28.07.2019
1040.
Nie pisałam tutaj dawno (choć 3 tygodnie to niewiele), pewnie dlatego że piszę dużo z K. Czy K. również dlatego nie pisze na swoim blogu? Weekendy są ciężkie. W weekendy nie muszę trzymać się kupy. Nawet jeśli zdarza mi się mieć pracującą sobotę (co zdarza się w tym roku sporadycznie), niedziela pozostaje wolna, a wtedy nie ma dla mnie ratunku. Choć to właśnie niedziele powinny być tym dniem, kiedy wracam i widzę światło nadziei. Niestety, marnuję tylko czas. Pamiętam, jak wczesną wiosną płakałam na swoją twarzą, której hormony zrobiły krzywdę. Potem to minęło. Nie całkowicie. Raz było lepiej, raz gorzej, zależy jak danego miesiąca przechodziłam okres. W tym miesiącu było ciężko, ale pomyślałam sobie, nikt na mnie nie patrzy w ten sposób, w jaki widzę siebie, więc przetrwałam… i nie przetrwałam. Dzisiaj i wczoraj znowu zniszczyłam swoją twarz. Stoję przed lustrem i wiem, że nie powinno mnie tam być, nie powinnam patrzeć na swoją cerę z odległości 5 centymetrów, a jednak mój umysł już mnie nie słucha. Pięć centymetrów, pięć minut, a potem pięćdziesiąt minut łez i pięć dni czekania, aż wszystko wróci do normy. Czasem nie wraca. Czasem mam dziurę w twarzy, albo nigdy nie gojące się zaczerwienienie. Czy aż tak bardzo jestem zestresowana? Co sprawia, że nagle walczę z trądzikiem neuropatycznym? Co sprawia, że jestem niespokojna i muszę rozładować napięcie właśnie w ten obrzydliwy sposób? Czemu nie mogę w zamian znowu się głodzić? Czemu nie mogę się samookaleczać? Bo nigdy tego nie robiłam? Czemu nie mogę wdawać się w bójki albo ćwiczyć do upadłego? Czemu to nie działa inaczej? Od czterech godzin nie mogę przestać patrzeć w lustro, jakbym chciała uwierzyć, że wraz z każdym spojrzeniem moja twarz zagoi się magiczny sposób, ale staje się wręcz przeciwnie, jej wygląd z każdym spojrzeniem staje się gorszy. Nie mogę doczekać się momentu, w którym położę się spać. W nocy organizm trochę się samo naprawia. Ile takich nocy musi minąć, aby moja twarz wróciła do normy? Pewnie kolejny ciężki tydzień. Gdybym mogła, kładłabym się spać zaraz po powrocie z pracy, aby nie robić sobie krzywdy. Gdybym mogła, chciałabym zrobić sobie krzywdę raz i byłoby po sprawie.
7.07.2019
1039.
Wpadłam na “fantastyczny” pomysł, że stworzę wpis ze wszystkim “za” i “przeciw” mojej sytuacji związanej z pracą, a co za tym idzie z moją przyszłością i stanem psychicznym, a potem roześlę losowo do kilku osób i poproszę o radę, ale nagle okazuje się, że w tym wszystkim o stan psychiczny chodzi i to jest najgorsze. Człowiek będący w formie jest w stanie przejść wszystko co go czeka, tymczasem ja z przerażeniem złapałam się na tym, że myślę o samobójstwie. Patrzę na siebie z boku, jakbym wyszła ze swojego ciała i nie wiem, co dzieje się z tą dziewczyną, ale jest bardzo zagubiona. Zaczęłam się zastanawiać, czy istnieje jakiś sposób, aby umrzeć we śnie, tak po prostu, jakby nic się nie stało. Moje myśli o śmierci to wbrew pozorom najprostsza opcja. To lepsze niż stanięcie przed własną matką i powiedzenie jej, że dłużej nie mogę, że wszystko we mnie wymiotuje, że boli mnie całe ciało i głowa, bo nie wierzę, że tak wygląda moje życie i że nie wiem, co z tym zrobić, bo każdy scenariusz jest gorszy niż całkowita rezygnacja. To co dzieje się w mojej głowie, to jak odbieram świat i jak ciągle wracam nad tę samą przepaść, to po części skutek otoczenia w jakim się wychowałam. Nie obarczam rodziny winną, ale nie mogę udawać, że to co się wydarzyło w naszej rodzinie na przestrzeni lat nie miało na mnie wpływu. Poza tym wiele razy, mniej lub bardziej subtelniej uświadamiałam moją rodzinę, że potrzebuję pomocy, ale jako dziecko jej nie otrzymałam, więc jako dziecko zamknięte w ciele dorosłego nigdy o nią nie poproszę, bo nie mam już kogo. Usłyszę to co wtedy, że pójdę do piekła, a mi momentami tak bardzo obojętnie, bo mój umysł jest piekłem. Może to był błąd, że nie chciałam pójść na rodzinną terapię, gdy mój ojciec był na odwyku. Nie chciałam tam się znaleźć ze strachu, że zrobiłabym z tej terapii swoją prywatną sesję. Nie jestem dzieckiem alkoholika, jestem dzieckiem opuszczonym i ciągle gubię sens życia, bo moje życie straciło sens w bardzo młody wieku. Czasem idę tym samym chodnikiem, mijam ten sam krajobraz i nie wierzę, że od piętnastu lat noszę w sobie te same ciężary i mam ochotę krzyczeć ze złości, że nie chcę tu być, nie chcę być tym kim jestem, nie chcę widzieć tego wszystkiego, co mnie przygnębia, ale ogarnia mnie bezsilność i tylko wzdycham ciężko, bo przecież to moja wina, że nie potrafię nic z tym zrobić. To, że pozwalam ciemności tak bawić się moją duszą, również jest moją winą. Myślę więc, że zostanę w tej pracy, przetrwam ten stresujący okres przejścia z jednej gównianej umowy na drugą, a potem będę umierać dalej z nadzieją, że to skończy się szybko. Bo o ile nie będę ciężarem dla swojej rodziny z pracą i zarobkiem, to będę ciężarem dla samej siebie i nie wiem, jak długo wytrzymam w tym życiu. Jak pomyślę o tym logicznie (ha ha), to kobiety u mnie w rodzinie żyją długo, ale jeśli przede mną jeszcze czterdzieści lat - to co to jest, co to dla mnie. (Oczywiście mogę żyć krócej, moje życie nie w moich rękach.) Mimo wszystko ciężko mi z myślą, że żyję tylko nadzieją, że to wszystko się kiedyś skończy, bo to oznacza, że jestem martwa za życia, a tym samym bezużyteczna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)