31.03.2013

730. Jutro Prima Aprillis.

Dawno minęły czasy, gdy zabawa w oszukiwanie miała swój sens, ale dzisiaj wpadłam na iście szatański plan, którego ostatecznie zrealizować nie mam serca (bo jednak z szatanem nie kręcę). Ale siedząc przed telewizorem i śledząc skecz kabaretu Smile, który naprawdę nie miał nic wspólnego z moją wizją, ale był przezabawny, pomyślałam, że na blogu z opowiadaniami, który obecnie świeci pustkami, bo zwinęłam interes ponad miesiąc temu, obwieszczę, że powracam z nowymi pomysłami. Żarówka świeciła intensywnie, odkrywając wszystkie konsekwencje tego zamiaru, i aż zaśmiałam się do siebie, jak mały cwaniak, który planuje przechytrzyć wszystkich, obiecując im złote góry, a potem znikając po zabawie. Jednak po setkach, choć może to przesada, słów uwielbienia(!) i pochwał(!) oraz wyrazów ubolewania(!) nad tym, że odeszłam, co gorsza, bez uprzedzenia i z dnia na dzień, nie zostawiając na pamiątkę tekstów, nie mogłabym dać nadziei, bo a nóż ktoś zapomni, że przecież to Prima Aprilis. Nie twierdzę, że byłam aż tak ważna z tymi swoimi marnymi tekścikami o historiach nic nie wartych, śmiesznych i rozedrganych, wypchanych uczuciami, które nie istnieją w realnym świecie, a raczej nie powinny istnieć, nie w takiej formie. Nieświadome i niewinne przekazywanie fałszywego obrazu człowieka nigdy nie było moim celem, a jednak stało się, bo „samozwańczym artystom” można wszystko, ważne żeby kreatywnie i szokująco. Zresztą, kryć nie będę, że moja przygoda z pisaniem zaczęła się nie tak jak trzeba, a przede wszystkim nie w takich okolicznościach jak trzeba i tu tkwił cały problem. Może to głupie, że ciągle wracam do tamtych dni, ale lubię przypominać sobie, co doprowadziło mnie do przełomowego momentu w życiu. Nie będę też ukrywać, że kocham wiele z tamtego czasu, bo nie wszystko było złe. Jestem zakochana na zabój w swoich krzywych wizjach i słowach, które sklejały się cudownie, gdy targały mną emocje. Czasem brakuje mi chwil wyżywania się na klawiaturze, ale teraz, mając spokój, nie potrafiłabym z dawną siłą ciskać słowami. Mimo to jest coś wzruszającego w upadkach i zabawach w bycie kimś więcej niż oddechem. W szukaniu oddechu innych. A gdy przyjdzie lato i nastaną wakacyjne dni, może spróbuję pisać, może dam sobie szansę, może rozegram to inaczej, ale z głową i zdrowymi zmysłami. Tak i piszę to dzisiaj, a dzisiaj nie ma żartów.

29.03.2013

729. Wyjątkowy piątek.

Powiadają: Żydzi ukrzyżowali Chrystusa. Zabili Boga. I – huziaaa! Zabić Żyda! – bo Żydzi zabili Boga… A ty, chrześcijaninie, z gardłem pełnym słusznego wrzasku, co robisz, aby twój Bóg żył? Co zrobiłeś wczoraj? Co robisz – dziś, w tej chwili? Jakie gwoździe nienawiści ze swej kieszeni wyrzuciłeś, by nie raniły Rąk? Jaki cierń otuliłeś watą miłosierdzia, by nie zraniły Skroni? Którym słowem – mógłbyś to rzec Jemu, gdyby teraz uczynił sąd – gasiłeś płomień, który w Piecu Świata gore?
- Grzegorz Musiał, Dziennik z Iowa

Triduum Paschalne to mój ulubiony, jak i najważniejszy, czas w roku. Tak było zawsze. Lubię obserwować ludzi w kościele i milczeć, gdy śpiew unosi się pod sufit. Ujmują mnie takie momenty, może dlatego że dotyka nas nieumiejętność głębokiego przeżywania, nie tylko świąt. Bywa, że stojąc w kościele i wsłuchując się w słowa modlitw, wzbiera we mnie fala wzruszenia. Chciałabym umieć zatrzymać ją na dłużej i wynosić poza mury świątyni, gdzie neguję całe swoje uczuciowe życie lub chowam gdzieś głęboko.
Jednak dzisiaj nie o tym chciałam, a o nieplanowanym staniu obok siebie w kościele – mam tu na myśli moje przyjaciółki (bliźniaczki) i siebie. Pewnie ktoś pomyśli: co może być w tym nadzwyczajnego? Mi jednak przypomniały się dni, kiedy będąc dziećmi, umawiałyśmy się i razem wędrowałyśmy do kościoła, szczególnie na nabożeństwa majowe i różaniec w październiku. W ciepłe dni często zachodziłyśmy potem na lody. W pamięci mam też mszę z zeszłorocznych wakacji, na którą poszłam z G. Był upał, wybrałyśmy godzinę siedemnastą, rozmowa nie kleiła się w żadną stronę, ani gdy szłyśmy, ani gdy wracałyśmy. Pamiętam, że miałam na sobie żółtą spódnicę i bluzkę w duże kwiaty; pamiętam, że miałam mętlik w głowie i byłam chora w swoim zamkniętym umyśle. I chyba ten smutek ciągnął się długo, nawet był wczoraj, gdy zaczepiłam G., szturchając ją w ramię, gdy przechodziła z mamą przez bramkę, podczas gdy ja ze swoją czekałam na brata. Przywitałyśmy się z uśmiechem, lecz gdy siedziałam sama w samochodzie, czekając na kierowcę, znów poczułam się winna. Ale dzisiaj, gdy stałyśmy obok siebie w kościele, śpiewając pieśni wielkopostne, pomyślałam, że wszystko wróciło do normy, że znów jest tak jak dawniej.
Pokładałam i pokładam wiele nadziei w tym świętym czasie. Chciałabym, żeby zaowocował czymś dobrym, chciałabym już nigdy nie wrócić do życia, jakie trwało przez ostatnie pół roku, choć jestem świadoma, że ze swoimi skłonnościami do błądzenia, ucieczek, popadania w schematy i robienia z siebie celu, do którego należy strzelać, gdy wszystko inne zawodzi, może być trudno. Ale teraz nie mogę patrzeć na to, co przede mną inaczej niż pozytywnie. I nawet nie wiem, skąd we mnie ten spokój, tak obcy chaosowi, gdy nocami modliłam się o swoją śmierć. Tak bardzo skupiona na sobie, tak bardzo niesprawiedliwa, tak bardzo nie chcąca się zmienić. Wiem, gdzie popełniłam błąd. Wiem już, do Kogo zwracać się o pomoc. W końcu rozmowy z mieszkańcami Nieba są darmowe. ;)

27.03.2013

728. Jaka jest nasza przyjaźń?

Mam napisać krótką pracę na temat wybranej duchowości, czytam więc książki o św. Bracie Albercie Chmielowskim, który życie malarskie i sławę porzucił by wstąpić do Trzeciego Zakonu i oddać się służbie Bogu i ludziom potrzebującym. W jednej książce znalazł się rozdział zatytułowany „Piękno przyjaźni”, gdzie wspomniana została m.in. innymi przyjaźń Adama (brata Alberta) z malarzem Maksymilianem Gierymskim. Obaj różnili się w istotnej i ważnej dla Chmielowskiego kwestii, jaką była wiara. Nie ma co kryć, była to trudna przyjaźń, a mimo to nieustannie trwała, bo oparta była na dojrzałych emocjonalnych relacjach dobrze zintegrowanych osobowości.*

Po przeczytaniu owego rozdziału nie miałam spokoju przez kilka dni, zastanawiając się nad wszystkim mniej lub bardziej bliskimi relacjami. O niektórych wspomnę poniżej, skoro mój umysł zaczął być szczery i wychłodzony.

Według św. Tomasza z Akwinu miłość przyjacielska musi (ponadto) charakteryzować się bezinteresowną i być skierowana ku dobru przyjaciela. Przyjaźń to pragnienie dobra i czynienie dobra w imię miłości. Dobro czynione w przyjaźni to realizowanie przykazania miłości bliźniego, gdyż za Arystotelesem Tomasz uzasadnia, że: „ Podobnie, gdy ktoś kocha miłością przyjacielską, chce dla niego dobra tak, jak dla samego siebie, gdyż widzi w nim jakby drugiego siebie. Stąd też przyjaciel nazywa się drugim „ja”, a Augustyn dodaje, że ktoś słusznie nazywa swego przyjaciela połowicą swej duszy.

Nie wiem skąd wziął mi się pomysł, żeby wierzyć w pokrewne dusze, ale od zawsze chciałam w to wierzyć; czuć tę wyjątkową więź, która polega na wzajemnym pragnieniu dobra i wspólnej trosce. Jednak jeśli stosunek do samego siebie momentami boleśnie zahacza o nienawiści, czy można mówić, że potrafi się darzyć pozytywnymi uczuciami innych?

Dojrzałość relacji nie polega bowiem na unikaniu problemów, zakłamywaniu rzeczywistości, nieumiejętności wypowiedzenia swego nieraz nawet krytycznego czy negatywnego zdania. Brak własnego zdania, lęk lub obawa przed ujawnieniem swoich zapatrywań, krytycznych opinii wobec decyzji, stanowiska czy zapatrywań innej osoby z obawy przed ewentualną utratą przyjacielskich relacji, to również postawa, która świadczy o niedojrzałości osobowej. Osoby skłonne do tego typu relacji i postaw najczęściej są, z samej istoty przyjaźni, niezdolne do właściwego jej przeżywania, bo przyjaźń zakłada prawdę, szczerość i zaufanie dwóch odrębnych tożsamościowo osób. A zasadniczym celem jest dążenie do dobra nie własnego, ale osoby, którą obdarza się przyjacielską miłością i oddaniem.

Nie raz zdarzyło mi się krytycznie wyrazić na temat pewnych decyzji moich przyjaciółek, a mam tu na myśli, te które są przy mnie niemal od zawsze, czyli bliźniaczki z sąsiedztwa. Nie wiem, ale szczerość wychodziła zawsze z nas naturalnie, bez strachu przed zerwaniem znajomości. Również i mi zwracały uwagę na negatywne rzeczy, dzięki czemu chciałam być lepszą osobą. Mogę przyznać, że dzięki nim się rozwinęłam i całkowicie nie zamknęłam się w sobie. Jednak są mury nie do przebicia. Były momenty, w których wiedziałam, że coś przede mną ukrywają. Wyczuwa się to w spojrzeniu, gdy rozmowa schodzi na konkretny tor. Bolało mnie, że obawiają się mojego osądu, choć nigdy nie uważałam się za wyrocznie dobra i zła. Z czasem mówiły wszystko; bywało, że nie musiały, bo domyśliłam się sama. Nawet jeśli czegoś nie pochwalam, nie przekonuję aż do skutku. Przedstawiam swój punkt widzenia i pozostawiam decyzję innym. Z wolna wolą innych nie wygrasz.
Zadziwiające, że nigdy nie zaistniały między nami żadne negatywne uczucia. Kłótnie były nam obce, sprzeczki trwały krótko, a zgoda nastawała momentalnie. Jednak z wiekiem doszły różne problemy, przed którymi zaczęłam uciekać, odmawiając dialogu pierwszy raz w życiu, uznając to za próbę, chęć walki z samą sobą, a może nawet z całym światem. Milczałam, by nie martwić. Z perspektywy czasu wiem, że zrobiłam dobrze, gdyż było we mnie zbyt wiele pomieszanych i niezrozumiałych emocji, które mogły uderzyć także w nie. Niestety, zdarza się, że okresy ciszy między nami stają się coraz dłuższe, z różnych powodów, przeważnie związanych z odległością oraz mojego ostatniej deklaracji, że z tym „dziwnym czymś” muszę uporać się sama, choć sama nigdy nie jestem. Och, i czy w takim momencie warto wierzyć w literackie słowa:
Ludzie uważają, że bratnia dusza oznacza idealne dopasowanie, i tego właśnie wszyscy pragną. Tak naprawdę bratnia dusza to lustro, to osoba, która pokazuje Ci wszystko co jest w tobie zdławione, osoba, która zwraca twoją uwagę na samą siebie, żebyś mogła odmienić własne życie. Prawdziwe bratnie dusze to prawdopodobnie najważniejsze osoby, bo to one obalają mury, którymi się otaczamy, i powodują, że możemy się ocknąć. Ale zostać z bratnią duszą na stałe? Nie. To byłoby zbyt bolesne. Bratnie dusze pojawiają się w naszym życiu, by odsłonić przed nami kolejną warstwę nas samych po czym odchodzą. (Elizabeth Gilbert, Jedz, módl się i kochaj)

Nie chcę, by bratnie dusze znikały. Ludzie się oddalają, bo każdy buduje swój mały świat na Ziemi, ale nie znikają. Nie wierzę w zanik.

Jednak nie tylko z pannami R. chciałam budować przyjaźń i tutaj zaczynają się schody, być może bardzo długie i kręte. Ile osób nie mówi mi prawdy, unikając mnie z powodu obaw przed słowami? Gdzie szacunek, szczerość i wzajemne oparcie? Gdzie poza spontanicznością, wzajemne uznanie, poszanowanie indywidualności, pełna akceptacja oraz odpowiedzialność?

Przyjaźń to podjęcie odpowiedzialności za los przyjaciela, nawet przy całej różnicy zapatrywań, upodobań, doświadczeń czy dążeń. W jednym zdaniu: „Mam drugie zmartwienie większe, które mi całkiem humor psuje” – wyraził Adam całą istotę przyjaźni, która łączyła go z Maksem.

Jeśli nie ma kontaktu i dialogu, jak można mówić w ogóle o relacji? Jeśli tylko jedna strona próbuje, pomimo przeciwności, jak można mówić o budowaniu czegokolwiek? Jeśli jedna osoba ucieka, a druga podąża za nią jak cień, jak można mówić o chęci bycia razem? A może po prostu się pomyliłam? Może moja chęć wyjścia do innych, trudna i kiedyś brzmiąca nierealnie, oraz nadzieja, że przyjaciół można mieć wielu, była nikomu niepotrzebna? Może jestem zbyt niedojrzała na więcej? Może postępuję niesłusznie, błędnie, robię coś niewłaściwie, źle odczytuję intencje, znaki, wszystko? A może Ty jesteś zbyt zagubiona, by dać mi szansę na większe zbliżenie? Jeśli zrozumiesz, będziesz wiedziała, że to o Tobie. Nie rozum mnie źle, naprawdę już nie wiem, co wolno mi robić, a czego nie. 

Pisał św. Augustyn w swoich „Wyznaniach” – „ Właśnie to kochamy w przyjaciołach, a kochamy aż tak bardzo, że człowiek czuje się winny, jeśli miłości nie odwzajemnia miłością. I nie żądamy od przyjaciół niczego, oprócz owych oznak życzliwości.”

Zostaje mi jeszcze jedna osoba, której imienia także nie zdradzę. Znajomość nadal świeża i internetowa, więc do przyjaźni jeszcze daleko. Jednak jednostronne(?) pragnienie przekreśla wszystko. Zbyt dużo sprzecznych zachowań. Przydałaby się analiza rozmów na gadu-gadu i wymiana wszystkich wiadomości. Właściwie to znajomość, której od początku nie rozumiem, tak jak tego, że mam jeszcze siłę myśleć o realnym spotkaniu w przyszłości, i z nią, i z innymi, a są to jeszcze trzy osoby. Ilość moich internetowych znajomych w przeciągu tego roku wzrosła, dzięki posiadaniu tumblr oraz pisaniu opowiadań, czyli moje przekleństwo i radość połączyło się w jedno. Czy naprawdę z tego może wyjść coś dobrego?

Jeżeli się nasza przyjaźń rozerwie, to nie ma na świecie związków ścisłych, albo też potrzeba, aby jedna strona dłużną wiecznie była drugiej […]. (Z pamiętnika M. Gierymskiego)

Jedna myśl, która przychodzi mi na podsumowanie, oprócz tego, że wpis wyszedł niemiłosiernie długi, jest taka, że jesteśmy nadal niedojrzali, zagubieni i nieukształtowani, bo świat jest chaosem, w którym trudno się odnaleźć, i nam samym, i nawzajem. Hm. A może tak naprawdę to ze mną coś jest nie tak…
____
*Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie słowa zapisane kursywą pochodzą z książki „Św. Brat Albert”, Rafał B. Siwec CFA.

23.03.2013

727.

Była notka, ale się nie dodała; pisanie od nowa nie jest potrzebne. Choć martwię się o kilka osób, zasypiam spokojnym snem. Ich życie nie jest w moich rękach. Nie mam kontroli nad wolną wolą innych. Jest KTOŚ, kto wie lepiej dokąd zmierza świat.

22.03.2013

726. Zgubić i odnaleźć.

Rozkuto kajdany ściskające myśli. Jak zarządzać wolnością, gdy nigdy się jej nie miało? Jak uchronić się przed ponownym uwięzieniem? Jak omijać dawne ścieżki? Jak dotrzeć do ludzi, gdy wiesz, że słowa nie zmieniają życia, a milczenie jest złotem, lecz to jedyne co masz w obliczu kilkuset kilometrów? Jak pozwolić innym odejść, gdy są pulsem w twojej głowie? Jak zniknąć bez podejrzenia o porzucenie? Jak pracować, gdy trudno zapanować nad powolnym ciałem? Jak zachować dobre myśli, gdy wkradają się złe? Jak nie pokładać ufności w sobie, a w Najwyższym?

Staram się zebrać obrazy do pracy magisterskiej; przeglądam, podpisuję, porządkuję. Miasta Europy w malarstwie polskim przełomu XIX i XX wieku; miasta, których nigdy nie zobaczę, co jest zupełnie nie ważne, choć może właśnie w jednym z takich miast byłoby więcej pożytku ze mnie niż tutaj gdzie jestem. Czytam dalej Złodziejkę, czytam Dziennik z Iowa, czytam książki o św. Barcie Albercie Chmielowskim. Staram się robić to, co do mnie należy; ważę każdy ruch, każde słowo, każdą myśl, starając się nie zgubić spokoju i tak jest, choć nie rozumiem, czemu zdarza mi się płakać; nie wiem, czy to bardziej z radości, czy ze zmian, bo czuję, że coś pęka i niedługo przyjdzie rozstać się nie tylko z przeszłością, ale stanąć twarzą w twarz z prawdą, a ma ona wiele kobiecych imion, bo znam tylko kobiety, a dzielą mnie miesiące od poważnych rozmów. Tak długo uciekałam, przed sobą. Nie wiem, co powinna powiedzieć; długo milczałam jak zaklęta. A jeśli zostawię i powiem jedynie „przepraszam”. Usłyszałam: jeśli pokłada się nadzieję w ludziach, a oni zawodzą, to potem się cierpi. Czy to było źródło rozpaczy? Czy właśnie dlatego wszystko było tak smutne i zamazane?

Minęły dopiero cztery dni. Nie pozwól, by strach przed przyszłymi latami zatarł ostateczny cel; nie pozwól bym szukała ukojenia tam, gdzie nie powinnam; nie pozwól, bym straciła optymizm, który od zawsze we mnie był, tylko przykryty kurzem…

Drzwi się otwierają. Drzwi pamięci – surowe, drewniane, zamykane na drewnianą zasuwę. Takie same, jakie wieczorem zatrzaskują się za bydłem w oborze. Zwierzęta śpią, potem budzą się w noc wigilijną, gadają, znów śpią. Lecz moje drzwi to stalowe drzwi speluny, która przed godziną wypluła mnie na trotuar. Piłem, ale nie byłem pijakiem. Już kiedyś leżałem na trotuarze, zgubiłem medalik. Srebrny, orłem w koronie i Matką Boską. Zgubiłem wtedy swoje dzieciństwo? Siebie? Płakałem potem nad plastikową miską w łazience u Marcina: on to rozumiał – zgubiłem siebie.” (Grzegorz Musiał, Dziennik z Iowa)

20.03.2013

725.

Czytałam książkę w autobusie, a że było już po osiemnastej, panował zmrok; a że światło było blade i mdłe, musiałam wytężyć wzrok; a że książka była wciągająca, nie mogłam nie czytać. Tak oto pękło mi naczynko w oku, przez Złodziejkę.

16.03.2013

723. Mam siniaki na kolanach...

Mam siniaki na kolanach, po jednym na każdym, bo idąc schodami w górę zahaczyłam o ostatni stopień, zbyt mocno skupiając się na obrazkach w odkserowanym świeżo artykule. Potykam się o wystające płytki w chodniku, kilka razy prawie gubię rękawiczki w autobusie, prawie, bo zawsze ktoś mi je podaje, milczę, zapominając jak rozmawiać.
Upadam na kolona.
Dużo przemyśleń, wyważonych i spokojnych. Tylko jeden moment na milion, który kaleczy jak niechcący przesunięta po palcu kartka.
Czekam na oczyszczające spotkania, które mogą nigdy nie nastąpić i wcale nie muszą oczyścić sytuacji.
Upadam na kolana.
Nie pozwól mi zwątpić. Nigdy.

12.03.2013

722.

Senny spokój i niepojęte wyciszenie. 
Teraz nie możesz mnie obudzić 
Gdyż wszystko śni wraz ze mną.
(Edyp)

10.03.2013

721. Jeden taki dzień.

Gdyby nie książki wypożyczone do napisania referatu, mogłabym ciągle pytać, gdzie popełniłam błąd, gorączkowo przeszukując przeszłość i walcząc z niedobrymi myślami. Chwila, w której zaczynasz rozumieć, jest jak wybawienie, a łzy są jedynie oznaką ulgi umęczonego umysłu. Przyznanie się do błędu przychodzi trudno, a nawet gdy następuje, nie oznacza cudownego oczyszczenia sytuacji. Potrzeba czasu i sumiennej pracy nad sobą.
Moment, w którym skierowałam myśli na siebie, był nieodpowiedni, gdyż doprowadził do egoizmu przejawiającego się we wszystkich wymiarach rzeczywistości. Pamiętam tamte dni, ciągnące się bez końca i nadziei, gdy chciałam czegoś dla siebie, a pragnienie było tak silne, że zaślepiło umysł. Oczekiwałam uzdrowienia, które nigdy miało nie nastąpić. („Ich znajomości „balansują” – raz się do kogoś zbliżają, innym razem (gdy druga osoba zacznie się nimi interesować) tę osobę od siebie odpychają. Szukają bezskutecznie idealnej osoby, która będzie ich wybawieniem – nada sens ich egzystencji, wypełni pustkę w ich życiu, wybawi od huśtawek nastroju oraz bólu psychicznego i nigdy ich nie opuści.”) Nie rozsądne było oczekiwanie czegoś absurdalnego od nowych osób i tych cierpiących więcej ode mnie. Nie powinnam pozwolić na to, by moje drugie ja przejęło kontrolę nad rozsądkiem. Nie powinnam nosić ukrytego i nieświadomego żalu, dlatego że nikogo przy mnie nie było. Przede wszystkim nie powinnam uciekać od tego, kim jest, a zaakceptować to, czego nigdy nie zmienię. Nie powinnam nienawidzić siebie, bo później przekłada się to na znajomość z innymi. Nie powinnam uciekać od ludzi, jeśli chcę wyjść poza egocentryczny sposób bycia. („Osoby te mają ambiwalentny stosunek do innych – pragną bliskości, czują że potrzebują drugiej osoby, jednocześnie boją się bliskości i bywają nastawieni wrogo.” „Im ktoś jest bliżej nich tym większa ogarnia ich panika.”)
Chciałabym to wszystko zapamiętać i po raz kolejny próbować wprowadzić w życie, pokonywać trudności i nie poddawać się mimo ciosów. Wiem, że to będzie cholernie trudne i trwające do ostatniego oddechu. Chciałabym nie bać się, że stracę nadzieję lub zmysły. Chciałabym trwać i wyjść poza siebie. Chciałbym chcieć.
(„Osoby te mają tendencje do postrzegania w czarno-białych barwach – do polaryzowania percepcji i myśli do skrajnych stanów: dobry-zły. Popadają w skrajności. To, co jest dobre wg nich jednego dnia, może być złe następnego – mają problem ze stałością. Postrzeganie z tendencją do skrajności powoduje, że również ich spojrzenie na nich samych, poczucie tożsamości, rozsypuje się na strzępy. Ich poglądy i myśli wpadają w coraz większą huśtawkę. Przestają ufać innym (bo oni ich rozczarowują). Przestają ufać sobie. Przestają rozumieć innych, przestają być rozumiani. Przestają rozumieć nawet siebie. Gubią się tak mocno, iż kwestionują nawet istnienie – swoje i świata. Próbują uciekać od siebie zatracając własną tożsamość; rodzi się w nich uczucie pustki, przed którą uciekają w ryzykowne, a nawet fizycznie bolesne, zajęcia.”)
Chciałabym nigdy nie zapominać kim jestem, skoro zaczynam już rozumieć i przyznawać się do wstydliwych cech osobowości i wad. Chciałabym pamiętać, że samemu nie da się wygrać, bo wygrać można tylko z pomocą Najwyższego. I nawet jeśli moje myśli krążą wokół „ciemnej strony mocy”, jeśli nie raz zaprzeczałam temu, marząc o własnej śmierci, by dać kres temu, co niezrozumiałe i męczące, nie potrafiłabym, rozumiecie, nigdy nie potrafiłabym jednym strzałem w skroń przekreślić tego, w co wierzę i o co staram się modlić. Bo gdy chcę odejść z tego świata, to tylko w jedno miejsce, a czynem hańbiącej rozpaczy tego nie osiągnę. Ani egoizmem. Ani paranoją.
Cóż, taki wylew szczerości nie zdarza mi się często i pewnie jeszcze przez jakiś czas będzie trwać we mnie przekonanie, że nie powinnam się tutaj uzewnętrzniać, ale z drugiej strony mam ten komfort, że mało znajomych osób tu zagląda (prawie nikt). Tak, ten wpis to chwila skupienia, a potem trzeba wracać i żyć dalej w wirującej rzeczywistości, gdzie wszystko jest dwa razy trudniejsze niż pisanie przemyśleń na białym polu.

9.03.2013

720. To nie święto.

Wiele kobiet w moim życiu, a żadnej nie złożyłam życzeń. Przykro mi. Powinnam bardziej się starać, żebyście choć troszeczkę mnie lubiły, czyż nie? Podobno kobiety potrzebują dowodów uczuć, drobnych gestów i tych wszystkich pierdół. Wybaczcie, ale nie znam się na tym.
Mój brat kupił kwiaty dla nauczycielek; gdyby nie bracia, nie pamiętałabym o kolejnym sztucznym święcie. Dostałam też wiadomość na facebooku z życzeniami (odczytana przed pierwszą w nocy) i aż mam ochotę usunąć konto, bo to idzie w złym kierunku. (Usunąć nie mogę, bo łączność z forum studiów nadal jest mi potrzebna.) Ze szkolnych nie podarowanych podarunków zostały cztery róże, które przez noc zwiędły, bo były pozostawione w niewłaściwym miejscu. Cztery róże, które sobie przywłaszczyłam. Dwanaście złotych mniej w kieszeni mojego brata. Suszą się przy kaloryferze. Cztery uschnięte róże; symbol mojej niechcianej i umierającej kobiecości.

(Tak, tak, miałam nie pisać, ale, kurde, mój blog i mogę, prawda? No i nie oszukujmy się, ale nikogo nie obchodzi, czy będę zrzędzić codziennie, czy raz na pół roku, także mam zamiar robić to wtedy, gdy uznam za słuszne. Oby jak najrzadziej. Ta, pewnie pojutrze dodam jakąś fantastyczną notkę. Lepiej nie.)

7.03.2013

719. Wiosenne porządki?

Nie jestem w stanie zliczyć, który raz pozbyłam się w ten sposób przeszłości. Prawie wszystkie wpisy wylądowały w koszu, będąc wiedzą dostępną tylko dla mnie. Niesamowite, siedem lat bredzenia wieczorami do białej strony w Wordzie. Jak żałosna byłam i jak żałosna jestem?
Dziewiętnaście dni bez pisania to sporo, gdy w grę wchodzi blokowanie swobodnego przepływu myśli i tłumienie chęci oraz walczenie z uzależnieniem.
Dzisiaj usłyszałam, że buddyzm naprawdę prowadzi do wygaszenia osobowości i negacji życia. Jestem buddyjską mniszką. Jestem coraz bliżej celu. Nie godzę się na niepotrzebne nikomu istnienie. Więcej w nim obrazy dla Stworzenia niż chwalenia Najwyższego. Momentami tak mnie nosi, że jeszcze chwila, a zakończę to w nie buddyjski sposób. Och, ta autoagresja. Najchętniej biłabym się po twarzy, ale samo wyobrażenie jest komiczne. Czemu nikt nie chce mi przywalić i sprawić, żebym obudziłam się ze złego snu?
Podczas usuwania notek rzucałam okiem na wpisy i tak oto przypomniałam sobie o BPD, dostając olśnienia. Jak miło uświadomić sobie, że niewytłumaczalne działania z minionego pół roku, znów mają uzasadnienie potwierdzone nie tylko przeze mnie. Jestem zła, że o tym zapomniałam. Właściwie nie wiem, jak mogłam zapomnieć kim jestem. W końcu BPD to typ osobowości, a nie choroba. W dwudziestym piątym roku życia następuje apogeum, potem wygasa; niestety nieprędko i nie zawsze.
Jak to jest żyć ze świadomością, że nigdy nie przestanie się nienawidzić siebie? Chujowo, moli drodzy, chujowo. Za to życie ze świadomością, że przeszło się przez coś samemu, milcząc jak grób – niesamowite. I może na tym skończę, zanim zbierze mi się na jakieś żale i chęć wykrzyczenia wszystkim w twarz, że nie potrafią wprost oznajmić, że jestem im obojętna…
…bo ciągle to uczucie we mnie trwa; nikomu nie potrzebna ja.
BPD mówi mi, że sama zachowuję się jak dupek. Niezależnie jak jest – biorę winę na siebie
___
p.s. Mam nadzieję, że prędko tu nie napiszę. (Mówienie „nigdy” byłoby w tym przypadku ryzykowne.) Mam nadzieję, że z „poważnych zapisków” została mi do stworzenia jedynie praca magisterska, ale to trochę później.