Ciężko mi. Zbyt często. Męcząca jest ta trwająca już sto lat zima, która zamyka mnie w domu, gdzie nienawidzę przebywać. Będąc odciętą od świata odcięłam się też od reszty ludzi, tylko K. musi wysłuchiwać moich jęków boleści, choć i to mało, od kiedy znalazła kolejnego wybranka serca i oby tym razem ostatniego i na zawsze, bo ile razy można wchodzić do tej samej rzeki, lepiej wejść do innej i dobrej. Siedzę i zastanawiam się, jak doszło do tego, że straciłam wszystko i nie mam nic. Przyszłam na świat bez niczego i mogłabym już z niego odejść, bo nie mam nic swojego, czasem myślę, że nawet mnie prawdziwej nie ma we mnie, rozmyłam się gdzieś przez te lata w problemach swoich i cudzych. Myślę o tym, że córka koleżanki mojej mamy, którą znam, bo przecież wszyscy chodziliśmy do tej samej szkoły w podstawówce, straciła dziecko w piątym miesiąc ciąży z powodu przedwczesnego porodu. Każda z jej sióstr ma problemy z nie byciem w ciąży. Znalezienie partnera życiowego nie daje wiele, bo więcej tego złego z “na dobre i na złe”, to przykre i bolesne, że ktoś traci coś najcenniejszego w życiu, gdy inni bawią się w najlepsze mając za nic cierpienia innych ludzi. Znowu miałam sen na jawie. Przekręcałam się na bok i czułam w tym samym momencie jak ktoś przesuwa rękę wzdłuż moich ramion, a potem znika wraz z otworzeniem przeze mnie oczu. Jeden tydzień bez kolegów u sąsiad i czuję się znowu bardziej jak człowiek, a nie zlepek bólu i chorób. Jednak nie chwalmy weekendu przed jego zakończeniem, bo nadal wszystko się może zdarzyć. Bolą mnie mięśnie całego ciała, zmuszam się do ćwiczeń, ale jestem po prostu gruba. Chciałabym mieć formę życia raz w życiu, ale wszystko nie ma sensu. Staram się nie myśleć o nikim, udawać, że nie miałam nigdy znajomych. Ale jesteś w mojej głowie, jak niedokończona historia. Dzięki Tobie dowiedziałam się, że jestem chora bardziej niż myślałam, a może wiedziałam, ale nie potrafiłam tego przyznać. Teraz, gdy nie mam nic, rozumiem więcej, nawet to, że nigdy nie otrzymam pomocy, którą powinnam dostać ta 10letnia ja. Wiedziałam, że nigdy nie będę taka jak reszta świata, w którym przyszło mi żyć. Gdy kończę to pisać, słyszę już kolegów i sąsiada, którzy przyszli zafundować mi bezsenną noc.
31.01.2026
24.01.2026
1812.
Miałam sen, dziwny sen, śniło mi się, że małoletni sąsiad z samej góry wstaje w nocy do łazienki. Słyszałam tupanie stóp o posadzkę, słyszałam jak przechodzi z pomieszczenia do pomieszczenia. Pomyślałam sobie, no tak, wybudziło mnie coś tak błahego, bo ból nie pozwolił mi głęboko zasnąć. Odetchnęłam z ulgą, bo był sam. Jak dobrze, pomyślałam, to tylko chwilowe wybudzenie, żadnych rozmów, krzyków, imprezy, za chwilę znowu zapanuje cisza. Ale tak naprawdę cicho było od początku. Zrozumiałam, że na górze nikt się nie poruszył, woda w łazience się nie spuściła, nie było słychać żadnych dźwięków. Uświadomiłam sobie, że to był tylko sen. W tym samym momencie poczułam jak obok mnie - leżałam na wznak - przechodzi ktoś po łóżku w te i z powrotem, a potem zniknął. Pierwszy raz w życiu leżąc w łóżku miałam uczucie realnej obecność kogoś obok siebie. To był sen na jawie, nic więcej, a jednak uświadomił mi, że za dużo tego gówniarza w moich myślach. Nie chcę tu mieszkać. Nie chcę tych ludzi widzieć, słyszeć, nie chcę tu być. Dlaczego mój święty spokój równa się nieszczęściu innych? Dlaczego nie mogę mieć czegoś tak po prostu, bo mi się należy? Czy nie należy mi się spokojny sen, przesypianie nocy bez pobudki z bólem? Widocznie nie. Moje dolegliwości bólowe są tak duże, że po pięciu latach przerwy zaczęłam brać, na własną rękę, zakazany dla osób takich jak ja - czyli przyjmujących na stałe kwas acetylosalicylowy - ibuprofen. Poczułam się cudownie uzdrowiona na chwilę, na jeden dzień, bo nie mogę tego brać codziennie przez rok. Płaczę więc z bólu i beznadziejności swojej sytuacji. Dokąd iść, gdzie szukać pomocy bez pieniędzy, gdzie znaleźć lekarza, który by mi pomógł? Wiem, że uratowałaby mnie Poradnia leczenia bólu, ale to poza moim zasięgiem. Wszystko jest poza moim zasięgiem. Wszystko to walka z wiatrakami. Może, gdy po stu latach dojdzie do mnie kolejka w diagnozowaniu choroby genetycznej, otrzymam jakąkolwiek pomoc. Nawet jeśli w mojej krwi nie płynie choroba przekazywana z pokolenia na pokolenie, to może znajdzie się ktoś, kto spojrzy na mnie całościowo i zabierze ten ból.