mężczyźnie, który był porządnym człowiekiem i wierzyłam, że lubi spędzać ze mną czas, bo to byłam ja, bo widział mnie, prawdziwą mnie, z tymi wszystkimi trudnościami, które należy tylko objąć, a nie wbijać nóż w serce. Czasem tak bardzo nie mogę dojść do porozumienia ze sobą, że chciałabym, aby i to okazało się kłamstwem. Chciałabym na końcu zakrzyknąć, że miałam rację, że wszyscy faceci są beznadziejni, ale to nieprawda. Na końcu jestem beznadziejna ja, bo ja jestem problemem. Nie użalam się na sobą, nie chcę, aby ktokolwiek zrozumiał mnie źle. Mi po prostu trudno zrozumieć, czemu płaczę do snu, bo przypomina mi się, że nie potrafię żyć, jak inni. Szukam odpowiedzi na pytanie kim jestem i po co żyję, ale podobno tę odpowiedź zna tylko ten, kto mnie po coś stworzył. Boże, może dlatego tak bardzo chcę uciec z tego świata, bo potrzebuję tej odpowiedzi.
21.02.2019
16.02.2019
1022.
Moje pierwsze zdanie miało brzmieć: nienawidzę być kobietą, ale to nieprawda, nienawidzę być sobą. Do tego stało się coś dziwnego - nie istnieję. Niestety, gdy tylko patrzę w lustro moja zmasakrowana twarz przypomina mi, że jeszcze jestem i jest mi smutno, bo znowu sobie to robię i nie rozumiem, czemu przez coś takiego bezsensownego jak hormony muszę męczyć się w wieku prawie średnim z problematyczną cerą. Może gdybym nie była taka zestresowana. Nie rozumiem, czemu będąc nieżywą dla świata nadal muszę gromadzić w sobie stres. Najbardziej stresuje mnie praca i to nie tak, że obowiązki, które wykonują wiążę ze stresem, wręcz przeciwnie, siedząc w moim kącie zasłonięta towarem, czasem zastanawiam się, czemu pracuję tak ciężko, jak mogłabym przez większość czasu udawać. Czy to niesamowite, że mimo całej swojej beznadziejności nie potrafię jednej rzeczy - utracić poczucia, że skoro płacą mi za pracę, to będę wykonywać ją najlepiej jak potrafię? Mimo to nie mam w sobie wielkiego zapału. Obowiązki wykonuję automatycznie i niemal jak w transie i tylko odliczam godziny do mojego wyjścia, bo gdy wychodzę, czuję, że jestem wolna, choć niekoniecznie żywa. Usłyszałam jak szefowa powiedziała D. (ale nie w tajemnicy), że jestem, ale tak, jakby mnie nie było. Powiedziała to miłym tonem i jakbym z niedowierzaniem, że tak można. Nie mogę temu zaprzeczyć. Nie potrafię tam już inaczej funkcjonować normalnie. Przychodzę do pracy jako pierwsza. Otwieram wszystko i czuję się jak złodziej. W środku jest bardzo cicho, tym bardziej w okresie zimowym, za to słychać wszystko, co dzieje się nad nami, cały poranny rytuał sklepu mięsnego. Siedzę przed komputerem i staram się skupić na pracy do momentu przybycia szefowej. Wychodzi mi to różnie, zwłaszcza, że pracuję na trybie oczekiwania i każde dźwięki dochodzące z klatki schodowej sprawiają, że czuję się jak w filmie grozy, gdzie podąża za tobą morderca i tylko nasłuchujesz z wstrzymanym oddechem kroków, by wiedzieć czy oprawca się już zbliża, czy jeszcze nie. Za każdym razem, gdy słyszę jak ktoś pociąga za klamkę i widzę, że to nie szefowa, a klient (których obsługa nie należy do moich obowiązków), jestem zawiedziona i boję się usłyszeć pytania, na którego nie znam odpowiedzi. Mój mózg jest tak zablokowany, że nie potrafię wykonać najprostszej czynności matematycznej w pamięci i nie rozumiem, czemu nikt mnie poinformował, gdzie leżą rzeczy, które daje się w gratisie, bo tak jest napisane na opakowaniu i czemu nikt mi nie powiedział, że takie opakowania z gratisami mamy i przez to wychodzę, w sumie na tego, kogo jestem, niedouczone dziecko, zarówno w kwestii branży, jak i obycia z klientem. Szefowa zawsze rozmawia z klientami, większość spędza tam długie minuty tylko dlatego, aby pogawędzić o życiu i tak się składa, że nagle słyszę tę samą historię przez cały tydzień, bo o tym szefowa musi opowiedzieć każdemu, a mnie zadziwia, że mimo iż siedzę gdzieś w oddali, w swoim smutnym kącie i pracuję, rejestruję dużo więcej niż inna osoba, która znalazłaby się na moim miejscu. Jak na kogoś, kto wchodzi w minimalne interakcje ze współpracownikami, wiem o nich bardzo dużo i znam ich codziennie rytuały chyba nawet lepiej, niż oni sami. Kiedy porównuję miniony rok tutaj z moim obecnym czasem, widzę jak bardzo to miejsce mnie zmieniło. Oczywiście na gorzej. Może ten mur w koło mnie widać bardzo wyraźnie, ponieważ od momentu, w którym łazienka stała się moim wrogiem, nie wymieniam z D. nic więcej poza “cześć”. Nie rozmawiamy ze sobą wcale, co jest mi na rękę, bo nie chcę rozmawiać z nikim o sobie, ale wiem, że nie tak powinna wyglądać atmosfera w pracy. Szefowa dużo opowiada, taka już jest, mi to wcale nie przeszkadza, ale jestem zestresowana, bo wiem, że taki rodzaj bycia zawsze wymaga reakcji, a nigdy nie wiem, co powiedzieć, jak się zachować, jakie oczekiwania wobec mnie rozmówca i czemu, gdy ktoś do mnie mówi, jak myślę o tym, że nie wiem, co zrobić ze swoim życiem i że rozmówca nie wie, że chcę za jakiś czas zniknąć z tego miejsca i krępuje mnie to, że jestem traktowana tak dobrze i nie chcę budować żadnych relacji, w miejscu, z którego zniknę. Jestem zawiedziona sobą, a jednak nie wiem, jak mam zacząć mówić. Po prostu nie wiem. Moje słowa nie materializują się w moim głosie. Wygląda na to, że w mojej pracy najbardziej stresującym elementem jest moje nieistnienie. Ostatni raz najbliżej siebie byłam 25 listopada. Nawet późniejsze spotkanie z przyjaciółkami nie sprawiło, że czułam się sobą w ich towarzystwie i to mnie zasmuca najbardziej, już nigdzie nie potrafię być sobą, bo czuję, że świat nigdy nie zaakceptuje mnie z tym wszystkim, co noszę w sobie. Mogłabym napisać, że sobą potrafię być tylko tu, w tych słowach, ale nie jestem przekonana, czy i to byłoby prawdą. Może zgubiłam siebie w momencie, w którym zrozumiałam, że nie mogę być przed własną rodziną, czyli przed kimś, kto w założeniu jest uosobieniem kogoś najbliższego. Od tamtej pory nie potrafię się odnaleźć, czyli pewnie od czasów gimnazjum. Ciągle powtarzam te same błędy, ciągle wracają te same koszmary, ciągle uciekam od chęci poddania się, którą potrafię zatrzymać tylko nieistnieniem i pustymi myślami, w innym przypadku rozpadam się bardzo szybko, bo dociera do mnie, jak bezużyteczne jest moje życie. Im rzadziej wchodzę w interakcje z realnym światem, tym pozytywniejsze są moje myśli. Czasem ktoś wpada do mojej głowy i zastanawiam się, czy może spacerujemy razem po tych samych wspomnieniach, czy może pojawiam się w czyichś myślach jako ktoś warty zapamiętania, ale nie, przecież nie istnieję, i te osoby też nie istnieją w moim życiu, więc radośnie włączam kolejny live z kimś, kogo lubię słuchać i mam towarzystwo, które nie wymaga ode mnie żadnego wysiłku, bo przecież tylko słucham wpatrzona. Spotykanie ludzi jest trudne, a nikt nie chce podjąć tego wysiłku względem mnie, nikt nie pragnie spotkać prawdziwej mnie. Może sama nie mam odwagi na spotkanie ze sobą, choć mam wrażenie, że poza brakiem odpowiedzi na pytanie, dlaczego nie potrafię swobodnie rozmawiać z ludźmi i czemu ciągle odkrywam w sobie dziwną pustkę, która sprawia, że życie nie ma sensu niezależnie od tego, jak nim kieruję, znam siebie wystarczająco, aby wiedzieć, że nie jestem wystarczająco dobra, aby istnieć w realnym świecie.
9.02.2019
1021.
Jestem zestresowana faktem, że za niecałe dziewięć miesięcy zostanę bez pracy (nie, nie jestem w ciąży, nie wiem czemu, ale pisanie o dziewięciu miesiącach zawsze brzmi podejrzanie) - na własne życzenie - i najlepiej byłoby, gdybym już dziś, teraz, właśnie przed północą, wymyśliła dla siebie nowe życie, to życie, które próbuję wymyślić od zawsze i nigdy mi nie wychodzi. Jestem tak zestresowana, że rozdrapałam już całą twarz i nie wiem, jak ją zakryć bez nakładania tam czegoś tak lepkiego jak podkład. Nie używam taki rzeczy już od roku, może dlatego że nie widuję znajomych ani ludzi, gdzie zależałoby mi na porządniejszym wyglądzie, a praca w piwnicy to jak praca w grobie, i choć był taki film, gdzie w zakładach pogrzebowych upiększano zwłoki, to mi to zupełnie niepotrzebne. Patrzę ze smutkiem w lustro, ale nie potrafię jednocześnie przestać dotykać twarzy. Drapałam cały dzień te przedmiesiączkowe wypryski. Zawsze obiecuję sobie, że nie będę patrzeć na twarz z bliska, przecież to niedorzeczne, nikt nie staje tak blisko mnie, aby zobaczyć rozszerzone pory. Myślę, że moje dotykanie twarzy ma charakter nerwowy, a gdy poziom hormonów się zmienia, mi drastycznie spada chęć do życia i jestem okropnie zmęczona. Skupienie się na czymś tak bezmyślnym jak swoja twarz, pozwala odciąć się od rzeczywistości. Chciałam zapuścić grzywkę, a właściwie to jej się pozbyć, ale dzisiaj moje czoło pokryło się plamami, więc po dwóch miesiącach ją ścięłam, aby ukryć swoją własną winę. Pewnie zacznę przez kilka dni chodzić w rozpuszczonych włosach, aby zakryć policzki, choć będzie to trudne o tej porze roku, bo moje włosy cały czas są naelektryzowane. Mogłabym sięgnąć po odżywkę, ale oznaczałoby to codziennie mycie głowy, a na to na pewno nie mam siły. Czy mam na cokolwiek siłę zimą, w dodatku przed okresem, którego wyczekuję jak choroby? Moja hemoglobina mogłaby być zdecydowanie wyższa, ale wychodzi na to, że nie potrafię utrzymać jej na właściwym poziomie. Moja blada twarz uwydatnia jeszcze bardziej każde zaczerwienienie, choć zaczerwienienia byłby bardziej widoczne, gdybym w moich żyłach płynęło więcej czerwonych krwinek. Kiedy jestem zasmucona swoim wyglądem, a nie zdarza się to często, bo staram się odcinać od siebie jako od istoty cielesnej, to nie mogę wręcz funkcjonować dopóki mój wygląd się nie poprawi. Wtedy myślę (wcale nie nawinie, bo to działa), że będę szczęśliwsza, jeśli wygląd mojej cery się poprawi. Zanim to nie nastąpi nie chcę widzieć nikogo, a raczej nie chcę, aby ktokolwiek na mnie patrzył, więc nie chcę wychodzić z domu, ale muszę, więc z przymusem otwieram drzwi mieszkania i myślę sobie, że to bardzo niesprawiedliwe, że ktoś jest naturalnie piękny. Niesprawiedliwe jest, gdy ktoś ma ładną twarz i czarujący uśmiech i nie musi robić wiele, bo przemyje twarz wodą i rozczesze piękne gęste włosy i wygląda tak, że wszyscy westchną z zazdrości. Właściwie to codziennie patrzę na osoby, które są pięknie fizycznie, a do tego utalentowane, a jeśli nie utalentowane, to ciężko pracujące, aby ten talent mieć, a gdyby tego było mało, mają też serca tak ciepłe, że ten żar przebija do mnie przez ekran. Myślę, że atrakcyjność osoby polega przede wszystkim na tym, jaki ktoś jest, a im więcej w tym kimś życia i dobrych myśli, tym jaśniejsze bije od tego kogoś świtało. Zdarza mi się też widzieć wiele piękna w ludziach cierpiących, ale nie są oni wypełnieni cierpieniem złości, a cichym bólem istnienia. Tymczasem spoglądam w lustro i widzę kogoś odpychającego. Brzydka twarz, brzydkie ciało i brzydkie myśli. Już nawet ciekawość nie przyciąga do mnie ludzi, bo odkryłam wszystkie karty. Nie chce mi się już udawać kogoś, kim nie jestem. Ale muszę udawać przez najbliższe dni, że mam ładną cerę, aby nie płakać na widok samej siebie, bo jednak nie da się ukryć, że jeszcze istnieję. (Ten rym na koniec to tak specjalnie, aby uczynić ten wpis jeszcze bardziej żałosnym.)
3.02.2019
1020.
Chciałabym tu o czymś napisać, ale wiem, że wypisanie tego z siebie zajęłoby mi dużo czasu, może nawet kilka tygodni. Chciałabym usiąść i wyrzucić to z siebie za jednym zamachem, ale nie mam tyle czasu. Muszę żyć. Muszę, więc jak to jest, że inni tracą poczucie przymusu i nic nie muszą, a przede wszystkim nie muszą żyć. Nie wiem, czemu o tym ciągle myślę. Może dlatego, że i ja kiedyś stałam na tamtym przejeździe kolejowym z myślą, że to dobre miejsce na odebranie sobie życia. Ale tak naprawdę wbiec pod pociąg można wszędzie, tory nie są odgrodzone murem od świata, a pociąg zwalnia tylko na stacji. Nie chciałam jednak odebrać sobie życia. Nigdy świadomie. Czy ktoś potrafiłby zrobić to z pełną świadomością bez wcześniejszego postradania zmysłów? Mam nawet krótkie wideo z tamtego miejsca, gdy akurat przejeżdżał pociąg. Nieopodal stoją domy. Zawsze wydawało mi się, że mieszkanie obok torów jest przyjemne. Gdy byłam mała i często nocowałam u siostry ciotecznej w mieście, czasem z oddali było słychać przejeżdżający pociąg. Lubię podróżować pociągiem, choć wsiadanie i wysiadanie do niego jest dla mnie stresujące i zawsze mam wątpliwości, czy wsiadłam do tego jadącego we właściwym kierunku. Pewnie dlatego, że pociągi lubią się spóźniać i wjeżdżać na nie swojego tory. Na szczęście nigdy nie znalazłam się w tej niekomfortowej sytuacji. Czemu więc od prawie dwóch tygodni myślę o tym, co się stało? Może dlatego, że tamtej nocy nie mogłam spać? To nie miało żadnego związku ze mną, ale miałam wtedy ciężki dzień i nie mogłam spać, a potem pomyślałam, że i ty mogłeś nie spać, bo to było prawie pod twoim domem. Dziwne myśleć o kimś, kogo twarzy nie widziało się nigdy w życiu. Dziwnie myśleć o kimś nieznajomym. Dziwnie mi próbować wczuć się w jej sytuację, w którą nawet nie powinnam spróbować się wczuć. Jak można wyjść z domu w zimną noc, w ciemny las i czekać na pociąg? Jak wielka obojętność i pustka muszą kryć się w sercu takiej osoby? Moje pytania nie są pytaniami kogoś, kto próbuje znaleźć odpowiedzieć, bo wiem, że takiej nie ma. Nie mam prawa wchodzić w czyjeś przeżycia, tym bardziej kogoś, kogo nigdy nie znałam. Mimo to zawsze poruszają mną takie historie, bo może moja własna historia życia mogła być jedną z nich. Ciemność jest przytłaczająca, dusi i nie liczy się z niczym. Może taka historia mogła być historią kogoś z grona moich znajomych. Przecież nie raz realnie bałam się o czyjeś życie i czułam okropną bezsilność. Czasem nadal mi przykro, że nie potrafię wiele zrobić dla moich znajomych. Czasem nawet nie potrafię dla nich być. Katechizm Kościoła Katolickiego mówi: “ Nie powinno się tracić nadziei dotyczącej wiecznego zbawienia osób, które odebrały sobie życie. Bóg, w sobie wiadomy sposób, może dać im możliwość zbawiennego żalu. Kościół modli się z za ludzi, którzy odebrali sobie życie.” Często myślę o tych słowach, pewnie najczęściej, gdy myślę o Jonghyunie. Chciałabym, aby wszystkie zagubione dusze, chociaż po śmierci nie błądziły w ciemności. Chciałabym, aby Wieczne Świtało ogrzało wszystkich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)