31.12.2012
28.12.2012
697. "Moje" kobiety.
Nie było podpalenia, bo A. nie chciała rzucić przez okno zapalniczki,
podkreślmy, zapalniczki w pieski. Może faktycznie nie doleciałaby z
województwa dolnośląskiego, ale tylko dlatego, że okno do mojego pokoju
było zamknięte. (Świeżo wykopany dół przy Twoim oknie do mnie nie przemawiał, ani trochę.^^)
Zapalniczka odbiłaby się od szyby, tak myślę, a mi w zimną noc nie
chciałoby się opuszczać mieszkania. Muszę też przyznać, że przed drugą
nad ranem byłam już senna, więc może faktycznie zamiast pięknego widoku
płomieni i przyjemnego ciepła miałabym straż pożarną pod blokiem. Może
szkoda, że poszłam spać. Jednak obiecałam D., że będę uważać, ale z
drugiej strony A. oznajmiła, że zapałki: „zawierają siarkę, która 1)
psuje smak, 2) odkłada się w krwiobiegu i można się zabić”, a przecież
tylko to daje ogień w moim domu. Stos zapałek. Ogień, ogień, ogień.
Prawie jak przeznaczenie. Jestem sama w mieszkaniu, o czym nie powinnam
tutaj pisać. Jak to mówią, chata wolna, tylko nie wiem, gdzie moja
impreza. Nawet J. nie chce przybyć, bo marudzi, że lód, więc na piechotę
dojdzie za miesiąc. Szkoda, że dzielące kilometry psują całą zabawę.
Chciałam napisać coś o czwartku, to był taki dobry dzień, ale wydaje mi
się, że gdy wspomnę o kilku rzeczach, to zaraz dokleją się do nich
niepotrzebnie wszystkie złe myśli z czeluści mojego umysłu. Czwartku,
byłeś harmonią, którą odczuwam od święta; byłeś dla mnie świętem. Moje
dwie „siostry”.
Dzisiaj (jeszcze) piątek. Taemin pod koniec występu podarł sobie
spodnie, w kroku, bo choreografia, bo energiczne ruchy, bo były zbyt
dopasowane, pomińmy że pstrokate, jak stroje pozostałej czwórki –
zwolnić stylistkę(?). Przyznaję się bez bicia, że padłam ze śmiechu.
Jednak Lee pozostał profesjonalistą do końca. To była czarna bielizna.
Od kilku dni, po dwóch miesiącach, miałam ochotę napisać opowiadanie.
Biegnący, ostre kamienie, krew, dużo krwi i noc i grzech. Gdybym w
czwartek nie wróciła do domu przed dwudziestą drugą, może w końcu
zaczęłabym pisać, a tak wizje bledną, chęci wygasają, sens zanika. Znów
pustka. Nawet recenzja nie chce się dokończyć, a zostało naprawdę
niewiele.
(Nie wiem, czy napiszę tu jeszcze w tym roku, więc informuję, że w nowym będę bez internetu – tydzień albo dwa.)
26.12.2012
25.12.2012
695. Wygłupiasz się.
Mgła i śliski śniego-lód. Nogi są całe.
Pamiętasz, jak zrobiło ci się słabo? Serce niespodziewanie przyspieszyło rytm. Może miałaś atak paniki? Nawet wtedy nie potrafiłaś przestać myśleć. Gdy wychodziłaś z kościoła, musiałaś przecisnąć się przez tłum ludzi. Nie trzeba było nawet przepraszać – zrobili ci przejście, rozstępując się posłusznie na boki. Nawet uśmiechnęłaś się do siebie pod nosem, rejestrując całą sytuację. Było ci głupio, że robisz zamierzanie i przeszkadzasz w modlitwie. Nie lubisz też skupiać na sobie uwagi, a tutaj cała należała do ciebie. Stanęłaś w przedsionku, ale to nie pomogło, więc udałaś się za drzwi (jak wygnana z domu Bożego). Chłodny wiatr uderzył prosto w twoją twarz. Zarejestrowałaś ze zdziwieniem, że na dworze nie jesteś sama. Pozwoliłaś się ochłodzić, a potem nasunęłaś na głowę czapkę, choć i tak wiedziałaś, że na drugi dzień będzie czekał cię karat. Na szczęście obyło się bez bólu zatok. Do końca mszy byłaś bardziej skupiona na modlitwie, stojąc na dworze, niż wewnątrz kościoła. Wracając do domu spotkałaś najmłodszego brata, który szedł z kolegami, a potem ciocię, która podrzuciła was samochodem pod blok.
Przed snem napisałaś dwa smsy z życzeniami urodzinowymi. Są Święta, więc na razie nie możesz wyściskać dwóch dziewczyn, które tak jak Jezus mają swój dzień 25 grudnia. Poza tym nie kupiłaś jeszcze prezentów. Brak czasu, siły(fizycznej) i głowy, by rozejrzeć się za nimi wystarczająco wcześnie, przeszkodziły ci w tym. Dobra, po prostu byłaś nieogarnięta życiowo, zresztą, jak zawsze. One rozumieją i nawet nie chcą słyszeć o żadnych upominkach, ale ty masz na to ochotę, zwłaszcza, gdy masz pieniądze. Nawet jesteś w stanie kupić G. książkę, której sama byś nie przeczytała, a o której ona wspominała nie raz. Za to nie wymyśliłaś prezentu dla M. Ilość przebytych lat znajomości wcale nie ułatwia sprawy, zwłaszcza, gdy masz wrażenie, że nie ma takiego prezentu, którego by od ciebie nie dostała, już nie mówiąc o tym, że obie panny dostają dużo prezentów, a ty nie jesteś pomysłową osobą. Ale dasz radę, jak zawsze, bo warto się dla nich starać, choć i tak ostatnimi czasy wychodzi ci to marnie. Niedobra z ciebie przyjaciółka, niedobry z ciebie człowiek.
Budzisz się z rana, jeśli ranem można nazwać godzinę jedenastą, i odczytujesz odpowiedzi z podziękowaniami za życzenia. Myślisz o tym, jak wiele lat minęło, jak z dziewczynek stałyście się kobietami (no dobra, kto się stał, ten się stał), jak wiele was różni, a mimo to zawsze po długiej nieobecności potraficie rozmawiać ze sobą jak zawsze. (Z zapracowaną M. widziałaś się na początku listopada, a z G. po koniec tego miesiąca.) Życie się zmieniło, one się zmieniłyby, bo nie ty – człowieku stojący w miejscu, ale wasza przyjaźń jest niezmienna. Mimo to masz dziwną myśl, że lepiej byłoby nie być. Czujesz, że nadejdzie taki moment, w którym wszystko popsujesz, bo jesteś małym rozbójnikiem; burzysz i wprowadzasz niepokój złymi myślami. Jesteś niedobra. Czemu wpuszczasz nowych ludzi do swojego życia? Chcesz ich skrzywdzić? Od kiedy lubisz ryzykować?
Ale jest dobrze, popatrz, wczorajsze lęki odeszły w niepamięć, zabrał je miły sen i ten leniwy dzień z lekturą wypożyczonych książek. Nie musisz już przed sobą uciekać. Kirke, jesteś piękna w oczach dziewczyn. No i co z tego? Boisz się komplementów? Wiem, one wszystkie kłamią, a tobie i tak słabo, tak bardzo, że przestajesz jeść. Kirke, ale wszystko zrozumiałaś; nie masz się czym martwić, bo to tylko sen. Jesteś żałosna i dobrze to tym wiesz, ale zobacz, już jest dobrze. Nawet masz ochotę trochę potańczyć i kogoś zaczepić. Nie krępuj się. Wracasz do źródeł, kochanie, czas wymazać dwanaście kar, które cię spotkały. To cudowne uzdrowienie.
Moja mała (brzydka) dziewczynko, dobrze nie mieć pragnień, ale zbierasz na 5 spotkań. Będziesz podróżnikiem, a każda z wycieczek to nadzieja na zarażenie się tropikalną chorobą. To wzywanie, które sobie rzucasz. Albo przetrwasz próbę i wygrasz, albo przegrasz i poddasz się na zawsze.
Ale to później, dużo później. Teraz czas po(p)o(d)glądać Azjatów. Och, i nie bądź już na siebie zła. Uśmiechaj się tak jak teraz. To jesteś ty. I już nie pisz, nic, bo tylko żal.
Pamiętasz, jak zrobiło ci się słabo? Serce niespodziewanie przyspieszyło rytm. Może miałaś atak paniki? Nawet wtedy nie potrafiłaś przestać myśleć. Gdy wychodziłaś z kościoła, musiałaś przecisnąć się przez tłum ludzi. Nie trzeba było nawet przepraszać – zrobili ci przejście, rozstępując się posłusznie na boki. Nawet uśmiechnęłaś się do siebie pod nosem, rejestrując całą sytuację. Było ci głupio, że robisz zamierzanie i przeszkadzasz w modlitwie. Nie lubisz też skupiać na sobie uwagi, a tutaj cała należała do ciebie. Stanęłaś w przedsionku, ale to nie pomogło, więc udałaś się za drzwi (jak wygnana z domu Bożego). Chłodny wiatr uderzył prosto w twoją twarz. Zarejestrowałaś ze zdziwieniem, że na dworze nie jesteś sama. Pozwoliłaś się ochłodzić, a potem nasunęłaś na głowę czapkę, choć i tak wiedziałaś, że na drugi dzień będzie czekał cię karat. Na szczęście obyło się bez bólu zatok. Do końca mszy byłaś bardziej skupiona na modlitwie, stojąc na dworze, niż wewnątrz kościoła. Wracając do domu spotkałaś najmłodszego brata, który szedł z kolegami, a potem ciocię, która podrzuciła was samochodem pod blok.
Przed snem napisałaś dwa smsy z życzeniami urodzinowymi. Są Święta, więc na razie nie możesz wyściskać dwóch dziewczyn, które tak jak Jezus mają swój dzień 25 grudnia. Poza tym nie kupiłaś jeszcze prezentów. Brak czasu, siły(fizycznej) i głowy, by rozejrzeć się za nimi wystarczająco wcześnie, przeszkodziły ci w tym. Dobra, po prostu byłaś nieogarnięta życiowo, zresztą, jak zawsze. One rozumieją i nawet nie chcą słyszeć o żadnych upominkach, ale ty masz na to ochotę, zwłaszcza, gdy masz pieniądze. Nawet jesteś w stanie kupić G. książkę, której sama byś nie przeczytała, a o której ona wspominała nie raz. Za to nie wymyśliłaś prezentu dla M. Ilość przebytych lat znajomości wcale nie ułatwia sprawy, zwłaszcza, gdy masz wrażenie, że nie ma takiego prezentu, którego by od ciebie nie dostała, już nie mówiąc o tym, że obie panny dostają dużo prezentów, a ty nie jesteś pomysłową osobą. Ale dasz radę, jak zawsze, bo warto się dla nich starać, choć i tak ostatnimi czasy wychodzi ci to marnie. Niedobra z ciebie przyjaciółka, niedobry z ciebie człowiek.
Budzisz się z rana, jeśli ranem można nazwać godzinę jedenastą, i odczytujesz odpowiedzi z podziękowaniami za życzenia. Myślisz o tym, jak wiele lat minęło, jak z dziewczynek stałyście się kobietami (no dobra, kto się stał, ten się stał), jak wiele was różni, a mimo to zawsze po długiej nieobecności potraficie rozmawiać ze sobą jak zawsze. (Z zapracowaną M. widziałaś się na początku listopada, a z G. po koniec tego miesiąca.) Życie się zmieniło, one się zmieniłyby, bo nie ty – człowieku stojący w miejscu, ale wasza przyjaźń jest niezmienna. Mimo to masz dziwną myśl, że lepiej byłoby nie być. Czujesz, że nadejdzie taki moment, w którym wszystko popsujesz, bo jesteś małym rozbójnikiem; burzysz i wprowadzasz niepokój złymi myślami. Jesteś niedobra. Czemu wpuszczasz nowych ludzi do swojego życia? Chcesz ich skrzywdzić? Od kiedy lubisz ryzykować?
Ale jest dobrze, popatrz, wczorajsze lęki odeszły w niepamięć, zabrał je miły sen i ten leniwy dzień z lekturą wypożyczonych książek. Nie musisz już przed sobą uciekać. Kirke, jesteś piękna w oczach dziewczyn. No i co z tego? Boisz się komplementów? Wiem, one wszystkie kłamią, a tobie i tak słabo, tak bardzo, że przestajesz jeść. Kirke, ale wszystko zrozumiałaś; nie masz się czym martwić, bo to tylko sen. Jesteś żałosna i dobrze to tym wiesz, ale zobacz, już jest dobrze. Nawet masz ochotę trochę potańczyć i kogoś zaczepić. Nie krępuj się. Wracasz do źródeł, kochanie, czas wymazać dwanaście kar, które cię spotkały. To cudowne uzdrowienie.
Moja mała (brzydka) dziewczynko, dobrze nie mieć pragnień, ale zbierasz na 5 spotkań. Będziesz podróżnikiem, a każda z wycieczek to nadzieja na zarażenie się tropikalną chorobą. To wzywanie, które sobie rzucasz. Albo przetrwasz próbę i wygrasz, albo przegrasz i poddasz się na zawsze.
Ale to później, dużo później. Teraz czas po(p)o(d)glądać Azjatów. Och, i nie bądź już na siebie zła. Uśmiechaj się tak jak teraz. To jesteś ty. I już nie pisz, nic, bo tylko żal.
24.12.2012
694. Ile bym dała aby o tym nie myśleć...
Może lepiej było oszukiwać samą
siebie. Co mi po prawdzie, gdy nie daje wolności? Pierwszy raz w życiu
przestałam udawać, powiedziałam: tak właśnie jest, to jesteś ty, to
twoje zmartwienie, nie możesz dłużej grać, nie możesz wmawiać sobie, że
wszystko przejdziesz sama, Kirke, pozwól sobie oddychać, pozwól sobie
być, daj sobie szansę.
Życie w nieprawdzie było łatwiejsze. Teraz jestem opanowana, ale pod skórą ciągle czuję niepokój, bo nagle pojawiło się to. Nie zamierzam jednak szukać rozmówcy; jeszcze nie teraz. Muszę czekać i obserwować, siebie, swoje reakcje, emocje, otoczenie. Muszę starać się być obiektywna, zdystansowana, nie popadać w panikę. Może po prostu samo przejdzie i dotrze do mnie, że nie mam żadnych podstaw, aby myśleć tak jak myślę. Czarno na białym napisali mi w nie jednej książce naukowej, że nie mam się czym martwić, ale… ale boję się, bo samoanalizy nie zawsze są trafne, choć w moim przypadku do tej pory działały. A może naprawdę nie wiem, co jest już prawdą, a co moją chorą wyobraźnią?
Życie w nieprawdzie było łatwiejsze. Teraz jestem opanowana, ale pod skórą ciągle czuję niepokój, bo nagle pojawiło się to. Nie zamierzam jednak szukać rozmówcy; jeszcze nie teraz. Muszę czekać i obserwować, siebie, swoje reakcje, emocje, otoczenie. Muszę starać się być obiektywna, zdystansowana, nie popadać w panikę. Może po prostu samo przejdzie i dotrze do mnie, że nie mam żadnych podstaw, aby myśleć tak jak myślę. Czarno na białym napisali mi w nie jednej książce naukowej, że nie mam się czym martwić, ale… ale boję się, bo samoanalizy nie zawsze są trafne, choć w moim przypadku do tej pory działały. A może naprawdę nie wiem, co jest już prawdą, a co moją chorą wyobraźnią?
Tak, mamy 24 grudnia, a mi zebrało się na fantastyczne
wpisy. Zaraz idę na Pasterkę. Muszę skupić się na wyjściu z domu.
Będzie dobrze, prawda? Kiedyś, kurde, musi być. Niech ktoś szczerze
powie, że taka nie jestem; że to wszystko, co działo się w przeszłości
nie sprawiło, że taka jestem; te wszystkie gesty, słowa, sytuacje,
myśli, ucieczki, emocje; nie jestem taka, to nie jest moja przyszłości.
Mamo…
21.12.2012
693. Rozumiem?
Stwierdziłam, że muszę zmienić adres
bloga. Nagle przeszło mi przez myśl, że może ktoś niepożądany z
przeszłości będzie miał ochotę tu zajrzeć. Trzeba uniknąć ryzyka,
prawda? W wymyślaniu nazw jestem beznadziejna. Ciekawe ile zajmie mi to
dni? Chciałabym zmienić też nagłówek. Pesymistyczna wizja świata, którą
wyznaję, nie każdego może zachęcać do „wpadania” tutaj. (Właściwie nie
wiem, czy jest do czego zachęcać. xD)
Chyba mi trochę głupio, gdy patrzę na
wpisy z listopada (a nawet na ten wczorajszy). Nie akceptuję swoich
niektórych myśli z wtedy. Mam dziwne wrażenie, że coś mnie wtedy
opętało, chyba niepotrzebne emocje. Zbliża się koniec roku
(zapowiedziany koniec świata nie nastąpił; najpierw naobiecują, narobią
człowiekowi nadziei, a potem nie ma; ugh, nieładnie tak), ale także mój
koniec. Nie, nie planuję niczego. Mam na myśli koniec tej Kirke, która
miotała się między sprzecznościami. Ciągnęło się to dwanaście miesięcy, a
nawet dłużej – tak to bywa, gdy rzeczy, które dawno powinny mieć
miejsce (w wieku nastoletnim) nagle wkraczają w dwudziestodwuletnie
życie. Teraz wszystko rozumiem, a wraz z oświeceniem nadszedł spokój,
powiedzmy. Przynajmniej znalazłam odpowiedź na pytanie „dlaczego”.
Uświadomienie sobie całej sytuacji nie zmienia jednak samej sytuacji.
Ale nie zamierzam działać. Nie mam wiary we własne życie. Chcę tylko
spokoju myśli i całkowitego pozbycia się poczucia winy, którego nie
powinnam czuć – teraz rozumiem, że nie.
W ogóle planowałam notkę podsumowującą cały rok, ale teraz nie wiem, czy ma ona sens. Prawda jest taka, że nie muszę utrwalać nigdzie zdarzeń. Odcisnęły się tak mocno w moim umyśle, że nigdy nie zniknął. Minie kilka lat (jeśli dane będzie mi je przeżyć), a ja ciągle będę miała w pamięci rok, który naprzemiennie mnie ożywiał i niszczył; dawał nadzieję, a potem ją odbierał; zaszczepił wiarę w zmiany na lepsze i odebrał wiarę w rzeczy, które były ważne. Mój rok był jak zapis EKG, jednak teraz pozostała tylko prosta linia, która nie oznacza śmierci. To droga do… właśnie, jeszcze nie wiem do czego, ale na pewno przestanę potykać się przy każdym kroku naprzód.
W ogóle planowałam notkę podsumowującą cały rok, ale teraz nie wiem, czy ma ona sens. Prawda jest taka, że nie muszę utrwalać nigdzie zdarzeń. Odcisnęły się tak mocno w moim umyśle, że nigdy nie zniknął. Minie kilka lat (jeśli dane będzie mi je przeżyć), a ja ciągle będę miała w pamięci rok, który naprzemiennie mnie ożywiał i niszczył; dawał nadzieję, a potem ją odbierał; zaszczepił wiarę w zmiany na lepsze i odebrał wiarę w rzeczy, które były ważne. Mój rok był jak zapis EKG, jednak teraz pozostała tylko prosta linia, która nie oznacza śmierci. To droga do… właśnie, jeszcze nie wiem do czego, ale na pewno przestanę potykać się przy każdym kroku naprzód.
Kirke, teraz czas zająć się czymś
pożyteczniejszym niż filozofowanie. Chociaż nie, filozofować powinnaś,
zwłaszcza na temat Boga, ktoś musi zaliczyć filozofię Boga; tylko te
tragiczne wykłady i twoje marne notatki jakoś nie nastawiają cię
pozytywnie. Za to 2/3 recenzji jest. Tak, ale nie masz się czym chwalić,
przecież ogólnie się lenisz.
20.12.2012
692. You won't find out what's been killing me
Włączasz telewizor i oglądasz po raz
pierwszy teledysk, który nie ciekawi cię tak bardzo jak oryginalny głos
piosenkarki. Kilka dni później okazuje się, że utwór ma już rok, lecz w
polskich mediach grany jest od niedawna. Wcale cię nie dziwi, że tu
wiele rzeczy dociera z opóźnieniem. Słuchasz melodii i wyłapujesz słowa:
you will never know, I will never show, what I feel what I need from you…
Starasz się ich nie odnieść do swojej rzeczywistości, ale masz obsesję,
która sprawia, że w piosenkach widzisz własne (marne) życie. Robi ci
się słabo, gdy uświadamiasz sobie kogo umieściłeś (znowu) pod słowem
„you”. W takich momentach nie możesz nawet patrzeć w lustro – masz
wrażenie, że nic do siebie nie pasuje. Wolisz nie pamiętać jak wygląda
twoja twarzy, gdy się uśmiechasz, gdy płaczesz, gdy jesteś zły, czy
zawiedziony. Wstydzisz się każdego swojego uczucia; może nawet bywają
momenty, gdy się sobą brzydzisz. Chyba tak naprawdę siebie nie lubisz.
Od lat bez zmian.
Zabawne, że uczucia są dla ciebie oznaką słabości, ale tylko wtedy, gdy ty czujesz. Choć czucie to połowa biedy, mówienie o tym wydaje ci się żenujące. (Przy czym podziwiasz, gdy inni potrafią być otwarci.) Dlatego nie mówisz. Nie lubisz poważnych rozmów o tobie, unikasz ich jak możesz. Nie cierpisz dźwięku swojego głosu. To wszystko takie żałosne. Może dlatego pisanie wychodzi ci lepiej. (I tak twierdzisz, że to też jest pozbawione sensu .) Zastanawiałeś się kiedyś, czy nadejdzie taki moment, w którym zamiast głosu będziesz używał kartki papieru i długopisu?
Zabawne, że uczucia są dla ciebie oznaką słabości, ale tylko wtedy, gdy ty czujesz. Choć czucie to połowa biedy, mówienie o tym wydaje ci się żenujące. (Przy czym podziwiasz, gdy inni potrafią być otwarci.) Dlatego nie mówisz. Nie lubisz poważnych rozmów o tobie, unikasz ich jak możesz. Nie cierpisz dźwięku swojego głosu. To wszystko takie żałosne. Może dlatego pisanie wychodzi ci lepiej. (I tak twierdzisz, że to też jest pozbawione sensu .) Zastanawiałeś się kiedyś, czy nadejdzie taki moment, w którym zamiast głosu będziesz używał kartki papieru i długopisu?
Poza tym bawisz się dobrze. Słuchasz
piosenek, których tytułów nie wymienisz (trochę obciach) i masz ochotę
potańczyć, ale jesteś zmęczony i marzy ci się długi (żeby nie było że
wieczny) sen, dlatego rezygnujesz z podboju pokojowego parkietu i
kołyszesz się na boki, już nie mówiąc o tym, że sobie podśpiewujesz, bo
słowa są banalnie proste. Pożyteczniej byłoby wziąć się za kończenie
recenzji artykułu, ale jak się okazuje (już któryś raz z kolei),
wieczorami nie masz do tego głowy.
Zrobiło się spokojnie, można nawet
powiedzieć, że podejrzanie spokojnie. Tylko nie wiem, czemu wolisz pisać
tutaj niż popisać z kimś. Przecież chcesz Kirke… Ach, rozumiem,
zmęczenie. Energia życiowa się ulatnia. Wolisz zanudzić siebie niż
miałabyś innych. Dobry wybór, mała.
18.12.2012
691.
Zaczęłam przeglądać archiwum, tak jakoś. Trafiło na marzec 2009. Poniżej wpis (przeredagowany), który zwrócił moją uwagę.
„Ha! Będę idealna w swej hipochondrii.
Każdego dnia nowa choroba. Będzie zabawnie. Ale dzisiaj naprawdę nie
mogę się zdecydować. Wybór jest stanowczo za duży, stanowczo. Jednak
może coś wybiorę z tej długiej listy.
Dość ciekawe zapowiada się Osobowość chwiejna emocjonalnie: typ impulsywny. Popatrzmy na kryteria: tysiące myśli w głowie, wroga postawa, niestabilność emocjonalna, o i jest, chęć wyżycia się na sobie. Kusząca propozycja, jednak muszę się jeszcze zastanowić.
Przejdźmy dalej. Angielska nazwa Obsesive Compulsive Disorder. Brzmi zachęcająco i przyjemnie się wymawia. Co piszą? Uporczywie nawracające myśli oraz przymus wykonania jakiś czynności to podstawowe objawy nerwicy natręctw. Objawy te pojawiają się w natężeniu patologicznym. Najczęstszą jest obsesyjna obawa i konieczność mycia rąk. E tam, rezygnuję. Nie stać mnie na mydło i rachunki za wodę.
Och, mogę przecież pójść na łatwiznę i wybrać zaburzenia odżywiania, ale po tym, co przeczytałam na photoblogu pewnej dziewczyny, w komentarzu od „pana ktosia”, który brzmiał: widzę ze pro-ana zbiera w końcu swoje żniwa i w Lublinie, nie byłabym zbytnio oryginalna. Przereklamowane te zaburzenia odżywiania.
Przeglądam teraz spis chorób na literę „a”. Agorafilia – odczuwanie satysfakcji seksualnej jedynie w miejscach publicznych; algolagnia – zaburzenie seksualne polegające na osiąganiu satysfakcji poprzez zadawanie bólu i cierpienia sobie lub innej osobie. Ta, jeszcze zaburzeń seksualnych mi tu brakowało. Litera „a” odpada.
Na dzisiaj wystarczy tego „dobrego”. Zadowolę się w zupełności wmówieniem sobie, że czerwona herbata powoduje u mnie depresję i wszyscy będą szczęśliwi, nawet moja depresja.”
Dość ciekawe zapowiada się Osobowość chwiejna emocjonalnie: typ impulsywny. Popatrzmy na kryteria: tysiące myśli w głowie, wroga postawa, niestabilność emocjonalna, o i jest, chęć wyżycia się na sobie. Kusząca propozycja, jednak muszę się jeszcze zastanowić.
Przejdźmy dalej. Angielska nazwa Obsesive Compulsive Disorder. Brzmi zachęcająco i przyjemnie się wymawia. Co piszą? Uporczywie nawracające myśli oraz przymus wykonania jakiś czynności to podstawowe objawy nerwicy natręctw. Objawy te pojawiają się w natężeniu patologicznym. Najczęstszą jest obsesyjna obawa i konieczność mycia rąk. E tam, rezygnuję. Nie stać mnie na mydło i rachunki za wodę.
Och, mogę przecież pójść na łatwiznę i wybrać zaburzenia odżywiania, ale po tym, co przeczytałam na photoblogu pewnej dziewczyny, w komentarzu od „pana ktosia”, który brzmiał: widzę ze pro-ana zbiera w końcu swoje żniwa i w Lublinie, nie byłabym zbytnio oryginalna. Przereklamowane te zaburzenia odżywiania.
Przeglądam teraz spis chorób na literę „a”. Agorafilia – odczuwanie satysfakcji seksualnej jedynie w miejscach publicznych; algolagnia – zaburzenie seksualne polegające na osiąganiu satysfakcji poprzez zadawanie bólu i cierpienia sobie lub innej osobie. Ta, jeszcze zaburzeń seksualnych mi tu brakowało. Litera „a” odpada.
Na dzisiaj wystarczy tego „dobrego”. Zadowolę się w zupełności wmówieniem sobie, że czerwona herbata powoduje u mnie depresję i wszyscy będą szczęśliwi, nawet moja depresja.”
Nie wiem, jak wy (jeśli jesteście)
patrzycie na ten wpis, ale mnie w pewien sposób bawi. Żałuję tylko, że
moja autoironia przez lata podupadła (muszę to naprawić), a raczej
zmieniła się w czarny humor i nasilone wizje śmierci, jakbym czuła
zbliżający się koniec świata, którego nie będzie. Nie zmieniłam się od
tamtej pory. Jestem jedynie świadoma tego, że to nie jest i nigdy nie
była hipochondria. Z drugiej strony, dla kontrastu, ukrywam przed sobą
jeszcze więcej rzeczy niż kiedyś. Im więcej rozumiem, tym rzadziej
dzielę się tutaj wynikiem. Hormony przestały buzować, a umiejętność
tłumienia w sobie wszystkiego rozwinęła się. Szkoda tylko, że nadal
zdarza mi się wybuchać. Szkoda, że to mnie jeszcze nie zniszczyło.
Jednak żeby nie było, iż znowu uderzam w pesymistyczny ton, to tak naprawdę nie jest źle, z niczym. Chyba tylko bawię się w demonstrowanie nie-wiadomo-czego. I nadal jestem zaskoczona, że nagle ułożyło się to, na czym mi zależało [a zależało mi na czymś od wielu lat, na czymś co miało związek tylko ze mną, chciałam czegoś dla siebie (jak mogłaś być taką egoistką, Kirke?!)] i chyba nie potrafię odnaleźć się w tej sytuacji, jeszcze. Głupie, prawda? Ale po mnie nie można się spodziewać niczego innego.
Jednak żeby nie było, iż znowu uderzam w pesymistyczny ton, to tak naprawdę nie jest źle, z niczym. Chyba tylko bawię się w demonstrowanie nie-wiadomo-czego. I nadal jestem zaskoczona, że nagle ułożyło się to, na czym mi zależało [a zależało mi na czymś od wielu lat, na czymś co miało związek tylko ze mną, chciałam czegoś dla siebie (jak mogłaś być taką egoistką, Kirke?!)] i chyba nie potrafię odnaleźć się w tej sytuacji, jeszcze. Głupie, prawda? Ale po mnie nie można się spodziewać niczego innego.
16.12.2012
690. "Lilie"
To nie tak, że się wszystkim zachwycam – po prostu potrafię wybrać
rzeczy, które mnie zachwycą, a przynajmniej dobrze mi idzie. Wystarczy
zapowiedź, abym wiedziała, że to jest to, co muszą ujrzeć moje oczy.
Głównie mam tu na myśli książki i filmy.
Po trzech tygodniach oczekiwań (na wolny czas) udało mi się obejrzeć film „Lilie” (1996 rok, reż. John Greyson). Akcja toczy się w więzieniu, gdzie przybywa biskup, aby udzielić spowiedzi koledze sprzed lat, lecz zamiast tego zostaje zmuszony do obejrzenia sztuki teatralnej wystawionej przez więźniów – wszystkie role grają mężczyźni, także żeńskie. Film zbudowany jest na retrospekcji, gdzie sztuka miesza się z obrazami z przeszłości. W historię zaplątanych mamy: zakochanych w przyjaciół: Siomna i Vaillier’a, chorobliwie zazdrosnego o Simona kolegę (przyszłego biskupa), kobietę przybyłą balonem z Francji i porzuconą przez męża matkę Vallier’a.
Do mocnych stron filmu należy oryginalny sposób ukazania historii i zaskakująca akacja. Do tego jest barwny, klimatyczny, z dobrą (dobrze dobraną) muzyką, i co najważniejsze, z ciekawym zakończeniem. Oprócz tematyki homoseksualnej ukazuje również następstwo naszych czynów i ich konsekwencje, które miały wpływ na przyszłe życie innych.
Jestem zachwycona, równocześnie żałując, że seans mam już za sobą. Dawno nie czułam tego dziwnego ścisku w żołądku podczas oglądania. Ostatnio podobne emocje wzbudził we mnie film, który oglądałam jeszcze przed tegorocznymi wakacjami, a mianowicie „North Sea Texas”, a jeszcze wcześniej „No regret” (Huhwihaji anha) i „You’ll be mine” (Je te mangerais). Gwałtowne uczucia targające bohaterami i życiowe komplikacje są tym, czego zawsze szukam, oczywiście poza ciekawą historią. Mam nadzieję, że niedługo natrafię na coś równie fascynującego. Potrzebuję filmów, którymi będę mogła żyć. Jak najdalej od siebie.
Po trzech tygodniach oczekiwań (na wolny czas) udało mi się obejrzeć film „Lilie” (1996 rok, reż. John Greyson). Akcja toczy się w więzieniu, gdzie przybywa biskup, aby udzielić spowiedzi koledze sprzed lat, lecz zamiast tego zostaje zmuszony do obejrzenia sztuki teatralnej wystawionej przez więźniów – wszystkie role grają mężczyźni, także żeńskie. Film zbudowany jest na retrospekcji, gdzie sztuka miesza się z obrazami z przeszłości. W historię zaplątanych mamy: zakochanych w przyjaciół: Siomna i Vaillier’a, chorobliwie zazdrosnego o Simona kolegę (przyszłego biskupa), kobietę przybyłą balonem z Francji i porzuconą przez męża matkę Vallier’a.
Do mocnych stron filmu należy oryginalny sposób ukazania historii i zaskakująca akacja. Do tego jest barwny, klimatyczny, z dobrą (dobrze dobraną) muzyką, i co najważniejsze, z ciekawym zakończeniem. Oprócz tematyki homoseksualnej ukazuje również następstwo naszych czynów i ich konsekwencje, które miały wpływ na przyszłe życie innych.
Jestem zachwycona, równocześnie żałując, że seans mam już za sobą. Dawno nie czułam tego dziwnego ścisku w żołądku podczas oglądania. Ostatnio podobne emocje wzbudził we mnie film, który oglądałam jeszcze przed tegorocznymi wakacjami, a mianowicie „North Sea Texas”, a jeszcze wcześniej „No regret” (Huhwihaji anha) i „You’ll be mine” (Je te mangerais). Gwałtowne uczucia targające bohaterami i życiowe komplikacje są tym, czego zawsze szukam, oczywiście poza ciekawą historią. Mam nadzieję, że niedługo natrafię na coś równie fascynującego. Potrzebuję filmów, którymi będę mogła żyć. Jak najdalej od siebie.
14.12.2012
689. Mróz.
„Podobno śmierć przez zamarznięcie jest
przyjemna, to jakby się po prostu zasypiało – dobra śmieć dla tchórza,
bez bólu. Kiedy byłem mały uwielbiałem fantazjować o śmierci. Chyba
nawet częściej niż o miłości."
„Mróz jest dobry. Otworzę się na niego,
wezmę ten mróz w siebie. Kiedy byłem małym chłopcem, chciałem być
człowiekiem z lodu. Z lodu, a nie z tych krwawych, cuchnących glutów, z
których nas Pan Bóg ulepił. Nie wiem, dlaczego tak nas potraktował.
Powinien był wyrzeźbić w krysztale. Chciałbym być z kryształu, czystego,
twardego, kruszącego się pod cisem wroga na roziskrzony proch. Taki się
niedługo stanę. Człowiek z lodu.”
(Oba cytaty pochodzą z książki: Ciało obce, R. Ziemkiewicza)
(Oba cytaty pochodzą z książki: Ciało obce, R. Ziemkiewicza)
Zabawne jak niektóre książki wpisują się w
naszą teraźniejszość. Jest biało, a termometr pokazuje minusową
temperaturę. Gdyby nie moja awersja do zimy, może inspiracją stałyby się
owe fragmenty. Gdyby nie radość z przeczytania dobrej książki i
wyczekiwanego od dwóch tygodni weekendu, może wszystko wyglądałoby
inaczej. Może marzyłabym o błyszczących kryształkach, choć nie
potrafiłabym być jednym z nich. Nasze życie to nieustanne podejmowanie
decyzji. Nie wiem, które ostatnie czyny były dobre, a które złe, za to
wiem, że nic nie robienie też jest decyzją i obecnie chyba tylko na taką
mnie stać. Mimo to porozmawiajmy…
12.12.2012
688.
Podobno chodzę do gimnazjum. Siedem lat mniej niż w dowodzie. Kto by się
spodziewał takiego zaskakującego wyznania – na pewno nie ja.
Włosy o połowę krótsze. Tak jest dobrze.
Schudłam. Wpieprzenie cukierków o nocnej porze na pewno się do tego nie przyczyniło. Czyżby po raz drugi w życiu moje rozchwianie emocjonalne dało o sobie znać w postaci innej niż łzy? Podoba mi się to.
Nadal kłamię, że mi nie zależy.
Włosy o połowę krótsze. Tak jest dobrze.
Schudłam. Wpieprzenie cukierków o nocnej porze na pewno się do tego nie przyczyniło. Czyżby po raz drugi w życiu moje rozchwianie emocjonalne dało o sobie znać w postaci innej niż łzy? Podoba mi się to.
Nadal kłamię, że mi nie zależy.
10.12.2012
687. Zakazane myśli o was.
Nic już nie wiem poza tym, że powinnam
się uczyć, a tego nie robię. Czyżbym wkroczyła na kolejny stopień
obojętności odnośnie do własnego życia? Ale powrócił spokój, którego nie
potrafiłam odzyskać od połowy lipca. Nawet czwarty sen mnie już nie
ruszył. Ani to, że wysłałam dwie wiadomości, a żadna z nich nie doszła
do odbiorców najprawdopodobniej z powodu słabo działającego wi-fi w
tamtych dniach. (Nie zamierzam pisać od nowa; nie chce mi się myśleć.)
Jestem dobra w przewidywaniu przeszłości? Czy właśnie nastał moment, w
którym emocje opadają i pozostaje tylko pustka? Nie powinniśmy istnieć;
nie powinniście wiedzieć o moim istnieniu. Jestem kłamstwem; prawda o
mnie jest złem. Nigdy nie pozwoliłam sobie czuć tego, co wybijało moje
serce, a ono cierpiało, pragnąc śmierci. Taka jestem. No i co z tego?
Właśnie, co z tego? Tylko, że przy was nie potrafię taka być. Łzy nie są
nikomu potrzebne do szczęścia. Uśmiecham się. Nikt mnie nie uratuje, bo
tu nie ma czego ratować. Gdy umierałam z głodu wszystko było w
porządku. Gdy nie wiem, co robić, wszystko jest w porządku. Chciałbym
chcieć; chciałabym mieć odwagę jak szaleńcy; chciałabym was w moim
życiu, ale jednocześnie chcę, byście odeszli zanim to wszystko zboczy na
nieodpowiedni tor. Nie chcę, żebyś mnie znienawidzili lub lubili na
siłę. Mam nadzieję, że jutro w końcu odwiedzi mnie zapominalski fryzjer.
Bycie dziewczyną z długimi włosami mnie nie bawi. Powinnam urodzić się
kimś innym, albo najlepiej się nie urodzić. Kiedyś zrozumiecie, tak jak
ja zrozumiałam. Ale najpierw przyjdzie piątkowe popołudnie i znowu
będzie dobrze. Wezmę głęboki oddech i znów będzie dobrze. Nawet już
przestałam myśleć o tym, że byłam taka tylko przy Tobie, choć mnie nie
widziałaś… Jak mogłaś widzieć, skoro przez szklany ekran nic nie widać?
Cholernie się bałam. Ale
to już za mną. Kirke prześladowca już nie istnieje. Jestem spokojna.
Tylko ten tydzień. Mógłby być już piątkowy wieczór, bo nie chce mi się
przeżywać najbliższych dni. Metodologia badań kulturoznawczych mnie
nudzi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)