19.04.2016

883. Smutno mi, Boże.


Sięgam pamięcią wstecz i próbuję zrozumieć swoją sytuację z perspektywy czasu, ale nie rozumiem nic, zupełnie nic. Kiedy raz zachorujesz na zatoki, masz z nimi problem całe życie, jeśli nie dbasz o swoje zdrowie. Kiedy raz zachorujesz na zaburzenia odżywania, masz problem z jedzeniem całe życie, bo nawet jeśli jesteś jednostką wyleczoną, to nieostrożność może spowodować nawrót, zupełnie jak przy alkoholizmie. Kiedy raz dopadnie cię depresja, pęknięcie wewnątrz nie sklei się nigdy. Są dolegliwości, które można wyleczyć raz na zawsze; inne odchodzę, ale zostawiają ślad, czasem niebezpieczny, a jednak nie pamiętam tamtych cierpień, nie potrafię odworzyć uczuć, które trawiły moją duszę i nie raz doprowadziły mnie do opłakanego stanu. Boję się, nie przeszłości, która na mnie czyha, lecz przyszłości, na którą mogę nie mieć już siły. Nadal nie dowierzam, że mój pisk w uszach jest prawdopodobnie medycznie nieuleczalny, bo nikt poza mną tego nie słyszy, a przy nieuszkodzonym słuchu, każde próby faszerowania się tabletkami to loteria, w której wygrać bardzo trudno. Przejrzałam niejedno forum i załamuję ręce. Nagle dotknęło mnie coś, co może towarzyszyć mi do końca życia. Okropne dzwonienie w uszach, pisk, szum, wszystko na raz, o których udaje mi się zapominać w ciągu dnia, a które przed snem niszczą mnie doszczętnie. Nie mam tragicznych problemów z zaśnięciem, ani z dobrym snem przynoszącym odpoczynek, ale bywają też noce gorsze i te poranki, kiedy pierwszą rzeczą, jaką odkrywam po otworzeniu oczu jest towarzyszący mi pisk. Nie potrafię pogodzić się z faktem, że moja ukochana cisza odeszła, aż boję się napisać, że na zawsze.  Nie potrafię wyobrazić sobie roku z tym „bólem”, a co dopiero kilku, kilkunastu lat. (Bo jeśli jednak nie umrę młodo?) Nie jestem silna. Można powiedzieć, że wszystkie choroby, które męczyły mnie latami i które męczą, nawet głupia anemia nie chce odejść, powinny mnie taką uczynić, silną, w końcu nadal trwam, ale nawiedza mnie coraz więcej wątpliwości. Jak głupi pech, znalezienie się w nieodpowiednim miejscu i czasie, wielkie, niespodziewane bum uszkadzające w sekundzie słuch, miałoby pozytywnie wpłynąć na moje życie? Przez swoją sytuację, choroby, staję się jeszcze większą egoistką, nawet kiedy się modlę. Jest mi ciężko,  nie będę kłamać, ale przecież wiem, że inni mają gorzej, i to sprawia, że jest mi jeszcze ciężej, bo nie potrafię wygrać ze sobą. Niech ktoś mną potrząśnie. Denerwują mnie niekontrolowane wybuchy płaczu, które nie pojawiały się od bardzo, bardzo dawna. Byłam na dobrej drodze, tak mi się wydawało, ale teraz znowu zboczyłam i błądzę i tracę siły. Potrzebuję cudu. Wierzę cuda. Istnieje mnóstwo udokumentowanych przypadków, które, czy wierzymy czy nie, zaistniały i określane są jako cuda. Sama byłam świadkiem cudów i pamiętam te gorące łzy, które ciekły po moich policzkach na myśl o tym, że ktoś został uwolniony od cierpienia, fizycznego, psychicznego, bez różnicy; bycie od czegoś wolnym to upragniona ulga, to jak oddech pełną piersią. Obiecałam sobie, a może i nie tylko sobie, że już nigdy nie podniosę na siebie ręki i już nigdy nie pomyślę o dobrowolnym skreśleniu siebie z tego świata. Chcę trwać w tym trudnym postanowieniu, chcę innego rozwiązania swojego problemu, choć niekoniecznie bardziej racjonalnego. Dzisiejszy świat uznałby mnie za szaloną, ale postanowiłam, że wymodlę dla siebie cud, nawet jeśli miałabym modlić się o to całe życie. Poproszę o pomoc zastępy Świętych i wszystkich przyjaciół, bo wstyd mi prosić Najwyższego, znowu, znowu dla siebie, choć przecież wkoło jest wiele cierpiących bardziej i bardziej potrzebujących cudu niż ja. Chyba mi smutno. Idę już spać, choć chodzenie spać przestało być przyjemne.

13.04.2016

882.



Jestem zła, nie, jestem wkurzona, chyba mam prawo, tak od święta być złą na cały świat. Czwarty miesiąc i ciągle bez zmian, choroby trzymają się mnie uparcie, nie licząc tej jednej poważnej dolegliwości, która odeszła, mam nadzieję raz na zawsze, nigdy przenigdy nie chciałabym przechodzić przez to od nowa. Anemia trzyma się nadal, niewielka, ale jest, to będzie już trzeci miesiąc z mroczkami przed oczami. Nie jestem specjalnie osłabiona, tylko ten niepoprawny wzrok, uwierzcie, daleko mi do śmierci z braku krwi. Polepszę wyniki dietą, a dokładnie sokiem z pokrzywy, którego nie mam jak wycisnąć, bo w domu ani sokowirówki, ani blendera, ale od czego jest siła rąk, bo pokrzywa jest polecana przy anemii i wolę sprawdzić skuteczność tej teorii na własnej skórze niż przez dwa miesiące przyjmować sztuczny kwas foliowy i witaminy z grupy B. Dieta, ciągle dieta, to też droga inwestycja. Bycie zdrowym słono kosztuje. No tak, tylko muszę jeszcze znaleźć tę pokrzywę. Mieszkam na wsi, a jej nie ma, a jak jest, to nadjedzona przez robactwo. Całe życie pod górkę. Prędzej stracę słuch, bo uparłam się, że nie będę łykać żadnych tabletek, nawet i na słuch. Od listopada zeszłego roku „łykam chemię”. Nie będę eksperymentować z każdymi dostępnymi na rynku lekami na szumy uszne (nawet jeśli lekarz poleca), rozwalając sobie przy tym resztę organizmu, bo wszystkie te tabletki są na inne dolegliwości, a przy okazji leczą też szumy uszne. Ach, ta nieszczęsna petarda rzucona pod me nogi w grudniowy poranek. Nieszczęścia chodzą po ludziach, a przecież jestem nieszczęśliwym człowiekiem, więc wszystko musi się zgadzać. Nie dostałam skierowania do neurologa, po tylu miesiącach nie dostałam, choć miałam, ale nie będę żebrać, jeśli piszczy mi od guza w mózgu, to przykro mi, że zostanę za późno zdiagnozowana. Kolejki do dermatologa przemilczę, aktywację wirusa również, który zaznacza swoją obecność na skórze. Cholerna wiosna. Czy długo zamierzam jeszcze marudzić? Ile jeszcze wpisów poświęcę chorobom ukrytym? Nikt przecież nie powie, że wyglądam niezdrowo. Nie martwcie się, nieistniejący czytelnicy, już niedługo wydam pozostałe oszczędności na, ogólnie ujmując, przygotowania do ślubu przyjaciółki, więc zmienię temat. Będę pisać pieśni pełne boleści o pustym portfelu i braku pracy. Reszta pozostaje milczeniem.

9.04.2016

881.


Witam, dalej jestem chora, choć bardziej „chora”, bo przecież moje choroby nie bolą, istnieją, ale ich nie widać, krążą wewnątrz mnie, ach, dziwne to wszystko. Momentami mam wrażenie, że te niedomagania zdrowotne mają jedną przyczynę, której odkrycie może zająć wiele czasu i zdarzy się tak, że po drodze niechcący umrę. Zdarza się. Daleko mi do dramatyzowania. Lubię oswajać się ze swoim ostatecznym końcem, i tak kiedyś nastąpi. W tym tygodniu pisałam z dziewięcioma osobami, niesamowite, mam aż tylu znajomych, którzy chcą utrzymywać ze mną kontakt. Niektórzy przybyli z przeszłości. E. trafnie stwierdziła, że oznacza to zbliżający się koniec świata. Może tylko mojego prywatnego, pomyślałam.