26.04.2020

1086.

Jednego dnia myślałam o tym, jak dzięki zaistniałej sytuacji, jak mimo wszystko, moje samopoczucie się polepsza, nawet wspomniałam koleżance o obawach powrotu do normalności. Następnego dnia zadzwonił telefon z informacją, że muszę wrócić na stare śmieci. Niesamowite, że w jeden dzień minione pięć tygodniu stało się odległym snem. Rzeczywistość uderzyła mnie ostro, na dzień dobry przywitanie “schudłaś?”, “czyli nie tuczą cię w domu?”. Postanowiłam więc przestać tam jeść. Nie istnieć. Wchodzić, robić swoje i wychodzić. Nie licząc moich powracających problemów z zatokami, myślę, że moje zdrowie jest na całkiem dobry poziomie. Nie licząc stresu, myślę, że mam nie najgorszą odporność. Jeśli się zarażę, jak przejdę chorobę? Mnie to jednak nie martwi. Jeśli mam umrzeć to umrę, każdy kiedyś umrze. Nie licząc tego miejsca, które pogłębia moje wszystkie fobie i czyni ze mnie osobę okropną, której nie lubię,  najbardziej unieszczęśliwia mnie stan mojej cery. Nie jestem w stanie zliczyć dziur, które mam. Ile miesięcy minie zanim to się wygoi? Najgorsze jest to, że wygląd mojej twarzy po części zależy od tego miejsca. Każde wbicie paznokci to kara. Czasem myślę, że nie dam rady tak dłużej, że musi wydarzyć się coś, co zmieni moją sytuację, albo moje podejście, w innym przypadku zniszczę siebie doszczętnie. Twarz, ciało, nerwy. Nie wiem. Chciałam mieć ładną twarz, która ukryje wszystko, co mnie dręczy, a nie mam nawet tego i… Ostatecznie to bez różnicy? W piwnicy oglądają mnie tylko współpracownicy i kilku przewijających się w ciągu dnia klientów, mogę być najbrzydsza na świecie. I tak trzeba nakładać maseczki. Staram sobie to wszystko logicznie wytłumaczyć. Czym się martwię? Mnie już nigdy nikt nie spotka w tym świecie.

15.04.2020

1085.

Epidemia ratuje mi życie. Dawno nie byłam tak odstresowana. Nie przejmuję się moją cerą, kiedy wygląda jak kupa (a wygląda tak cały czas), bo nie muszę i nie mogę wychodzić z domu. Nie mam kontaktu z ludźmi (poza rodziną którą mam na co dzień i do której jestem przyzwyczajona), więc moja fobia społeczna nie istnieje. Nie licząc sytuacji, gdy musiałam udać się do pracy po wypłatę. Zapomniałam jak rozmawia się z ludźmi (o ile kiedykolwiek wiedziałam jak rozmawia się z ludźmi), nie wiem jaki słów używać, jak się zachowywać, pamiętam tylko, że wirus unosi się w powietrzu więc należy stać jak najdalej. Weszłam tam niemal z fizycznym bólem i chciałam wyjść jak najszybciej. Ciągle prześladuje mnie widmo powrotu do normalności, która u mnie była nienormalna. A przecież trzeba będzie wrócić i będzie jeszcze gorzej, bo ryzyko zarażenia się nie zniknie z dnia na dzień. Możemy męczyć się tak do końca roku, a może i dłużej. Czy jestem uprzedzona? Czemu nie potrafię pozytywnie podejść do miejsca, w którym spędziłam ponad dwa lata? Czemu mam ochotę płakać myśląc o tym, że nie czeka mnie nic innego, bo w kryzysie gospodarczym, który spłynie na nas potężną falą, nie będzie szans na inną pracę, a moje zdrowie psychiczne lepsze również nie będzie. To okropne wiedzieć, że jest coś nie tak, ale nie potrafić nic z tym zrobić. Czuję się oddalona od siebie, od rzeczywistości, pustka, boję się śmierci i ciągle denerwuję się, gdy myślę o tym, o czym powinnam już dawno zapomnieć. Choć nie ukrywam, obecna sytuacja nauczyła mnie tego, że nie spotkamy się już nigdy. Nawet, gdy pozwolą nam się już spotykać, mnie na liście spotkań wyczekiwanych nie będzie.