Dawno minęły czasy, gdy zabawa w oszukiwanie miała swój sens, ale
dzisiaj wpadłam na iście szatański plan, którego ostatecznie zrealizować
nie mam serca (bo jednak z szatanem nie kręcę). Ale siedząc przed
telewizorem i śledząc skecz kabaretu Smile, który naprawdę nie miał nic
wspólnego z moją wizją, ale był przezabawny, pomyślałam, że na blogu z
opowiadaniami, który obecnie świeci pustkami, bo zwinęłam interes ponad
miesiąc temu, obwieszczę, że powracam z nowymi pomysłami. Żarówka
świeciła intensywnie, odkrywając wszystkie konsekwencje tego zamiaru, i
aż zaśmiałam się do siebie, jak mały cwaniak, który planuje przechytrzyć
wszystkich, obiecując im złote góry, a potem znikając po zabawie.
Jednak po setkach, choć może to przesada, słów uwielbienia(!) i
pochwał(!) oraz wyrazów ubolewania(!) nad tym, że odeszłam, co gorsza,
bez uprzedzenia i z dnia na dzień, nie zostawiając na pamiątkę tekstów,
nie mogłabym dać nadziei, bo a nóż ktoś zapomni, że przecież to Prima
Aprilis. Nie twierdzę, że byłam aż tak ważna z tymi swoimi marnymi
tekścikami o historiach nic nie wartych, śmiesznych i rozedrganych,
wypchanych uczuciami, które nie istnieją w realnym świecie, a raczej nie
powinny istnieć, nie w takiej formie. Nieświadome i niewinne
przekazywanie fałszywego obrazu człowieka nigdy nie było moim celem, a
jednak stało się, bo „samozwańczym artystom” można wszystko, ważne żeby
kreatywnie i szokująco. Zresztą, kryć nie będę, że moja przygoda z
pisaniem zaczęła się nie tak jak trzeba, a przede wszystkim nie w takich
okolicznościach jak trzeba i tu tkwił cały problem. Może to głupie, że
ciągle wracam do tamtych dni, ale lubię przypominać sobie, co
doprowadziło mnie do przełomowego momentu w życiu. Nie będę też ukrywać,
że kocham wiele z tamtego czasu, bo nie wszystko było złe. Jestem
zakochana na zabój w swoich krzywych wizjach i słowach, które sklejały
się cudownie, gdy targały mną emocje. Czasem brakuje mi chwil wyżywania
się na klawiaturze, ale teraz, mając spokój, nie potrafiłabym z dawną
siłą ciskać słowami. Mimo to jest coś wzruszającego w upadkach i
zabawach w bycie kimś więcej niż oddechem. W szukaniu oddechu innych. A
gdy przyjdzie lato i nastaną wakacyjne dni, może spróbuję pisać, może
dam sobie szansę, może rozegram to inaczej, ale z głową i zdrowymi
zmysłami. Tak i piszę to dzisiaj, a dzisiaj nie ma żartów.
31.03.2013
29.03.2013
729. Wyjątkowy piątek.
Powiadają: Żydzi ukrzyżowali
Chrystusa. Zabili Boga. I – huziaaa! Zabić Żyda! – bo Żydzi zabili Boga…
A ty, chrześcijaninie, z gardłem pełnym słusznego wrzasku, co robisz,
aby twój Bóg żył? Co zrobiłeś wczoraj? Co robisz – dziś, w tej chwili?
Jakie gwoździe nienawiści ze swej kieszeni wyrzuciłeś, by nie raniły
Rąk? Jaki cierń otuliłeś watą miłosierdzia, by nie zraniły Skroni?
Którym słowem – mógłbyś to rzec Jemu, gdyby teraz uczynił sąd – gasiłeś
płomień, który w Piecu Świata gore?
- Grzegorz Musiał, Dziennik z Iowa
- Grzegorz Musiał, Dziennik z Iowa
Triduum Paschalne to mój ulubiony, jak i
najważniejszy, czas w roku. Tak było zawsze. Lubię obserwować ludzi w
kościele i milczeć, gdy śpiew unosi się pod sufit. Ujmują mnie takie
momenty, może dlatego że dotyka nas nieumiejętność głębokiego
przeżywania, nie tylko świąt. Bywa, że stojąc w kościele i wsłuchując
się w słowa modlitw, wzbiera we mnie fala wzruszenia. Chciałabym umieć
zatrzymać ją na dłużej i wynosić poza mury świątyni, gdzie neguję całe
swoje uczuciowe życie lub chowam gdzieś głęboko.
Jednak dzisiaj nie o tym chciałam, a o nieplanowanym staniu obok siebie w kościele – mam tu na myśli moje przyjaciółki (bliźniaczki) i siebie. Pewnie ktoś pomyśli: co może być w tym nadzwyczajnego? Mi jednak przypomniały się dni, kiedy będąc dziećmi, umawiałyśmy się i razem wędrowałyśmy do kościoła, szczególnie na nabożeństwa majowe i różaniec w październiku. W ciepłe dni często zachodziłyśmy potem na lody. W pamięci mam też mszę z zeszłorocznych wakacji, na którą poszłam z G. Był upał, wybrałyśmy godzinę siedemnastą, rozmowa nie kleiła się w żadną stronę, ani gdy szłyśmy, ani gdy wracałyśmy. Pamiętam, że miałam na sobie żółtą spódnicę i bluzkę w duże kwiaty; pamiętam, że miałam mętlik w głowie i byłam chora w swoim zamkniętym umyśle. I chyba ten smutek ciągnął się długo, nawet był wczoraj, gdy zaczepiłam G., szturchając ją w ramię, gdy przechodziła z mamą przez bramkę, podczas gdy ja ze swoją czekałam na brata. Przywitałyśmy się z uśmiechem, lecz gdy siedziałam sama w samochodzie, czekając na kierowcę, znów poczułam się winna. Ale dzisiaj, gdy stałyśmy obok siebie w kościele, śpiewając pieśni wielkopostne, pomyślałam, że wszystko wróciło do normy, że znów jest tak jak dawniej.
Pokładałam i pokładam wiele nadziei w tym świętym czasie. Chciałabym, żeby zaowocował czymś dobrym, chciałabym już nigdy nie wrócić do życia, jakie trwało przez ostatnie pół roku, choć jestem świadoma, że ze swoimi skłonnościami do błądzenia, ucieczek, popadania w schematy i robienia z siebie celu, do którego należy strzelać, gdy wszystko inne zawodzi, może być trudno. Ale teraz nie mogę patrzeć na to, co przede mną inaczej niż pozytywnie. I nawet nie wiem, skąd we mnie ten spokój, tak obcy chaosowi, gdy nocami modliłam się o swoją śmierć. Tak bardzo skupiona na sobie, tak bardzo niesprawiedliwa, tak bardzo nie chcąca się zmienić. Wiem, gdzie popełniłam błąd. Wiem już, do Kogo zwracać się o pomoc. W końcu rozmowy z mieszkańcami Nieba są darmowe. ;)
Jednak dzisiaj nie o tym chciałam, a o nieplanowanym staniu obok siebie w kościele – mam tu na myśli moje przyjaciółki (bliźniaczki) i siebie. Pewnie ktoś pomyśli: co może być w tym nadzwyczajnego? Mi jednak przypomniały się dni, kiedy będąc dziećmi, umawiałyśmy się i razem wędrowałyśmy do kościoła, szczególnie na nabożeństwa majowe i różaniec w październiku. W ciepłe dni często zachodziłyśmy potem na lody. W pamięci mam też mszę z zeszłorocznych wakacji, na którą poszłam z G. Był upał, wybrałyśmy godzinę siedemnastą, rozmowa nie kleiła się w żadną stronę, ani gdy szłyśmy, ani gdy wracałyśmy. Pamiętam, że miałam na sobie żółtą spódnicę i bluzkę w duże kwiaty; pamiętam, że miałam mętlik w głowie i byłam chora w swoim zamkniętym umyśle. I chyba ten smutek ciągnął się długo, nawet był wczoraj, gdy zaczepiłam G., szturchając ją w ramię, gdy przechodziła z mamą przez bramkę, podczas gdy ja ze swoją czekałam na brata. Przywitałyśmy się z uśmiechem, lecz gdy siedziałam sama w samochodzie, czekając na kierowcę, znów poczułam się winna. Ale dzisiaj, gdy stałyśmy obok siebie w kościele, śpiewając pieśni wielkopostne, pomyślałam, że wszystko wróciło do normy, że znów jest tak jak dawniej.
Pokładałam i pokładam wiele nadziei w tym świętym czasie. Chciałabym, żeby zaowocował czymś dobrym, chciałabym już nigdy nie wrócić do życia, jakie trwało przez ostatnie pół roku, choć jestem świadoma, że ze swoimi skłonnościami do błądzenia, ucieczek, popadania w schematy i robienia z siebie celu, do którego należy strzelać, gdy wszystko inne zawodzi, może być trudno. Ale teraz nie mogę patrzeć na to, co przede mną inaczej niż pozytywnie. I nawet nie wiem, skąd we mnie ten spokój, tak obcy chaosowi, gdy nocami modliłam się o swoją śmierć. Tak bardzo skupiona na sobie, tak bardzo niesprawiedliwa, tak bardzo nie chcąca się zmienić. Wiem, gdzie popełniłam błąd. Wiem już, do Kogo zwracać się o pomoc. W końcu rozmowy z mieszkańcami Nieba są darmowe. ;)
27.03.2013
728. Jaka jest nasza przyjaźń?
Mam napisać krótką pracę na temat
wybranej duchowości, czytam więc książki o św. Bracie Albercie
Chmielowskim, który życie malarskie i sławę porzucił by wstąpić do
Trzeciego Zakonu i oddać się służbie Bogu i ludziom potrzebującym. W
jednej książce znalazł się rozdział zatytułowany „Piękno przyjaźni”,
gdzie wspomniana została m.in. innymi przyjaźń Adama (brata Alberta) z
malarzem Maksymilianem Gierymskim. Obaj różnili się w istotnej i ważnej
dla Chmielowskiego kwestii, jaką była wiara. Nie ma co kryć, była to
trudna przyjaźń, a mimo to nieustannie trwała, bo oparta była na dojrzałych emocjonalnych relacjach dobrze zintegrowanych osobowości.*
Po przeczytaniu owego rozdziału nie miałam spokoju przez kilka dni, zastanawiając się nad wszystkim mniej lub bardziej bliskimi relacjami. O niektórych wspomnę poniżej, skoro mój umysł zaczął być szczery i wychłodzony.
Według św. Tomasza z Akwinu miłość
przyjacielska musi (ponadto) charakteryzować się bezinteresowną i być
skierowana ku dobru przyjaciela. Przyjaźń to pragnienie dobra i
czynienie dobra w imię miłości. Dobro czynione w przyjaźni to
realizowanie przykazania miłości bliźniego, gdyż za Arystotelesem Tomasz
uzasadnia, że: „ Podobnie, gdy ktoś kocha miłością przyjacielską, chce
dla niego dobra tak, jak dla samego siebie, gdyż widzi w nim jakby
drugiego siebie. Stąd też przyjaciel nazywa się drugim „ja”, a Augustyn
dodaje, że ktoś słusznie nazywa swego przyjaciela połowicą swej duszy.”
Nie wiem skąd wziął mi się pomysł, żeby
wierzyć w pokrewne dusze, ale od zawsze chciałam w to wierzyć; czuć tę
wyjątkową więź, która polega na wzajemnym pragnieniu dobra i wspólnej
trosce. Jednak jeśli stosunek do samego siebie momentami boleśnie
zahacza o nienawiści, czy można mówić, że potrafi się darzyć pozytywnymi
uczuciami innych?
Dojrzałość relacji nie polega bowiem
na unikaniu problemów, zakłamywaniu rzeczywistości, nieumiejętności
wypowiedzenia swego nieraz nawet krytycznego czy negatywnego zdania.
Brak własnego zdania, lęk lub obawa przed ujawnieniem swoich zapatrywań,
krytycznych opinii wobec decyzji, stanowiska czy zapatrywań innej osoby
z obawy przed ewentualną utratą przyjacielskich relacji, to również
postawa, która świadczy o niedojrzałości osobowej. Osoby skłonne do tego
typu relacji i postaw najczęściej są, z samej istoty przyjaźni,
niezdolne do właściwego jej przeżywania, bo przyjaźń zakłada prawdę,
szczerość i zaufanie dwóch odrębnych tożsamościowo osób. A zasadniczym
celem jest dążenie do dobra nie własnego, ale osoby, którą obdarza się
przyjacielską miłością i oddaniem.
Nie raz zdarzyło mi się krytycznie
wyrazić na temat pewnych decyzji moich przyjaciółek, a mam tu na myśli,
te które są przy mnie niemal od zawsze, czyli bliźniaczki z sąsiedztwa.
Nie wiem, ale szczerość wychodziła zawsze z nas naturalnie, bez strachu
przed zerwaniem znajomości. Również i mi zwracały uwagę na negatywne
rzeczy, dzięki czemu chciałam być lepszą osobą. Mogę przyznać, że dzięki
nim się rozwinęłam i całkowicie nie zamknęłam się w sobie. Jednak są
mury nie do przebicia. Były momenty, w których wiedziałam, że coś przede
mną ukrywają. Wyczuwa się to w spojrzeniu, gdy rozmowa schodzi na
konkretny tor. Bolało mnie, że obawiają się mojego osądu, choć nigdy nie
uważałam się za wyrocznie dobra i zła. Z czasem mówiły wszystko;
bywało, że nie musiały, bo domyśliłam się sama. Nawet jeśli czegoś nie
pochwalam, nie przekonuję aż do skutku. Przedstawiam swój punkt widzenia
i pozostawiam decyzję innym. Z wolna wolą innych nie wygrasz.
Zadziwiające, że nigdy nie zaistniały między nami żadne negatywne uczucia. Kłótnie były nam obce, sprzeczki trwały krótko, a zgoda nastawała momentalnie. Jednak z wiekiem doszły różne problemy, przed którymi zaczęłam uciekać, odmawiając dialogu pierwszy raz w życiu, uznając to za próbę, chęć walki z samą sobą, a może nawet z całym światem. Milczałam, by nie martwić. Z perspektywy czasu wiem, że zrobiłam dobrze, gdyż było we mnie zbyt wiele pomieszanych i niezrozumiałych emocji, które mogły uderzyć także w nie. Niestety, zdarza się, że okresy ciszy między nami stają się coraz dłuższe, z różnych powodów, przeważnie związanych z odległością oraz mojego ostatniej deklaracji, że z tym „dziwnym czymś” muszę uporać się sama, choć sama nigdy nie jestem. Och, i czy w takim momencie warto wierzyć w literackie słowa:
Zadziwiające, że nigdy nie zaistniały między nami żadne negatywne uczucia. Kłótnie były nam obce, sprzeczki trwały krótko, a zgoda nastawała momentalnie. Jednak z wiekiem doszły różne problemy, przed którymi zaczęłam uciekać, odmawiając dialogu pierwszy raz w życiu, uznając to za próbę, chęć walki z samą sobą, a może nawet z całym światem. Milczałam, by nie martwić. Z perspektywy czasu wiem, że zrobiłam dobrze, gdyż było we mnie zbyt wiele pomieszanych i niezrozumiałych emocji, które mogły uderzyć także w nie. Niestety, zdarza się, że okresy ciszy między nami stają się coraz dłuższe, z różnych powodów, przeważnie związanych z odległością oraz mojego ostatniej deklaracji, że z tym „dziwnym czymś” muszę uporać się sama, choć sama nigdy nie jestem. Och, i czy w takim momencie warto wierzyć w literackie słowa:
Ludzie uważają, że bratnia dusza
oznacza idealne dopasowanie, i tego właśnie wszyscy pragną. Tak naprawdę
bratnia dusza to lustro, to osoba, która pokazuje Ci wszystko co jest w
tobie zdławione, osoba, która zwraca twoją uwagę na samą siebie, żebyś
mogła odmienić własne życie. Prawdziwe bratnie dusze to prawdopodobnie
najważniejsze osoby, bo to one obalają mury, którymi się otaczamy, i
powodują, że możemy się ocknąć. Ale zostać z bratnią duszą na stałe?
Nie. To byłoby zbyt bolesne. Bratnie dusze pojawiają się w naszym życiu,
by odsłonić przed nami kolejną warstwę nas samych po czym odchodzą. (Elizabeth Gilbert, Jedz, módl się i kochaj)
Jednak nie tylko z pannami R. chciałam
budować przyjaźń i tutaj zaczynają się schody, być może bardzo długie i
kręte. Ile osób nie mówi mi prawdy, unikając mnie z powodu obaw przed
słowami? Gdzie szacunek, szczerość i wzajemne oparcie? Gdzie poza
spontanicznością, wzajemne uznanie, poszanowanie indywidualności, pełna
akceptacja oraz odpowiedzialność?
Przyjaźń to podjęcie
odpowiedzialności za los przyjaciela, nawet przy całej różnicy
zapatrywań, upodobań, doświadczeń czy dążeń. W jednym zdaniu: „Mam
drugie zmartwienie większe, które mi całkiem humor psuje” – wyraził Adam
całą istotę przyjaźni, która łączyła go z Maksem.
Jeśli nie ma kontaktu i dialogu, jak
można mówić w ogóle o relacji? Jeśli tylko jedna strona próbuje, pomimo
przeciwności, jak można mówić o budowaniu czegokolwiek? Jeśli jedna
osoba ucieka, a druga podąża za nią jak cień, jak można mówić o chęci
bycia razem? A może po prostu się pomyliłam? Może moja chęć wyjścia do
innych, trudna i kiedyś brzmiąca nierealnie, oraz nadzieja, że
przyjaciół można mieć wielu, była nikomu niepotrzebna? Może jestem zbyt
niedojrzała na więcej? Może postępuję niesłusznie, błędnie, robię coś
niewłaściwie, źle odczytuję intencje, znaki, wszystko? A może Ty jesteś
zbyt zagubiona, by dać mi szansę na większe zbliżenie? Jeśli zrozumiesz,
będziesz wiedziała, że to o Tobie. Nie rozum mnie źle, naprawdę już nie
wiem, co wolno mi robić, a czego nie.
Pisał św. Augustyn w swoich
„Wyznaniach” – „ Właśnie to kochamy w przyjaciołach, a kochamy aż tak
bardzo, że człowiek czuje się winny, jeśli miłości nie odwzajemnia
miłością. I nie żądamy od przyjaciół niczego, oprócz owych oznak
życzliwości.”
Zostaje mi jeszcze jedna osoba, której
imienia także nie zdradzę. Znajomość nadal świeża i internetowa, więc do
przyjaźni jeszcze daleko. Jednak jednostronne(?) pragnienie przekreśla
wszystko. Zbyt dużo sprzecznych zachowań. Przydałaby się analiza rozmów
na gadu-gadu i wymiana wszystkich wiadomości. Właściwie to znajomość,
której od początku nie rozumiem, tak jak tego, że mam jeszcze siłę
myśleć o realnym spotkaniu w przyszłości, i z nią, i z innymi, a są to
jeszcze trzy osoby. Ilość moich internetowych znajomych w przeciągu tego
roku wzrosła, dzięki posiadaniu tumblr oraz pisaniu opowiadań, czyli moje
przekleństwo i radość połączyło się w jedno. Czy naprawdę z tego może
wyjść coś dobrego?
Jeżeli się nasza przyjaźń rozerwie,
to nie ma na świecie związków ścisłych, albo też potrzeba, aby jedna
strona dłużną wiecznie była drugiej […]. (Z pamiętnika M. Gierymskiego)
Jedna myśl, która przychodzi mi na
podsumowanie, oprócz tego, że wpis wyszedł niemiłosiernie długi, jest
taka, że jesteśmy nadal niedojrzali, zagubieni i nieukształtowani, bo
świat jest chaosem, w którym trudno się odnaleźć, i nam samym, i
nawzajem. Hm. A może tak naprawdę to ze mną coś jest nie tak…
____
*Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie słowa zapisane kursywą pochodzą z książki „Św. Brat Albert”, Rafał B. Siwec CFA.
23.03.2013
727.
Była notka, ale się nie dodała; pisanie od nowa nie jest potrzebne. Choć
martwię się o kilka osób, zasypiam spokojnym snem. Ich życie nie jest w
moich rękach. Nie mam kontroli nad wolną wolą innych. Jest KTOŚ, kto
wie lepiej dokąd zmierza świat.
22.03.2013
726. Zgubić i odnaleźć.
Rozkuto kajdany ściskające myśli. Jak
zarządzać wolnością, gdy nigdy się jej nie miało? Jak uchronić się przed
ponownym uwięzieniem? Jak omijać dawne ścieżki? Jak dotrzeć do ludzi,
gdy wiesz, że słowa nie zmieniają życia, a milczenie jest złotem, lecz
to jedyne co masz w obliczu kilkuset kilometrów? Jak pozwolić innym
odejść, gdy są pulsem w twojej głowie? Jak zniknąć bez podejrzenia o
porzucenie? Jak pracować, gdy trudno zapanować nad powolnym ciałem? Jak
zachować dobre myśli, gdy wkradają się złe? Jak nie pokładać ufności w
sobie, a w Najwyższym?
Staram się zebrać obrazy do pracy
magisterskiej; przeglądam, podpisuję, porządkuję. Miasta Europy w
malarstwie polskim przełomu XIX i XX wieku; miasta, których nigdy nie
zobaczę, co jest zupełnie nie ważne, choć może właśnie w jednym z takich
miast byłoby więcej pożytku ze mnie niż tutaj gdzie jestem. Czytam
dalej Złodziejkę, czytam Dziennik z Iowa, czytam
książki o św. Barcie Albercie Chmielowskim. Staram się robić to, co do
mnie należy; ważę każdy ruch, każde słowo, każdą myśl, starając się nie
zgubić spokoju i tak jest, choć nie rozumiem, czemu zdarza mi się
płakać; nie wiem, czy to bardziej z radości, czy ze zmian, bo czuję, że
coś pęka i niedługo przyjdzie rozstać się nie tylko z przeszłością, ale
stanąć twarzą w twarz z prawdą, a ma ona wiele kobiecych imion, bo znam
tylko kobiety, a dzielą mnie miesiące od poważnych rozmów. Tak długo
uciekałam, przed sobą. Nie wiem, co powinna powiedzieć; długo milczałam
jak zaklęta. A jeśli zostawię i powiem jedynie „przepraszam”.
Usłyszałam: jeśli pokłada się nadzieję w ludziach, a oni zawodzą, to potem się cierpi. Czy to było źródło rozpaczy? Czy właśnie dlatego wszystko było tak smutne i zamazane?
Minęły dopiero cztery dni. Nie pozwól, by
strach przed przyszłymi latami zatarł ostateczny cel; nie pozwól bym
szukała ukojenia tam, gdzie nie powinnam; nie pozwól, bym straciła
optymizm, który od zawsze we mnie był, tylko przykryty kurzem…
„Drzwi się otwierają. Drzwi pamięci –
surowe, drewniane, zamykane na drewnianą zasuwę. Takie same, jakie
wieczorem zatrzaskują się za bydłem w oborze. Zwierzęta śpią, potem
budzą się w noc wigilijną, gadają, znów śpią. Lecz moje drzwi to stalowe
drzwi speluny, która przed godziną wypluła mnie na trotuar. Piłem, ale
nie byłem pijakiem. Już kiedyś leżałem na trotuarze, zgubiłem medalik.
Srebrny, orłem w koronie i Matką Boską. Zgubiłem wtedy swoje
dzieciństwo? Siebie? Płakałem potem nad plastikową miską w łazience u
Marcina: on to rozumiał – zgubiłem siebie.” (Grzegorz Musiał, Dziennik z Iowa)
20.03.2013
725.
Czytałam książkę w autobusie, a że było już po osiemnastej, panował
zmrok; a że światło było blade i mdłe, musiałam wytężyć wzrok; a że
książka była wciągająca, nie mogłam nie czytać. Tak oto pękło mi
naczynko w oku, przez Złodziejkę.
19.03.2013
16.03.2013
723. Mam siniaki na kolanach...
Mam siniaki na kolanach, po jednym na każdym, bo idąc schodami w górę
zahaczyłam o ostatni stopień, zbyt mocno skupiając się na obrazkach w
odkserowanym świeżo artykule. Potykam się o wystające płytki w chodniku,
kilka razy prawie gubię rękawiczki w autobusie, prawie, bo zawsze ktoś
mi je podaje, milczę, zapominając jak rozmawiać.
Upadam na kolona.
Dużo przemyśleń, wyważonych i spokojnych. Tylko jeden moment na milion, który kaleczy jak niechcący przesunięta po palcu kartka.
Czekam na oczyszczające spotkania, które mogą nigdy nie nastąpić i wcale nie muszą oczyścić sytuacji.
Upadam na kolana.
Nie pozwól mi zwątpić. Nigdy.
Upadam na kolona.
Dużo przemyśleń, wyważonych i spokojnych. Tylko jeden moment na milion, który kaleczy jak niechcący przesunięta po palcu kartka.
Czekam na oczyszczające spotkania, które mogą nigdy nie nastąpić i wcale nie muszą oczyścić sytuacji.
Upadam na kolana.
Nie pozwól mi zwątpić. Nigdy.
12.03.2013
722.
Senny spokój i niepojęte wyciszenie.
Teraz nie możesz mnie obudzić
Gdyż wszystko śni wraz ze mną.
(Edyp)
Teraz nie możesz mnie obudzić
Gdyż wszystko śni wraz ze mną.
(Edyp)
10.03.2013
721. Jeden taki dzień.
Gdyby nie książki wypożyczone do napisania referatu, mogłabym ciągle
pytać, gdzie popełniłam błąd, gorączkowo przeszukując przeszłość i
walcząc z niedobrymi myślami. Chwila, w której zaczynasz rozumieć, jest
jak wybawienie, a łzy są jedynie oznaką ulgi umęczonego umysłu.
Przyznanie się do błędu przychodzi trudno, a nawet gdy następuje, nie
oznacza cudownego oczyszczenia sytuacji. Potrzeba czasu i sumiennej
pracy nad sobą.
Moment, w którym skierowałam myśli na siebie, był nieodpowiedni, gdyż doprowadził do egoizmu przejawiającego się we wszystkich wymiarach rzeczywistości. Pamiętam tamte dni, ciągnące się bez końca i nadziei, gdy chciałam czegoś dla siebie, a pragnienie było tak silne, że zaślepiło umysł. Oczekiwałam uzdrowienia, które nigdy miało nie nastąpić. („Ich znajomości „balansują” – raz się do kogoś zbliżają, innym razem (gdy druga osoba zacznie się nimi interesować) tę osobę od siebie odpychają. Szukają bezskutecznie idealnej osoby, która będzie ich wybawieniem – nada sens ich egzystencji, wypełni pustkę w ich życiu, wybawi od huśtawek nastroju oraz bólu psychicznego i nigdy ich nie opuści.”) Nie rozsądne było oczekiwanie czegoś absurdalnego od nowych osób i tych cierpiących więcej ode mnie. Nie powinnam pozwolić na to, by moje drugie ja przejęło kontrolę nad rozsądkiem. Nie powinnam nosić ukrytego i nieświadomego żalu, dlatego że nikogo przy mnie nie było. Przede wszystkim nie powinnam uciekać od tego, kim jest, a zaakceptować to, czego nigdy nie zmienię. Nie powinnam nienawidzić siebie, bo później przekłada się to na znajomość z innymi. Nie powinnam uciekać od ludzi, jeśli chcę wyjść poza egocentryczny sposób bycia. („Osoby te mają ambiwalentny stosunek do innych – pragną bliskości, czują że potrzebują drugiej osoby, jednocześnie boją się bliskości i bywają nastawieni wrogo.” „Im ktoś jest bliżej nich tym większa ogarnia ich panika.”)
Chciałabym to wszystko zapamiętać i po raz kolejny próbować wprowadzić w życie, pokonywać trudności i nie poddawać się mimo ciosów. Wiem, że to będzie cholernie trudne i trwające do ostatniego oddechu. Chciałabym nie bać się, że stracę nadzieję lub zmysły. Chciałabym trwać i wyjść poza siebie. Chciałbym chcieć.
(„Osoby te mają tendencje do postrzegania w czarno-białych barwach – do polaryzowania percepcji i myśli do skrajnych stanów: dobry-zły. Popadają w skrajności. To, co jest dobre wg nich jednego dnia, może być złe następnego – mają problem ze stałością. Postrzeganie z tendencją do skrajności powoduje, że również ich spojrzenie na nich samych, poczucie tożsamości, rozsypuje się na strzępy. Ich poglądy i myśli wpadają w coraz większą huśtawkę. Przestają ufać innym (bo oni ich rozczarowują). Przestają ufać sobie. Przestają rozumieć innych, przestają być rozumiani. Przestają rozumieć nawet siebie. Gubią się tak mocno, iż kwestionują nawet istnienie – swoje i świata. Próbują uciekać od siebie zatracając własną tożsamość; rodzi się w nich uczucie pustki, przed którą uciekają w ryzykowne, a nawet fizycznie bolesne, zajęcia.”)
Chciałabym nigdy nie zapominać kim jestem, skoro zaczynam już rozumieć i przyznawać się do wstydliwych cech osobowości i wad. Chciałabym pamiętać, że samemu nie da się wygrać, bo wygrać można tylko z pomocą Najwyższego. I nawet jeśli moje myśli krążą wokół „ciemnej strony mocy”, jeśli nie raz zaprzeczałam temu, marząc o własnej śmierci, by dać kres temu, co niezrozumiałe i męczące, nie potrafiłabym, rozumiecie, nigdy nie potrafiłabym jednym strzałem w skroń przekreślić tego, w co wierzę i o co staram się modlić. Bo gdy chcę odejść z tego świata, to tylko w jedno miejsce, a czynem hańbiącej rozpaczy tego nie osiągnę. Ani egoizmem. Ani paranoją.
Cóż, taki wylew szczerości nie zdarza mi się często i pewnie jeszcze przez jakiś czas będzie trwać we mnie przekonanie, że nie powinnam się tutaj uzewnętrzniać, ale z drugiej strony mam ten komfort, że mało znajomych osób tu zagląda (prawie nikt). Tak, ten wpis to chwila skupienia, a potem trzeba wracać i żyć dalej w wirującej rzeczywistości, gdzie wszystko jest dwa razy trudniejsze niż pisanie przemyśleń na białym polu.
Moment, w którym skierowałam myśli na siebie, był nieodpowiedni, gdyż doprowadził do egoizmu przejawiającego się we wszystkich wymiarach rzeczywistości. Pamiętam tamte dni, ciągnące się bez końca i nadziei, gdy chciałam czegoś dla siebie, a pragnienie było tak silne, że zaślepiło umysł. Oczekiwałam uzdrowienia, które nigdy miało nie nastąpić. („Ich znajomości „balansują” – raz się do kogoś zbliżają, innym razem (gdy druga osoba zacznie się nimi interesować) tę osobę od siebie odpychają. Szukają bezskutecznie idealnej osoby, która będzie ich wybawieniem – nada sens ich egzystencji, wypełni pustkę w ich życiu, wybawi od huśtawek nastroju oraz bólu psychicznego i nigdy ich nie opuści.”) Nie rozsądne było oczekiwanie czegoś absurdalnego od nowych osób i tych cierpiących więcej ode mnie. Nie powinnam pozwolić na to, by moje drugie ja przejęło kontrolę nad rozsądkiem. Nie powinnam nosić ukrytego i nieświadomego żalu, dlatego że nikogo przy mnie nie było. Przede wszystkim nie powinnam uciekać od tego, kim jest, a zaakceptować to, czego nigdy nie zmienię. Nie powinnam nienawidzić siebie, bo później przekłada się to na znajomość z innymi. Nie powinnam uciekać od ludzi, jeśli chcę wyjść poza egocentryczny sposób bycia. („Osoby te mają ambiwalentny stosunek do innych – pragną bliskości, czują że potrzebują drugiej osoby, jednocześnie boją się bliskości i bywają nastawieni wrogo.” „Im ktoś jest bliżej nich tym większa ogarnia ich panika.”)
Chciałabym to wszystko zapamiętać i po raz kolejny próbować wprowadzić w życie, pokonywać trudności i nie poddawać się mimo ciosów. Wiem, że to będzie cholernie trudne i trwające do ostatniego oddechu. Chciałabym nie bać się, że stracę nadzieję lub zmysły. Chciałabym trwać i wyjść poza siebie. Chciałbym chcieć.
(„Osoby te mają tendencje do postrzegania w czarno-białych barwach – do polaryzowania percepcji i myśli do skrajnych stanów: dobry-zły. Popadają w skrajności. To, co jest dobre wg nich jednego dnia, może być złe następnego – mają problem ze stałością. Postrzeganie z tendencją do skrajności powoduje, że również ich spojrzenie na nich samych, poczucie tożsamości, rozsypuje się na strzępy. Ich poglądy i myśli wpadają w coraz większą huśtawkę. Przestają ufać innym (bo oni ich rozczarowują). Przestają ufać sobie. Przestają rozumieć innych, przestają być rozumiani. Przestają rozumieć nawet siebie. Gubią się tak mocno, iż kwestionują nawet istnienie – swoje i świata. Próbują uciekać od siebie zatracając własną tożsamość; rodzi się w nich uczucie pustki, przed którą uciekają w ryzykowne, a nawet fizycznie bolesne, zajęcia.”)
Chciałabym nigdy nie zapominać kim jestem, skoro zaczynam już rozumieć i przyznawać się do wstydliwych cech osobowości i wad. Chciałabym pamiętać, że samemu nie da się wygrać, bo wygrać można tylko z pomocą Najwyższego. I nawet jeśli moje myśli krążą wokół „ciemnej strony mocy”, jeśli nie raz zaprzeczałam temu, marząc o własnej śmierci, by dać kres temu, co niezrozumiałe i męczące, nie potrafiłabym, rozumiecie, nigdy nie potrafiłabym jednym strzałem w skroń przekreślić tego, w co wierzę i o co staram się modlić. Bo gdy chcę odejść z tego świata, to tylko w jedno miejsce, a czynem hańbiącej rozpaczy tego nie osiągnę. Ani egoizmem. Ani paranoją.
Cóż, taki wylew szczerości nie zdarza mi się często i pewnie jeszcze przez jakiś czas będzie trwać we mnie przekonanie, że nie powinnam się tutaj uzewnętrzniać, ale z drugiej strony mam ten komfort, że mało znajomych osób tu zagląda (prawie nikt). Tak, ten wpis to chwila skupienia, a potem trzeba wracać i żyć dalej w wirującej rzeczywistości, gdzie wszystko jest dwa razy trudniejsze niż pisanie przemyśleń na białym polu.
9.03.2013
720. To nie święto.
Wiele kobiet w moim życiu, a żadnej nie
złożyłam życzeń. Przykro mi. Powinnam bardziej się starać, żebyście choć
troszeczkę mnie lubiły, czyż nie? Podobno kobiety potrzebują dowodów
uczuć, drobnych gestów i tych wszystkich pierdół. Wybaczcie, ale nie
znam się na tym.
Mój brat kupił kwiaty dla nauczycielek; gdyby nie bracia, nie pamiętałabym o kolejnym sztucznym święcie. Dostałam też wiadomość na facebooku z życzeniami (odczytana przed pierwszą w nocy) i aż mam ochotę usunąć konto, bo to idzie w złym kierunku. (Usunąć nie mogę, bo łączność z forum studiów nadal jest mi potrzebna.) Ze szkolnych nie podarowanych podarunków zostały cztery róże, które przez noc zwiędły, bo były pozostawione w niewłaściwym miejscu. Cztery róże, które sobie przywłaszczyłam. Dwanaście złotych mniej w kieszeni mojego brata. Suszą się przy kaloryferze. Cztery uschnięte róże; symbol mojej niechcianej i umierającej kobiecości.
Mój brat kupił kwiaty dla nauczycielek; gdyby nie bracia, nie pamiętałabym o kolejnym sztucznym święcie. Dostałam też wiadomość na facebooku z życzeniami (odczytana przed pierwszą w nocy) i aż mam ochotę usunąć konto, bo to idzie w złym kierunku. (Usunąć nie mogę, bo łączność z forum studiów nadal jest mi potrzebna.) Ze szkolnych nie podarowanych podarunków zostały cztery róże, które przez noc zwiędły, bo były pozostawione w niewłaściwym miejscu. Cztery róże, które sobie przywłaszczyłam. Dwanaście złotych mniej w kieszeni mojego brata. Suszą się przy kaloryferze. Cztery uschnięte róże; symbol mojej niechcianej i umierającej kobiecości.
(Tak, tak, miałam nie pisać,
ale, kurde, mój blog i mogę, prawda? No i nie oszukujmy się, ale nikogo
nie obchodzi, czy będę zrzędzić codziennie, czy raz na pół roku, także
mam zamiar robić to wtedy, gdy uznam za słuszne. Oby jak najrzadziej.
Ta, pewnie pojutrze dodam jakąś fantastyczną notkę. Lepiej nie.)
7.03.2013
719. Wiosenne porządki?
Nie jestem w stanie zliczyć, który raz
pozbyłam się w ten sposób przeszłości. Prawie wszystkie wpisy wylądowały
w koszu, będąc wiedzą dostępną tylko dla mnie. Niesamowite, siedem lat
bredzenia wieczorami do białej strony w Wordzie. Jak żałosna byłam i jak
żałosna jestem?
Dziewiętnaście dni bez pisania to sporo, gdy w grę wchodzi blokowanie swobodnego przepływu myśli i tłumienie chęci oraz walczenie z uzależnieniem.
Dzisiaj usłyszałam, że buddyzm naprawdę prowadzi do wygaszenia osobowości i negacji życia. Jestem buddyjską mniszką. Jestem coraz bliżej celu. Nie godzę się na niepotrzebne nikomu istnienie. Więcej w nim obrazy dla Stworzenia niż chwalenia Najwyższego. Momentami tak mnie nosi, że jeszcze chwila, a zakończę to w nie buddyjski sposób. Och, ta autoagresja. Najchętniej biłabym się po twarzy, ale samo wyobrażenie jest komiczne. Czemu nikt nie chce mi przywalić i sprawić, żebym obudziłam się ze złego snu?
Dziewiętnaście dni bez pisania to sporo, gdy w grę wchodzi blokowanie swobodnego przepływu myśli i tłumienie chęci oraz walczenie z uzależnieniem.
Dzisiaj usłyszałam, że buddyzm naprawdę prowadzi do wygaszenia osobowości i negacji życia. Jestem buddyjską mniszką. Jestem coraz bliżej celu. Nie godzę się na niepotrzebne nikomu istnienie. Więcej w nim obrazy dla Stworzenia niż chwalenia Najwyższego. Momentami tak mnie nosi, że jeszcze chwila, a zakończę to w nie buddyjski sposób. Och, ta autoagresja. Najchętniej biłabym się po twarzy, ale samo wyobrażenie jest komiczne. Czemu nikt nie chce mi przywalić i sprawić, żebym obudziłam się ze złego snu?
Podczas usuwania notek rzucałam okiem na
wpisy i tak oto przypomniałam sobie o BPD, dostając olśnienia. Jak miło
uświadomić sobie, że niewytłumaczalne działania z minionego pół roku,
znów mają uzasadnienie potwierdzone nie tylko przeze mnie. Jestem zła,
że o tym zapomniałam. Właściwie nie wiem, jak mogłam zapomnieć kim
jestem. W końcu BPD to typ osobowości, a nie choroba. W dwudziestym
piątym roku życia następuje apogeum, potem wygasa; niestety nieprędko i
nie zawsze.
Jak to jest żyć ze świadomością, że nigdy nie przestanie się nienawidzić siebie? Chujowo, moli drodzy, chujowo. Za to życie ze świadomością, że przeszło się przez coś samemu, milcząc jak grób – niesamowite. I może na tym skończę, zanim zbierze mi się na jakieś żale i chęć wykrzyczenia wszystkim w twarz, że nie potrafią wprost oznajmić, że jestem im obojętna…
…bo ciągle to uczucie we mnie trwa; nikomu nie potrzebna ja.
BPD mówi mi, że sama zachowuję się jak dupek. Niezależnie jak jest – biorę winę na siebie
Jak to jest żyć ze świadomością, że nigdy nie przestanie się nienawidzić siebie? Chujowo, moli drodzy, chujowo. Za to życie ze świadomością, że przeszło się przez coś samemu, milcząc jak grób – niesamowite. I może na tym skończę, zanim zbierze mi się na jakieś żale i chęć wykrzyczenia wszystkim w twarz, że nie potrafią wprost oznajmić, że jestem im obojętna…
…bo ciągle to uczucie we mnie trwa; nikomu nie potrzebna ja.
BPD mówi mi, że sama zachowuję się jak dupek. Niezależnie jak jest – biorę winę na siebie
___
p.s. Mam nadzieję, że prędko tu nie
napiszę. (Mówienie „nigdy” byłoby w tym przypadku ryzykowne.) Mam
nadzieję, że z „poważnych zapisków” została mi do stworzenia jedynie
praca magisterska, ale to trochę później.
Subskrybuj:
Posty (Atom)