Moje ulubione święta w roku, a
poprawnie ujmując: mój najcenniejszy czas w roku. Kiedy zbliża się Wielki
Tydzień czytam więcej, słucham więcej, próbuję zrozumieć więcej, chcę więcej i
jestem wdzięczna za ten „moment”, który mogę przeżyć po raz kolejny. Obiecuję
sobie, że nie będę wracać do przeszłości, co jest zdaniem trudnym, bo
przeszłość jest znana zbyt dobrze, ale warto pamiętać, że przyszłość ani
trochę. Oczywiście można bawić się we wróżkę i przewidywać, ale nigdy,
przenigdy nie wiesz, nawet, jeśli czynisz określone plany. Próbuję żyć lepiej, ale
czasem przytłacza mnie ciężar przeszłości, te wszystkie pootwierane furtki złu,
których nie jestem pewna. Czy zatrzasnęłam już wszystkie szczelnie, czy może
niektórych zapomniałam zamknąć na klucz? Co jeśli nadal okłamuję siebie, jeśli
nie wyleczyłam się ze wszystkich ukrytych zranień i jestem bardziej podatna na
pokusy? Mam świadomość, że przede mną jeszcze wiele dni trudu i starań, życie
przecież trwa dalej, ale dawniej poddałabym się bez walki, leżałabym na podłodze (realnie) i
płakała z bezsilności, zmęczenia i z mętlikiem w głowie, ale stało się tak, że
oto jestem, ciągle próbuję, choć może tego nie widać, nawet po moich wpisach. Nadal
bywa, że tracę nadzieję, siłę, ogarnia mnie strach, przegrywam ze słabościami, ale
nawet jeśli pojawiają się rzeczy, które ciążą jak dawniej, wiem, że najważniejsza
jest szczerość przed samym sobą, a potem przed Panem, i nagle wszystko nabiera
innych barw. Nigdy nie przypuszczałam, że poczuję w sobie spokój, że przyjdą
takie dni, w których nie będę zasypiać ze strachem, poczuciem przegranej,
tonami win, utratą szans na uwolnienie i oddech pełną piersią. Przejście do
dorosłości bywa ciężkie, tym cięższe, jeśli dawne rytuały przejścia wygasły lub straciły na znaczeniu, a człowiek tak zwyczajnie wpychany jest
do obcego sobie świata i ma żyć jako dorosły. Nikt nie nauczył mnie świata, świat
uczył mnie, na bieżąco, więc stąd mój brak przygotowania, do życia w ogóle, i wszechobecne
zagubienie, i niepewność. Nie potrafię określić konkretnego momentu, w którym poczułam
w sobie głód wiedzy; to działo się naturalnie, szukałam prawdy, bo prawda nas wyzwoli. Od dziecka chodziłam
co niedzielę na mszę, i nie tylko w niedzielę, i nigdy nie przestałam, ale nie
prosiłam, a przecież napisane jest proście
a będzie wam dane, szukajcie a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Nie
piszę tutaj często o swojej wierze; uważani mogą wyłapać nawiązania. Nie robię
tego, bo nie sądzę, że jestem w pełni poukładaną osobą, więc drogowskazem też
być nie mogę, lecz wiara była i jest to dla mnie ważna, i nie chcę milczeć,
kiedy powinnam dzielić się dobrem, które przemienia mają duszę. Nie raz
potrzebowałam lekarza. Diagnozując siebie małoletnią z przeszłości oraz z perspektywy
czasu, wiem, że potrzebowałam konkretnej, zdecydowanej pomocy, której nie mogłam
otrzymać z różnych powodów. Nie mam do nikogo żalu, stało się, życie, na które
nie byliśmy odpowiednio przygotowaniu. Uświadomienie sobie tego było jednak
bolesnym momentem, bo wyjście z kłamstw, w które się wierzyło, wymaga przepracowania
wszystkiego od nowa, ale warto było, na końcu czeka uwolnienie. Moje zagubienie
było skutkiem, a jego przyczyną nie zawsze moja osoba, lecz to, co robiłam w
zagubienie, należało już do moich win. Nie będę rzucać przykładami na prawo i
lewo, bo ze swoimi pisarskimi zapędami,
mogłabym streścić pół dotychczasowego życia. Wspomniałam o swoim nieustannym
uczęszczaniu na Mszę Świętą. Do tego spowiedź i przyjmowanie Komunii Świętej. Niezależnie od tego na jakim etapie jestem, mogę
stwierdzić z pewnością, że tylko to uchroniło mnie przed ostatecznym upadkiem
(czyt. ciągnące się latami myśli samobójcze nigdy nie zostały urzeczywistnione)
i nadal chroni, bo bez tego łatwo ulegałabym złu, krzywdziłabym bardziej siebie
i innych dookoła. Myślę, że w życiu ważne jest spotkanie na swojej drodze mądrych
i cierpliwych osób, a wierzcie, takich można spotkać choćby na youtube; wykład za wykładem, mocne
słowa, które mimo to dają nadzieję i nawet brak bezpośredniego kontaktu
sprawia, że usłyszenie o swoich problemach z innej perspektywy i z doświadczonych
ust daje ukojenie. Znajdź przyczynę swojego smutku
w życiu, i nie obcinaj chwastom jedynie liści, ale wyrwij je z korzeniami. Ostatnio
przypomniano mi, że najprostszym egzorcyzmem jest znak krzyża, a właśnie to są
te święta, nie króliczki, kurczaczki i jajeczka, choć i to jest ważne jako
kulturowy aspekt, ale krzyż, to jest najważniejsze w tych świętach, On i Krzyż,
na którym za nas umarł. Chciałabym pamiętać o tym, że zawsze jest nadzieja,
jeśli szczerze zawierzymy swoje życie Bogu. Nie raz miałam porządnie namieszane
w głowie, byłam wycieńczona, tak bardzo, że nawet sen nie przynosił ukojenia,
więc zamiast podążać za huraganem w głowie, bez możliwości podzielnia się z kimkolwiek
swoim parszywym stanem, zasypiałam z szeptaną w myślach modlitwą. Pewnie to nie
jest to, o czym chce czytać dzisiejszy świat, ale musiałam wspomnieć o ważnym
dla mnie czasie w życiu, aby nigdy nie zapomnieć, że można przetrwać wszystko, wszechogarniającą
ciemność i duszący strach, i odrzucić zło z Jego pomocą, wyjść na prostą, zacząć odczuwać radość i dostrzec sens istnienia. Brzmi jak czarodziejska opowieść, ale
to jest moje życie, prawda, którą odkryłam i o której nie chcę zapomnieć, choć zdarza mi się nie pamiętać. Walczmy
o siebie i swoich bliskich, i nie otwierajmy furtek Złu, bo zamknięcie ich jest
trudne.
25.03.2016
22.03.2016
879.
Jesteśmy dorosłe, choć mam wątpliwości, czy akurat ja dorosłam do bycia
dorosłą. Dziewczętom w wieku nastoletnim zdarza się rozmyślać o dorosłym
życiu, a potem, gdy dorastają, wspominają dziecięce czasy i zerkają
nieśmiało w przyszłość; pojawiają się chłopcy, złamane serca, studia,
odmienne ścieżki i wszystko się rozluźnia, łącząca więź również.
Wiedziałam, że marzą o „zwykłym” życiu, mężu, rodzinie, dobrej pracy.
Nagle to wszystko zaczyna dziać się tu i teraz, a ja, nieugięta, od
ponad dziesięciu lat wiem, że takie życie jest nie dla mnie. Osobiście
mi to nie przeszkadza, ale wprowadza element niezręczności w moich
kontaktach z innymi. Dziwnie jest otrzymać zaproszenie na ślub
przyjaciółki, tym bardziej dziwne, jeśli jest się mną, trochę pogubioną i
przez to coraz bardziej oddaloną od głównych wydarzeń. Gdybym była kimś
innym, zostałabym świadkiem na ślubie swojej najlepszej przyjaciółki,
wyprawiłabym jej uroczy i niezapomniany wieczór panieński, dzielnie
wspierałabym w czasie stresu, uczestniczyłabym we wszystkich
przygotowaniach, ale jestem kim jestem, aspołecznym, niezaradnym i
biednym człowiekiem, który miałaby tysiąc ataków paniki, gdyby musiał
pełnić tak odpowiedzialną rolę. Nie wiem, kiedy zrozumiałam, że jestem
inna, że nie odnajdę się w życiu rodzinnym, że nie podołam roli
przyjaciółki, że dorosłe życie stanie się wyzwaniem, któremu nie stawię
czoła. Czasami szkoda mi, że nie jestem zwyczajna pod tym względem, bo
oczywiście nudnej zwyczajności jest we mnie wiele. Miło byłoby być
pomocnym w tak ważnym dniu swojej przyjaciółki, ale coś kiedyś poszło
nie tak i oto jestem niezdolna do czynów, które innym przychodzą łatwo i
z pewnością upłynie jeszcze wiele czasu nim uda mi się przeskoczyć te
trudności. Za trzy miesiące będę miała dwadzieścia sześć lat, więc już
niedługo stuknie mi trzydziestka. Brzmi kosmicznie. Podejrzewam, że w
dniu trzydziestych urodzin dotrze do mnie ze zdwojoną siłą świadomość
zmarnowanego życia. Już czuję zapowiedź tego dławiącego ból. Tylko Bóg
mnie przed tym uchroni. Tymczasem mam inny problem, związany właśnie ze
ślubem przyjaciółki. Dostałam zaproszenie z osobą towarzyszącą, to
oczywiste, jestem dorosła (trudno uwierzyć w to mojej nastoletniej,
zagubionej? duszy), więc jak to się stało, że nie mam ani jednego
kolegi, którego mogłabym i chciałabym zaprosić. Nie pójść na ślub
własnej przyjaciółki, którą zna się od dziecka raczej nie wypada. Jestem
oddalona od tętniącego życiem świata i coś sprawia, że nagle chcę iść,
chcę narzekać, że nie mogę kupić wygodnych butów i we wszystkich
sukienkach wyglądam grubo, chcę odegrać po raz kolejny uczestnictwo w
wydarzeniu, do którego nie pasuję. Ale nagle okazuje się, że nie chcę
iść sama, nie chcę siedzieć przy stole sama, tańczyć sama, choć wiem, że
pojawią się tam moi znajomi, z którymi mogłabym zamienić nie jedno
słowo i przetańczyć nie jedną piosenkę, ale nie zmieni to faktu, że
nadal będę sama, a oni wszyscy w parach. W tej sytuacji byłabym idealnym
świadkiem, miałabym ustalonego z góry partnera, ale nie nadaję się do
tej roli, więc mnie w niej nie obsadzono. Nie mogę pójść z kimkolwiek,
aż tak dobrą aktorką nie jestem. Trudny ze mnie człowiek, więc
dotrzymanie mi towarzystwa na tego typu imprezach jest trudne. Nie piję
alkoholu i oczekuję mało pijącej osoby (tak już mam, za dużo alkoholików
w rodzinie, by akceptować alkoholowe szaleństwo); nie potrafię tańczyć w
parach i czuję się niezręcznie, gdy zbliża się do mnie druga osoba (a
obca już na pewno!); nie potrafię swobodnie rozmawiać z ludźmi i ogólnie
mało mówię; nie potrafię jeść co godzinę, właściwie niewiele jem, gdy
inni patrzą mi na talerz; nie biorę udziału w weselnych zabawach, bo nie
lubię być w centrum uwagi i w ogóle chowam się przed obiektywem… Nie
sądzę, aby znalazł się ktoś, kto chciałby spędzić weselny wieczór i noc w
moim towarzystwie, nawet za pieniądze, których nie mam, więc może
lepiej pogodzić się ze swoim losem i iść samej, tak jak to robiłam do
tej pory przy wszelkich wydarzeniach, które wymagały pary. (Nie licząc
wesela, na które poszłam z przyjaciółką – siostrą bliźniaczką
obecnej-przyszłej panny młodej – bo to była moja bardzo bliska rodzina,
więc nikt nie posądził mnie o odmienną od prawdziwej orientację
seksualną, ani studniówki z kolegą z klasy, na której bawiłam się źle.)
Nie oszalałam na tyle, aby zamieścić ogłoszenie w internecie i
przeprowadzić casting. Ryzyko wybrania źle jest tak ogromne, że nie
warto szargać swoich nerwów. Ostatnio natrafiłam w telewizji na program
(nawet nie sprawdziłam nazwy, więc tym samym jej nie zapamiętałam),
gdzie kobiety w windzie zaczepiały potencjalnego weselnego partnera i
prosiły go o pójście z jedną z nich w roli narzeczonego, aby
zaoszczędzić biednej dziewczynie nieprzyjemnej konfrontacji z oczekującą
rodziną. Nawet testowały panów w weselnych zabawach, a jednemu
proponowały 10 tysięcy za zgodę, ale nie ugięty, nie chciał ani iść, ani
przyjąć wynagrodzenia. Odnalazłam w nim bratnią duszę. Żadne pieniądze
nie zrekompensowałyby mi stresu przez jaki musiałabym przebrnąć na
całkowicie obcym weselu. Bycie w parze to dla mnie jak zetknięcie się z
obcą kulturą. Ostatnio miewam nawet sny o tym, jak zgadzam się na
związek z kimś, a po chwili stwierdzam, że oszalałam, bo przecież nie
czuję nic, zupełnie nic, a potem nie wiem, jak wyplątać się z
niezręcznej sytuacji; nic przyjemnego. Nawet w snach nic nie działa. Nie
wiem, co robić. Nie chcę zrobić przykrości przyjaciółce, ale nie chcę
też zrobić przykrości sobie. Może lepiej pójść tylko na ślub i
zrezygnować z przyjęcia? Ale jeśli teraz nie będę brać udziału w tego
typu wydarzeniach, to kiedy przyjdzie na to czas? Chciałabym przez
chwilę być częścią „normalnego’ świata, nawet jeśli nie pasuję do niego
idealnie. Chciałabym wzruszyć się na przysiędze przyjaciółki, zobaczyć
niezwykłą radość na jej twarzy, przeżyć z nią jeden z najpiękniejszych
dni życia kobiety. Co mam zrobić? Czemu muszę podjąć samodzielną
decyzję? (Ach tak, jestem dorosła i odpowiedzialna sama za siebie.)
Stresuje mnie to. Mam dwa tygodnie na potwierdzenie obecności. Znowu
będę czekać do ostatniej chwili, czekać na odpowiedź, której nie
dostanę, na cud, który nie nadejdzie. Zupełnie nie rozumiem, czemu choć
raz nie może wyrosnąć przede mną idealny partner na wesele, tak po
prostu pojawić się tu i teraz, a potem zniknąć wraz z końcem całego
„zamieszania”. Zupełnie nie rozumiem.
19.03.2016
878. surrender
Nie pamiętam, jak to się stało, pojawili się nagle i
pozostali na stałe, pomogli mi zapomnieć, że muszę żyć, kiedy już nie chciałam,
a potem sprawili, że cierpiałam nie mogąc ich spotkać. Na wszystko muszę czekać
długo, bo świat bez pieniędzy nie istnieje. Nie wiem, od czego zacząć.
Chciałabym napisać to dla siebie, i dla innych, aby kiedyś uwierzyli, że i mnie
spotkało coś dobrego w życiu. Rzadko spotykam znajomych, od kilku lat widują
mnie tylko w nieciekawych momentach mej egzystencji; zamiast słuchać o pięknych
opowieściach z mych uśmiechniętych ust, widzą coś, czego wolałabym im
zaoszczędzić – zmęczenie, dezorientację, bezradność. Najszczęśliwsza bywam
siedząc przed komputerem, albo gdy mam okazję udać się na koncert ukochanego
zespołu po latach wyczekiwania, a zdarza się to raz na dziesięć lat. Niedzielny
koncert mogłam przeżyć wraz z koleżanką ze studiów; obie dostałyśmy się pod
władanie uroku zespołu Hurts i tak już zostało. Pogoda posuła się akurat w
dzień koncertu; zimne powietrze skutecznie zaniżało temperaturę wskazywaną
przed termometry. Byłam ubrana ciepło, ale mogłam ubrać się jeszcze cieplej. Mój
strój sprawił, że nie byłam w stanie czekać na po koncertowe wyjście zespołu
dłużej niż półtorej godziny, na wyjście zespołu, którego nie było. I to chyba jedyny
powód, dla którego powinnam cieszyć się, że założyłam spódniczkę, oraz, jak się
okazało, niewygodne buty, a parasolkę zostawiłam w hotelu, bo wcześniej nie była
potrzebna. Nie wiem kto zawinił, znalazłam tylko informację, że dwie i pół
godziny czekania zakończyły się niczym. Jeśli dobrze liczę, fani czekali do w
pół do pierwszej w nocy; jeśli kłamię, niech mnie ktoś poprawi. Podziwiam wytrwałych,
zwłaszcza, że widziałam osoby ubrane wiosennie, więc przykro słyszeć, że ich
poświęcony czas i zdrowie nie zostały wynagrodzone. Jestem ciekawa kto był
posłańcem złych wieści. Ale od początku. Los chciał, że nagle znalazłyśmy się
pierwsze w kolejce na trybuny. Nie przypuszczałam, że ludzie tak późno
przychodzą na koncerty europejskich wykonawców, a może to młode fanki, młodych
koreańskich zespołów o świcie ustawiają się w kolejce. W tej sytuacji mogłyśmy
kupić bilety na płytę i stać pod sceną, ale jak miałyśmy przewidzieć, my, mające
zerowe doświadczenie przy tak dużych koncertach, że nie wszystkim ludziom
spieszy się tak bardzo. Miejsca na trybunach miałyśmy jednak idealne,
rozpościerający się przed nami widok był satysfakcjonujący, a miejsca siedzące
zapewniły odpoczynek przed rozpoczęciem koncertu, przetrwanie supportu i wizytę
w szatni. Cały koncert i tak spędziłyśmy stojąc, a właściwie tańcząc i reagując
żywo. Nie mogło stać się inaczej przy tak genialnym zespole. Wróciłam bez zdjęć
i nagrań, choć wzięłam sprzęt. Szkoda czasu na zapisywanie wspomnień w ten
sposób, na patrzenie przez kolejny ekran na osoby, które i tak widujesz
codziennie na ekranie. Od początku do końca musiałam zarejestrować wszystko
własnymi oczami i wykorzystać czas na dobrą zabawę. Minęło pięć dni od koncertu,
a ja ciągle tam stoję i widzę ich na scenie, są realni, wiem, że są, a jednak momentami
mam wrażenie, że wszystko mi się tylko przyśniło. Panowie z Hurts są niesamowici
na żywo. W dodatku aranżacja sceny, światła, tańczące panie chórzystki, dały, nie bójmy się użyć
tego słowa, idealnie wyreżyserowane widowisko cieszące oko i ucho. Nadal jestem
oczarowana. Theo jest niezwykle charyzmatycznym wokalistą, więc nie sposób
oderwać od niego wzrok, choć starałam się podzielić swoją uwagą ze wszystkimi
osobami na scenie, co chyba mi się udało, bo nawet wyłapałam moment, w którym
Adam zjadł, jak się później okazało, banana. Po koncercie w myślach najdłużej
nuciłam „Nothing will be bigger than us”, pewnie dlatego, że była to pierwsza
piosenka podczas ponownego wyjścia zespołu na scenę, a ja musiałam kilka chwil
wcześniej napompować aż cztery balony, co było wyzwaniem. Nie mogę też nie
wspomnieć o tym, jak wielkie wrażenie zrobiło na mnie wykonanie „Weight of the world”,
w dodatku nie przymuszałam, że do niezbyt optymistycznego utworu można tak zmysłowo
wić swoim ciałem; dziękuję Theo, za zmianę moich poglądów. Poznałam Theo
tancerza – szkoda, że nie brał na sceny fanki do tańczenia z nim przy „Lights”,
myślę, że byłby to ciekawy element koncertu – ale poznałam też Theo dyrygenta,
który sprawił, że zgromadzony tłum rytmicznie poruszał dłońmi do piosenki
„Sandman”, co wyglądało imponująco. Nie byłam na wielu koncertach, ale wiem, że
poza ekscytacją i radością, pojawiają się odczucia tak różne, jak różni są
artyści i ich miejsce w naszym życiu. Czuję niedosyt, koncert minął jak jedna
chwila; byłam szczęśliwa, a jednak moje serce zbyt spokojne; nie dopadła mnie po koncertowa depresja, choć uroniłam
kilka łez, ale może z żalu, że to już, że tak, że po kilku latach moje marzenie
zostało spełnione, choć w swojej wszechobecnej biedzie nawet o tym nie marzyłam,
nigdy. He says: don’t let go, never give
up, it’s such a wonderful life, więc oto jestem, choć życie cięgle nie jest
wspaniałe.
11.03.2016
877. thorn love
Nie
słucham namiętnie ballad, bo nie jestem ich wielką fanką, zwłaszcza, że bywają
popisem głosu (tylko popisem, to najgorsze, zwłaszcza w programach muzycznych typu
castingowego), ale zdarzają się
momenty, gdy podczas pierwszego odtworzenia utworu, głos wokalisty wzrusza mnie
tak bardzo, że nie potrafię powstrzymać łez. Rzadka sytuacja, tym bardziej dla
mnie wartościowa. Uwielbiam moment, w którym sztuka spełnia swoją funkcję,
przenosząc mnie o krok dalej. Wtedy nie jestem tylko zwykłym Kowalskim, w tym przypadku
Kowalską, która dba jedynie o posiłki, sen i telewizję, ale nagle przypominam
sobie, że mam coś tak dziwnego jak duszę, która potrzebuje czegoś więcej.
Dziwne uczucie, być na moment gdzieś indziej, poza swoim ciałem, pokojem,
rzeczywistością, a jednocześnie być tylko w jednym momencie, w chwili, być
razem z melodią i czyimś głosem. To trochę jak moment załamania nerwowego. Nie
chcesz, aby to przyszło, a jednak jest, obezwładnia cię; wraz z kolejnymi
sekundami nie może się powstrzymać, bo jesteś w sieci melodii i głosu. Idąc tym
tropem, połączenie ballady z obrazem filmowym dla mnie czasem zapaść. Niedawno
w polskiej telewizji wyemitowano koreański serial. Gdy przypadkiem natrafiłam
na jeden z odcinków, byłam w szoku słysząc znajomy język, ale stwierdziłam, że historyczna
drama nie wciągnie mnie wystarczająco. Myliłam się. Spróbowałam. Przeżywałam. Nadrobiłam
stracone odcinki w internecie, a potem cierpliwie oglądałam skrócone wersje w
polskiej telewizji, choć nie rozumiem jak można było tak byle jak pociąć
odcinki i z 51 zrobić aż 63. Nieważne. „Cesarzowa Ki” to niesamowity serial. Rzadko
sięgam po wieloodcinkowe produkcje, ale ostatnio przerzuciłam się na dłuższe przebywanie
z bohaterami, bo jakoś przykro mi, gdy dobry film trwa tylko półtorej godziny,
zwłaszcza, że coraz trudniej znaleźć mi dostępne produkcje, które owładnęłoby moje
myśli na dłużej, po zakończeniu seansu. Muzyka. Ballady. „Cesarzowa Ki” to serial z genialną
ścieżką dźwiękową. Koreańscy wokaliści mają ujmujące, przejmujące i wyjątkowe
głosy, a gdy usłyszałam po raz pierwszy „Thorn Love” panów z 4MEN, zabolało
mnie serce. Nie wiem, te głosy bolą. Uwielbiam cierpieć w ten sposób. Niech
żyje sztuka.
5.03.2016
876.
Nie umieram, jeszcze nie, to „tylko”
anemia, nie pierwsza w moim życiu, choć pierwsza leczona, drogie witaminy na
receptę i moje mroczki przed oczami oraz osłabienie zniknął, a twarz nabierze
kolorów. Oryginalnie moja karnacja jest blada, ale teraz widać rysujące się pod
oczami żyłki. Miałam pierwszy raz w życiu pobieraną krew, po dwudziestu pięciu
latach istnienia, niesamowite uczucie, podejrzanie bezbolesne, jeśli będę kiedyś
zdrowa (bo istnieje we mnie niejedno przeciwwskazanie), oddam krew. Często
miałam problemy z jedzeniem, na różnych poziomach i z różnych przyczyn, nie tak
dawno wydało mi się męczące i bezsensowne, że człowiek musi codziennie jeść,
już nie wspominając o tym, że nie powinien tylko zapchać żołądka, ale dziennie dostarczyć
organizmowi odpowiednią ilość potrzebnych witamin i mikroelementów. Czy to jest
możliwe? Męczy mnie życie na poziomie wegetacji, chciałabym robić coś więcej
niż martwić się o to, co jeść, aby trwać, i zastanawiać się, skąd wziąć
pieniądze, aby kupić jedzenie. Chciałabym, aby mój okres magicznie wrócił, a
pisk w uszach magicznie ustał. Jestem dzisiaj wyjątkowo zmęczona, z
pobolewającą głową i ciągnącym się rozkojarzeniem. Idę już spać, choć mogłam wcześniej,
mogłam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)