30.08.2025
1787.
27.08.2025
1786.
Nie jestem dobra w obliczeniach, ale minęło mniej więcej pół roku, a moje koncertowe zatyczki do uszu się znalazły. Zamiatałam podłogę w przedpokoju, jak zawsze, gdy trzeba. Stoi tu szafka, wiadomo, na niej telefon, kubek ze śrubokrętami, notesy wciśnięte w organizer, klucze do różnych drzwi oraz dużo różnych pierdół, taki składzik wszystkiego. Zamiatałam tę podłogę, nawet nic nie strąciłam, a na tej podłodze leżał znajomo wyglądający pojemnik z breloczkiem. Szaleństwo, nie wierzyłam własnym oczom. Widocznie ktoś wyciągając coś z tego małego półkowego bałaganu strącił też moje zatyczki. Leżały i czekały na mnie jak prezent. To tak ważna rzecz, że musiałam poświęcić jej oddzielny wpis.
20.08.2025
1785.
Mam kilka screenów kilku wiadomości, mam, ale do nich nie wracam. A potem szukam czegoś innego, na innych screenach i trafiam na ten jeden, który boli najbardziej. Nie pamiętam o tym na co dzień, jestem gdzieś poza tym, to nie znaczenia, nie jestem zła, nie noszę w sobie urazów, potrafię nawet ciepło myśleć o przeszłości, a potem te słowa, od nowa przecinają niechcący niczym brzeg kartki palec, gdy chwyci się go nieostrożnie. Nie rozumiem jak osobie, która realnie cierpi, nie urojeniowo, to nie choroba psychiczna a fizyczna, jak można powiedzieć, żeby przestała umierać z bólu, jakby to był wybór, jakby ból fizyczny można było zatrzymać czymś więcej niż tabletką. Przez takie osoby całe życie udawałam kogoś kim nie jestem, bo nie wolno pokazywać swojego bólu na zewnątrz, to nie wypada, to psuje innym zabawę, to jest męczące i denerwujące. Też jestem zmęczona byciem człowiekiem. Nie wiem, może to brak empatii? Nie wiem, nie rozumiem. Już mi tak wszystko jedno, bo wszystko było żartem, ale mi nie jest do śmiechu. Nie powinnam tego pisać. Jestem senna. Zmęczona. Biedna. Piszę to w kółko, bo nie mam nic innego w tym życiu. Chciałabym być kimś innym. Mądrym, pięknym i ważnym. I bogatym. Ta wielka rodzina ma same problemy, a moja matka chce uratować wszystkich, ale nie potrafiła nigdy własnych dzieci. Żyjemy w chorych czasach, chorym miejscu, z chorymi myślami. Nie wiem kim jestem, po co tu jestem; dlaczego to byłam ja i po co było to wszystko. Dlaczego to co dla innych zwykłe, łatwe, normalne i właściwie, mi wydaje się trudne, nienormalne i chore? Cisza. Nie ma rozwiązania, bo niektóre rozwiązania są tylko dla bogatych, pieniądze dają możliwości. Dopóki nie zacznę zarabiać milionów nigdy nie wygram sama ze sobą. Tęsknię. Dobranoc. Jak dobrze, że kiedyś zaśniemy na wieki.
18.08.2025
1784.
Minął rok i znowu poszłam na dożynki, najpierw wyjątkowo grupą, a wieczorem sama. Bo przeważnie chodzę sama i bawię się sama, jeśli nie masz wyjścia to tak robisz. To znaczy masz wyjście, albo siedzisz w domu i oglądasz ściany, albo wchodzisz i oglądasz świat, więc wyszłam z domu. Tłum ludzi, każdy z kimś, parami, grupami, stadami, tylko ja sama jedna jak palec, no nie do końca, ja plus moje duchy przeszłości. Ludzi tłum, a myśli takie dziwne. Ktoś to kiedyś już śpiewał. Nie znalazłam tych zatyczek, rozpłynęły się gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie. Przyszłam posłuchać jednego zespołu z czterech zaproszonych. Stałam bardzo blisko sceny, ale z boku, za głośnikami. Szkoda, że nie można tak na każdym koncercie, ale szkoda że nie każdy jest na boisku pod lasem. Stałam i obserwowałam ludzi. Było mnóstwo młodzieży, której styl ubierania bardziej przypominał fanów grupy rockowej, a nie disco. Podczas wakacji nie ma obciachu, bo grupą ludzi z którą spędza się czas jest grupa wybrana, a nie przypadkowy zlepek negatywnie oceniających osobowości klasowych. Wszyscy bawili się świetnie, niektórzy nawet za dobrze zataczając się od ilości wlanego w siebie alkoholu. Słuchałam, obserwowałam, uśmiechałam się. Kim byłam w tym tłumie? Czy byłam kimkolwiek? Jakaś podpita pani przyjezdna zapytała o rozkład imprezy, ale nie znałam go na pamięć. Ktoś na mnie wpadł dwa razy i dobrze, że wtedy nie upadłam, na tę trawiastą murawę, bo byłam ubrana za ładnie, aby stracić takie ubrania w zetknięciu ziemią. Choć ziemia spiera się łatwo, trawa trochę gorzej. Stałam tam, ale jakby mnie tam nie było, bo moje myśli krążyły wokół spraw ciężkich, a nie lekkiej wiejskiej potańcówki. Wszyscy mieli jakieś życie, a nawet jeśli na ten moment gorsze od mojego, potrafili zaszaleć w ten jeden wieczór. Ludzie pełni emocji, wierni fani gatunku, albo fani na jedną noc, dali się ponieść tej fali, a ja stałam i słuchała, patrzyłam i nagrałam coś na pamiątkę. Mój ojciec był fanem disco polo, pewnie jak wszyscy w szalonych latach 90-tych. Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa to kilkuletnia ja na koncercie znanego zespołu. Nie wiem, czy to prawda, ale mam taki obraz sceny w głowie, obraz dużej sceny. Czy byłabym kimś innym, gdyby ojciec miał jakiś wpływ na moje życie? Wpływ nie tylko negatywny, ale pozytywny i rozwojowy? Czy byłabym dziewczyną, która chodzi za rękę z chłopakiem na wiejskie festyny? Pytań wiele, ale na żadne nigdy nie uzyskam odpowiedzi, choć liczę po cichu, że po śmierci dowiemy się, jak pięknie wyglądałoby moje życie, gdyby wszystko nie poszło w nim nie tak jak trzeba. Naprawdę chciałabym być najbardziej zwyczajną dziewczyną pod słońcem, prostą i głupszą niż jestem, dla której wszystko byłoby czarno białe i toczyło się według utartego biegu, pierwsze zakochanie, pierwszy pocałunek, pierwszy partner, ślub i wesele, pierwsze dziecko, kolejne dziecko, praca, wymarzony dom na działce z olbrzymim ogrodem i sadem. Nawet nie jestem w stanie dopuścić do siebie prawdy o sobie, bo załamię się po raz jedyny i ostatni. Więc poszłam na ten festyn wiedząc, że ktoś taki jak ty by ze mną na niego nie poszedł i zrozumiałam, że muszę przestać przelewać na ludzi swoje wizje życia, które mogłoby zaistnieć. Potrzebuję z kimś zatańczyć. Tak bardzo lubiłam tańczyć przez pół swojego życia. Potrzebuję, aby ten fizyczny ból zniknął. Cztery dni pod rząd było podejrzenie dobrze, chodziłam uśmiechnięta i wdzięczna a dzisiaj, po zarwanej nocy, obudziły mnie znajome dolegliwości i już nie mogę znieść tego wszystkiego i chwyta mnie za gardło strach, że nie wygrzebię się z tego nigdy i nigdy już nic nie będzie miało sensu. Przyszłam sama, wróciłam sama, choć wracałam z tłumem młodzieży. Nie muszę mówić, że jako jedyna zarzuciłam na siebie kamizelkę odblaskową? Wszyscy pozostali byli ubrani na czarno. To ten wiek, mój, że śmierć nie jest straszna, ale to ta bieda, że mandat byłoby za wysoki.
16.08.2025
1783.
Zaczęłam prasować ubrania, mnóstwo ubrań, bo weekend to taryfa na tańszy prąd, więc zmęczona wzięłam się za obowiązki, a w tle włączyłam konferencję na temat przyjaźni. Miałam ją zapisaną od tygodni, ale brak czasu i znalezienie w sobie koncentracji i skupienia na godzinę było trudne. Cisza, tylko ja i ja. Lato, gorący wieczór, ciepła noc, jeszcze cieplejsza od pary z żelazka. I od parownicy też. To było intensywne prasowanie z edukacją w tle. Gdybym mogła, zacytowałabym całość tutaj, ale to niemożliwe. Dowiedziałam się wiele nowych rzeczy o sobie, o nas, o błędach, które popełniłam, nawet w ostatnim czasie. Najważniejsza jest w życiu przyjaźń, zawsze o tym wiedziałam, a jednak nikt nie chciał zostać moim przyjacielem na zawsze. Bo przyjaźń buduje się w trudzie i bez pośpiechu, nie bez błędów, ale w próbach zrozumienia. To naprawdę temat rzeka. Zaczęło się wylewać się ze mnie wszystko, znowu, to będzie ciężka końcówka lata. Bo usłyszałam na tej wirtualnej konferencji: “najgorszą głupotą jest odchodzić od przyjaźni wtedy, kiedy boimy się zranić drugiego człowieka. Kiedy boimy się, że on nas zrani. Bo największą raną samą w sobie jest brak przyjaźni.” Myślę sobie, że to co przed udarem było dla mnie ważne, te wszystkie moje przyjaźnie małe i duże, gdzie zawsze byłam pierwszą, która pytała, pisała, pukała do drzwi, po udarze odeszły w niepamięć, gdy zamilkłam. Gdzie popełniłam błąd? Nigdzie. Po prostu przygniotły mnie problemy, głównie zdrowotne, z których nie potrafię się wygrzebać, więc to zrozumiałe, że nie mam siły nadążyć za ludźmi. Może to moje marne usprawiedliwienie na wszystko, ale co mogę zrobić? Co mam zrobić? Czy coś mogę? Tylko odsunąć się w cień, bo jestem marginesem społecznym. Jutro dożynki, będzie impreza. Pamiętam jak to wyglądało rok temu, pamiętam wszystko, klatka po klatce jak w filmie. Jutro będzie inaczej, choć spędzę ten czas z tymi samymi osobami, plus jedna więcej, już poza brzuchem mamy. Pamiętam, że rok temu płakałam. W tym pewnie też zapłaczę, choć z całkiem innego powodu. Zbiera mi się na płacz, to jak przerywnik w ciągu dnia. Jem i nagle łzy. Jadę rowerem i nagłe łzy. A potem mija chwila i wracam do sobie, bo naprawdę nic się nie stało, od dawna nic się nie dzieje.
14.08.2025
1782.
Wpis z dnia 3 maja 2020 roku wygrzebany z archiwum na instagramie:
“Miałam sen. Gdy wracałam do domu, znalazłam się nagle wśród strzelaniny. Żeby uniknąć kulki w głowę, padałam na ziemię udając, że już zostałam zabita. Jak to we śnie, wypadłam wiarygodnie i uszłam z życiem. Tego samego dnia znalazłam się na imprezie, jakby nigdy nic siedziałam wśród znajomych, ale nadal miałam w sobie wrażenie, że przecież stało się coś przerażającego, a jednocześnie niesamowitego - zabójcy nie są tak naiwni, powinni mnie dla pewności dobić. Chciałam o tym całym wydarzeniu komuś opowiedzieć. Ten ktoś siedział przede mną odwrócony plecami, a ja nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Bardzo chciałam porozmawiać z tą osobą, a jednocześnie nie byłam w stanie zdobyć się na odwagę. Ocalenie życia wydało się czymś nie wartym uwagi, a może nie warte stało się to, co myślałam i czułam… Nie mogę znieść jak bardzo sny obnażają ukrytą prawdę. Nawet jeśli o tym nie myślę, jeśli dni mijają po sobie bez sensu i jest spokojnie, to gorzkie sny przypominają o tym jak chorym człowiekiem jestem… Jak w nic nie wierzę i jak nie potrafię wybić sobie z głowy pewnych rzeczy - one krążą we mnie jak trucizna. I wiem jak bardzo byście mnie znienawidzili, wiedząc jak to wszystko wygląda naprawdę… Ale was już w jakiś sposób mnie nie ma. A raczej nie ma mnie dla was. Dzisiaj wkurzył mnie pies, nawet nie wiem czyj i to długa historia, ale nagle dotarło do mnie, że minęło kilkanaście lat po nic. Uświadomiło mi to stanięcie oko w oko z psem, który nie mógł przestać ujadać. Ja stałam, on stał i mogłabym tak stać do rana, ale nie miałam czasu. Najchętniej bym go zabiła, bo stanął mi na drodze, ale nie miałam czym. Wiem, to straszne. Ale jestem chora. Nie myślę racjonalnie od lat. Tyle modlitw o uzdrowienie, a nadal jest we mnie więcej zła niż dobra. Ale dobro wygrywa na końcu, więc kiedyś zostanę zniszczona. Dobranoc. Oby nic się nam więcej nie śniło. Nie chcę pamiętać.”
Nie wiem, czemu to wygrzebałam z przeszłości. Szukałam czegoś innego, ale zatrzymał mnie ten długi monolog. Pięć miesięcy później dostałam udar. Wszystko co robiłam i o czym wtedy myślałam doprowadziło mnie prawie na łoże śmierci. Do czego doprowadzą mnie dzisiejsze myśli? Do czegoś złego, czy dobrego?
11.08.2025
1781.
Nieporozumienie czy niezrozumienie? Wyszłam z domu na koncert muzyki, której nawet nie słucham, w tłum ludzi, których nawet nie znam. Właściwie to wsiadłam w samochód brata z jego narzeczoną i jej koleżanką i pojechaliśmy. Stałam sama, aby chronić swój słuch, bo moje koncertowe zatyczki się nie znalazły, a wydanie prawie stu złotych na identyczne, aby użyć ich podczas jednego wyjścia, byłoby głupotą przy mojej biedzie. Stałam sama, pośród tłumu obcych ludzi, a właściwie obok, bo w tym ścisku ktoś po lewej i po prawej stronie zahaczał o mnie swoim ciałem. Stałam sama, bo młodsze pokolenie z którym przyjechałam udało na plac bliżej sceny, w dodatku kontrolowany. Może to lepiej, nie wiem, co powiedziałby ochroniarz, gdyby zobaczył, że mam w woreczku pokrojony w kawałki imbir, w razie mdłości podczas podróży samochodem, i ciekawe, czy wiedziałby, że to imbir. Uwielbiam być anonimem w tłumie ludzi, być związana z tym tłumem wspólnym celem, a jednak bez przymusu odzywania się do kogokolwiek. Stałam oparta o murek, jak dobrze, że miałam ten murek, i patrzyłam, słuchałam i myślałam o tym, że cały świat nie ma sensu. Chciałabym być w tłumie bliżej sceny i pomachać do kamery z głupią minął, ale ktoś kiedyś zniszczył mi słuch jednym rzutem petardy, choć jestem przekonana, że na to nie zasłużyłam. Stałam tam zmęczona i chciałam, aby wszystko się skończyło. Zmęczona tym czego nie mam i tym co mam, czyli niekończący się fizyczny ból, który sprawia, że tracę zmysły. Próbuję się nie załamać, ale gdzieś w głębi siebie jestem przerażona, że to się nie kończy, te pięć lat bólu i zmęczenia odbiły się we mnie w najgorszy możliwy sposób. I nie mogę się poddać, bo to zniszczy innych. Nie mogę poinformować mojej rodziny, że nie mogę tak dłużej żyć, bo nie stać już nikogo na moje leczenie. Boże, gdybym miała pieniądze zamknęłabym się w zakładzie psychiatrycznym na resztę życia skoro do klasztoru mnie nie przyjmą. Cisza. Obiecałam sobie, że już nigdy nie odezwę się do nikogo. Nie dlatego, że mam w sobie negatywne uczucia względem innych. Uwierzyłam, że jestem tak zepsutym człowiek, że nie powinnam niszczyć nikomu życia swoją obecnością dopóki się nie naprawię, a w takim tempie, jak wiemy, nie wystarczy mi czasu. Jestem na przegranej pozycji. Chyba, że dosięgnie mnie ręka samego Boga, położy ją na mojej małej głowie i powie “dziecko, wracaj do domu, od teraz wszystko będzie dobrze”. Ale myślę sobie, jestem tutaj i nie jest dobrze. Jak od “jestem dostępny kiedy tylko będzie miała ochotę” przeszliśmy do w domyśle - denerwujesz mnie - włóż sobie tę lampkę w …ę. Czy tak zachowują się dorośli? Czy mężczyźni w moim świecie nie mają szacunku do kobiet? Czy naprawdę zasłużyłam na to co mam, a czego nie chciałam? Czy potrafię, a wiem, że potrafię, być ponad to i przeprosić? Czy niezależnie od tego po czyjej stronie leży wina, zawsze jestem skłonna prosić o wybaczenie, bo zawsze czuję się winna? Wybaczcie mi za to, że żyję, ale naprawdę nie żyję już lat, od dziecka, bo dziecko we mnie umarło wraz z za krótkim dzieciństwem. Cisza. Jest we mnie tylko jedno pragnienie, aby ból fizyczny zniknął, abym przestała się budzić z rana z uczuciem, jakby przejechał mnie czołg i ulgę miało przynieść tylko dobicie. Chcę być kimś innym i chcę innego życia. Nie wierzę, że zostałam stworzona do tak marnych rzeczy, jak umieranie z bólu, naprawdę to jest tak bardzo słabe, że i mi robi się już słabo. I słabo mi, bo byłam przez chwilę zakochana w czymś, co nigdy nie istniało.
6.08.2025
1780.
Chyba nie jestem dobra z genetyki, bo ciągle w głowie próbuję policzyć, czy mogło trafić również na mnie. Znowu w tej wielkiej rodzinie ruszył temat choroby Fabyre’go i ciągle nie wiadomo, od kogo mogło się zacząć i czy właściwie ten zły gen idzie od strony kobiet czy mężczyzn. Gdzie był początek i gdzie będzie koniec? Na niekorzyść działa udar kryptogenny w młody wieku. Nie chce mi się wierzyć, że mogłoby trafić i na mnie, z drugiej strony już nic nie zdziwi mnie w tym życiu, myślę sobie, a potem dziwię się wszystkiemu co mnie otacza. Mam chwilę oddechu. Jak na osobę bezrobotną zawalam się pracą od rana do nocy, aby nie myśleć o bólu i o wszystkim innym. Uciekam jak zawsze od siebie, bo prawda o mnie jest niewygodna nie tylko dla mnie. Robię to dla dobra wszystkich, choć zdaję sobie sprawę, że wszyscy nigdy nie zrozumieją. Coraz bliżej końca leczenia ortodontycznego, coraz więcej obaw, bo nic nie działa prawidłowo. Czuję się tak, jakbym przecierpiała te trzy lata po nic, tak dla zabawy, jakby cierpienie sprawiało mi przyjemność. Siedzę, a może powinnam już spać, bo mogę napisać coś, czego będę żałować. Myślę sobie, to moje miejsce, czemu mam się ograniczać, czemu nigdy nie mogę mówić tego, co myślę. Może dlatego, że moje myśli to nie moje uczucia, ani nawet moje prawdziwe ja, które gdzieś jest we mnie, pod tym wszystkim co złe, trudne, męczące. Znowu przez chwilę byłam kimś kto pomyślał, że zostanie pocałowany, a właściwie powinnam napisać pocałowaną, bo zaraz wszyscy od zaimków się oburzą, że nie używam poprawnych form. Co za głupie czasy, w których życie mi się nie podoba. Tak, myślę sobie, chciałam kogoś wykorzystać przez chwilę, widząc jednocześnie, że to nie udałoby się nigdy. Nie można chcieć zrobić czegoś tylko z ciekawości, jeśli nie z ciekawości nie zrobiłoby się tego nigdy, bo to zabawa najgorsza ze wszystkich - ludzkimi uczuciami. Boże, może nie wszyscy tak dużo myślą o tym, jak mogliby skrzywdzić innych, ale mnie to zawsze przerażało, że mogłabym zrujnować komuś życie tak jak ojciec zrujnował nasze, bo miał swoje egoistyczne zachcianki. Mam 35 lat i jestem jak dziecko. I chciałabym napisać jak dziecko, którego nigdy nikt nie dotknął, ale ile dzieci jest dotkniętych za wcześnie w zły sposób? Boże, może to dobrze, że tak wiele mnie ominęło i że pochowałam się już za życia, bo niektórzy noszą rany głębsze niż moje. Dziwne to wszystko, ja też, dlatego pomalują sobie włosy. Pora wrócić do korzeni. Niby mój naturalny kolor to rudawy blond, kiedyś wołano za mną złotowłosa, kiedyś, gdy byłam jeszcze dzieckiem, a teraz mogę być co najwyżej rudą wredną małpą nie słodkim rudzielcem. Szkoda tego lata, wiecie, bo to kolejne lato w którym nie pojadę na festiwal Macieja Musiałowskiego do zamku, aby poczuć się jak najprawdziwszy duch straszący w komnatach.