31.03.2018

970.

W drukarce zaciął się papier, nawet nie pamiętam, czy to ja zleciłam drukowanie, prawdopodobnie tak, a papier zaciął się tak mocno, że bardzo trudno było go wyciągnąć. Ostatecznie się udało, ale myślałam, że zanim D. to zrobi, rzuci tą drukarką we mnie. Nie mam wpływu na działanie drukarki, ale może gdybym przyjrzała się wcześniej kartkom papieru i wpadła na pomysł, żeby równo i elegancko ułożyć je na stosie. Nie wiem, czemu czasem w drukarkach zacina się papier, w poprzedniej pracy też tak było, ale nikt się nie denerwował. Nie wiem, czemu niektórzy ludzie są bardziej nerwowi od innych, nie wiem, może ma to coś wspólnego z typami osobowości, wiecie, cholerycy, melancholicy i cała reszta; każdy reaguje inaczej w podobnych sytuacjach. Gdy D. zmagał się z papierem tuż obok mnie, bo przecież oba biurka dzieli mniej niż pół metra, wokoło panowała cisza. Oczywiście on hałasował, bo zaciętego papieru nie da się wyciągnąć po cichu, ale dało się wyczuć jego niezadowolenie, nawet gdy nic nie mówił. On tracił cierpliwość, a ja czułam jak narasta we mnie poziom stresu. To naprawdę głupie, ale chyba bałam się tego, że jego złość obróci się przeciwko mnie i tylko czekałam jak gniewnie powie coś, czego nie chciałabym usłyszeć, a potem dotarło do mnie, że wcale nie ponosi mnie wyobraźnia, mi prostu zaczęły przypominać się te wszystkie sytuacje, gdy niewinne sprzeczki przeradzały się piekło. Moje ciało automatycznie reaguje napięciem i trzęsącymi dłońmi na krzyk innych. Tutaj nikt nie był na mnie zły, nikt nawet nie krzyknął, więc tym bardziej niewygodne jest dla mnie, że poza moją kontrolą coś takiego miało miejsce - zaczęłam odczuwać strach. Nie wiem, może jestem tylko zestresowana i muszę odpocząć i właściwie jakoś to będzie. Wiem, że tamte dni były dla mnie trudne, te z krzykiem i łzami i błaganiem na kolanach, że już dość i przecież to nie ma sensu, że tak nie można, a jednak to ciągle we mnie jest, choć myślałam, że nie, że właściwie bez różnicy, że to nie dotyczyło bezpośrednio mnie, to nie mnie chciano “zabić” w imię kłamliwych wartości, a jednak dotyczy też mnie, bo działo się pod tym dachem. Wyszłam z pracy i rozpłakałam się, znowu. Znowu płaczę często, a dzieje się to poza moją kontrolą. Nie wiem, jak tłumaczyć innym, że to co dla nich zwykłe, żartobliwe i niegroźne, we mnie otwiera te wszystkie z wielkim trudem pozamykane szuflady. Jak mam wytłumaczyć komuś, że nie lubię być w centrum uwagi i ciągle słyszeć, że mam wypisaną taką lub taką emocję na twarzy, jeśli to nie prawda, bo moje uczucia są inne. Czy naprawdę dorośli ludzie nie powinni być dla siebie zwyczajnie mili, a nie brnąć w uszczypliwe żarty? Czy tylko ja myślę, że wszyscy chodzimy poranieni i lepiej milczeć niż ryzykować zranieniem kogoś swoimi "zabawnymi" uwagami? Naprawdę chciałam chodzić do pracy, aby pracować i od czasu do czasu porozmawiać o pogodzie i filmach i o tym, że życie może nie jest takie okropne, jakie przez większość się wydaje. Tymczasem mam wrażenie, że chodzę do pracy, aby toczyć walkę, pewnie sama ze sobą, bo przecież i tak ostatecznie to moja wina, bo gdybym była inna to reagowałabym inaczej i może nie byłoby mi ciężko, gdy wszystko muszę przyjmować jako żart, podczas gdy mi nie jest mi do śmiechu. Niezależnie od tego, jak ogromne pokłady dystansu posiadam i jak bardzo walczyłam, aby nabrać go do siebie, nie wymarzę swojej przeszłości, która nadal łączy się z teraźniejszością. Pewne rzeczy nie biorą się z powietrza, człowiek nasiąka nimi przez lata i tak szybko ich nie wyciśnie. Całe życie mi przykro, że nie jestem tym, kim ludzie oczekują, abym była po ich pierwszym (mylnym) wrażeniu o mnie, a gdy poznają już prawdę, prawda staje się dla nich niewygodna. Naprawdę się staram, aby nie krzywdzić ludzi mimo tego wszystkiego, co noszę w sobie, ale jestem tylko zepsutą dziewuchą, która nie pisze tego w akcie samooskarżenia, aby potem uzyskać przebaczenia, ja naprawdę tak myślę. Czy to nie zadziwiające? Mogłabym przecież pomyśleć, że nie jestem taka najgorsza, że są gorsi i że robię co mogę, ale nie, porównywanie się z innymi to głupota, więc nie ma gorszych, jestem tylko ja przeciwko sobie. Wychodzę więc z pracy z ulgą i wypłakuję stres i jest mi głupio, że znowu robi się ze mnie taka beksa. A potem przypomina mi się ojciec, że umiera (jak każdy z nas codziennie po trochu) i że tabletki przeciwbólowe nie pomagają, a on nadal przyjeżdża z tym swoim uśmiechem i kłamliwą radością życia, jakby nigdy nic się nie stało i jakby teraz też nie działo się nic nadzwyczajnego, a dla mnie to za wiele, bo on też ma wobec mnie oczekiwania, czuję to i aż mnie skręca na jego widok, bo jeśli raz zniknął z naszego życia to, mógł nie wracać nigdy, więc czemu wraca,.czemu? Powroty są niemożliwe. Ja musiałam nauczyć się żyć bez niego raz - i co - zaraz będę musiała nauczyć się żyć bez niego po raz drugi, ale to wszystko co stanie się w międzyczasie będzie tylko moim poczuciem winy, bo przecież powinnam być kochającą córką, która wybacza wszystko, ale może prawda jest właśnie taka jak mówią, że tylko Bóg wybacza i że moje serce nie jest zdolne do tak wzniosłych i pięknych uczuć jak miłość. Jakby tego wszystkiego było mało, ojciec zabronił wspominać komukolwiek z rodziny o jego stanie zdrowie, pewnie dlatego, że ma ósemkę rodzeństwa i wszyscy zaciągnęli go do lekarza, choć to i tak niemożliwe, bo żaden lekarz nie przyjmuje pacjentów na siłę, więc bardziej prawdopodobne jest to, że mój ojciec chce mieć po prostu święty spokój. Gdyby tylko ktoś dotarł do tego bloga. Nigdy nie opuszcza mnie wrażenie, że dzielę się tutaj rzeczami, które powinny pozostać na zawsze milczeniem i gdyby przyszło mi mówić o nich głośno, nie byłabym w stanie wydobyć z siebie głosu, a nawet jeśli, to słuchacze znienawidziliby mnie w sekundę, zwłaszcza ci, o których tutaj wspominam, choć moją intencją nigdy nie jest urażenie kogokolwiek.

25.03.2018

969. olać to

Minął już miesiąc odkąd zaczęłam pracę. Wydarzyło się tak wiele, ale naprawdę nie wydarzyło się nic. Monotonia dnia codziennego, to wszystko. Wychodzę z pracy pełna energii i pomysłów na wieczór, ale gdy dobijam do domu i zmywam makijaż, opuszczają mnie siły, więc tylko przewijam konta na mediach społecznościowych słuchając muzyki, a w tagach wylewam wszystkie żale dnia mijającego i ubolewam nad najgłupszymi rzeczami, jakie tylko mogą przyjść mi do głowy, czyli czemu x lub y to nie moim przyjaciele, przecież powinnam urodzić się tam i być kimś innym; właściwie uszczęśliwiłaby mnie sekunda w ich obecności, ale nie mogę mieć nawet tej sekundy, więc oglądam nagrania i zbiera mi się na płacz, nie wiem, czy z żalu nad sobą, nad własną głupotą, czy z tego, że nie cierpię siebie takiej potrzebującej i rozmemłanej. Myślę, że praca w dużej mierze przyczyniła się do rozbudzenia mojej emocjonalnej strony i nie chodzi o to, że moje stanowisko wymaga ode mnie zbyt wiele. Praca jak praca, czasem bywa trochę stresująco, ale to nic wielkiego, prawdzie złe i trudne czasy na chwilę odeszły, bardziej przyczynia się do tego mój współpracownik D., który czuje potrzebę rozmowy ze mną, a może to tylko moja cicha i milcząca strona nie jest przyzwyczajona do tego, że ludzie w trakcie pracy ze sobą zwyczajnie rozmawiają, aby umilić sobie czas. Tymczasem dla kogoś, kto przez pół życia niewiele mówi i czuje się nieswojo, gdy słyszy dźwięk swojego głosu, to trudna sytuacja, tym bardziej, że nie lubię mówić o sobie, bo to zaraz uruchamia we mnie wszystkie procesy analizy i przymusu samookreślenia. Nie chcę pamiętać, że nie wiem, co zrobić ze swoim życiem; że moi znajomi cierpią; że ktoś nie odzywa się do mnie od wieków, choć napisał, że da znać; że ktoś tam napisał, że porozmawiamy później i wiedziałam, że nie będzie żadnego później, a i tak mi przykro, bo chciałam się pomylić, a przecież nie będę się narzucać, bo nie mam w sobie potrzeby uzewnętrzniania się, natomiast wypad na “piwo” to w ogóle byłaby porażka, bo byłoby niezręcznie, bo ja taka jestem, niezręczna; nie chcę pamiętać, że nie mam właściwie nic, nawet spotkań z osobami, które lubię; a tym bardziej nie chcę pamiętać, że mój ojciec jest głupi, ani nie chcę słyszeć, że jest mądry i wrażliwy, bo jest głupi, nikt mądry nie zostawia rodziny dla seksu a po latach udaje że nic się nie stało, ani nie bierze codziennie od tygodni tabletek przeciwbólowych zamiast pójść do lekarza. Minął dopiero miesiąc, a mi już wkoło szyi zaciska się pętla, bo niewiedza mnie powala, a przecież chciałabym już wiedzieć, gdzie znajdę pracę po tej pracy. Chciałabym, aby odbyło się to szybko i bezboleśnie, ale już czuję, jak uderza we mnie ten sam strach. Myślenie o przyszłości nie pociesza, ale nie myślenie o niej to błąd. Kiedyś usłyszałam, że za bardzo wybiegam do przodu i niepotrzebnie się zamartwiam, więc przestałam i doprowadziło mnie to donikąd, takie życie z dnia na dzień i bez planów prowadzi donikąd. Boże, chciałabym w końcu odnaleźć swoje powołanie, ale obawiam się, że jestem za głupia, aby na to wpaść. Za to męczę się okropnie, gdy po raz setny muszę tłumaczyć każdemu z osobna, że nie zamierzam być z nikim w żadnym związku, ani rodzić dzieci, ani nic, nie chcę, by ktokolwiek się do mnie zbliżał, bo nie chcę być tą okrutną, która odtrąca każdego, nie chcę, aby ktokolwiek miał mnie w myślach, jestem wystarczająco zmęczona, tymczasem co, jakimś cudem mój sąsiad zdobywa mój numer telefonu i pisze żałosnego sms-a, jak to mu się podobam i że choć wie (och, ciekawe skąd, jeśli NIGDY ze sobą nie rozmawialiśmy poza przelotnie rzucanym “cześć”), że nie szukam nikogo, ale nie uwierzy, że nie czuję się samotna. Nie odpisałam. Nawet nie przyznałam się, że wiem, kim jest. Mam dość tego, że ludzie wiedzą lepiej, jak powinnam się czuć jako dwudziestoośmioletnia stara panna. Brzydzę się waszymi nieczystymi myślami skierowanymi w moją stronę. To was zżera samotność, więc szukacie takich naiwnych ofiar jak ja, spoko, ale nie, podziękuję. Poza tym mam problem z jedzeniem w pracy i jednak zaburzeniach odżywiania nie umierają nigdy, nawet jeśli nie przybierają specjalnie ekstremalnej postaci. Niezamierzenie schudłam 2 kilogramy, które pewnie nadrobię podczas świąt ze wszystkimi słodkościami. Choć gorsze jest chodzenie do toalety, takiej nie widzieliście pewnie nigdzie. Nie chodzi jednak o wygląd, ale o jej umiejscowienie, w środku sklepu, niedaleko lady, właściwie zawsze ktoś kręci się wkoło drzwi i słyszy każdy ruch. Zero prywatności. W dodatku drzwi nie mają zamka, natomiast zamyka się je i otwiera tak ciężko (pewnie są wiecznie napęczniałe i ich rozmiar nie odpowiada framudze), że można wykluczyć sytuację, gdy ktoś niespodziewanie chce wejść do środka. Mimo to ten fakt nie pomaga w skupieniu i za każdym razem, gdy idę w tamtą stronę, jestem zestresowana. Tak, właściwie to nie wiem, ale nie miałam jeszcze fobii przed oddawaniem moczu, może powinnam. Ach, co za urocze zakończenie wpisu. Tak, powinnam olać to wszystko.  

10.03.2018

968.

Czuję się, jakbym publikowała trylogię, bo to trzeci wpis pod rząd, a ich wspólnym punktem jest zbyt duża ilość nadprogramowych myśli. Dzisiaj opowiem wam historię o tym, jak wszystkich dookoła opuszcza zdrowie. Może nie wszystkich, ale zawsze uderza mnie myśl, że gdzieś tam, w tym samym czasie, kiedy ja nieświadoma niczego spokojnie kładę się spać, ktoś bliski, w innym miejscu, nie może zmrużyć oczu, bo każde sekundy są dla niego ważne, a do tego jest tak wyczerpany i zmartwiony, że wypełnione oczekiwaniem dni ciągnął się niemiłosiernie. Nie mogę przytoczyć zbyt wielu szczegółów, bo ta historia nie jest moja, ale strach, znam różne odmiany strachu, choć tego jeszcze nigdy realnie nie doświadczyłam, strachu przed śmiercią bliskiej osoby, pewnie dlatego zaczęłam płakać, gdy usłyszałam, z jaką rzeczywistością musi mierzyć się moja przyjaciółka. Nie raz zdarzało mi się wylać wiele łez z powodu nieszczęść czy przykrości, które spadały na bliskie mi osoby, przy czym bliski mógł być ktoś, kto “opowiedział” mi swoją historię w internecie. Wylałam tyle łez, które nie zmieniają niczego, a jednak nie sposób było ich powstrzymać, słysząc jak wielkie ciężary noszą na swoich barkach ludzie. Tymczasem mój ojciec ma najprawdopodobniej raka i nie potrafię wylać ani jednej łzy z tego powodu, dlatego, że jest obca osobą, od zawsze, choć tylko osiemnaście lat temu postanowił z nas zrezygnować. Jak mogę płakać nad losem kogoś, kto na własne życzenie zmarnował swoje życie nałogami i ani razu nie wywołał szczerego uśmiechu na mojej twarzy? Z drugiej strony, jak mogę płakać nad losem zupełnie obcych i nie powiązanych ze mną osób -  to również nie mieści mi się w głowie. Wychodzi na to, że mogę płakać z tysiąca różnych powodów, tylko nigdy z powodu mojego ojca. Nigdy nie wylałam przez niego ani jednej łzy, albo po prostu tego nie pamiętam. Nie było mi też nigdy smutno. On zostawił tylko wielką pustką, w której jestem zamknięta od lat, a stało się to całkowicie poza moją kontrolą. Opowiem wam teraz tę część historii, po której przeczytaniu zareagujecie prawdopodobnie tak jak dwie osoby, którym przytoczyłam całą sytuacją; podsumujecie to jednym zdaniem - głupota ludzka nie zna granic. Moja rodzina, w sensie domownicy, czyli mama z braćmi, od lat jeżdżą do lekarza medycyny niekonwencjonalnej będącego z pochodzenia Ukraińcem. Pojawiłam się u niego może dwa razy będąc nastolatką, ale później, gdy dorosłam, stanowczo odcięłam się od tego pomysłu. Podstawą wiarygodności tego lekarza dla mojej rodziny jest to, że swoje zdolności uzdrowicielskie przypisuje Bogu i nie uważa się za cudotwórcę, nie lubi być nazywany bioenergoterapeuta, ani nie chce rozgłosu, tym bardziej w internecie, w dodatku nie wyklucza pomocy zwykłych lekarzy, sam będąc po medycynie. Dla mnie wiara w uzdrowicieli, niezależnie od tego jak bardzo są wiarygodni w tym, że działają “po dobrej stronie mocy”, jest właśnie tym - wiarą. Człowiek nigdy nie może mieć stuprocentowej pewności i jeśli ktoś deklaruje się jako osoba wierząca w Boga (który dla wielu jest takim samym uzdrowicielem jak ci ziemscy, czyli nieprawdziwym), powinien z taką samą wiarą bezpośrednio prosić o uzdrowienie tego, w kogo podobno najbardziej wierzy, niż pozwalać kłaść na sobie ręce kogoś obcego. Nie jest to jednak czas na dyskusję o tym, co jest prawdą, a co fałszem, na jakiej zasadzie działa rzeczywistość, ile jest prawdy w przypadkach cudownych uzdrowień i czy lepiej zostać uzdrowionym w gabinecie, czy modląc się przed świętym obrazem. Dodam tylko, że nie po to są na świecie lekarze i ludzie obdarzeni (przez Boga) możliwością chłonięcia wiedzy i talentem, aby nie korzystać z ich pomocy. Czemu o tym wszystkim wspominam? Otóż dwa tygodnie temu mój ojciec udał się do pana “uzdrowiciela” wraz resztą mojej rodziny. Udał się tam dlatego, ponieważ od roku(!) chodzi z czymś w postaci rany na podniebieniu/gardle, a teraz, widocznie z bólu, poszedł po rozum do głowy, choć nie do końca, bo nie uda się na badania. Wystarczyło mu, że ten lekarz postawił diagnozę i mu pomoże, jeśli będzie przyjeżdżał. Warto jednak zaznaczyć, że ten sam lekarz spytał mojego ojca, czy miał pobierane wycinki, co oznacza, że powinien mieć zrobione takie badania, nawet dla swojej pewności, nawet dla późniejszej wiarygodności, że został cudownie uzdrowiony, jeśli naprawdę ten lekarz mu pomoże. Tymczasem mój ojciec jest uradowany faktem, że nie będzie musiał leżeć tygodniami w szpitalu. Poza tym usłyszał, że jego podniebienie to nie wszystko, co mu dolega, ma też coś w brzuchu (nie znam szczegółów), więc jeśli, to prawdopodobnie przerzuty, jest jeszcze “weselej”. To wszystko brzmi niewiarygodnie, nawet dla mnie, nie rozmawiam ze swoim ojcem, bo nie mam mu nic do powiedzenia, więc nie orientuję się w szczegółach, bo mnie nie interesują, ale to jest moja historia na dziś. Faktem jest, że mój ojciec najprawdopodobniej od palenia papierosów ma raka, albo inną rzecz, którą powinien zająć się specjalista. Jeśli to rak (nawiasem mówiąc, gdy usłyszałam, że przez on ma to przez od razu pomyślałam, że zżera go rak), mój ojciec prędzej czy później umrze (jak każdy), a umrze tym szybciej, im mniej realne staną się działania owego lekarza. Nie wiem, co moja rodzina robi ze swoim życiem, ale mnie to wcale nie dziwi, w końcu w naszych żyłach płynie ta sama krew, ja też nie wiem, co robię ze swoim. Poza tym, problem mojego ojca jest niewygodny dla wszystkich, bo przecież przysporzył nam tyle zmartwień przez lata, a teraz to, jak on może być znowu chory, jakby alkoholizm nie był wystarczający. Nie wiem, jak to jest żyć ze strachem przed nagłą śmiercią bliskiej osoby i tym razem też się nie dowiem. Obawiam się, że w zamian mogę poznać inne, dotąd nieznane uczucia. Mogę?

9.03.2018

967.

Wiem, wiem, dopiero wstawiam jeden wpis, a już zebrało mi się na drugi. O czym dzisiaj będę marudzić? Otóż postanowiłam odwiedzić dziewczyny ze swojej poprzedniej pracy. Obiecałam im, że gdy znajdę kolejną pracę, to znaczy jak uda mi się w Poznaniu, co nigdy nie nastąpiło, to wpadnę na herbatę. Nie jestem w Poznaniu, więc mogłam na tę herbatę przyjść, bo przecież gdybym była, wysłałabym im co najwyżej pocztówkę. Dziewczyny tak bardzo przejęły się moją sytuacją - bezrobociem, że nagle zaproponowały, abym wróciła na drugi staż, co przecież nie zależy od nich, bo żadna z nich nie jest prezesem, ale tak się złożyło, że napisały pod koniec lutego, czyli wraz ze znalezieniem się przez mnie w sklepie wędkarskim. W tym tygodniu mroźne dni odeszły, więc i mi łatwiej było zebrać się do odwiedzin, zwłaszcza, że w końcu mogłam przyjść i opowiedzieć o czymś ciekawym, a nie snuć historię o tym, jak to znowu coś mi nie wyszło. Kupiłam ciasto, wypiłyśmy herbatę i posiedziałyśmy chwilę, bo zaszłam przed swoją pracą, więc nie miałam za wiele czasu. Prawda jest taka, że jedna z nich, dziesięć lat starsza, ma racje, ma rację mówiąc, że jeśli nic nie zrobię to utknę tu na zawsze. Przecież powtarzam to sobie od lat, a jednak nadal nie wpadałam na ten cudowny pomysł, który odmieniłby moje życie. Nie mam problemu z myślą, że opuszczę to miejsce na zawsze, mam problem z tym, że nie wiem, jak zrobić to bez pieniędzy i poczucia winy, że okradam rodzinę. Na razie to nieważne. Najbardziej bawi mnie, a jednocześnie wprawia w zakłopotanie, gdy inni próbują ułożyć najlepszy dla mnie plan działania nie biorąc pod uwagę tego, że nie nadaję się do jego realizacji. Tak oto ta sama koleżanka wpadła na pomysł, abym postarała się o wizę (już widzę jak chętnie mi ją przyznają) i wyleciała do jej babci do Stanów, skąd już nigdy nie wrócę, bo będzie mi tam tak dobrze. Widzicie jakie to proste. Nie zrozumcie mnie źle, M. jest naprawdę kochana i robi to, aby mnie zmotywować, ale niestety, łatwo doradzać komuś, kto nigdy nie siedział w mojej głowie, a trudniej wziąć się za realizację czegoś, co nawet nie brzmi przekonująco. Jestem z tych osób, którym nie byłoby żal niczego zostawiać, a jednak nie zostawię niczego nie mając pieniędzy, bo brak stabilności to coś, co męczy mnie całe życie, już od dziecka, i przegrywam z tym na każdym kroku. Poza “moim” amerykańskim snem, dowiedziałam się, że mogę zrobić inną rzecz, a mianowicie, znaleźć pracę trochę dalej, zrezygnować ze stażu (bo tylko umowa o pracę na to pozwala) i zamieszkać z naszym wspólnym znajomym na stancji, który zakończył pracę zaraz po mnie i przeprowadził się do innego miasta, aby jednocześnie pracować i studiować. Gdy dowiedziałam się, że rozmawiały z nim o mnie, kiedy pojawił się w odwiedzinach dzień przede mną (co za zbieg okoliczności), miałam stan przedzawałowy. Rozumiem, że tak to działa, bez znajomości ani rusz, ale żeby wpychać mnie na siłę chłopakowi (w dodatku młodszemu), który ma swoje życie i swoje problemy, to ponad moje siły. Może nie powinnam w ogóle się przejmować, wiem, nie powinnam, ale jest to znajomy, którego wyjątkowo polubiłam, a nie zdarza mi się to często, gdy chodzi o płeć przeciwną. Opuściłam dawne miejsce pracy, i pełna przejęcia napisałam do niego wiadomość, choć nie lubię takich sytuacji, że ktoś rozmawia z kimś na mój temat i potem ja muszę to wyjaśniać, bo czuję się winna, jakby to był mój własny pomysł. Przecież zaraz będę mieć dwadzieścia osiem lat. Jeśli nie ogarniam swojego życia, to tylko i wyłącznie mój problem, i sama powinnam dojść do tego, jak się ogarnąć. Napisał “oj wiesz jaka jest M.”, dodając uśmiechniętą buźką, a ja odetchnęłam z ulgą, bo wiem, ona jest po prostu nadopiekuńcza, a do tego najchętniej widziałaby, jak biję się o swoje. Cóż, znajomy musiał “uciekać” do swoich obowiązków, ja znalazłam się w pracy, więc wypadało pracować, zwłaszcza, że obok siedział jeszcze szef. Mimo to przeżywałam sytuację całe przedpołudnie, nawet ukradkiem zasypałam na messengerze koleżankę tą samą opowieścią, aby nie tłumić w sobie powracających wizji tego, że wszystko zmierza donikąd i chyba oszaleję od tych zmartwień. W dodatku jeszcze to, bo my - ja i koleżanka z messengera - w zeszłoroczne lato żartowaliśmy, że powinnam “wcisnąć się” właśnie do tego znajomego skoro jest w mieście, które może uratować mi tyłek, i nie mogę uwierzyć, że wszystko zawsze dzieje się nie wtedy, gdy powinno. Nawet myślałam, że zapłaczę nad swym losem w pracy, bo to prawda, zostanę tutaj na zawsze. W dodatki każde “porozmawiamy później”, zawsze oznacza, że nigdy nie wrócimy do tego temat i że w ogóle już nie porozmawiamy, jeśli nie będę pierwszą, która napisze i szkoda mi, sama nie wiem czego. Chyba tego, że wszyscy wracają do swoich obowiązków. Sara Quin kiedyś powiedziała: "I hate being so emotionally slutty. I need to stop loving everyone I have a long conversation with.", a mi nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się pod tym podpisać.

8.03.2018

966.

To już marzec, a ja ciągle mam przed oczami widok z okna na rozświetlone niebo sylwestrowymi fajerwerkami i tak samo nic mi się nie chce. Nie myślę o tym, a jednak to coś tkwi gdzieś we mnie, jakbym przez te wszystkie miesiące obawiała się, że to nadejdzie i nadeszło - minął już rok. Jestem zła, że to wkrada się nawet w moje sny i nagle coś, co nie ma wielkiego znaczenia, przybiera rozmiar zbyt duży, aby dźwigać go w sobie. Gdy było jeszcze mroźno, spóźniłam się na autobus powrotny po pracy do domu. Nie dość, że czekałam na niego 45 minut (jak zawsze), to będąc spóźnioną, musiałabym czekać na następny godzinę, gdyby nie przyjechał po mnie brat. Nie lubię czuć się od kogoś zależna, a tym bardziej prosić o coś młodszego brata, który rzadko kiedy nagina swoją rzeczywistość, aby dopasować się do innych, więc gdyby nie te minus dwadzieścia na termometrze, poczekałabym pokornie na ostatni bus. Szłam w stronę sklepu, aby trochę się ogrzać, zanim przyjedzie mój wybawca i pierwsza rzecz, jaką zrobiłam, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, to zaczęłam płakać. Wcale nie chodziło o mróz, spóźnienie, czy brata. Dotarło do mnie, że przez ostatnie miesiące zainwestowałam dużo swojej energii w to, aby trzymać się w kupie i nie pamiętać o innych rzeczach, które spędzałyby mi sen z powiek w tym czasie. Nawet gdy traciłam nadzieję, nie zdarzyło mi się płakać, tymczasem wraz ze stabilizacją, powrócił do mnie cały wachlarz emocji. Oczywiście byłam na siebie zła za to, że się tak głupio rozpłakałam. Nie lubię takich dramatycznych scen w swoim wykonaniu, choć nikt nie patrzył. Poza tym po 18 jest nadal ciemno. A jednak zapłakałam nad zbliżającym się wtedy marcem. Szłam i myślałam, że to już rok i płakałam jeszcze bardziej ze złości na siebie, że pozwalam sobie o tym myśleć. Teraz, gdy o tym piszę, to już nie ważne, aż do momentu, w którym znowu mnie dopadnie i ściśnie za gardło. Boże, naprawdę nigdy nie dojdę do tego, co jest rzeczywistością, a co wymysłem moje wyobraźni. Nigdy nie wiem, czy płaczę za czymś, co istnieje, czy tylko za moim osobistym obrazem rzeczywistości, który przechowuję w pamięci. Podobno tęsknimy nie za osobami, a tym, jak czuliśmy się w ich obecności. Może. Może tak jest. Ale czy jeśli nie jesteśmy w stanie znaleźć drugiej osoby, której obecność przyniesie nam taką samą radość, czy spokój ducha, to nie oznacza, że tęsknimy za tą konkretną osobą? Nie wiem. Chyba odechciewa mi się tęsknić za kimkolwiek i może po prostu wymarzę was z pamięci raz na zawsze i tyle. Bo po co mi to? Po co mi te wszystkie przemyślenia, które prowadzą tylko do bólu głowy?