30.09.2018

1005.

“Moje przyjaźnie są doskonale opracowane. Są kłamstwem tak świetnym, że - jak pisał La Rochefoucauld - grzechem byłoby w nie wątpić.”
Tak zaczyna się “Stan płynny” Grzegorza Musiała. Może nie do końca tak, bo jest jeszcze strona wcześniej, ale dzisiaj znowu zajrzałam do książki i pomyślałam sobie, że tak oto prezentują się moje przyjaźnie, jako wymysł mojej wyobraźni. Nagle stresuje mnie fakt, że wymyśliłam sobie tę moją małą, malusieńką podróż, aby udawać, że mam znajomych, których mogę odwiedzić i że z ludźmi nadal łączy mnie coś więcej niż przeszłość. Nagle ogarniają mnie wątpliwości. Po co właściwie tam jadę? Co mam mówić ludziom? Co będziemy robić? Czy nie czeka mnie tam kolejne rozczarowanie? Nadal pakuję w myślach moją walizkę i stwierdzam, że muszę wziąć drugie buty, a najchętniej wzięłabym wszystkie, jakie posiadam. Wymyśliłam sobie, że to musi być idealny wyjazd i z niepokojem obserwuję moją cerę, która wygląda tragicznie po ostatnim okresie. (Obserwuję, jakbym musiała się tam komukolwiek podobać, nawet ładna cera nie sprawi, że nagle stanę się ładna. W ogóle moja cera jest brzydka, bo wewnętrznie jestem zepsuta, więc jak mam mieć promienną twarz, jeśli moje myśli są ponure.) Martwię się, że wezmę za dużo, albo za mało ubrań, że będzie mi zimno, że pogoda nie dopisze i słońce nie wyjdzie nawet na chwilę, że spóźnię się na pociąg, albo zgubię się po drodze. Pytam siebie, czemu zdecydowałam się pojechać. Czekałam tak długo na tę podróż, tyle lat, a teraz wydaje się niepotrzebna i nawet zastanawiam się, czy nie lepiej było zostawić rzeczy, takimi jakie są - pourywane w przyszłości, ale z mimo wszystko dobrymi wspomnieniami - niż pojechać i wrócić z myślą, że może tym razem to będzie ostatni rozczarowujący raz. Bo mogę być rozczarowana tylko sobą. Może jesienna aura wpływa na to, że czuję się niekomfortowo i chcę zamknąć się w swoim świecie i już do nikogo nie wyciągnąć otwartych ramion na powitanie. Byłam w sobotę u spowiedzi w kościele innym niż przez ostatnie lata. Muszę przyznać, że nie lubię chodzić do spowiedzi nie ze względu na obnażanie swoich słabości, ale ze strachu, że usłyszę pytanie i nie będę potrafiła na nie odpowiedzieć, że nie wytłumaczę, czemu postąpiłam tak, a nie inaczej i że to nie jest takie proste, i każdy mój teraźniejszy upadek sięga dalekiej przeszłości. Boję się tak, jakby spowiedź była gabinetem psychologa, a tak właśnie być nie powinno. Ludzie przede mną spowiadali się tak długo, że mnie to przeraziło i pomyślałam, że nie skorzystam z sakramentu i że w niedzielę udam się do sprawdzonego księdza, gdzie wiem, co mnie czeka, a całą sobotę będę przybita myślą, że stchórzyłam. Poszłam i pierwsze słowa, jakie usłyszałam po wyznaniu grzechów brzmiały “będzie dobrze”. Odeszłam od konfesjonału i uklękłam, a potem zaczęłam płakać tak mocno, że nie wiedziałam jak przestać. Tylko myśl o bólu głowy skutecznie mnie powstrzymała przez rozpłynęłam się w morzu łez. (A głowa i tak bolała mnie całą sobotę.) Nawet teraz, gdy o tym wspominam, chce mi się płać. Czy naprawdę to wierzę? Czy resztki mojego optymizmu są w stanie sprawić, że uwierzę w to, że po mojej podróży czeka mnie coś jeszcze równie ważnego i dobrego? A co jeśli ta podróż to kolejne kłamstwo i nie łączy mnie z ludźmi nic, bo przecież przyjaźń nie istnieje, kiedy nie potrafię żadnej zbudować nie wlewając w nią swoich lęków i egoizmu? Tak bardzo chciałabym nie narzucać się ludziom, ale moje całe istnienie opiera się na skrajnościach, więc albo odcinam się od innych, albo angażuję zbyt mocno do tego stopnia, że ludzie nie są w stanie znieść mojej życzliwej obecności i zamartwiania się o ich dni. Chciałabym jednak jednej rzeczy, aby pewna historia przestała się powtarzać, bo za każdym razem, gdy pukam do twych drzwi, nie masz siły ich otworzyć, a potem, tak szybko i nagle okazuje się, że dom jest pusty, bo wyszedłeś na spotkanie kogoś innego. Jestem tym zmęczona, tak bardzo, że doszłam do wniosku, że po tym całym czasie zacząłeś odczuwać do mnie dziwną niechęć. I jeśli to prawda, chciałabym zrozumieć, czemu tak się stało, bo inaczej oszaleję. Przecież muszę wiedzieć, co sprawia, że ludzie odsuwają mnie od siebie, abym wiedziała, nad czym muszę popracować. Nasza przyjaźń to kłamstwo od początku. Wiedziałam, że to się na mnie kiedyś zemści. Niewypowiedziane słowa zawsze dopadają po czasie.Teraz chciałabym, żebyśmy już nie istnieli. Artur Schnitzler napisał kiedyś “...baliby się mnie, gdyby wiedzieli jak mało dla mnie znaczą”. W zestawieniu ze słowami Grzegorza Musiała o tym, że “moje przyjaźnie są doskonale dopracowane” brzmi to mało ciekawie. Moje dopracowane przyjaźnie to kłamstwo doskonałe, więc  gdyby wiedzieli, że nie znaczą dla mnie nic, przerazili się, że pod tą twarzą dziecka nie ma szczerych ciepłych uczuć.

24.09.2018

1004.

Będzie to wpis z cyklu ból dupy na cały świat, ale znowu mi się nazbierało, a może zwyczajnie wyrastam na zgorzkniałą osobę. Moja cera wcale mnie nie lubi, choć może to nie wina cery samej w sobie, to wina hormonów i nigdy nie przestanę wspominać tych dobrych czasów, kiedy moje hormony zostały uśpione. Nie rozumiem, czemu wszyscy ludzie nie mogą mieć ładnej cery przez całe życie. Nie jest prawdą, że każdy jest wyjątkowy i nie rozumiem, jak ktoś może mówić, że jesteśmy atrakcyjni niezależnie od wszystkiego, a już na pewno przez swoją niepowtarzalną twarz, a Bóg nie popełnia błędów i stworzył nas pięknymi. Przepraszam, ale nie ma nic pięknego w twarzy z niedoskonałościami. Nie chcę nikogo urazić takim stwierdzeniem, odnosi się ono wyłącznie do mojej twarzy, o której istnieniu usilnie staram się zapomnieć. Dawno nie malowałam się podkładem innym niż mineralny, więc może czas zacząć, choć obawa, że to tylko pogorszy sprawę, skutecznie mnie przed tym powstrzymuje. Dwa lata temu przez dwa miesiące regularnie jadłam ostropest plamisty (który ma wpływ na gospodarkę hormonalną), a potem mój okres zniknął, ale nie wiem, czy miało to realne powiązanie, czy może później odkryta anemia. Jednak ostropest odstawiłam, okres wrócił, a anemia nie zniknęła, więc czemu nie spróbować od nowa. Chyba muszę, skoro paczuszka z ostropestem stoi w kuchni. W ogóle to głupie, ale od zeszłego roku straciłem pięć centymetrów w talii, a moja waga nie zmieniła się prawie wcale. Wygląda na to, że jazda rowerem dodała mi mięśni, więc patrzę na swoje grube nogi i chce mi się płakać. W odbiciach luster czy witrynach sklepów nie wyglądają jeszcze tak źle, ale na zdjęciach to tragedia. Łapię się na tym, że ciągle myślę o pakowaniu walizki na wyjazd. Chcę wziąć za dużo rzeczy, więc staram się wybić sobie z głowy wszystkie dodatkowe swetry, czy buty. Buty muszę wziąć jedne - nie mam wyjścia, nie potrzebuję więcej niż jednej pary butów na cztery dni, gdzie sumując ilość godzin spędzonych w podróży będzie równać się prawie jednemu dniu. Najważniejsze to wziąć ciepłe ubrania, więc wezmę same sukienki i spódnice z racji tego, że przez pracę w piwnicy nie miałam okazji do strojenia się. Oczywiście wystarczyłaby jedna sukienka i jedna spódnica, z którą można skomponować różną górę, więc czemu chcę wziąć aż trzy i dwie sukienki, jeśli to tylko cztery dni? Jestem przyzwyczajona, że strój wybieram w zależności od nastroju i pogody, a jak mam przewidzieć te obie rzeczy? Niesamowite, że posiadam tak wspaniały problem jak “co-spakować”. Skutecznie odciąga moje myśli od problemów realnych i spraw trudnych. Moja mała walizka, mój największy problem. Nie wspominałam o tym, ale niedawno moja przyjaciółka urodziła dziecko. Nie wiem, ile trwa okres, w którym jeszcze nie powinno wpadać się w odwiedziny, aby przynosić zarazków ze świata zewnętrznego, ani nie zakłócać i tak trudnych początków świeżo upieczonych rodziców, ale patrząc na ilość samochodów pojawiających się przed domem, mogłabym już wpaść. Jak to w zimne soboty, kiedy nie mogę wsiąść na rower, po pracy przyszło czekać mi ponad godzinę na autobus. Pech chciał, że utknęłam w sklepie, bo zaczęło lać, więc zaczęłam przeglądać ubranka i zabawki dla maluchów, bo pomyślałam, że może jednak odważę się na te trudne odwiedziny. Niestety nie potrafiłam podjąć decyzji. Wiem, że na pewno ma już wszystko, czego młode matki potrzebują, a poza tym w ogóle nie znam się na dzieciach, i czy powinnam kupić coś większego, skoro rosną szybko, czy może nic z ubranek. Wybór okazał się zbyt trudny. Podejmowanie decyzji jest dla mnie stresujące. Nigdy nie pozbędę się przekonania, że wszystko, o czym mogłam zdecydować było wyborem złym. Dziecko jej siostry zobaczyłam dopiero w tym roku, choć urodziło się w zeszłym, a nasze spotkanie było spontanicznie, więc nie byłam przygotowana. Potem widziałyśmy się jeszcze raz, a mi nie przyszło do głowy, aby kupić prezent. Życie nie opiera się na prezentach, wiem, ale za każdym razem myślę jak nisko spadałam w byciu przyjaciółką ogarnia mnie żal, tym większym, że moje chęci nigdy nie mogę znaleźć odzwierciedlenia w rzeczywistości. Jeśli kiedykolwiek wyobrażaliśmy sobie nasze dorosłe życie we trójkę, na pewno nie wyglądało ono w ten sposób. Chciałam być ekscentryczną ciocią, która gdy tylko wpada w odwiedziny robi się miło, głośno i wesoło. Wpadam z torbami pełnymi prezentów, wszystkich całuję i ściskam, a mój uśmiech i ciepły głos sprawiają, że wszyscy za mną tęsknią. Rzeczywistość jest okrutna. Nie potrafię taka być, bo stresuje mnie bycie, więc wolę nie być, udawać, że mnie to nie dotyczy i czasem zapłakać, że zawiodłam innych oraz siebie, że nie potrafię odnaleźć się w dorosłym życiu innych, bo nie przeżyłam jeszcze poprawnie swojego dzieciństwa. Próbuję zmienić to wszystko, ale niezależnie, jak mocno próbuję to nigdy nie wystarcza. Może naprawdę nie próbuję, może ciągle to kłamstwo, może wydaje mi się, że robię cokolwiek w kierunku zmiany na lepsze, a tymczasem nawet nie potrafię zebrać się w sobie i odwiedzić kogoś, kto zawdzięczam wiele w życiu. Mam wrażenie, że im starsza jestem, tym bardziej mój umysł jest oderwany od rzeczywistości, jakbym nie potrafiła żyć tu i teraz, jakbym żyła tylko przeszłością, która boli, bo odeszła i obawami, które niesie przyszłość. Ludzie boją się śmierci, a dla mnie to obraz ukojenia i przejście do świata bez tęsknot. Nie jestem chrześcijanką zbyt dobrze rozeznaną w swojej wierze pod względem teologicznym. Powinnam znać więcej faktów i teorii, więc ostatnio dowiedziałam się, że według Kościoła po śmierci nie jesteśmy już mężem/żoną, jeśli za życia zdecydowaliśmy się na to drogę. Nigdy o tym nie wiedziałam, ale to brzmi tak, jakby naprawdę po śmierci nie liczyło się już nic co ziemskie. Ciekawe, że przykładem zawsze jest nie gromadzenie skarbów, których nie weźmie się ze sobą po śmierci, tymczasem umierasz i nie jesteś już mężem czy żoną. Tutaj zostaje współmałżonek i nadal myśli o osobie zmarłej jaki kimś, kto zawsze będzie jej/jego, a tymczasem gdzieś w innej czasoprzestrzeni dusza jest wolna. Czy nie wynika tak z tego założenia, że po śmierci co zawiązane na Ziemi, w Niebie już nie ma racji bytu, bo tam rządzą się inne prawa. Teraz napiszę może najgłupszą rzecz, jaką tylko mogę, ale może chociaż po śmierci nam się uda, moja dłoń w twojej dłoni. (I zgadnijcie ile osób przeleciało mi teraz przez myśl. Jestem niepoprawna.) Prawda jest jedna taka, że jeśli Niebo istnieje i ostatecznie liczy się tylko Bóg, który rozjaśnia każdy mrok, moje serce nie będzie szukać już nikogo więcej. Boże, więc mogę już umrzeć, jeśli moje życie jest bezużyteczne i egoistyczne? Albo niech stanie się coś innego, bo jak widać umieranie mojego ojca nie wystarcza, aby moje sflaczałe serce wypełniło się miłością.

21.09.2018

1003.

Jestem osobą oczekującą, więc czas płynie dla mnie za wolno. Staram się nie cieszyć, choć czasem łapię na tym, że wypełnia mnie tak ogromna i obrzydliwa radość, że zaraz wybuchnę. Oczekiwanie na coś dobrego gasi wszystkie inne myśli. Od dwóch tygodni jestem zanurzona w sennym oczekiwaniu. Powinnam żyć, a tymczasem nie mogę. Nie interesuje mnie już nic poza wyjazdem, jakby to miała być moja ostatnia podróż na Ziemi. I tu przypominają mi słowa Georga Trakla skierowane w jednym z listów do jego przyjaciel Buschbecka “ Kochany, świat jest okrągły. W sobotę spadam do Wenecji. A potem dalej - aż do gwiazd.” Czekam, ale nie mam żadnych oczekiwań. Tak jest prościej. Jestem poddenerwowana na myśl o tym, że mogę wsiąść do złego pociągu, bo perony na rozkładach w tym kraju nie muszą się zgadzać z miejscem rzeczywistego odjazdu i choć na palcach u dwóch rąk mogę policzyć ilość moich podróży pociągiem, zawsze udało mi się wsiąść we właściwy. Ostatnio kładłam się spać z myślą, że przyszłość nie ma znaczenia. Nie ważne, czy wydałam 10 złotych więcej na bilet, czy nie, i że nie warto oszczędzać z myślą, że zaraz zapiszczy bieda. Nie warto przejmować się czymś, co może nigdy nie nadejść. Mimo to zawsze bywam trochę rozczarowana, gdy nadchodzi wszystko to, co miało mnie ominąć. Czasem mam wrażenie, że nie przeżyję kolejnej podobnej sytuacji, a potem okazuje się, że mogę przeżyć wszystko, nawet te żałosne telefoniczne rozmowy między moimi rodzicami. Każde z nich myśli, że wie lepiej, a we mnie coś pęka, bo jak można być pewnym czegokolwiek. Dzisiaj był ostatni tak ciepły dzień w tym roku, wiem to. Kiedyś w tak ciepłe dni miałam okazję widywać ukochane twarze, teraz wygląda na to, że już nigdy nie będziemy spotykać się latem, skoro to już kolejny rok, jakby duszne powietrze dodatkowo obciążało nasze serca i nikt nie był w stanie mówić. Lepiej popatrzeć na siebie w internecie. Tak jest prościej. Teraz każda jesień będzie nasza. Moja ukochana jesień, w ciepłych swetrach, czarnych grubych rajstopach i kolorowych akcentach w postaci chust, czy makijażu. Lato odchodzi, więc moja cera się uspokaja (a może to efekt suplementacji siarką organiczną?), co jest chyba rekompensatą za wypadające włosy. Nie jest mi żal lata, bo nie miało większego znaczenia, a może się mylę, może to lato miało znaczenie tak ogromne, że nawet nie chcesz wiedzieć jak wielkie.

16.09.2018

1002.

Żeby zrozumieć to, co dzieje się teraz, musimy wróć na początek tego roku, który zaczęłam jak chyba każdy nowy rok w swoim życiu - z ciężkim sercem. Właściwie nie wiem, czemu kolejne lata układają się tak, że każda zima jest dla mnie wyjątkowo trudna i to nie z powodu warunków atmosferycznych, ale sytuacji życiowej. Gdyby ktoś powiedział mi, że ten rok przyniesie tak wiele zmian, nie potrafiłabym uwierzyć. Nie uwierzyłabym, że dożyję dnia, w który ponownie spotkam A. Piszę o tym z drżącym sercem muszę czekać jeszcze trochę ponad trzy tygodnie, a przecież chciałabym już wsiąść w pociąg. Wyciągnęłam zakurzoną walizkę z piwnicy i już chciałabym spakować do niej rzeczy, żeby czekały nienaruszone na ten ważny dzień. Siedem lat to bardzo długo. Móc zobaczyć kogoś znowu po siedmiu latach, gdy wcześniej widziało się jeden jedyny raz w życiu, to wielka radość, ale i wiele obaw. Przez ten czas zdążyłam się zestarzeć, a jednak mam wrażenie, że nie zmieniłam się wcale i że znowu staniemy niepewnie naprzeciw siebie na wrocławskim rynku, jak te siedem lat wstecz. Wymieniliśmy ze sobą mnóstwo papierowych listów, a jednak z czasem i one stały się trudne do tworzenia. Nie wiem, doroślejsze życie nie było dla nas miłe, więc nasz kontakt ograniczył się do krótkich maili, aby urwać się jak wszystkie cenne znajomości. Mimo to zawsze próbowałam do Ciebie dotrzeć, nieśmiało pisząc wiadomości raz na rok, a może nawet i nie. Pozwoliłam Ci się oddalić, bo sama nie potrafiłam tego znieść, ani swojego życia, ani tego, że nie mogę zrobić dla Ciebie wiele. Wkurzały mnie dzielące nas kilometry i walące się na nam głowę życia. Wkurzało mnie, że chciałam być Twoją zwykłą znajomą, a w pewnym momencie traktowałam jak kogoś, komu muszę pomóc za wszelką ceną. Musiałam być okropnie męcząca w tamtym czasie, prawda? Może dlatego w pewnym momencie zniknęłam przerywając tę chorą z mojej strony więź. Wylewałam mnóstwo łez drżąc o Twoje i czułam się winna, że nie ma mnie przy Tobie. Nie chciałam być jak Ci, którzy odeszli z Twojego życia, chciałam być w nim zawsze, a jednak na pewnym etapie nie potrafiłam. Kiedy myślę o tamtych dniach czuję się dziwnie. Nie wiem, co działo się u Ciebie przez ostatnie lata, a nawet jeśli wiem, bo pytałam, nie znam Twoich uczuć, nie wiem kim jesteś, jakie masz zmartwienia i co daje Ci niewyobrażalną radość. Nie śmiem pytać o Twoich rodziców czy chłopaka. Mam wrażenie, że nie powinnam pytać o nic, a jednak chciałabym z Tobą usiąść i na spokojnie usłyszeć, co robiłaś od momentu, w którym każda z nas odeszła w swoją stronę świata. Ucieszyłam się, gdy pozytywnie przyjęłaś moją propozycję spotkania. Nawet wysłałaś mi kalendarz ze swoim rozkładem zajęć, aby wybrała dogodny dla nas termin. Napisałaś, że się boisz, bo nie widziałyśmy się bardzo dawno, a mi na sercu zrobiło się lżej, bo to oznacza, że mamy podobne obawy i jeśli rzeczywiście tak jest, postaram się, abyś czuła się dobrze w moim towarzystwie. Przezwyciężać swoje małe fobie i będę uśmiechać się specjalnie dla Ciebie, bo to wszystko co mogę zrobić w tej sytuacji. Tymczasem obawiam się, że naprawdę nie wydobędę z siebie wiele słów i nie opowiem Ci o tym, o czym opowiadałam Ci przez te wszystkie lata przed snem. Inni mówili mi, że nie mogę się tak przejmować, a ja nie potrafiłam przestać płakać myśląc, że może nie uda mi się zobaczyć już Ciebie nigdy. W pewnym momencie przestałam i płakać i czekać i z tego powodu dopadało mnie poczucie winy. Chciałabym opowiedzieć Ci o tym wszystkim, gdy będę miała okazję, ale boję się, że jej nie wykorzystam. Trzy nerwowe tygodnie oczekiwania będą ciągnąć się niemiłosiernie, a potem czas przyspieszy i ledwo zdążę uścisnąć Cię na powitanie, by chwilę później machać na pożegnanie. Czekałam na to spotkanie tak długo, że tak naprawdę oprócz zwykłej radości, która ogarnia mnie w nieoczekiwanych momentach - w sobotę pakowałam przesyłki i nagle zatrzymałam się na chwilę z myślą, że czekają mnie dwa cudowne spotkania i prawie zaczęłam płakać - odczuwam też pustkę, bo to zbyt mało, jak na całe życie. I potem znowu nastanie obawa, że nie czeka mnie już wiele i po co to wszystko, gonienie za marzeniami, które zostaną tylko ciężkim wspomnieniem, bo nie wydarzy się nic równie dobrego. A jeśli później będę na coś czekać, to będzie to oczekiwanie trudne. Mimo to obecne oczekiwanie i rozmyślanie o wyjeździe, oprócz stresu przed nieznanym, daje mi dużo radości i skutecznie odciąga myśli od innych rzeczy.

8.09.2018

1001.

Dawno nie spałam tak źle, jak w tym tygodniu. Nie potrafię przespać całej nocy. Wybudza mnie nawet dźwięk brzęczącego nad uchem komara. Jednego, który denerwował mnie trzy noce z rzędu, pokonałam dopiero dzisiaj o czwartej nad ranem. Przeglądając się później w lustrze z niedowierzaniem, że wyłączyłam budzik w półśnie i wstałam pół godziny przed wyjściem do pracy, zobaczyłam rozmazaną krew na lewym policzku. Prawie jak barwy bojowe. Nie zjadłam śniadania. Wsiadłam na rower, jak przez ostatnie dwa dni i ruszyłam ku kolejnemu dziwnemu dniu w pracy. Nie wiem, czy to z oszczędności, czy z chęci wykorzystania jeszcze nie aż tak chłodnych poranków na wysiłek fizyczny, ale patrzę na rower łaskawszym okiem, choć myślałam, że mi zbrzydło to jeżdżenie w tę i z powrotem. A może wierzę w magiczną moc sportu, który chroni moje ostatnie racjonalne komórki przed zniszczeniem i ciągle się uśmiecham, bo wraz z każdym obrotem pedałów produkcja endorfin rusza pełną parą, choć realnie śmiać mi się chce coraz mniej. Za to z przejęciem planuję wycieczkę do Wrocławia i znowu rozsądek mówi mi, abym wybrała jak najtańsze opcje i nie jechała na długo, bo potem przyjdzie przygnębiająca zima w domu i tylko pieniądze dadzą mi odrobinę złudnego przekonania, że jeszcze coś mam. Ponownie śniło mi się, że przejeżdżam przez piękne miasto, które nie było moją docelową podróżą, i żałowałam, że nie mogę się zatrzymać, aby zobaczyć te wszystkie zabytkowe budowle z bliska. To dziwne, że po raz kolejny we śnie wróciłam do tego samego miejsca, które w rzeczywistości nawet nie istnieje. Jego obraz jest tak ostry w mej pamięci, że to aż dziwne.  Gdybym wierzyła w poprzednie wcielenia, może uwierzyłabym, że kiedyś tam był mój dom. Nie chcę stwierdzić, że spałam źle cały tydzień, bo dręczy mnie pewna sytuacja, ale obawiam się, że może to być realna przyczyna. Jestem za stara na takie dręczenie, więc nie wiem, czemu pozwalałam sobie na codziennie małe irracjonalne załamanie, które wyciska kilka łez z oczu. Nigdy nie chciałam, aby którakolwiek relacja przemieniła się w grę, ale mam wrażenie, że jestem w przeciwnej grze, której nie potrafię przejść. Pewnie mi przykro, bo uważam (być może niesłusznie), że nie zrobiłam nic, aby zasłużyć na milczenie. Rozsądnie jest myśleć, że problem nie leży po mojej stronie, a jednak jestem problematyczną znajomą. Mówią, że lepiej żałować czegoś, co się zrobiło, niż żałować czegoś, czego się nie zrobiło. Powiem krótko i brzydko “gówno prawda:” Jestem przeciwnikiem takiego postrzegania spraw, tym bardziej, że mój każdy ruch jest pomyłką i nie, wcale nie użalam się nad sobą, stwierdzam fakty, w końcu sama wkopałam się w zaistniałą sytuację, więcej, to ja jestem jej stworzycielem. Czy nie mogłabym chociaż raz zamknąć się wirtualnie tak jak zamykam się w realnym świecie? Milczenie jest złotem, rozumiem, że jest. Gdy decydujesz się na ruch, tworzysz nową rzeczywistość, nad którą później możesz już nie mieć kontroli, ale i tak ponosisz konsekwencje, natomiast wszystko, co nie stworzone zostaje tylko w naszej wyobraźni, a ta należy do nas, więc nie ingeruje w życie innych. Żałuję, owszem, trzeba było się zamknąć, ale nic straconego, prawda. Moje dobre intencje na końcu wyglądają żałośnie. Nie zamierzam jednak dręczyć się zbyt długo, bo tak naprawdę moje podejście ma wpływ na wszystko, i tylko ode mnie zależy, na ile pozwolę sytuacjom i ludziom ingerować we własną duszę. Trzeba być twardym, więc będę jak góra lodowa, która zatopiła Titanica. Tak właśnie się stanie. Wiecie, pamiętam jak w styczniu życie wydało się mdłe i nie do zniesienie, a dzisiaj pomyślałam, że to niesamowite jak wiele się zmieniło. W sierpniu wrzuciłam w instagramowe relacje cytat o tym, że wyczuwam wiszące w powietrzu zmiany i oto są, choć jeszcze nie potrafię się w nich odnaleźć.

5.09.2018

1000.

Czy tylko mnie nie opuszcza wrażenie, że ten rok obfituje w niespodzianki, niekoniecznie pozytywne? Piszę tutaj tak dużo, że można oszaleć. Zawsze o pisaniu myślałam jak o formie terapii, ale już nawet i to nie pomaga. Nie wiem, co zrobić praktycznie ze wszystkim, czyli po prostu z życiem, a wiem, że nie mogę uciekać w nie myślenie poprzez odcinanie się od rzeczywistości, bo prędzej, czy później rzeczywistość zawsze zmusza do powrotu. Z drugiej strony mam wrażenie, że jak tak dalej pójdzie, a z tego myślenia nie wyniknie konkretne rozwiązanie, coś we mnie pęknie. Staram się trzymać, a to brzmi jakbym ledwo trzymała się czegokolwiek, ale to nie prawda, funkcjonuję tak od lat, jakby z przyłożonym pistoletem do głowy i wcale się nie boję tego, że wystrzeli, bo się, że nie wystrzeli. Od diagnozy sytuacja staje się napięta. Rodzina wariuje. Moja babcia od strony mamy, czyli teściowa mojego ojca, chce ciągać go po kościołach i nabożeństwach, jakby Bóg nie słuchał modlitwy w zaciszach domów. Jeszcze chwila i okaże się, że moja rodzina wymyśli lekarstwo na raka. Tymczasem moja mama, aby przekonać moje brata, który nigdy nie jest w stanie zawieść kogokolwiek gdziekolwiek, próbowała przekonać go tym, że ojciec zaraz umrze i to on, jako najstarszy syn w tej rodzinie będzie załatwiał sprawy związane z pogrzebem. Muszę przyznać, że to dość poważna groźba, ponieważ nikt w tym domu nie lubi załatwiać spraw urzędowych. Nie wiem, czemu wsysa to z nas energię, choć akurat czerpię przyjemność (to nie znaczy, że też lubię to robić) z załatwiania spraw według określonego schematu bez potrzeby wchodzenia na prywatny grunt. Włącza mi się wtedy dziwny filmowy nastrój. Nagle żyję jak inni, a jednak uczestniczę w czymś wyjątkowy. Mam wrażenie, że tym razem nie odegram tego pogrzebu. W ogóle okazało się, że lekarze prześwietlili mojego ojca tylko od szyi w górę; teraz planują prześwietlenie klatki piersiowej, co za zabawa, jakby nie mogli od razu prześwietlić go od góry do dołu, nie wiem, może u nas tak starają się ukryć brak miejsca w szpitalach i liczą, że po drodze ktoś umrze i będzie już za późno na leczenie i miejsca nie będzie musiało się znaleźć. A co robi mój ojciec? Tryska energią, od kiedy dostał silne leki przeciwbólowe i zachowuje się tak, jakby umieranie było frajdą. Zazdroszczę mu, nawet nie wiecie jak bardzo. Za każdym razem, gdy go tu widzę, coś we mnie drży ze złości. Chciałabym przypisać własnemu ojcu wszystkie swoje nieszczęścia, jakby jego winą było to, że jestem jaka jestem i nie potrafię porozumieć się z ważnymi dla mnie ludzi. Myślę, że często chcemy zwalić na kogoś winę, bo tak byłoby łatwiej, ale powiem wam coś, wina zawsze leży po naszej stronie i nie można całe życie usprawiedliwiać się nieszczęściami, które nam się przydarzyły. Więc to moja wina, a właściwie mojej wolnej woli, która tak jakby została zmanipulowana przez jeszcze nie wiem co, ale najprawdopodobniej przez wahania czegoś tam w mózgu i z tego wyszła niestabilność emocjonalna i tyle głupich słów, że chciałabym to odkręcić, ale nie mam pojęcie jak i męczę się strasznie. Jestem tak okropnie śpiąca, siedzę tu niewygodnie, chciałabym umyć już zęby, a nie potrafię oderwać się od krzesła i wstać, bo nikt jeszcze nie śpi, więc jak mam spać, to takie męczące, dochodzi dwudziesta trzecia, a moja matka odkurza, można zgłupieć. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wierzę, iż tak wygląda mój tysięczny wpis, choć licząc te notki, które kiedyś skasowałam, chcący lub niechcący, to pewnie już tysiąc pięćsetny wpis. I żeby to świadczyło jeszcze o tym, że mam coś wartościowego do przekazania ludzkości, ale nie, nie mam.

4.09.2018

999.

Próbuję wymusić na sobie proces, który pozwoli mi przeanalizować i zrozumieć, co się wydarzyło, ale dla mnie nie wydarzyło się nic. Moje wszystkie zbyt szczere wiadomości przepadają w przeszłości i nigdy nie wracają. Adresaci czytają i zapominają, a mi tak dziwnie, że ważne słowa nie znaczą nic, więc przechodzę od dnia do dnia z dziwną pustką, bo pozbyłam się słów, a nie dostałam informacji zwrotnej. Rok temu napisałam długą wiadomość siedząc pod kościołem całą noc. Nigdy nie dostałam odpowiedzi, może była nieważna, a może nie nikt nie domyślił się, że takowej oczekuję, może nie wyraziłam tego zbyt jasno, ale każdy ma wybór, więc nie mogę mieć pretensji, że ktoś zapomniał. Po czasie nawet i ja zapomniałam, bo tak było najprościej. Może nawet z ulgą przyjęłam, że nie będę musiała tłumaczyć się z tych dziwnych słów. Wiadomość odeszła w niepamięć, aż do momentu, w którym napisałam kolejną z cyklu żałosnych. Nie wiem, czemu to robię. Raz na jakiś czas coś we mnie pęka i uświadamiam sobie, że mam w sobie potrzebę mówienia do ludzi, a że tu nie ma ludzi, piszę, wyrzucając z siebie te wszystkie myśli, które nigdy nie przybierają kształtu prawidłowego. Zawsze zostaję z poczuciem, że przekazałam wszystko nie tak, jak chciałam i okazuje się, że wolałabym jednak rozmowę. Chciałabym zadawać pytania, chciałabym dostać potwierdzenie lub zaprzeczenie swoich słów, bo mam wrażenie, że mówię w pustkę i pustka zostaje w moim sercu. Nie rozumiem, czemu życie nie stwarza mi okoliczności do rozmawiania z innym w cztery oczy. A jednak czuję się podejrzanie spokojna. Może zrozumiałam, że oto nastał moment, w którym straciłam wszystko obnażając się do bólu. Nigdy nie ukrywałam, że mam problemy i zawsze bałam się, że gdy nie będę sobie z czymś (albo z sobą) radzić, to moje wybory będą uderzać w innych. Nie chciałam nigdy atakować swoimi przemyśleniami, a całe życie to robię. Mówię sobie, że obecnie nie mogłam postąpić inaczej, musiałam zrobić coś, cokolwiek, co wyrwie mnie z ciągu rozmyślań, tymczasem znaki zapytania się pomnożyły, ale nie chcę już rozmyślać. Jedyne co mogę zrobić dla nas, to odsuną się w cień, wiedząc, że skoro podjęłam złą decyzję, teraz podejmę najlepszą. Czuję się trochę winna, ale nie mogę dać przygnieść się poczuciu winy. Nie mogę zacząć zatapiać się w te myśli sięgające aż do odległej przeszłości i stwierdzić w złości, że nigdy nie powinnam wyciągnąć do ciebie ręki na powitanie. To wygląda trochę tak, jakbym miała obsesję na czyimś punkcie, ale tak nie jest, przyrzekam, że nie, a jednak nieustannie boję się, że ktoś powie, że jestem wariatką i usłyszę szyderczy śmiech i coś we mnie runie i przytaknę w geście zgody, bo jestem wariatką. Ale nie jestem. Jestem kimś, kto nie może odnaleźć się w tym dziwnym świecie, a tacy ludzie muszą być sami, bo inaczej, jak widać, burzą codzienność pozostałych, którym też nie jest najłatwiej. Ale, czy ktoś ma tutaj łatwo? Od teraz to nie ode mnie zależy, jak potoczy się tak historia. Nie mogę wszystkiego kontrolować, ani oczekiwać, że sprawy będą układać się po mojej myśli. (Akurat rzadko kiedy się tak układają, więc nie mam takich oczekiwań.) Zrobiłam tyle, ile mogłam zrobić dla siebie. Usłyszałam od kogoś, abym zrobiła to, co pozwoli mi spokojniej spać. Nie wiem, czy sypiam lepiej, chyba jeszcze nie, ale za to dni wydają się odrobinę lżejsze. Ciężko będzie mi zaakceptować sytuację, która powstała, jeśli nie ulegnie zmianie, ale zrobię to, zaakceptuję wszystko, bo takie są silne kobiety, więc będę nią mimo wszystko, nawet jeśli dla innych wyglądać to ma zupełnie inaczej.