27.07.2013

766.

Myłam włosy cztery razy; ostatni płynem do naczyń. Cudowny zapach olejku jednak pozostał. Obejrzałam kilka filmów. Cierpiałam fizycznie trzy dni. Zrozumiałam też prosty komunikat od świata; moje życie – mój problem. Wyładowałam wszystko na sobie. Ale to nie moja wina, że żyję. Ilość lat do odsiedzenia w emocjonalnym więzieniu zwiększyła się. No i co z tego? Są ważniejsze sprawy; na przykład nasz film numer cztery. Albo to będzie produkcja życia, albo rzucam tą zabawę w cholerę. Muszę się postarać. Bo wbrew temu, jak sprzecznie to wygląda, bardzo chcę, żeby nam się udało.

…drowning past regrets
in tea and cigarettes…

26.07.2013

765.

Dostałam olejek do włosów, z Maroka, choć M. tam nie było, była gdzieś indziej, ale to nie ważne; pięknie pachnie, aż przez chwilę poczułam się dobrze w swoim towarzystwie. Mam jednak nieodparte wrażenie, że nieodpowiednio go użyłam. Jeśli moje włosy po przespanej nocy (ataki snów dzielnie znoszę; zasypiam bez trudności, wczoraj się nie liczy), będą wyglądać tak, jak teraz, nie wiem, czy wyjdę z domu. Tak, nie wychodzę z domu, ale zbliża się niedziela. W niedzielę opuszczam mieszkanie, zawsze. Ale zapach jest cudowny.
Od obojętnej obojętności do druzgocącego poczucia winy… Aleksandro, Dominiko, Justyno, Magdaleno, Moniko, Małgorzato, Paulino, Emilio… Nawet nie potrafię wytłumaczyć, czemu o drugiej w nocy podejmuję taką decyzję, nie potrafię.

Zrobiłam zdjęcie, gdy siedziałam na miejskiej ławce. Wiał wtedy wiatr…

24.07.2013

764.

Minęło trochę czasu, zanim się zebrałam, a potem minęło jeszcze więcej, zanim przeczytałam książkę, którą dostałam na urodziny. Nie dlatego, że była nudna, wręcz przeciwnie, miło ubogaciła mój czas, który w większości przepływał (i przepływa) mi przez palce na niczym (wartościowym). Zgadzam się, że Hosseini jest obdarzony wyjątkowym talentem narracyjnym. Cieszę się, że mogłam dużo czasu spędzić z historią, która ciągle i niespodziewanie zmieniała swój bieg. „Tysiąc wspaniałych słońc.” Do ostatnich kartek musiałam czekać na rozszyfrowanie tytułu i wtedy zrobiło mi się realnie smutno. Być może inni wcześniej odczuliby to przy niejednym rozdziale, ale ostatnio mało rzeczy mnie wzrusza. (Rzadko skupiam się na życiu. Pewnie to źle, nawet nie wyciągam wniosków z lektur, jestem okropna.) Za to nie opuszczało mnie uczucie niesprawiedliwości w zderzeniu z realiami panującymi wtedy(przełom XX/XXI wieku) w Afganistanie i po raz kolejny z kulturą muzułmańską. Życie, jakiego nie chciałabym odczuć na własnej skórze. Nie będę ukrywać, że „Chłopiec z latawcem” bardziej przypadł mi do gustu, jeśli chodzi o treść i nastrój. Ale zauważyłam pewną cechę charakterystyczną (ciekawe, czy trzecia książka ją posiada). Autor lubi rozdzielać bohaterów bez pożegnania, najczęściej w tragiczny sposób, więcej, dopiero po latach dowiadują się, jaka prawda kryła się za konkretnymi sytuacjami, dalej, czasem odchodzą ze świata w niewiedzy, podczas gdy druga strona, a nawet trzecia, pozostaje z wiedzą, która nie przyda się na wiele. Przyniesie tylko ból, mówiący jak błędnie oceniało się gesty. To uwielbiam najbardziej. Wszyscy mamy słabości. Skrywamy milion myśli. Dopiero w obliczu śmierci się budzimy i przełamujemy bariery. Umierałam już wiele razy, wiem, o czym mówię. Ale widocznie nadal zbyt mało.

Dziękuję za książkę. :)

21.07.2013

763.

Rok temu o trzeciej nad ranem rozpadło się życie, lecz wtedy była sobota. Gdyby nie spotkanie z M., która w tym tygodniu wróciła z wakacyjnej podróży, nie pamiętałabym, jak wiele zmian przyniosło dwanaście miesięcy, tak jak nie pamiętałam o trzydziestym dniu czerwca. Znów wszystko przetoczyło się przed oczami jak ciężarówki załadowane obficie towarem. Morze łez, wtedy, pewnie niepotrzebnych. Z tamtej nocy nie pozostało nic, choć ciebie nadal może boleć wszystko. U mnie, tutaj, w głowie, sercu i duszy jestem wolna.

19.07.2013

762. here I go and I don’t know why

Nie pamiętałam. Maile na pocztę nie chciały przyjść tygodniami. Dzisiaj wpisałam prawidłowe hasło. W szoku dodarło do mnie, że zrobiłam to spontanicznie. Bez świadomości wydobyłam słowo z rozproszonych myśli. Ot, stało się. Minęły cztery lata. Usunęłam mnóstwo zdjęć, zostawiając po jednym z każdego roku. Wszystkie bez mojej osoby. Nie powinnam wiecznie widnieć w internetowej sieci wraz z niepotrzebnymi słowami. To za dużo syfu jak na jedno istnienie. I tak jestem porozrzucana w wielu miejscach, poskładać się nie umiem. Brudzę, zalegając bez ruchu. Głupie. Porzucam, by zerwać emocjonalną więź. Wracam, choć nie widzę w tym sensu. Możliwość diametralnej zmiany po jednej nocy zawsze jest otwarta. Ostatnio wracam w różne miejsca, lecz nie są tym samym, czym były dawniej. Nawet śladów wspomnień tam brak. Dowody uszczuplały. Wszystko poupychane mam w szufladkach głowy i zastanawiam się, czy inni pamiętają cokolwiek z tamtych dni wzajemnej obserwacji. Zaczęłam znowu pisać opowiadania, lecz znaczenie jest zupełnie inne, a nawet można rzec, że to wszystko jest bez znaczenia; samo w sobie tak, to tylko zabicie czasu, ale głęboko, pod stertą warstw ciężkich myśli skrywam powód jak największą zbrodnię wszech czasów. Ostatecznie czuję się jak duch, który próbuje ożyć w obcej już rzeczywistości. Jednak dobrowolnie znikający po pewnym czasie stają się niewidoczni. Jestem tak daleko.

12.07.2013

761. Pozwól mi wejść.

Niedawno nie czułam ani kosmyka na ramionach, teraz pojedyncze pasma łaskoczą moją odkrytą skórę, gdy mam rozpuszczone włosy. Nie byłam przekonana do tego, że ścięcie powoduje u mnie ich lepszy wzrost, a jednak chyba tak jest. To jedyne wytłumaczenie, jakie mogłabym teraz przypisać temu zjawisku.
Chciałabym rozumieć więcej, choć nie jestem przekonana, czy powinnam. Czasem wiedza nie porządkuje myśli, a je rozbija.
Nie pamiętam hasła do swojego photobloga – porzuciłam go w zeszłym roku kwietniem, a teraz żaden z przypominających e-maili nie przychodzi na pocztę, choć wpisywałam wszystkie adresy, jakie posiadam. Próbuję kolejny tydzień, choć nie jestem przekonana, czy naprawdę chcę odnowić tam swoją obecność. Nie zmienia to jednak tego, że dostęp do konta byłby przydatny.
Zastanawiam się, co sprawia, że relacje między ludźmi przybierają inny kształt. Czy decyduje o tym konkretny moment, słowo, a może zmiana nastawienia jednostek? Chciałabym wiedzieć, jak bardzo różni się mój punkt widzenia od punktu widzenia innych na te same tematy. Ale ze mną z własnej woli nikt nie rozmawia, nawet na odległość. Tylko kilka wiadomości, które pocieszają. Momentami odnoszę wrażenie, że niezrozumiałe obawy odpychają ich od mojej osoby. Innym razem wydaje mi się, że to zwykła obojętność, którą potrafię zrozumieć, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Widzę winę w sobie, a jednak są chwile, gdy nic się już nie klei, bo próbowałam wszystkiego, na co było mnie stać, a jednak nie zdarzyło się nic. Chciałabym wiedzieć, czemu ludzie tracą mną zainteresowanie jako człowiekiem.
Siedzę wpatrzona w telewizor, przekręcam kartki książek, robię herbatę lub odkurzam mieszkanie i próbuję zrozumieć mnóstwo rzeczy. Myślę, że pozostało mi tylko czekanie i budowanie w sobie zaufania do Pana świata. Chciałabym jednak zrozumieć, czemu snuję się bez energii. Rozumiem, że lekkie przeziębienie, pochmurna pogoda i brak kontaktu z przestrzenią, naturą i powietrzem oraz skłonności do depresyjnych stanów robią swoje, ale mimo to chciałabym rozumieć więcej i niesubiektywnie. Żeby ktoś przyszedł i mi wytłumaczył jak dziecku prawdę o świecie, w którym bytuję.
Myślę pozytywnie o niedzielnej rodzinnej imprezie, choć do niedawna nie byłabym zachwycona, broniąc się przed kontaktem. Upatruję w tym przygody i możliwości do zmiany otoczenia na kilka godzin. Brat dostał pracę i wyjechał w Polskę, więc będziemy podróżować autobusem – mój codzienny środek transportu przez dziewięć miesięcy w roku. Może to dziwne, ale zawsze czuję się, jakby każde przygotowanie do wyjścia, a potem stąpanie w butach, których nie zakładam na co dzień, przeistacza mnie w aktorkę. Jestem sobą, a jednak nie do końca. Z wyczuciem obserwuję świat i każdy swój ruch. Jest coś wyjątkowego w każdym wyjściu, gdy codzienność ociera się niemal o absurd. Wszystko jest piękne, nawet najsmutniejsza sytuacja, która potyka nas po drodze.
Czytam książki o malarzach XIX i XX-wiecznych. Zadziwia mnie, że każdy podróżował do zagranicznych krajów, choć z drugiej strony momentami klepali biedę. Bycie artystą i poświecenie życia dla jednego zajęcia, które nie przynosiło wtedy nic pewnego, bo było się zawsze na początku nikim, wydaje się przygnębiające w świetle suchych, prawie encyklopedycznych życiorysów. Gdyby nie urywki listów oraz cały rzut na epokę i kręgi znajomych, w jakich przebywali, wydawać by się mogło, że nie opuszczali pracowni. Przełom wieków był piękny z całym pesymizmem unoszącym się wraz z papierosowym dymem, który wypełniał kawiarnie.
Słucham ostatnio koncertów Bacha na skrzypce i soundtracku „Jai Ho” z filmu, którego nie oglądałam – „Slumdog Millionaire” oraz piosenek z japońskiego krążka koreańskiego zespołu. Co za różnorodność, prawda?
Obejrzałam kolejny film, tym razem ze Szwecji. „Pozwól mi wejść„. Oznaczony jako horror okazał się błędnie zaklasyfikowany, bo koneserzy tego gatunku na pewnie nie znajdą w nim tego, czego mogliby szukać. Zbyt spokojny, miało brutalny i wcale nie straszny. Horrorów nie lubię, więc byłam mile zaskoczona, nawet krwawymi scenami. Trochę napięta, a nawet momentami senna, lecz ostatecznie tajemnicza aura unosząca się nad krajobrazami zimy była przyciągająca. Zasiadłam do film bez sprawdzania, o czym dokładnie jest. Po prostu mignął mi w polecanych. Blond włosy dzieciak o nietypowej urodzie miał w sobie coś urzekającego. Jego koleżanka o dużych oczach, która wprowadziła się świeżo na przeciwko, również. Ale przede wszystkim scenariusz był ciekawy. Historia została opowiedziana. (Jest książka, na podstawie, której został opracowany scenariusz – muszę przeczytać.) Może dla niektórych zbyt przypominająca mroczną bajkę.
Już mignęła mi informacja o tym, że istnieje remake. Nie rozumiem tego zabiegu w kinie. Głównie to Amerykanie biorą się za takie rzeczy; pewnie dla pieniędzy. Ostatnio wyszła gorąca zapowiedź przeróbki filmu południowokoreańskiego „Oldboy”. Do tej pory spotkałam się z podobnymi opiniami w związku z tą sytuacją; wszyscy uważają to za nonsens i porażkę. Chyba to kolejny film, który powinnam obejrzeć tego lata. Oczywiście oryginał.

11.07.2013

760. Wyjechałaś w dniu moich urodzin…

Wyjechałaś w dniu moich urodzin, wszystko działo się tak szybko. Byłam w trakcie sesji, na jej marnym początku. Zadzwoniłaś, a potem przyszłaś, żegnając się ze mną dzień wcześniej. Wpadłaś na kilka minut, obie już nie miałyśmy czasu. Ciebie następnego dnia czekał wyjazd o świcie, a mnie egzamin. Nie rozmawiałyśmy długo. Przez kilka miesięcy nie rozmawiałyśmy prawie wcale. Błądziłam w swoich komarach.
Zabawne, ale pamiętam momenty, w których wszystko zaczęło się zmieniać. Potrafię podać dokładne daty, a może nawet konkretne godziny, a do nich dopasować osoby i sytuacje. My rozminęłyśmy się ostatniego dnia listopada. Mam nawet w archiwum naszą rozmową na gadu-gadu. Przeczuwałam, że nie wyjdzie nic dobrego z tych odwiedzin, bo nie byłam w dobrym stanie. Z perspektywy czasu widzę, że zachowywałam się okropnie, choć tamtego wieczoru nie zrobiłam nic złego poza paroma ostrymi słowami skierowanymi do ludzi pod wpływem alkoholu. Ale nie zrobiłam też nic dobrego.
Nocą rozsypałyśmy się obie, choć każda miała swój prywatny, odmienny powód. Ciebie bolała miłość, mnie w jakiś sposób też, ale jednak to nie miało nic wspólnego z uczuciem o podobnym znaczeniu. Myślę, że nikt do tej pory nie wie, czemu wtedy płakałam. Głupio, że przebywałyśmy na klatce schodowej w jakimś obcym bloku. Schowałyśmy się przed zimnem, gdy wyszłyśmy z twojej stancji. To cud, że nikt nas nie przegonił. Widocznie nie rozmawiałyśmy zbyt głośno. Wszystkim wydawało się, że współczuję twojej koleżance, która siedziała niżej na schodach i płakała rozliczając się ze swoim życiem. Chyba każda z nas trzech była żałosna na swój sposób tej nocy. Jesteśmy silnymi kobietami. Tamtej nocy granice wytrzymałości zostały przekroczone. Jakby po tej nocy już nigdy nie miał nadejść dzień. Ku nieszczęściu nadszedł i było jeszcze gorzej. Pierwszego grudnia zaczął padać śnieg, a nasze serca zaczął pokrywać lód. Moje na pewno.
Teraz (owszem, piszę notki robiąc przy tym tysiąc innych rzeczy), szukając płyty ze zdjęciami z Wrocławia, natrafiłam na inną – podpisaną Zdjęcia dla K. Nawet nie wiedziałam, że mam nagrane zdjęcia z nocy 2010 roku. Właśnie naniosłam na opakowanie żartobliwy podtytuł: palaczki i alkoholiczki – deprawacja część pierwsza i ostatnia. Pocieszające jest to, że żadna z naszej czwórki nie miała siana w głowie; do tej pory trzymamy się dzielnie, choć niektórzy znajomi dawno rozpieprzyli sobie życie, a łatwo składać nie jest. Jednak jak patrzę na niektóre zdjęcia, odechciewa mi się żyć – tak koszmarnie wyglądam. Może już wtedy było coś na rzeczy? Nie między nami, ale między mną, a moim podejściem do pewnych spraw. Dziwnie mieć myśl, że to mogło trwać trzy lata, a ostatni rok był tylko kulminacją. Wolę jednak nie sklejać do siebie dni, które niekoniecznie pasują. Z perspektywy czasu wszystko jest dziwaczne.
Przez długie miesiące nie potrafiłam mówić. Było ciężko, jeszcze ciężej. Wraca do mnie uczucie zawodu. Bywa, że nadal mi głupio. Czasem nawiedza mnie myśl, że bezpodstawnie ucierpiałaś za coś, czego nie byłaś przyczyną. Jednak naprawdę wiem, że wyglądało to lepiej. W końcu huragan był we mnie, przyjacielu, więc uciekałam, by wyrządzić jak najmniej krzywd innym. Bo były one nieuniknione, tylko do końca nie wiem, komu jeszcze nie zadośćuczyniłam, bo nikt mi wprost nie wypomniał win. A chciałabym, chciałabym. Może tak byłoby łatwiej? My byłyśmy (i jesteśmy) przyjaciółkami, choć wtedy coraz trudniej wychodziło mi bycie na przyzwoitym poziomie. Odeszłam tak daleko, że wtedy zawrócić mnie z nad przepaści mógł tylko Bóg.
Teraz, gdy jesteś w Anglii i wymieniamy ze sobą pisemne wiadomości, jest we mnie nadzieja, że gdy wrócisz za siedem tygodni moja niezręczność minie i będzie trochę lepiej, nawet jeśli już nie tak jak dawniej. Znów jesteśmy starsze o kolejny rok doświadczeń.

9.07.2013

759. „Z dystansu.”

Jestem przeziębiona, od kiedy przewiało mnie w autobusie, a potem w samochodzie, a potem chyba od siedzenia nieustannie w domu. Obejrzenie filmu „Detachment” nie było w tym przypadku dobrym pomysłem. Bo jak oglądać film, w którym dziewięćdziesiąt pięć procent scen jest przesiąkniętych smutkiem, a ty nie potrafisz powstrzymać tego cholernego uścisku w gardle? Mój katar trochę się powiększył. Ilość emocji namnożyła się niesamowicie podczas dziewięćdziesięciu minut. Zaskoczenie wbiło w fotel, a ciekawe połączenie montażu było dużym plusem. Adrien Brody i jego oczy o przygnębiającym spojrzeniu idealnie wpasowały się w klimat całości. Rola Sami Gayle genialna; zagrać w ten sposób mając piętnaście lat – po prostu talent. Cóż, mnóstwo przemyśleń zostało wysłanych w świat przez jeden film. Życie przyszło do mnie. Zaczęłam zastanawiać się, co robię źle. Moje zachowanie gdzieś zgrzyta i odbija się w ciszy dni, choć przecież tylko snuję się od kąta w kąt i nie zachowuję się wcale. To nie był film o trudnej młodzieży i nauczycielu. To był film o pustce, którą drąży chaotyczny świat lub milczenie.



7.07.2013

758. Dwa filmy.

Jeszcze dwa dni temu na facebook-owym profilu Nie_Wierzę_w_Życie_PozaFilmowe mignął mi tytuł „Płynące wieżowce„(Floating Skyscrapers) – czy tylko ja mam wrażenie, że jest on nietrafiony? – a dzisiaj, po wygranej na jednym z festiwali – nie wiem na jakim, ani w jakiej kategorii; wróciłam do domu po osiemnastej, wiadomość przekazał mi najmłodszy brat po obejrzeniu Teleexpresu (swoją drogą, wie czym się ze mną dzielić), a szukać mi się nie chce – nastało na forach poruszenie. Oto mamy w Polsce film LGBT; pierwszy podejmujący temat homoseksualizmu i to w poważnym wydaniu. Ktoś napisał: porusza temat, który przełamuje tabu i budzi kontrowersje, a ja zastanawiam się, jak daleko jestem do przodu i stwierdzam, że bardzo. Jednak polskie społeczeństwo może być zaszokowane.
Wracając, żebym uznała film z kategorii LGBT za wartościowy, musi przedstawiać coś więcej niż kolejną próbę otworzenia świata na mniejszości seksualne. Nie popieram kina jako pola do walki o cokolwiek, prawa społeczne też. Po przeczytaniu wywiadu z reżyserem, Tomaszem Wasilewskim, odetchnęłam z ulgą, gdy powiedział, że nie chce o nic walczyć.
- Nie robiłem go po to, żeby walczył o czyjeś prawa albo żeby cokolwiek zmieniał. Filmy, które robię, robię dlatego, że chcę opowiadać historie o ludziach na tyle prawdziwie, na ile to możliwe.
- Robię filmy, żeby opowiadać historie o ludziach, które mnie poruszają, a to, jak film będzie odbierany i co spowoduje, to zupełnie inna historia.
- Rozmawiając o postaciach chcieliśmy je pokazać jako prawdziwych ludzi, a nie hasła. Każdy z tych bohaterów ma swoją historię, swoje uczucia i swoje racje, wady i swoje zalety.
Cóż, pan Wasilewski jest tym, który jako pierwszy wprowadził na polski ekran głównych bohaterów homoseksualistów i zostanie nim na wieki wieków, niezależnie od tego, jaki film jest. Mi „Płynące wieżowce” trudno ocenić, bo po prostu nie widziałam produkcji. W końcu film jest świeży i miał dopiero premierę światową (kwiecień 2013); nawet nielegalnie nie można go jeszcze zdobyć (możliwe, że nie umiem szukać).
Mnie intryguje przede wszystkim fascynacja, z którą trudno sobie poradzić. Wewnętrzna walka między tak, a nie jest zawsze czymś zastanawiającym, a śledzenie szeregu ruchów prowadzących do różnych zdarzeń wciąga. Ciekawe, czy tak to będzie wyglądać. Zwłaszcza, że mamy Kubę żyjącego pod jednym dachem z matką i swoją dziewczyną, trenującego pływanie i wiodącego pozornie poukładane życie, który nagle poznaje Michała. I tu zaczynają się schody. Uwielbiam dramaty, destrukcyjne uczucia i męczarnie bohaterów. Ciekawe, czy „Płynące wieżowce” wejdą do polskich kin. Na seans mogłabym pójść tylko z jedną osobą, jeśli internet nie udostępni mi wcześniej pliku do ściągnięcia.
Tymczasem mam za sobą pierwszy wakacyjny seans. Nareszcie udało mi się zebrać i wykorzystać konkretniej wolny czas. W piątek obejrzałam „My brother the Devil„(2012). Jeden z głównych bohaterów, James Floyd, przygotowywał się porządnie do pracy; jak podają źródła: podobno przez 5 miesięcy kręcił się po szemranych dzielnicach Londynu przez 10 godzin dziennie. Reżyserka wykorzystała wątki biograficzne, poświeciła kilka lat na przygotowania. Przyznaję, wypadło naprawdę prawdziwie. Po nocnej scenie walki dwóch gangów zostałam kupiona. Wróg zabił ci przyjaciela psa, w odwecie zabij mu przyjaciela człowieka. Od tego momentu zostałam wciągnięta w film na dobre. Fabuła nieprzewidywalna, interesująca. Bywało, że momentami wstrzymywałam oddech czekając w napięciu na kolejny ruch bohaterów. Strona techniczna zaskakująco dobra; nie spodziewałam się tego. Kawał porządnej roboty. Tylko szkoda, że nie mogę znaleźć piosenki umieszczonej przy napisach końcowych, tak jak nie znalazłam napisów do filmu, więc obejrzałam po angielsku. Dało się.
p.s. Poszukałam. „Płynące wieżowce” Tomasza Wasilewskiego to najlepszy film sekcji East of the West MFF w Karlowych Warach.

6.07.2013

757. Chodź, powłóczmy się trochę.

Jeśli myślałam, że moja lewa ręką będzie współpracować z prawą, grubo się pomyliłam. Podążanie za nagraniem na youtube też nie jest proste, gdy ma się do czynienia tylko z czarnym i białym kolorem. Właściwe mogę sobie darować. Bo to tak, jakbym chciała nauczyć się czegoś, do czego nie mam predyspozycji. Może mogłabym tylko bez akordów, w końcu przewodnia melodia i bez tego jest wzruszająca. Może mogłabym w ogóle przestać grać, z samą sobą. Zachciało się wiejskiej dziewce grać muzykę klasyczną, na keyboardzie. Czujecie jak bardzo to jest żałosne?
A tutaj w głośnikach trochę koreańskiego r&b/hip-hopu i jakieś słowa o czerwonym kolorze, o ustach i spódnicy. Też byłaś dziewczyną w czerwonej sukience, pamiętam, i tak siedzi mi to w głowie, odkąd znalazłam piosenkę, ale nie, potem już zostałaś bez… Chyba zgubiłaś wiele od tamtego czasu.
Siedziałam nocą i szukałam połączeń do Białegostoku. Nawet nie pomyślałam o zachodzie, na którym mnie nie chcą. A potem spytałam siebie: Gdynia czy Gdańsk? I wyszło, że mam to w dupie(brzydko mówiąc) i siedzę w domu. Brak emocji to nie powód, by kombinować. Bo po co mi to? Odrobinę godności jednak trzeba mieć. Nawet, jeśli co noc obnaża się swoje myśli. Zresztą, czy mnie stać? Ni pieniędzy, ni zdrowia. Jednak nie chcę zostać „Nocnym kowbojem”; kto oglądał film lub czytał książkę ten wie, co mogę mieć na myśli, choć niekoniecznie.
Napisał kiedyś F.Hoesick w książce Paryż o L. de Laveaux, gdy ten do niego przyszedł:
- Ma pan czas? Chodź pan, powłóczymy się trochę. Bo po prostu rady sobie dać nie mogę z samym sobą. Mam takie uczucie, że gdybym sam jeden znalazł się nad Sekwaną, na którym z mostów, rzuciłbym się do wody.
Współczuję tym artystyczny chimerom, nigdy nie odmawiam Ludwikowi, gdy mię prosi o dotrzymanie mu towarzystwa. Czasami idziemy na duży spacer, czasem zajdzie się do Louvru, by popatrzeć na arcydzieła, czasami zaś, gdy niepogoda na dworze, po prostu wchodzi się do pierwszej lepszej kawiarni.

Na spacery nie ma kto ze mną chodzić, bo panna G. wyjechała do pracy sezonowej; jest w Anglii. Samotne patrzenie na obrzydłe już widoki jest ponad moje siły. A mostów też tu brak. Chyba wrócę do nauki niepotrzebnych nikomu melodii. Bo tworzenie opowiadań to zło. Nie pozwól mi znowu tego zaczynać.

4.07.2013

756. Niezapomniane melodie.

Byle jak płyną po niebie chmury, więc byle jakie są dni. Nie ma chęci ani niechęci, tylko coś szepcze, by nie patrzeć wstecz i leżeć posłusznie na kanapie, porządkując notatki w zeszycie. Przez mieszkanie przewija się tłum hałasujących nieletnich, więc hałasujesz razem z nimi w imię solidarności, aż energia maleje i tylko czekasz, aż zwolni się łazienka, by spłukać brud dnia i zająć nocne stanowisko pracy. Rozmowy też są byle jakie, może wymuszone, choć trudno określić, bo nie czujesz nic, ani chęci ani niechęci. To wymiana słów, przerzut myśli z jednej strony na drugą, a z nimi wyrzuty sumienia, że nie masz siły, by być czymś więcej. Niedawno było w tym mnóstwo radości. Niedawno były zeszłoroczne wakacje. Nawet lista filmów do obejrzenia jest nietknięta, tak jak i książki, bo nagle myśl o wejściu w inny wymiar nie fascynuje. A tyle było czekania na moment, by móc brodzić w cudzych marzeniach.
Katar się powiększa, gdy jadąc autobusem siedzisz na końcu, a wiatr niegrzecznie rozwiewa twoje włosy. (Przypomina ci się dzień, podobny do tego, gdy myślałaś, że jedziesz tym samym autobusem, co K., a jednak wszystko było nie takie, by zapytać, czy oczy nie zwodzą. Ostatecznie zawracanie głowy i robienie zamieszania jest nie na miejscu. Każdy ma swoje życie, a ciekawość to pierwszy stopień do piekła.) Lecz tak smakuje lato; pierwszy raz od tygodnia czujesz gorące słońce na skórze, bo gdy siedzisz w domu, mając na sobie babciny sweter, wydaje ci się, że jest wczesna wiosna. Upał i 5 kilogramów książek w plecaku, który niesiesz na plecach, idąc przez miasto, bo szkoda ci drobnych na bilet miejski, nie ciąży tak bardzo. Ktoś odkręca się za tobą i stwierdza: ale fajna, choć nie masz zielonego pojęcia, co konkretnie miał na myśl, zmuszając kolegów do spojrzenia w twoją stronę. Jako całość zdecydowanie jesteś nie fajna. Tak jak ten, który bił kolegę w biały dzień.
Ktoś mówi ci cześć, a ty mówisz dzień dobry swojej pani promotor. Tłum ludzi na korytarzu przy katalogu kartkowym, bo okrzyknięto jakieś zebranie, a potem sąsiad w tym samym budynku i tak jakoś za dużo tych znajomych twarzy. Bo później jeszcze on i on i właściwie to wszyscy tylko nie ci, których twarz chciałabyś zobaczyć. Chodzisz, nosisz, oglądasz, czekasz i wracasz do domu z bratem, który jeździ tego dnia, jakby życie było mu nie miłe i tak jakoś cudem parasolka nie wybija przedniej szyby. Słodkie zmęczenie niesie ukojenie.
A świat milczy i ty razem z nim. Tylko P. rozumie wszystko i pojawia się tak często, jak może. Bo nie ciąży nad nami żadne przekleństwo i jest w tym wolność, choć milion kilometrowych przeszkód. A jednak ona jedyna zwraca się ku tobie naprawdę, choć wiesz, że jej serce należy do Indii i życie będzie przeplecione tą myślą. Lecz chcesz obrabować dla niej bank i zdobyć klejnoty, choć to nie ona powinna składać wiano, lecz on. Głupio, bo wiano to ślub i obrzęd małżeństwa i wykład z Antropologii kultury i jedno zdjęcie zapisane w folderze ze szczęśliwą osobą, która rozkłada ręce, wychodząc ku światowi. Wiatr we włosach i uśmiech. Dostrzegasz pełnię życia w tym niewielkim człowieku i ściska ci serce, bo ktoś potrafi pięknie żyć, ale na pewno nie ty. Niebo jest dzisiaj zamknięte.
I tak wracają do ciebie różne obrazy, filmowe przede wszystkim. Nagle chcesz nauczyć się grać na keyboardzie Adagio BWV 974 Concerto in D Minor, J. Bach after Alessandro Marcello, choć nigdy nie miałeś styczności z czarno-białymi klawiszami. Prosisz trzynastoletniego brata, by odszyfrował nuty i przełożył na czytelny dla ciebie zapis, lecz jeszcze się nie godzi. Ale gdy się zgodzi, to będzie twój cel – nauczyć się melodii, którą będziesz grać tylko dla wybranych, a imię to jest jedno, nawet jeśli zajmie ci to kilka lat. Więc zanim to, wracasz do innej muzyki. I tak Dynamic Duo wydaje siódmy album pod tytułem Luckynumbers; swoją drogą genialny. Tylko niepotrzebnie czytasz tłumaczenia piosenek, bo numer trzynaście na liście na pewno nie jest twoim szczęśliwym, bo głupie słowa, głupie przyjaźnie, głupie wszytko… zwłaszcza ten blog, pełen bzdur.

Narration)
Hey Gaeko, hey Choiza, how are you guys?
It’s Dong Yeop hyung
It was so fun when we used to drink together
Even if I don’t contact you guys a lot
And even if you guys don’t contact me a lot
Let’s not be too upset with each other
It’s not important how often we contact each other.