Niedawno nie czułam ani kosmyka na ramionach, teraz pojedyncze pasma
łaskoczą moją odkrytą skórę, gdy mam rozpuszczone włosy. Nie byłam
przekonana do tego, że ścięcie powoduje u mnie ich lepszy wzrost, a
jednak chyba tak jest. To jedyne wytłumaczenie, jakie mogłabym teraz
przypisać temu zjawisku.
Chciałabym rozumieć więcej, choć nie jestem przekonana, czy powinnam. Czasem wiedza nie porządkuje myśli, a je rozbija.
Nie pamiętam hasła do swojego photobloga – porzuciłam go w zeszłym roku
kwietniem, a teraz żaden z przypominających e-maili nie przychodzi na
pocztę, choć wpisywałam wszystkie adresy, jakie posiadam. Próbuję
kolejny tydzień, choć nie jestem przekonana, czy naprawdę chcę odnowić
tam swoją obecność. Nie zmienia to jednak tego, że dostęp do konta byłby
przydatny.
Zastanawiam się, co sprawia, że relacje między ludźmi przybierają inny
kształt. Czy decyduje o tym konkretny moment, słowo, a może zmiana
nastawienia jednostek? Chciałabym wiedzieć, jak bardzo różni się mój
punkt widzenia od punktu widzenia innych na te same tematy. Ale ze mną z
własnej woli nikt nie rozmawia, nawet na odległość. Tylko kilka
wiadomości, które pocieszają. Momentami odnoszę wrażenie, że
niezrozumiałe obawy odpychają ich od mojej osoby. Innym razem wydaje mi
się, że to zwykła obojętność, którą potrafię zrozumieć, patrząc na swoje
odbicie w lustrze. Widzę winę w sobie, a jednak są chwile, gdy nic się
już nie klei, bo próbowałam wszystkiego, na co było mnie stać, a jednak
nie zdarzyło się nic. Chciałabym wiedzieć, czemu ludzie tracą mną
zainteresowanie jako człowiekiem.
Siedzę wpatrzona w telewizor, przekręcam kartki książek, robię herbatę
lub odkurzam mieszkanie i próbuję zrozumieć mnóstwo rzeczy. Myślę, że
pozostało mi tylko czekanie i budowanie w sobie zaufania do Pana świata.
Chciałabym jednak zrozumieć, czemu snuję się bez energii. Rozumiem, że
lekkie przeziębienie, pochmurna pogoda i brak kontaktu z przestrzenią,
naturą i powietrzem oraz skłonności do depresyjnych stanów robią swoje,
ale mimo to chciałabym rozumieć więcej i niesubiektywnie. Żeby ktoś
przyszedł i mi wytłumaczył jak dziecku prawdę o świecie, w którym
bytuję.
Myślę pozytywnie o niedzielnej rodzinnej imprezie, choć do niedawna nie
byłabym zachwycona, broniąc się przed kontaktem. Upatruję w tym przygody
i możliwości do zmiany otoczenia na kilka godzin. Brat dostał pracę i
wyjechał w Polskę, więc będziemy podróżować autobusem – mój codzienny
środek transportu przez dziewięć miesięcy w roku. Może to dziwne, ale
zawsze czuję się, jakby każde przygotowanie do wyjścia, a potem stąpanie
w butach, których nie zakładam na co dzień, przeistacza mnie w aktorkę.
Jestem sobą, a jednak nie do końca. Z wyczuciem obserwuję świat i każdy
swój ruch. Jest coś wyjątkowego w każdym wyjściu, gdy codzienność
ociera się niemal o absurd. Wszystko jest piękne, nawet najsmutniejsza
sytuacja, która potyka nas po drodze.
Czytam książki o malarzach XIX i XX-wiecznych. Zadziwia mnie, że każdy
podróżował do zagranicznych krajów, choć z drugiej strony momentami
klepali biedę. Bycie artystą i poświecenie życia dla jednego zajęcia,
które nie przynosiło wtedy nic pewnego, bo było się zawsze na początku
nikim, wydaje się przygnębiające w świetle suchych, prawie
encyklopedycznych życiorysów. Gdyby nie urywki listów oraz cały rzut na
epokę i kręgi znajomych, w jakich przebywali, wydawać by się mogło, że
nie opuszczali pracowni. Przełom wieków był piękny z całym pesymizmem
unoszącym się wraz z papierosowym dymem, który wypełniał kawiarnie.
Słucham ostatnio koncertów Bacha na skrzypce i soundtracku „Jai Ho” z
filmu, którego nie oglądałam – „Slumdog Millionaire” oraz piosenek z
japońskiego krążka koreańskiego zespołu. Co za różnorodność, prawda?
Obejrzałam kolejny film, tym razem ze Szwecji. „Pozwól mi wejść„.
Oznaczony jako horror okazał się błędnie zaklasyfikowany, bo koneserzy
tego gatunku na pewnie nie znajdą w nim tego, czego mogliby szukać. Zbyt
spokojny, miało brutalny i wcale nie straszny. Horrorów nie lubię, więc
byłam mile zaskoczona, nawet krwawymi scenami. Trochę napięta, a nawet
momentami senna, lecz ostatecznie tajemnicza aura unosząca się nad
krajobrazami zimy była przyciągająca. Zasiadłam do film bez sprawdzania,
o czym dokładnie jest. Po prostu mignął mi w polecanych. Blond włosy
dzieciak o nietypowej urodzie miał w sobie coś urzekającego. Jego
koleżanka o dużych oczach, która wprowadziła się świeżo na przeciwko,
również. Ale przede wszystkim scenariusz był ciekawy. Historia została
opowiedziana. (Jest książka, na podstawie, której został opracowany
scenariusz – muszę przeczytać.) Może dla niektórych zbyt przypominająca
mroczną bajkę.
Już mignęła mi informacja o tym, że istnieje remake. Nie rozumiem tego
zabiegu w kinie. Głównie to Amerykanie biorą się za takie rzeczy; pewnie
dla pieniędzy. Ostatnio wyszła gorąca zapowiedź przeróbki filmu
południowokoreańskiego „Oldboy”. Do tej pory spotkałam się z podobnymi
opiniami w związku z tą sytuacją; wszyscy uważają to za nonsens i
porażkę. Chyba to kolejny film, który powinnam obejrzeć tego lata.
Oczywiście oryginał.