18.09.2021

1112.

Rok temu miałam niedokrwienny udar mózgu. Nadal kryptogenny. Żyję. Może kiedyś skończę opowieść o tym, co działo się ze mną przez miniony rok.

15.09.2021

1111.

 Otworzyłam wiadomość sprzed trzech lat, z kimś, i właściwie to chyba zebrało mi się na płacz i może płaczę jak mała dziewczynka, która straciła coś cennego i na nic przydał się ten udar, nie wymazał z pamięci tego co powinien. Ale to nic, jutro nie będę o tym pamiętać, tak jak nie pamiętam w co byłam wczoraj ubrana, ani co właściwie robiłam, jadłam i widziałam. Lato się kończy. Wszystko co dobre się kończy.

12.09.2021

1110.

Pierwsze trzy dni w szpitalu minęły szybko. Jak już wspomniałam, nie wyglądałam na chorą, choć nie czułam się fantastycznie. Cały czas martwił mnie problem ze wzrokiem. W środę postanowiono mnie wypisać. Powiedziano, żebym udała się na badanie VNG, czyli badanie błędnika, od którego mogłam mieć zawroty. Z ciężkim sercem zapisałam dane w notesie. Myślałam, że w szpitalu wszystko się wyjaśni, a tymczasem miałam udać się do kolejnego lekarza, nie wiedząc, czy ktokolwiek mi pomoże. Sytuacja zmieniła się diametralnie, gdy na oddział wpadła prowadząca mnie pani neurolog i oznajmiła mi, a tym samym wszystkim w pokoju, że miałam udar mózgu i mam szybko przyjść do niej. Nie powiem, to był dziwny moment. Posłusznie wstałam i udałam się za nią. Pielęgniarka miała zmierzyć mi ciśnienie na obydwu rękach. Niesamowite, że wcześniej żaden lekarz na to nie wpadł. Na szczęście pomiary nie różniły się zbytnio od siebie. Nie zmieniło to jednak tego, że po dwunastu dniach postawiono oficjalną diagnozę - kryptogenny niedokrwienny udar mózgu. O nic nie pytałam. Nie wiedziałam, co właściwie mam zrobić. Zatroskana pani neurolog powiedziała, że w tej sytuacji nie ma mowy, abym została wypuszczona do domu. Kiwnęłam głową ze zrozumieniem i zgodą. Co mogłam zrobić? Nie wypisałabym się ze szpitala na życzenie. Od tego momentu zaczęła się długa droga w dół. Poziom stresu w moim organizmie wzrósł niewyobrażalnie. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że pierwszy raz w życiu zrozumiałam co to znaczy być tak zestresowanym, że zgrzyta się zębami podczas snu. Gdy jadłam szpitalny obiad kilka dni później, miałam dziwne uczucie ciężkiej górnej szczęki. Dopiero dwa miesiące później żuchwa zaczęła mi “strzelać”, co świadczy tylko o tym, że regularnie od tamtego dnia musiałam podczas snu zaciskać zęby lub nimi zgrzytać. Nie nagrywałam się podczas snu, śpię sama w pokoju, więc nie wiadomo jak to było, ale efekt pozostał - popsuta dożywotnio szczęka, z którą  do tej pory mam problem i na której naprawdę mnie nie stać. Od środowej diagnozy w szpitalu leżałam kolejne siedem dni, czyli do następnej środy. W tym czasie zrobiono mi dodatkowe badania - te które mogli zrobić na dany moment - obrazowe, jak i krwi. Oprócz leków na zawroty głowy, zaczęłam dostawać nowe małe tabletki. Nie pytałam, po prostu łykałam do posiłku to co przynosili. Pamiętam jak dzwoniłam do mamy, jak stałam na korytarzu i płakałam, jak szukałam informacji w internecie i jak bardzo uderzyło mnie, że prawie umarłam. Dopiero po czasie uświadomiłam sobie cały przebieg udaru. Gdybym nie miałam tymczasowych problemów z pamięcią, pewnie od razu sama zgadłabym co mi jest, ale miałam udar i nie byłam sobą. Dopiero po czasie wszystko było oczywiste i jak wspomniałam - książkowe - miałam klasyczny udar, ale byłam zbyt młoda na sam udar, więc nikt nie obstawiał go w pierwszej kolejności. Zaczęłam szukać informacji w internecie, ale to sprawiło, że byłam zestresowana jeszcze bardziej. Było mi ciężko. Bałam się kolejnego udaru. Nie pamiętam, w jakiej kolejności informowałam znajomych o tym, co się ze mną stało. Wcześniej o całej sytuacji wiedziała osoba z zagranicy z mediów społecznościowych, której nigdy nie widziałam, a z którą miałam sporadyczny kontakt, niż moi dobrzy znajomi. Pamiętam jak w niedzielę odwiedził szpital ksiądz, który pytał, czy ktoś nie potrzebuje spowiedzi. Uderzyło mnie, że nie odwiedziłam kościoła przez trzy tygodnie. Był to najdłuższa przerwa w całym moim życiu. Może dlatego teraz tak chętnie chodzę prawie codziennie na mszę. Codzienna Komunia Święta daje mi siłę, której nigdy w sobie nie miałam. Ze szpitala zostałam wypisana siódmego października z zaleceniami udania się do poradni kardiologicznej oraz na wizytę kontrolną do neurologa. Wróciłam do domu nie wiedząc kim jestem i co mam zrobić z całym swoim dalszym życiem. W międzyczasie opuściły mnie siły. Myślę też, że po drodze zachorowałam też na covid, choć mając zwolnienie lekarskie przez ponad miesiąc, siedziałam po prostu w domu nie sprawdzając tego. Poza ogromnym zmęczeniem i utratą węchu i smaku na tydzień, nic mi nie było. Po czasie trochę żałuję, że nie poszłam z tym do żadnego lekarza, ale prawda jest taka, że wtedy nie w głowie były mi takie rzeczy. W sumie zastanawiam się, czy mogła mieć ten udar od samego koronawirusa. Żaden lekarz nie wziął wtedy tego pod uwagę. Test w trakcie przyjęcia na oddział wyszedł negatywny. Jednak dwa tygodnie wcześniej byłam przeziębiona, a prawie dwa miesiące później straciłam węch i smak. Równie dobrze zarazić mogłam się w samym szpitalu od personelu lub gdziekolwiek indziej. Teraz to już nieważne, bo i tak nie poznam prawdy. Może dopiero po śmierci.

1109.


Dwudziesty ósmy dzień września - najbardziej stresujący dzień w moim życiu. Choć mogłabym napisać to samo o dwudziestym dziewiątym dniu września i jeszcze siódmym października, a może już wszystko po tym dniu stało się stresujące. Był chłodny wrześniowy poniedziałek, ale dzień zapowiadał się słonecznie. Wstałam skoro świt, aby po siódmej czekać pod szpitalem na przyjęcie. Miałam to szczęście, o którym chyba wcześniej wspominałam, że mama moich przyjaciółek pracuje na izbie przyjęć. Tego dnia miała akurat dyżur, więc to ona przyjmowała mnie na oddział. Inaczej byłoby ciężko, a tak, miałam z głowy o ten jeden problem i byłam odrobinę spokojniejsza. Kiedy moja pani doktor przyjechała do szpitala po półtoragodzinnym przeze mnie oczekiwaniu, dostałam telefon, że mogę wejść do szpitala. Brat, który mnie przywiózł - to też było szczęście, że miał wolne - pomógł mi wnieść torbę i zniknęłam przechodząc przez namiot, a potem znajdując się na izbie przyjęć. Usiadłam grzecznie, a pani (mama koleżanek) pielęgniarka wypełniła moją kartę przyjęć. Potem kazała mi się przebrać w szpitalne ubranie - czyli wygodny dres. Zmieniłam ubranie w dziwnym miejscu, ni to łazience ni to sali szpitalnej - wyłożonym kafelkami od góry do dołu. Moja zmora i zmora szpitalnych pomieszczeń - brakowało tam zamków. Udało się bez nieproszonych gości. Gotowa po odprawie zostałam zaprowadzona przez pana pielęgniarza na oddział neurologii. Jechaliśmy windą. Poza mną na sali leżały jeszcze dwie panie. Mogłam wybrać jedno z dwóch wolnych łóżek, więc rozgościłam się na tym pod samym oknem. Nie miałam jeszcze testu na covid, więc musiałam siedzieć w maseczce i przeze mnie pozostali współtowarzysze szpitalnego życia również. Było mi głupio, zwłaszcza, że panie pielęgniarki, które musiały zrobić mi test były niezadowolone. Środek epidemii, a ja jestem przyjęta w innej kolejności. Wynik testu był negatywny. Swoją drogą to głupie, że o byciu zdrowym nie informowali, ale gdyby coś wyszło nie tak, zaraz byłby alarm na całe województwo/kraj. W moim pokoju były cztery łóżka. Leżałam w szpitalu 10 dni i przez ten pokój przewinęło się bardzo dużo osób. Dwie starsze panie, które dostały wypisy na początku tygodnia, po udarach. Po nich pojawiła się kolejna starsza pani, której córka pracowała w tym szpitalu. Miała jakieś bóle, właściwie to nie wie, na co leżała, ale mówiła bardzo dużo. W naszym pokoju pojawiła się kolejna starsza pani, tym razem pani doktor będąca okulistką. Również po udarze, chyba. Właściwie to nie wiem, ale próbowała ocenić mój zepsuty wzrok, którego nie dało się zbadać zwykłym patrzeniem na ruch gałek ocznych. W tej samej sali leżała też starsza ode mnie o kilka lat kobieta, która jak się okazało, jest rodziną sympatycznej pani mającej w mej miejscowości mały sklepik z odzieżą. Była tu też młodsza o co najmniej 7 lat dziewczyna, studentka, która miała zawroty głowy - jak się okazało od torbieli w zatokach. Zanim poprawnie ją zdiagnozowali, mieli wypisać, ale chyba ten mój udar tak podziałał na lekarzy, że namówili ją, aby poczekała przez weekend na poniedziałkowy rezonans. Dwa ostatnie dni leżałam na sali z dwoma kobietami. Jedną panią przeniesioną z innej sali oraz drugą, którą przywieziono późno w nocy. Pierwsza pani okropnie narzekała na wszystko. Jej problemem był ból nogi, na którzy lekarze nic nie poradzili. Wiadomo, potrzebna rehabilitacja, fizjoterapeuta, regularne ćwiczenia, a nie leżenie w szpitalu i cud w tydzień. Jej nie podobało się nic, lekarze, sale, jedzenie. Zero wdzięczności, że w ogóle ktoś przyjął ją do szpitala w czasie pandemii. Przykre. Druga pani cierpiała na rwę kulszową. Trafiła na oddział tylko dlatego, że wykłóciła się o to jej córka, bo oczywiście w czasie pandemii lepiej, żeby pani umierała z bólu w domu niż przypadkiem kogoś zaraziła koronawirusem, leżąc bez wcześniejszego wykonania testu. Pani cały czas jęczała z bólu, nie mogła spać, jeść, ruszać się, wszystko ją bolało. Do tego była niska, więc miała trudność z wchodzeniem i schodzeniem z łóżka. Narzekała, a raczej płakała, że jest w szpitalu, a leki przeciwbólowe nie działają wystarczająco. Tu ją rozumiem, nie chciałabym umierać z bólu. Choć rozumiem też lekarzy, nie mogli od razu podać jej najmocniejszego leku w ofercie i uzależnić organizmu. Myślę, że to były wszystkie osoby, z mojego pokoju numer dwa. Natomiast gdybym chciała wymienić wszystkich lekarzy, pielęgniarki i panie i panów salowych, z tego wpisu zrobiłby się długi nudny monolog. Napiszę tylko, że ostatecznie wszyscy byli mili i pomocni. I równie zaskoczeni faktem, że miałam udar.