Lato. Jechałam rowerem, bo czym innym mogłabym jechać (czasem szynobusem, ale rzadko, jeszcze rzadziej busem) i tak bardzo nie chciało mi się zatrzymywać i grzebać w poukładanych rzeczach, aby nasmarować ręce kremem z filtrem, że teraz siedzę i żałuję swojej decyzji, bo słońce tradycyjnie musnęło mnie na czerwono. Dzisiaj nie było gorąco, ale wiatr zrobił swoje. Boli mnie trochę. Chciałabym, aby to był mój jedyny problem w życiu - jak złagodzić ból gwałtownej opalenizny. Płakałam z bólu, jak co miesiąc, ze strachu, że tak już będą wyglądać moje miesiączki. Jestem uziemiona na niemal cały okresu i nikt nigdy nie przyjmie mnie do pracy gdy będę musiała brać pod rząd trzy dni wolnego co miesiąc. Nikt nigdy nie przyjmie mnie do pracy, gdy będę umierać z powodu różnego bólu, nieprzewidywalnego, nie dającego się okiełznać. Chciałabym móc iść do lekarza, specjalisty, do poradni leczenia bólu, chciałabym, aby było mnie stać na pomoc, której nigdy nie otrzymam. Słucham historii ludzi, których uzdrowił Bóg i myślę sobie “czemu nie ja, Boże, czemu nie możesz zabrać tego wszystkiego, a najlepiej zabrać mnie stąd w lepsze miejsce”. Bolało mnie bardzo, a byłam sama w domu i przez chwilę zastanawiałam się, czy gdybym zadzwoniła po karetkę, ktoś by mi uwierzył w to, że już nie mogę dłużej tak żyć. Leżałam, zawsze przesypiam te dni, aż jestem zmęczona od snu, bolą mnie wszystkie kości od leżenia i braku ruchu. Myślę wtedy o tym, jak bardzo to wszystko nie miało nigdy sensu i jak bardzo chciałabym zrobić coś dla zabawy, wiecie, just for fun, zrobić coś na co mam przez chwilę ochotę, choć wiem, że potem już tej ochoty mieć nie będę. Potrzebuję pieniędzy, dużo, piszę o tym cały czas, tak jak potrzebuje tego samego ciotka G., a za nią ciotka M. i jak co miesiąc dzwonią telefony z prośbami, jakbyśmy byli Narodowym Bankiem Polskim. Wiadomo, w pierwszej kolejności pomaga się matkom z dziećmi. W tej ziemskiej hierarchii jestem gdzieś na szarym końcu. Nie, nie oczekuję pomocy. Oczekuję, że wpadnę na jakieś rozwiązanie, które sprawi, że znowu uratuje się sama. Tylko motywacji brak. Potrzebuję tak dużo. Potrzebuję, aby zniknęli stąd upierdliwi sąsiedzi, albo abym zniknęła stąd ja. Potrzebuję pieniędzy, bo potrzebuję zdrowia. Potrzebuję zdrowia, bo potrzebuję pracy, aby zarobić pieniądze. Potrzebuję świętego spokoju, ale tu wszyscy są niespokojni. Stał przy mnie starszy mężczyzna, specjalnie wsadziłam nos w telefon, a i tak po nieudanej próbie zagadania do dziewczyny obok, zwrócił się do mnie. Myślał, że ludzie czekający na otwarcie sklepu mają pieniądze, aby poratować go w potrzebie i dać na alkohol, bo niby na co innego. Zaśmiałam się w duchu. Gdybyśmy mieli pieniądze, wcale by tu nas nie było, pod tymi drzwiami, czekających na otwarcie jak konie na start biegu.
30.06.2025
23.06.2025
1794.
Czerwiec zaraz zniknie. Byliśmy w odwiedzinach u dwumiesięcznego W., choć naprawdę byliśmy w odwiedzinach u jego rodziców, a on smacznie spał w wózku. Gdy się obudził był grzeczny i radosny i niesamowite jak niektóre dzieci potrafią być spokojne, gdy mają pełnych miłości rodziców. Jechaliśmy w gorącą niedzielę, nie zeszłą, wcześniejszą i klasycznie, jak to w podróży, zrobiło mi się słabo i niedobrze, od tego ciepła i spiętych mięśni twarzy i oczu. Wiecie że można mieć spięte oczy, wewnątrz? Można mieć też spięty mózg. To dziwne uczucie, te wszystkie napięcie w ciele, niby nie dzieje się nic złego, a jednak coś jest nie tak, nie tak jak powinno być, nie tak funkcjonuje zdrowe ciało. Od razu przyspieszyło mi bicie serca, bo przypomniałam sobie udar, bo co jeśli to nie był zwykły brak świeżego powietrza, a coś głębiej w moim ciele. Brat otworzył okna, mimo że włączona była klimatyzacja. Jechaliśmy, a ja chciałam wysiąść, położyć się gdzieś i zasnąć, ale musiałam zagryźć zęby i udawać, że te zakręty nie sprawiają, że umieram. Uratował mnie tylko imbir. Nie zjadłam obiadu, dostałam go na wynos. Nie zjadłam deseru. Nie zjadłam nic. Wypiłam szklankę wody i sok, też z dodatkiem imbiru. Gdy wracaliśmy do domu pomyślałam, że nie nadaję się do życia w społeczeństwie i dawne nawyki nigdy nie giną i zdrowie nigdy nie wraca, jest co najwyżej znośnie i że chciałabym żyć z dala od ludzi, sama ze sobą, bez świadków, wiem, że ktoś już gdzieś napisał. Przed wyjazdem powrotnym zapomniałam skorzystać z toalety. Miałam kolejne załamanie nerwowe tego dnia, załamanie nad samą osobą, nad tym kim jestem i jak wygląda moje życie. Musieliśmy zatrzymać się po drodze gdziekolwiek i nie było nawet tego gdziekolwiek. Coś zaczepiło się o samochód i zaczęło rytmicznie stukać. Już myśleliśmy, że to hamulce i nie dojedziemy do domu, że stanie się coś - może zapali - i nie dojedziemy do domu już nigdy. Ale wystarczyła jedna dziura w drodze i to coś odpadło, czymkolwiek było i dźwięk ucichł. Zatrzymaliśmy się na poboczu. Wśród pól i zarośli załatwiłam swoją potrzebę fizjologiczną modląc się o to, abym nie miała spotkania pierwszego stopnia z kleszczem. Gdy wyszłam z krzaków, myśląc o własnej głupocie, jakiś obcy chłopiec jadący rowerem po chodniku powiedział mi dzień dobry, a ja pierwszy i ostatni raz w tym życiu odpowiedziałam mu to samo. Reszta drogi powrotnej przebiegła bezproblemowo. Nie wiem, jakim cudem miałam jeszcze siłę wyjść na koncert, ale poszłam i topiłam się w słońcu myśląc o tym, że jestem zmęczona tym bólem i fizycznym czuciem się źle codziennie od prawie pięciu lat. Myślałam też o tym, że gdy siedzieliśmy przy stole na tarasie, jedząc obiad - ja wzrokiem - otworzyło się przede mną proste, “zwykłe” życie, ale szczęśliwe, bo szczęście ma ten, kto jada przy stole z własną rodziną. Pomyślałam sobie, że to jak wygrać na loterii. Żona, świeżo upieczona matka po raz drugi, nie musiała się stroić, tak jak przekazują te durne poradniki, bo mąż cię zostawi, gdy zobaczy taką w nieładzie, nieumalowaną, taką zwyczajną, “brzydką”, nie seksowną. Ojciec rodziny jadł ze smakiem to co przygotowała żona i zabawiał gości rozmową. Wszyscy jedli obiad - tylko nie ja - mały spał w mieszkaniu w wózku, można było zerknąć w tamtą stronę przez otwarte drzwi na taras, koty chodziły swoimi ścieżkami, a pogoda dopisywała. Niesamowite jak kojąca potrafi być taka normalność. Niesamowite, że można siedzieć przy jednym stole w zgodzie i bez skrępowania. Niesamowite, że można cieszyć się swoją obecnością. Niesamowite, że ludzie potrafią zbudować zdrową relację, rodzinę, mieć siebie na dobre i na złe, mieć dzieci, mieć w sobie troskę, mieć w sobie przekonanie że to ma sens. Cieszę się, że komuś się udało. Napełnia mnie to niewyobrażalnym ciepłem, a jednocześnie uderza jak bardzo jestem od tego daleko i jak obca mi to definicja szczęścia. Gdybym musiała założyć rodzinę, zapłakałabym się na śmierć. To dziwne, przykre i przytłaczające, również dla mnie, ale to jestem ja, moja kochana rodzino, jestem kimś tak bardzo odmiennym od ludzie, którzy mnie otaczają i których spotykam, aż sama nie wiem, kim jestem. Najgorzej, że ciągle jestem.
19.06.2025
1793.
Podobno miałam urodziny, podobno kiedyś się urodziłam. Czy trzydzieści pięć to liczba mająca jakiekolwiek znaczenie? Mi przypomina tylko o pięciu minionych latach, które minęły jak zły, dosłownie bolesny sen. Zrobiłam tort. Biszkopt wyszedł śmiesznie krzywy i nie urósł tak jak powinien. Masa i owoce były pyszne, więc całość wyszła na plus. Nigdy nie robiłam sobie tortu, nie w ostatnich latach, ale w tym roku miałam ochotę, choć nie powinnam wydać pieniędzy na takie przyjemności i właściwie uważam to za bezsensowny pomysł. Ale w życiu, którego nie mam i mieć nie będę, jedliśmy ten tort razem, bo przywiozłam go tak jak obiecałam. Dostałam życzenia od rodziny i znajomych, tych którzy pamiętali, czyli trójki, choć nie ważne, czy dostałam te życzenia, wolałabym dostać w zmian zdrowie. Gdzieś w głębi siebie, jeśli mam jakąś głębię, czuję, że to się nie uda, to całe leczenie i nigdy nie wrócę już do siebie. Chciałabym być tym, kim miałam być w zamyśle Boga, zanim za dużo rzeczy poszło nie tak. Czternasty dzień czerwca, te 35 lat temu była uroczystość Bożego Ciała, zawsze o tym pamiętam i myślę sobie, to musiało coś znaczyć, gdybym była tylko sobą. Gdy najmłodszy brat złożył mi życzenia, chyba się wzruszyłam, ale nikt tego nie zauważył, bo każdy był zajęty swoimi sobotnimi obowiązkami i ja również pracowałam, choć ta moja praca jest bardziej po to, abym nie oszalała. Muszę oszukiwać siebie na każdym kroku, stwarzać pozory, że nie przegrałam swojego życia, że jeszcze da się wszystko poukładać. I może się da, jeśli dotknie mnie ręka Boga, która zmieni moje serce. Tymczasem jestem starsza i wcale nie mądrzejsza, za to rozsądna na tyle, aby wiedzieć, kiedy przestać marzyć o czymś, co nie należy do mnie. Był kiedyś taki film, wygrzebałam go znowu, taki film, którego tematyka nie jest w mi w żaden sposób bliska, ale pamiętam go już wiele lat, pamiętam te słowa: “Byliście kiedykolwiek naprawdę spragnieni, otworzyliście karton mleka, wzięliście łyk i okazało się zepsute? To działo się we mnie na zawsze.”
14.06.2025
1792.
Chciałabym napisać sobie "wszystkiego najlepszego z okazji urodzin", ale osoby nieżywe nie świętują. Miałam zamieści tutaj wpis, który pisałam w głowie cały dzień, ale zabrakło mi czasu, aby usiąść na spokojnie i przelać myśli na papier. Jutro. Jutro będzie lepiej.
8.06.2025
1791.
Niedziela. Ta ostatnia niedziela. Myślę o tym, co zawsze, co by było, gdybym była normalna. W moim świecie, stworzonym w wyobraźni, na potrzeby eksperymentu jestem. Jestem ja i ty i wszystko toczy się utartym torem, tym, którym podąża setki par. Stwarzam nam okazję do wspólnych spotkań. Zastanawiam się od kilku dni jaki upiec tort. Myślę sobie, nie zrobię ci tego, nie przekroczę twoich granic, ale w mojej wyobraźni jadę do ciebie z tortem, bo mamy urodziny prawie dzień po dniu. Siedzimy na ławce przed blokiem, o ile jest, albo jakiejkolwiek innej w pobliżu i jemy ten tort. Nie wiem, czy ci smakuje, chciałabym, aby tak było, ale nie wierzę w swoje zdolności kulinarne, bo całe życie jedzenie jest dla mnie problem. Wiesz o tym, coś wiesz, ale nie wiesz, że dla mnie to ciężkie, jeść w obecności innych. Mimo to jemy ten tort, jest ciepło, słonecznie i beztrosko. Tak powinno wyglądać życie. Ma się kogoś z kimś można podzielić się tortem w swoje urodziny. Potem jestem przerażona, bo znowu to robię, piszę scenariusze, które nigdy się nie wydarzą i będę latami wzdychać do czegoś, co nie wydarzy się nigdy, bo nie mam odwagi, bo mam dużo problemów tak wielkich, że zabraknie życia, aby je naprawić, chyba, że zrobi to Bóg w jednej sekundzie i zmieni mnie i moje serce. Myślę o tobie, gdy kładę się spać, gdy wstaję, gdy mi się przypomni w ciągu dnia. Myślę o tobie, bo cierpisz, choć w innym sposób niż ja czy moi znajomi. Cierpimy wszyscy. Nie wiem, czy pamiętasz, zapytałeś mnie kiedyś, dawno temu, gdy znaliśmy się w innym życiu, czy jestem typem pomagacza. Byłam i kosztowało mnie strasznie dużo, kosztowało mnie to za wiele, zarówno fizycznie i psychicznie, bo nikt mi nie powiedział, że najpierw muszę uratować siebie, aby pomóc komukolwiek. Zresztą, od kiedy trzynastoletnie dziecko ma ratować kogokolwiek. Nie ratuję już nikogo od wielu lat. Ciebie też nie będę. Nie potrafię jeszcze uratować siebie. Niedziela. Chciałam przyjaźnić się z wieloma osobami, ale okazało się, że nikt nie chce mojej przyjaźni. Wiele osób mnie skreśliło, więc i ja skreśliłam kilka, bo nie miałam siły. Czasem żałuję, że nie robiłam tego wszystkiego, co robiły nastolatki, może byłabym normalniejsza. Czasem myślę o tym, jak nikt nie widział mnie nagiej, nawet nie wiem, czy kiedyś miałam ładne ciało. Teraz mam brzydkie, stare i niechciane, ale mogłabym jeszcze je zmienić, prawda? A gdybym miała to czego najbardziej nie mam w życiu, czyli pieniądze, mogłabym zmienić je w piękne i powabne i mogłabym kogoś skusić, a ten upadek napełniłby mnie jeszcze większym obrzydzeniem do wszystkiego co cielesne. Tegoroczne lato zapowiada się chłodno i smutno. Chciałabym już skończyć leczenie ortodontyczne. Chciałabym znaleźć się w innej sytuacji. Chciałabym mieć pracę i wstawać codziennie rano z nową rolą, którą muszę odegrać, aby nikt nie zorientował się, że nie pasuję do tego świata. Mój najmłodszy brat wyjechał na kilkudniowy urlop. Ma dwa samochody, ma pracę, zaraz będzie miał wyższe wykształcenie, ma oszczędności, ma wakacje, ma dziewczynę, wkrótce narzeczoną, a za dwa lata, jeśli dożyjemy i przetrwamy, będzie ślub. Wybrali salę, w której już kiedyś byłam na weselu i już wiem, że będę musiała przesiedzieć to wesele na dworze, bo sala do tańca jest połączona z salą jadalną, a dla moich popsutych, nadwrażliwych uszu to ból. (Swoją drogą, zgubiłam profesjonalne zatyczki do uszu, po tamtym wyjściu do kina, gdzie nawet ich nie użyłam, więc czemu rozpłynęły się w powietrzu?) Tamto wesele było najkrótsze na jakim miałam okazję się znaleźć, bo zrobili wszystko, o co nie prosiłam i musiałam uciekać jak Kopciuszek jeszcze przed północą. Muszę kupić tabletki za prawie 200zł, ale doprawdy nie wiem, skąd mam brać pieniądze. Już to mówiłam, chcę wrócić do pracy, chcę byś najzwyklejszą szarą Grażyną, która narzeka na swoją pracę, a w weekendy wydaje wypłatę na internetowe zakupy. Wdech, wydech. Śnisz mi się za wiele razy i wiem, że to znak, że dręczy mnie poczucie winy i strata. Brakuje mi majowych dni, a przecież dopiero co przeminęły. Brakuje mi codziennych modlitw w skupieniu w kościele, bo to jedyne miejsce, chłodne i ciche, odcięte od ziemskiego życia, a jednak najbardziej tętniące życiem, tu jestem sobą, nikogo nie udaję. Klęczę i myślę, że chciałabym już stąd zniknąć i poznać odpowiedzi na te wszystkie pytania, które dręczą mnie od lat. Chyba mi niedobrze. Pora spać.
4.06.2025
1790.
Dzisiaj mam dzień pod tytułem “Boże, spraw bym była kimś innym, bo dłużej tego nie zniosę”. Myślę sobie, pięć lat, niepotrzebnych i żałosnych, prowadzących donikąd. Myślę sobie, to całe życie po nic. Czekam na oświecenie. Czekam bezustannie i bezsensownie. Czasem chciałabym zrobić COŚ, ale te KONSEKWENCJE. Nie robię nic, na pewno nie to na co mam jeszcze ochotę. Trzymam się na dystans. Sto razy rozważam podjęcie decyzji, aby na końcu się wycofać dla dobra wszystkich. Patrzę na świat i mnie w nim nie ma. Ponoszenie konsekwencji byłoby boleśniejsze niż ta bierność i pustka. Chciałam coś zrobić, ale chyba mi się odechciało. Jak miałabym zrobić coś w kategorii niespodzianki jednocześnie nie wprowadzając zamieszania i nie robić nic wbrew innym, wiedząc, że sama zabiłabym kogoś, gdyby postąpił względem mnie podobnie. Wiadomo, mogę o wszystkim poinformować i zapytać o zgodę, albo nie zgodę, ale po prostu zapytać. Ale nie zapytam, bo czuję się niechciana. Byłam ważna przez chwilę, a potem znowu stałam się nikim. Pogodziłam się z tyloma rzeczami w tym życiu, pogodzę się i z tym. Moim sprzymierzeńcem na końcu okazały się dzielące nas odległości. Nigdy nie mogłam mieć czyjejś realnej obecności, więc z czasem wszyscy rozpłynęli się w mej pamięci. Stali się wspomnieniem, zniknęli pochłonięci własnymi sprawami. Przestali pisać, a ja zapomniałam kim byli i czym była nasza relacja. Ostatnio będąc na niedzielnym spacerze wydawało mi się, że widzę kogoś znajomego. Tego jednego znajomego, którego nie chciałabym spotkać dla dobra wszystkich. Serce zaczęło bić mi mocno ze stresu. Chciałam zniknąć, ale nie mogłam, więc szłam przed siebie nie patrząc w tamtą stronę. Wiem, że to nie mogła być tamta osoba, tak na logikę nie mogła być tutaj sama. Chciałabym, żeby ludzie przestali mówić mi, że są wdzięczni za moje słowa, długie wiadomości, moje wsparcie, jeśli po czasie nie potrafię być już w mojej rzeczywistości. Mam tyle pytań, których nigdy nie zadam. Nie wiem, czy to brak odwagi, czy rozsądek, aby pewne rzeczy lepiej przemilczeć. Nie zrobię nic, tak jak nigdy nie robię nic, bo już pisałam, tak, te cholerne konsekwencje, które trzeba ponosić. Chciałam tu o czymś napisać, ale brakuje mi słów, gdy zasiadam do tej białej pustej wirtualnej kartki. Chciałabym uratować nasz wszystkich i wszystkich nas uszczęśliwić, ale chciałabym zrozumieć, czemu wydarzyło się to wszystko. Jestem zła na to wszystko, co sprawiło, że jesteś jaki jesteś. Nie jestem zła na moje życie, bo trochę to rozumiem, znam ten ciąg przyczynowo skutkowy i potrafię usiąść z kubkiem ciepłej herbaty i pomyśleć sobie “zdarza się”, niedługo będzie koniec, bardziej męczy mnie życie innych, które nie należy do mnie i do mnie nie będzie należeć. Boże, gdybyś wytłumaczył mi chociaż jedną rzecz, jedyną, żebym zrozumiała, czemu nie dorosłam do rzeczy dorosłych. Czy to rozsądek, że nigdy nie powiedziałam żadnemu mężczyźnie “tak”, czy to choroba, że nawet nie mam we mnie takiej potrzeby? Jak to się stało, że minęło tyle lat i nikt nawet nie dotknął mojej ręki? I jeśli będzie chciał dotknąć to czemu zawsze tę rękę odtrącę? Piszę, bo to wszystko nie ma sensu. Brzmię jak zepsuta płyta. Piszę w kółko o tym samym, bo to samo do mnie wraca i męczy. Potrzebuję dużo pieniędzy. Potrzebuję wybawienia. Potrzebuję kolejnego wydarzenia, które wywróci moje życie do góry nogami, ale tym razem na lepsze. Jestem senna, więc może innym razem napiszę o tym, o czym naprawdę chciałam. Dodam ten wpis, a jutro nie będę nawet pamiętać, co wystukały moje obolałe palce.