14.02.2013

717. Elza i inni.

Chora, śpiewająca Tegan Quin w programie Ellen i Taemin na wakacjach w Szwajcarii to moja dzisiejsza zagłada. Za dużo uwodzenia i słodyczy. Moja mała prywatna apokalipsa jest przejmująco cudowna.

Czytam „Wiedeńską Apokalipsę” Ewy Kuryluk, którą kupiłam dwa lata temu, by napisać referat na zajęcia o Gustavie Klimcie. (Swoją drogą, potem przydała mi się do pracy licencjackiej.) Teraz studiuję literaturę niemiecką przełomu XIX i XX wieku; świat tak bardzo podobny do tego, w którym teraz przyszło nam żyć.
___
Z listu Georga Trakla do Frickera: Tęsknię za dniem, w którym dusza nie zgodzi się już mieszkać dłużej w tym nieszczęsnym, zatrutym melancholią ciele, w którym opuści tę pożałowania godną postać z błota i zgnilizny, zbyt wiernie odbicie bezbożnego, przeklętego wieku.
___
Elza ma rację, to oni wszyscy, ci głusi na jej rozpacz, przyczynili się do jej śmierci. Im też, zażywając truciznę (weronal), rzuca pełne dumnej goryczy słowa: Żebyście wiedzieli, jaka śmierć może być smaczna! (Artur Schnitzler, Panna Elza)” – Ewa Kuryluk

12.02.2013

716.

ludzie nie czytają książek do końca, nie zmywają talerzy po obiedzie, nie rozwieszają mokrych ręczników, przed pójściem spać nie składają ubrań, okna myją raz do roku, odkurzają raz w miesiącu, oglądają zagraniczne filmy z polskimi napisami i wierzą, że nauczą się obcych języków, śpią do 11:00 a.m., potrafią nie wychodzić przez dwa dni pod rząd z domu, wierzą we wszystkie depresje i reklamy, nie są w stanie wymienić prostopadłych i równoległych ulic do ich ulicy, nie potrafią ani znaleźć pracy, ani jej rzucić, w głowie mają wytatuowane ,,nie wiem” i nic z tym nie robią.
i ci ludzie chcą być szczęśliwi… ja pierdolę.
— autor nieznany, podpisane było jako: ale mnie dziś boli świat

Jest mi nieswojo. Powinnam się czymś przejmować, albo tonąć od nadmiaru myśli, a tu nic. Muszę przyznać, że jestem dumna ze swoich postępów w (nie)istnieniu, a dumna jestem mało kiedy, także proszę cieszyć się razem ze mną.
Poniedziałkowy wieczór był w porządku. Jestem ogniwem wszystkiego. Mam władzę. Jeśli milczę nic się nie dzieje. „A ty tylko słuchasz i pewnie wszystko sobie tam analizujesz.” Wcale tak nie było. Było miło, serio. „A my sobie jeszcze pogadamy, jutro.” Za niecałą godzinę północ. Wiedziałam, że tak będzie. Mam wrażenie, że albo ludzie boją się mnie, albo tego, co mogą ode mnie usłyszeć. I jeśli do was pierwsza nie „przychodzę”, to nic się nie dzieje. Nie to nie, dzieciaczki.

9.02.2013

715. Gdzie jest to co było?

Gdy do mojego brata wieczorem przychodzą koledzy, boję się wyjść ze swojego pokoju do łazienki. Nieogarnięta i w piżamie, jak zwykle za wcześnie kończę dzień.

Jaśminowa herbata.
Papieros nocą.
Gdzie jest to, co było?
Nie chcecie wrócić do mojej głowy,
to nie.

Jestem pusta. Dobrze mi z tym.
Właśnie, bo mam się dobrze. Jem dużo słodyczy, aby za długo nie cieszyć się z tego, że znowu straciłam na wadze. I czytam, dużo, niekoniecznie książek. Wena wszędzie, tylko nie u mnie, ale wkrótce nie będzie mi już potrzebna. Od trzech dni bezproblemowo. Mam ferie, więc się bawię, sama ze sobą. Nawet byłam poza domem. Na zakupach i kupiłam prezent (w końcu!). Potem siedziałam pół godziny na przystanku i wpatrywałam się w przejeżdżające samochody, dopóki nie przyjechał autobus…

7.02.2013

714. ...i jedenście dni ferii.

I poczuł, że ogarnia go smutek, zasrany żal nad sobą, uczucie, jakie mogą wywołać wspomnienia, te niechciane obrazy, które wypełzają nie wiadomo skąd właśnie wtedy, gdy umysł powinien być chłodny i jasny, jak chłodna i jasna jest teraźniejszość. – A. Stasiuk, Dziewięć

Znowu czytam Andrzeja Stasiuka, więc muszę cytować. Mam „Dziewięć”, „Przez rzekę” i jedenaście dni ferii. A w poniedziałek mam melanż. Tak właśnie napisali – melanż. Momentalnie stają mi przed oczami wszystkie wakacyjne spotkania i coś we mnie krzyczy: „nie chcę, nie chcę, nie chcę”. Potem przypominam sobie fragment smsa: „ale pamiętaj, ten temat jest jeszcze nie skończony i wrócimy do niego”, a we mnie coś pyta: „po co, po co, po co?!” Wszystko przeminęło, uspokoiło się, więc nie warto sięgać do rzeczy wypalonych. Nie muszą przecież wiedzieć, co działo się wtedy, w mojej głowie, i jak długo szarpałam się ze sobą, próbując nie zadać ostatecznego ciosu wywołanego strachem. (Tylko proszę nie interpretować tego jako zamachu samobójczego, bo tu nie o to chodzi. ;P) To było tak dawno. Nie wracajmy do tego, choć zdaję sobie sprawię, że cholernie ciekawie byłoby słuchać o tym, jak…
Pójdę w poniedziałkowy wieczór, wiedząc, że to nasze ostatnie posiedzenie we cztery, bo wyjazdy za granicę się zdarzają i to właśnie teraz. Pójdę i poproszę ją o nie przypominanie tamtej wymiany smsów, a potem przemilczę wszystko i nastąpi zapomnienie całkowite.
Mam przecież ferie; chcę się bawić i dużo spać. Chcę wypełnić posesyjną pustkę, bo gdy huragan odchodzi, nagle jest nienaturalnie cicho i spokojnie. Czuję się dobrze ze swoim chceniem prostych rzeczy, więc po co dyskutować o sensie istnienia, skoro można pooglądać zabawne programy i porozmawiać o pogodzie? I warto żyć, bo SHINee ma comeback w Korei (w końcu!), Placebo na początku lata wyda nowy album, a Tegan and Sara będzie dużo koncertować. Warto żyć, bo mam jeszcze dużo ciekawych książek do przeczytania i kilka osób do odwiedzenia, choćby po to, aby nakopać im za to, iż swego czasu namieszali mi w głowie; nawet jeśli miałam w tym swój większy współudział. (Pozdrawiam koleżanki z gadu-gadu. :D)

6.02.2013

713.

15/15. Nie czuję się wygrana, nie czuję się przegrana, więc niech będzie remis. Ale to nie ważne; ważne, że to już koniec. Oficjalnie mam za sobą siódmą i najgorszą sesję w życiu; naprawdę nie wiem, jak to się stało, że dni były takie jak były, i że jedyne co teraz czuję to zmęczenie, a poza tym bezkresną pustkę. I te nieodwracalne zamiany w mózgu. Potrzebuję dużo snu i przebaczenia, bo mam zamiar żegnać się więcej niż jeden planowany raz.

1.02.2013

712. "Eldorado"

Człowiek pod wpływem kolejnych zdarzeń, zmienia podejście do życia. Już dwa razy robiłam solidny rachunek sumienia i przewartościowałam swój świat. To co kiedyś było ważne, znikło nagle lub powoli odsunęło się w cień. ( Dziecko z chmur)

Już luty, cieszmy się i radujmy, bo pieprzony styczeń odszedł. Niestety nie w niepamięć. Ale jest luty. Czuję pod skórą, że zdarzy się dużo, zwłaszcza nieprzyjemnych rozmów. Ile osób się na mnie zawiedzie? Ile osób uzna, że moje słowa były nieprawdziwe? Ile osób odczuje mój brak? Fuck it. Zamierzam się dobrze bawić, ale grzecznie. A po słowach: „szczerze powiedziawszy trochę mnie zmartwiłaś, teraz będę się zastanawiać w co znowu wdepnęłaś”, można się tylko śmiać. Przepraszam, nie chcę być niemiła, ale co to znaczy „znowu”? Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek opuszczała moje królestwo syfu. Od tylu lat taplam się w tym brudzie i żyję, więc nie rozumiem, o co chodzi. A może właśnie chodzi o to, żeby ktoś widział to oblepiające wszystko gówno, gdzie rządzi hedonizm i nie ma podziału na dobro i zło, tylko na to, co mi się podoba, a co nie? Może akurat mam ochotę umrzeć na nienawiść do świata? Na coś trzeba.
Pomijające te nadmiernie emocjonalne i popaprane zdania, muszę szczerze wyznać, że osoby martwiące się o mnie są czymś przerażającym, nawet jeśli jest to własna przyjaciółka z sąsiedztwa, z którą znasz się od dziecka. Przerażają, bo martwienie się o mnie to rzecz nienaturalna i nie występująca w przyrodzie. To znaczy występująca, jak mi się niechcący za dużo napisze/powie, a potem robi się afera, że niby planuję samobójstwo. Ta, już zostawiłam list pożegnalny.
Słoneczka wy moje, osoba taka jak ja, która posiada pewne wyznaczniki swej egzystencji, trzyma się ich do końca, nawet jak ledwo ciągnie lub czasem bredzi jak szalona. Fakt, chciałabym już umrzeć, ale naturalnie, a że naturalnie nie nadchodzi, no to sobie żyję czekając aż nadejdzie.
Także nie przesadzajmy. Potrzebuję tylko dużo snu, wypoczynku, zamknięcia pewnych spraw, jednego poważnego pożegnania i końca sesji, która najprawdopodobniej potrwa jeszcze dwa tygodnie, bo brak chęci i skupienia automatycznie odsyła mnie na poprawki. Dzisiaj miało być kolejne rozdanie punktów i pochwalenie się tym, jak pięknie rzeczywistość mi pieprznęła deską po łbie, ale mój indeks z wynikiem otrzymam dopiero w poniedziałek, także do poniedziałku. Chociaż nie wiem. Trzy egzaminy pod rząd to będzie zabawne doświadczenie. Może czekają mnie przymusowe bezsenne noce? Za to później, ja wiem, będzie eldorado.