28.11.2014

839. Blaski i cienie bycia fanem.


Za każdym razem, gdy chcę poruszyć temat związany z koreańskim przemysłem muzycznym, niezależnie czy w formie pisemnej czy ustnej, natrafiam na przeszkodę. Bo niby jak mam przekazać osobom nieinteresującym się choć trochę koreańskim popem te wszystkie informacje, które bez znajomości podstawowych faktów, wydadzą się mi dziwne? Nie chodzi tutaj o samą muzykę, ale o funkcjonowanie zespołów na koreańskim rynku muzycznym, czyli rynku, który określa konkretna kultura. Już relacja na linii idol-fani jest zaplątana w różnego rodzaju „zasady”, a sam idol, w przeciwieństwie do „kolegów” z amerykańskich stacji muzycznych, ma być dobrze wychowany, co wiąże się nie tylko z kulturą osobistą, ale przede wszystkim z przekonaniem, że idol jest reprezentantem społeczeństwa/kraju. Bywa, że skandal równa się ostracyzmowi i końcowi kariery. Za wszelkiego rodzaju drobniejsze wpadki należy oficjalnie przeprosić, nawet gdy nie jest się do końca winnym. Gdy lud uzna, że coś zrobiło się źle, należy odpokutować. Powstają przez to i absurdalne sytuacje, ale to nie czas, aby rozpisywać się na ten temat, bo mój wpis zmierza w całkiem innym kierunku. Niezależnie od tego, czyim jest się fanem, możliwość udziału w koncertach dotyczy każdego. To wydarzenie wywołuje w fanach mnóstwo emocji, niezależnie od tego, czy jest to pierwsza czy dziesiąte tego typu impreza w ich życiu. Oczywiście istnieje też mostów innych okazji, aby zobaczyć swojego idola. Sprzyja temu intensywność promocji podczas wydawania kolejnych singli czy płyt (momentami mam wrażenie, że tak dużej ilości „comebacków” w ciągu roku nie ma nigdzie indziej, co nie zawsze przekłada się na jakość utworów) oraz napięty grafik wypełniony po brzegi sesjami, wywiadami, występami czy audycjami w radiach. Dużą rolę odgrywają też „fanmeetingi” z podpisywaniem płyt i krótkimi rozmowami. Szanse na spotkanie z zespołem są ogromne, a gdy należy się do oficjalnego fanklubu, a do tego mieszka się w Korei Południowej, można liczyć na uczestnictwo jako widownia podczas nagrań różnego typu programów. Wydaje mi się, że prędzej można natknąć się na popularny zespół właśnie podczas wyznaczonych spotkań, niż w biały dzień podczas zwyczajnego spaceru ulicami miasta. Pewnie w jakiś sposób wiąże się to z obawą przed „szalonymi fankami”, ale tak naprawdę tamtejsi idole nie mają czasu na spacery, gdyż większość czasu spędzają w budynkach, wykonując swoje obowiązki lub w samochodach typu van, przemieszczając się z budynku do budynku. Swojego idola można oczywiście „spotkać” też na ekranie telewizora. Obecność zespołu podnosi oglądalność, więc idole pojawiają się wszędzie. Podczas gdy w Polsce udział piosenkarza w reklamie, czy w skład jury programu podchodzi pod sprzedanie się, w Korei Południowej nie ma w tym nic podejrzanego. Wytwórnia organizuje grafik, więc pracę trzeba wykonać.  

To wszystko, o czym napisałam powyżej, sprawia, że przywiązanie do idola staje się większe, choć niekoniecznie bardziej obsesyjne. Właśnie, przypomniało mi się, że ważny w tym wszystkim jest jeszcze pewien fakt. Otóż większość wykonawców w Korei Południowej debiutuje w młodym wieku, a wybrany przez nas idol często jest naszym rówieśnikiem, więc to na pewno skraca dystans i wytwarza innego typu relacją na linii fan-idol. Jednak niezależnie od przedziału wiekowego, każdy wykonawca uświadamia sobie, że jego sukces w dużej mierze zależy od wsparcia fanów. (Cały proces bycia „trainee” – czyli przygotowania do debiutu, który może trwać nawet kilka lat, a nigdy nie wiadomo czy ostatecznie się zadebiutuje – jest cholernie ciężki, więc nie można powiedzieć, że ciężka praca nie jest drogą do sukcesu. Samo podejście Koreańczyków do pracy jest też czymś specyficznym, ale o tym może kiedy indziej.) 

Jak widać, napisałam już o wielu rzeczach, a główny wątek już gdzieś się zagubił. Otóż w tym całym skomplikowanym świecie, istnieje magiczna nić, która łączy fanów i idoli. Zarówno oni, jak i fani wierzą, że łącząca obie strony relacja jest wyjątkowa, a to dziwne przekonanie zrozumie się dopiero wtedy, gdy doświadczyć się tego na własnej skórze. Bo z boku ta magiczna nić wydaje się być tylko wymysłem wyobraźni. Jednak skoro istnieje ona w wyobraźni obu stron, nabiera realności. To po prostu wiara we wspólną idę, którą wciela się w życia, a więc i przez to staje się realna. Obustronna wdzięczność i troska jest momentami czymś tak prawdziwym, że aż niepojętym. Bo czy to możliwe, że w świecie przemysłu muzycznego, w którym chodzi o sukces i pieniądze (choć temat zarobków idoli w Korei to też coś zupełnie innego w porównaniu choćby z zachodnim rynkiem), nagle odczuwasz miłość? Nie chodzi mi tutaj o kolejne wypowiedziane „I love you”, pomachanie dłonią w geście przywitania, ułożenie palców w serduszko, czy posłanie w przelocie uśmiechu, choć te gesty są również ważne. Jednak to wymienione przeze mnie wyżej okazje do spotkań z idolem, często powtarzane, przybierają formę spotkań ze znajomymi, bo członkowie zespołu po jakimś czasie rozpoznają twarze fanów, którzy zjawiają się po raz kolejny, a na pewno pamiętają założycielki oficjalnych stron fanowskich. (Działalność fanów w tym zakresie to kolejny temat na oddzielną notkę. Ogólnie fani robią lepszej jakości zdjęcia niż profesjonalni fotoreporterzy. ) Na youtube jest mnóstwo nagrań z „fanmeetingów”, które są po prostu spotkaniami towarzyskimi, pełnymi żartów i śmiechu. Jest to zwyczajnie przyjemnie spędzony czas w miłym gronie. O ile taka relacja na linii fan-idol wydaje się zdrowsza, o tyle fani z zagranicy, cierpią przed komputerem, czekając na jakąkolwiek szansę na spotkanie. Dotyczy to nie tylko fanów koreańskiego popu. Bo ile szans na zobaczenie wykonawcy ze Stanów Zjednoczonych ma fan z Europy? A ile szans na zobaczenie polskiego wykonawcy ma polski fan? Ogólnie szanse na spotkanie swojego idola przedstawiają się kiepsko, przede wszystkim dla fanów z zagranicy. Jednak w przypadku fanów z zagranicy śledzących koreańskie zespoły, intensywność „spotkań” przejawia się w obecności zespołów w telewizji, a jeśli nie tylko tam, to resztą materiałów za światem dzielą się koreańscy fani na youtube czy innych portalach, więc cały rok „widuje się” swoich ulubieńców. Niezależnie jak wiele radości to sprawia, zwłaszcza, że koreańskie programy są specyficzne (nie wiem, który to już temat w tej notce nadający się na oddzielny wpis),  życie w „koreańskim świecie” staje się realnym problemem, bo przygnębienie związane z nie byciem, oddaleniem, nie możliwością, ciąży na codzienności. Chyba, że żyje się na niesamowitych obrotach i bytowanie w koreańskim świecie jest ciągnącym się snem w gorączce. Jednak gdy nagle pojawia się okazja na uczestnictwo w koncercie, zapala się światełko, które rozprasza mrok, chyba, że nie ma się pieniędzy, więc nastaje jeszcze głębsza ciemność. Pierwszy koncert to jak spotkanie ze znajomymi, z którymi przez kilka lat utrzymywało się kontakt tylko przez internet. Myślę, że ogrom emocji pojawiający się przy takiej okazji, nie jest zarezerwowany tylko na dla fanów koreańskich zespołów, a po koncertowa depresja dotyczy fanów na całym świecie. O tym wszystkim przypomniałam sobie, gdy jeden z koreańskich zespołów miał pod rząd dwa koncerty w Stanach Zjednoczonych.

Radość innych związana z oczekiwaniem na moment ujrzenia swojego idola na żywo udzieliła się również i mi, zwłaszcza, że sama wiem jak wspaniałe to przeżycie. Czytając wpisy innych osób, realnie i szczerze cieszyłam się ich szczęściem. To piękne, gdy ludzie spełniają swoje marzenia. Jednak tak jak śledziłam wpisy przed nadejściem dnia koncertu, tak też zabrałam się za czytanie po koncertowych relacji, które były równie piękne, co smutne. Po koncertowa depresja uderzyła także i we mnie, choć nie byłam na żadnym koncercie. Zwyczajnie nasiąknęłam melancholią innych, tak jak nasiąkam różnymi innymi, szkodzącymi mi rzeczami. Z czasem taki stan mija, bo przechodziłam przez niego dwa miesiące temu, a jednak po prostu to przykre, że fani za każdym razem będą rozpadać się na kawałeczki przez kilka cudownych wspomnień, które wypełzną ot tak, choćby podczas porannego mycia zębów i bezlitośnie ścisną za serce.  Po koncertowe życie nigdy nie jest takie jak przedtem, zwłaszcza dla osób, dla których dzień koncertu był najlepszym dniem w życiu, był dniem spełnienia marzeń, dniem bez zmartwień, dniem wypełnionym po brzegi radością, dniem, w którym ktoś po raz pierwszy pokazał nam, że nasza obecność jest ważna, dniem, w którym następuje przepływ dobra i radości między dwoma stronami… Za takim dniem zwyczajnie się tęskni. Ale przede wszystkim tęskni się za realnym spotkaniem osoby, którą się podziwia i po prostu lubi. (Nie biorę tutaj pod uwagę żyjących ze złudzeniami fanek, które marzą o ślubie ze swoim idolem.) Tymczasem fanom z zagranicy pozostaje wpatrywanie się w szklany ekran.  

Ten cały, długi wpis, wypchany niepotrzebnymi wątkami, miał być tylko o tym, jak bardzo dobiło mnie czytanie koncertowych relacji innych osób, przypominając, że spełnione marzenia, pozostawiają po sobie melancholię. Przykro jest patrzeć na zmagania innych nawet jeśli to tylko po koncertowa depresja. A po tych całych rozmyślaniach, wyciągnęłam książkę z półki, w której znalazłam kartkę papieru z kilkoma adresami blogów i na jednym z nich natrafiłam na wpis, który dodatkowo uświadomił mi jak ciężkie jest życie fana, gdy oczekuje się na kolejne wydarzenie. Nie będę streszczać całej historii, odsyłam zainteresowanych tutaj. Dla niektórych czytelników minusem może być fakt, że jest to wpis po angielsku, więc dodam tylko, że to cholernie przykre, gdy z roku na rok ktoś stara się bardziej jako fan, a dostaje w zmian coraz mniej. Oczywiście oficjalne pożegnanie z fanami to nie obowiązek zespołu, ale widząc, że fani czekają aż 2 godziny, a potem odjechać przed ich oczami samochodem, zwyczajnie odbiera nadzieję. Tymczasem ja ciągle mam w pamięci moment, w którym zespół z Korei Południowej po koncercie w Polsce pożegnał się ciepło z fanami. I to nie dlatego, że byli tu pierwszy raz. Na tysiącach nagrań zmieszczonych na youtube można zobaczyć jak dziesiątki zespołów z Korei Południowej żegnają się z fanami, kiedy tylko mogą. Nawet gdy zespół spieszy się, mając kolejne obowiązki, i siedzi już w środku samochodu, kierowca specjalnie przejeżdża wolno koło fanów ustawionych wzdłuż chodnika, aby członkowie zespołu mogli przez otwarte szyby pomachać na pożegnanie, z wdzięcznością za to, że fani pojawili się na nagraniu. Bo jak już na wstępie tego wpisu wspomniałam, tam relację fani-idol określają pewne zasady, do tego pojawia się obustronność działań, ale także wiara w magiczną nić.

21.11.2014

838. Death was happy to be alive.

It was autumn, the springtime of death. Rain spattered the rotting leaves, and a wild wind wailed. Death was singing in the shower. Death was happy to be alive
- Tom Robbins

____
Chciałabym napisać o czymś, ale każde coś wydaje się tak samo bezwartościowe jak każdy kolejny dzień. Pisanie o bezradności i strachu nie sprawi, że obie rzeczy znikną. Wypełniam swój świat po brzegi tym co zawsze, ale nawet Korea Południowa momentami wywołuje we mnie przygnębienie. (Głównie dlatego, że świat z nią związany jest nieosiągalny i odległy.) Wiem, że jedynym lekarstwem byłaby praca, ale wiem też, że jeszcze kilka miesięcy przede mną zanim będę mogła zostać bezdomną i próbować zacząć żyć. Tymczasem czuję się winna, gdy jem, wiedząc, że nie płacę za zakupy w domu. Jesień i zimna to okres gwarantowanej depresji sezonowej. Do tego kobiece hormony odpowiedzialne za nastrój raz w miesiącu zapewniają mi podwójną dawkę melancholii. Od trzech lat przyglądam się sobie uważniej. Choć potrafię uchwycić powtarzające się objawy mojej „choroby”, po części pogodziłam się z tym, że nigdy nie odgadnę, czym jest to coś we mnie, co zatruwa mi duszę. Wiem też, że nigdy nie będę miała odwagi, aby spytać innych, znających się na rzeczy, z czym tak naprawdę borykam się od lat. (Może tylko z urojeniami?) Jeszcze dwa tygodnie temu miałam tak silne myśli samobójcze, że zaczęłam się bać. Oczywiście moje myślenie o śmierci w większej części jest jak myślenie o filmach czy jedzeniu, czyli jest czymś zwyczajnym. Wzięłam się za przenoszenie treści bloga tuta (będę miała dwa równoległe – nie wiadomo po co); w jednej z notek z listopada 2013 roku wychwyciłam zdanie: Chciałabym umrzeć w tym roku w bibliotece uniwersyteckiej. Jak widać, nie przygniotła mnie żadna półka wypełniona książkami, choć pamiętam, że po napisaniu tamtej notki, gdy odwiedziłam po raz kolejny w ciągu tego samego miesiąca jedną z czytelni uniwersyteckich, przygnębiona samotnymi zmaganiami z pracą magisterską, miałam wrażenie, że nie wyjdę żywa. Z perspektywy czasu wszystko wydaje się zabawne, ale pamiętam też, że wtedy naprawdę chciałam dostać w głowę półką, która ostatecznie wylądowałaby na mnie, przygniatając bezlitośnie ciało do podłogi. Jak na ironię, pewnie byłby to regał ze zbiorami z historii sztuki. Zadziwiające jak wiele miałam w życiu momentów na krawędzi i zadziwiające, że nigdy nie wykonałam ostatecznego krzywdzącego ciosu. (Może dlatego, że pogrzeby są drogie i lepiej zaoszczędzić rodzinie związanych z tym zmartwień.) Ostatecznie to wszystko, o czym piszę, nie ma większe znaczenia. Jest zwykłe i nudne, podobne do przeżyć milionów ludzi, którzy mają podobne problemy, które nieustannie powtarzane tracą swą siłę. Chciałabym pójść na bal Andrzejkowy, najlepiej taki, gdzie należy się za kogoś przebrać. Jednak w moim dwudziestoczteroletnim życiu nigdy nie byłam na takiej imprezie, a teraz, gdy stan mojego konta wynosi zero, tym bardziej nie będę. Tak, mnie też zadziwia to, że z jednej strony z chęcią nie ujrzałabym kolejnego dnia, a z drugiej mam ochotę na takie „głupoty” jak zabawa. Od kiedy nie mam nic, moje codzienne potrzeby też zmalały. Choć przyznam się, że cierpię z powodu braku książek do czytania. Biblioteka jest daleko, a bilety na autobusy drogie (jak wszystko dla osoby bez pieniędzy xD). I to nie tak, że nie chcę pracować, bo chcę, ale wytłumaczenie tej skomplikowanej sytuacji nie sprawi, że znajdę pracę, więc daruję sobie. Gdyby jednak ktoś chciał przyjąć mnie do pracy, gdzieś, gdziekolwiek, jestem zdesperowana, aby po raz ostatni dać sobie szansę w życiu i zawalczyć o kilka dni sensu istnienia. Wszelkie propozycje o charakterze seksualnym odpadają. Nie wiem, może powinno być mi szkoda, że mam sumienie?, moralność?, w każdym razie to coś, co sprawia, że pewnych rzeczy nie jestem w stanie zrobić. Bez tego moja sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Lecz to jak stwierdzenie, że gdybym była kimś innym, moje życie byłoby też inne, a takie stwierdzenie jest zwyczajnie puste, bo nie potrafię być już kimś innym, a właściwie nie wiem jak stać się kimś, będąc nikim.
____
muzyka: Starsailor - Poor misguided fool

1.11.2014

837. "Skutki miłości"

Przyszedł czas na kolejny film, do którego obejrzenia zbierałam się miesiącami, głównie dlatego, że nie miał wgranych napisów, więc seans przed telewizorem nie wchodził w grę bez znajomości języka włoskiego. Dopiero, gdy mogłam wydrukować napisy, mogłam też zasiąść do oglądania. (Seanse z użyciem komputera to w moim przypadku wyjątek. Mam swoje dziwne powody.) „Skutki miłości” to tytuł nie zachęcający (mnie) do odkrycia jego znaczenia, ale wysoka ocena przy filmie wystarczyła, aby zatrzymać na nim uwagę. Dodatkowo wyreżyserowała go ta sama osoba, której film w 2014 roku otrzymał Oscara w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny”, więc nie mogło być inaczej, prędzej czy później domowy seans musiał się odbyć. (Nawiasem mówiąc, wiele osób przyznaje, że tytuł filmu jest trochę niepasujący, a na pewno nieoczywisty w stosunku do treści. Moim skromnym zdaniem powinni wybrać lepszy, gdyż ten kojarzy się z romansem, z którym nie ma nic wspólnego.) Nie zamierzam jednak pisać recenzji filmu, bo nie po to je oglądam. Ogólnie nie chcę napisać wiele, głównie o ostatnich minutach. Choć muszę przyznać, że od początku do końca historia okazała się intrygująca, co lubię. Jeśli już od pierwszych chwil zastanawiam się, jak potoczy się życie głównego bohatera, to znak, że zostałam wciągnięta, a jeśli dopiero na koniec otrzymuję rozwiązanie, jest fantastycznie. Właśnie, zakończenie. Aby uniknąć spoilerów, nie podam szczegółów ani imion bohaterów. Napiszę tylko, że jeśli już w filmie pojawia się zapowiedź śmierci, to przeważnie wolę, aby już nastąpiła. Może to okrutne, ale wolę jeśli nie ratują potencjalnych trupów, bo w takich momentach film traci na autentyczności. Choć może to tylko mój problem, gdyż w polskich serialach zawsze wszyscy zostają cudownie ocaleni, co jest sztuczne, słabe i denerwujące, dlatego w filmach szukam czegoś innego. (Przykładowo szerokim łukiem omijam komedie romantyczne.) Wracając do „Skutków miłości”, śmierć ostatecznie nastąpiła, co mnie ucieszyło. Ale gdy już ujrzałam tą przedziwną egzekucję, uświadomiłam sobie, że nie jest to jeszcze koniec historii. Gdy nastała ostatnia scena, zostałam wbita w fotel. Nie spodziewałam się takiego podsumowania. Myślę, że nie ma takiej osoby na calutkim świecie, która przewidziałaby ostatnią scenę. Może jasnowidz. Ale nie chodzi tutaj o zaskoczenie, ale o emocje, które zalały mnie po czubek głowy. Może ktoś inny zareagowałby inaczej, ale ja znowu zostałam spoliczkowana przez zakończenie filmu i po twarzy pociekły mi zły. Kolejne zakończenie, które będzie siedzieć w mojej głowie na wielki wieków i za każdym razem na jego wspomnienie ogarnie mnie melancholia.