28.05.2013

749. Cztery strony świata.

Czekam na znaki życia z czterech stron świata, choć może nie tyle czekam, a zastanawiam się, czemu myślę o czterech stronach świata. Jakbym naprawdę wierzyła, że ktoś mi coś obiecał. Jednak realnie oczekuję zakończenia się czegoś, co jeszcze nawet się nie zaczęło, a mam tu na myśli sesję. Trochę głupio. Zawsze wypatruję końca zawczasu i jestem zmęczona jeszcze przed wejściem do krainy zawieszenia. Przygnębiam samą siebie swoim podejściem. Nic nowego. Mam za to zaplanowane najbliższe cztery tygodnie, co nadaje pewien sens dniom i napięcie oczekiwania, ale jednocześnie blokuje inne sfery bytowania. Jak widać, z czasu sesyjnego nigdy nie wynika nic dobrego. Fakt, bywa, że czasem się dobrze bawię; zwłaszcza panikując z innymi i snując teorie na temat życia, gdy kolejka przed drzwiami się skraca. Cóż. Chyba jestem jeszcze w lutowej sesji, a może lepiej napisać, że ona jest we mnie. Zbyt dobrze zapamiętuję swoje największe porażki psychiczne. Ale nie będę więcej wspominać, bo byłabym wstanie namalować słowami poetycki obraz śmierci. Nikt by się nie wzruszył. Chwalić nie ma się czym. Szkoda czasu. To był mój punkt kulminacyjny; obecne odniesienie wszystkiego. Tyle. Tak naprawdę z sesją to miało niewiele wspólnego; po prostu była po drodze. Nadal jestem zadziwiona umiejętnością szybkiego porządkowania swoich wewnętrznych stanów i dystansowaniem się do informacji. Łatwo kierować sobą, gdy wie się jak. Chyba mimo wszystko coś wygrałam. Na ten moment tak. Dlatego marzy mi się spełnienie kilku małych obietnic. Teraz sobie przypominam, że nie bez przyczyny uczę się cierpliwie czekać. Zwróciłam się w cztery strony świata. Tym razem milczeniem nie jestem ja. Dobrze. Zapomnę o kierunkach, jeśli zajdzie taka potrzeba; jeśli świat uzna, że powinnam. Tymczasem jeszcze trochę mogę przetrzymywać w głowie kilka nazw miast.

24.05.2013

748. Pisanie o rzeczywistości wyczyszczonej z głębszych uczuć wydaje się bezpieczniejsze...

Pisanie o rzeczywistości wyczyszczonej z głębszych uczuć wydaje się bezpieczniejsze, odkąd grono patrzących się powiększyło. Chciałabym tylko, aby każdy zapamiętał jedno – nieznajomość przyczyn moich słów i zapatrywania się na dane sytuacje z góry zakłada wasze błędne oceny. Oczywiście nikomu tego nie zabraniam, bo pamiętnik jako źródło wiedzy wymaga interpretacji, ale żeby dojść do prawdy należy dojść do przyczyny ostatecznej. Popatrzcie. Wymieniam osoby, a każda z nich może być wami jak i nie wami. Skaczę po tematach; mieszam wątki, które zlewam w całość. Nie wprowadzam celowo w błąd; moje poznanie jest po prostu szersze niż wasze, bo moje życie najszerzej rozumiane jest przeze mnie. Pisząc o czymś, automatycznie robię powiązanie w umyśle do innej rzeczy, o której już nie wspominam. Bo nie zamierzam zaczynać od etymologii słów; wyjaśniać, naprowadzać, by każdy zrozumiał, gdzie leży źródło moich myśli. Możecie odbierać tekst tak, jak chcecie, ale pamiętajcie, moja żadna notka nigdy nie miała na celu nikomu sprawić przykrości. Jeśli się tak stało, to wina waszej interpretacji lub mojego niejasnego ujęcia sprawy. Jednak musicie zrozumieć, że uwolnienie się od niepożądanych uczuć jest potrzebne każdemu człowiekowi, dlatego czasem chcę napisać o tym, co i mi nie ułatwia oddychania; zwłaszcza, że tylko tutaj jeszcze potrafię mówić.
W rzeczywistości udaję głupią, jakbym nie słyszała słów skierowanych pod moim adresem. To jak wiedzieć, że ktoś się w tobie zakochał (lub jakkolwiek inaczej określimy to uczucie) i zgrywać ślepą na zaloty. Co zresztą zdarzało mi się naprawdę i aż boję się, że czeka mnie kolejna taka sytuacja. („Nie podoba mi się, że jesteś smutna” – A kto powiedział, że jestem?! Mój profil na facebooku? Ratunku!) Nie chcę dawać ludziom żadnej nadziei. Nie mogę przyjaźnić się z każdym. Moja psychika jest do tego niezdolna. Czemu nigdy tego nie widać? A potem, gdy „adorator” znika za rogiem, wypuszczam z siebie całe powietrze. Tak bardzo chcę kojącej samotności. Byłoby łatwiej, gdyby ludzie się nie przywiązywali. Bo jeśli ja nauczam się odwiązywać, to nie ma rzeczy niemożliwych dla ludzkości.
Wstęp miał być krótki, a tymczasem wyszło po staremu. Jestem w tym beznadziejna. Anyway, chciałam napisać o zębach. Bardzo bezpieczny temat, prawda? Niemal jak pogoda.
Dziesięć dni temu, gdy byłam w drodze na środowe zajęcia, ukruszyła mi się plomba w górnej siódemce, co wybadał mój język. Niekorzystna sytuacja. (Czemu nie stało się to, gdy byłam jeszcze w domu?) To tak, jakby samochód popsuł się w szczerym polu. Wydałam pięć złotych na doładowanie, aby zadzwonić i poprosić mamę o umówienie mnie na wizytę. Kontrolę uzębienia planowałam dopiero w wakacje, przypadek chciał, że wyszło wcześniej. Na wyznaczony termin musiałam czekać tydzień.
Po ponad roku od moich przygód z operacyjnym usuwaniem ósemek, które zresztą trwały rok, odwiedziłam ten sam gabinet stomatologiczny; z ta różnicą, że dentyści się zmienili. Od dłuższego czasu urzędują tam naprzemiennie dwie panie, o czym zdążyła się już przekonać moja mam. Nie miałam się czego obawiać, a w tym przypadku mogłam tylko ludzi. Ze strachu przed dentystą wyrosłam dawno temu, a trzy posiedzenia z otwartymi, krwawiącymi dziąsłami, z których próbowano przez dwie godziny ostrymi narzędziami wyciągnąć głęboko ukryte zęby, uodporniło mnie na wszystko. Na ból przede wszystkim.
Mój ubytek okazał się równie trudny do naprawienia, bo miejsca, w którym znajduje się siódemka, jest trudno-dostępne, a do tego plomba ukruszyła się od strony policzka. Mój zgryz jest dziwnie ułożony; lewa strona jest bardziej oddalona, jeśli dobrze to określam, ale nie wpływa to na zewnętrzny kształt mojej twarzy. W każdym razie nie obyło się bez bólu szczęki i kilku kropel krwi. Samo leczenie nie bolało. Za to pani dentystka nieźle się przy tym nagimnastykowała. Aż w pewnym momencie poczułam się winna z powodu moich zębów. Na szczęście to był ostatni z tych okropnie umieszczonych, więc „przyszłość zębowa” nie wygląda źle.
Miła kobieta. Ma córkę w moim wieku. Dużo mówi, ale nie bez sensu. Czułam się komfortowo, już nie mówiąc o tym, że zostałam pochwalona za zadbane zęby. Głupie uczucie, nawet gdy miłe słowa dotyczą twoich zębów. Zabawne, że słyszałam to od każdego dentysty, u którego byłam przez całe swoje, dotychczasowe życie i zawsze nie byłam dumna, a zawstydzona, jakby chwalenie mnie było nie na miejscu. W końcu nic wielkiego nie zrobiłam. Zęby same się takie uchowały. Może to zasługa genów? Świętej pamięci dziadek od strony mamy, do końca swojego długiego życia posiadał stałe zęby.

22.05.2013

747. Wyjazd do stolicy.




Kilka miesięcy wcześniej zapowiedziano dwudniową wycieczkę. Propozycją był Poznań lub klika miejscowości na wschodniej linii Polski z punktem docelowym – Białymstokiem. Gdyby zrealizowana została druga opcja, wolny czas – nie przeszkadzałaby mi nawet nocna pora – wykorzystałabym na dwa spotkania. Nadzieja była, jak to u głupców takich jak ja, jednak z drugiej strony realność życia przemawiała do mnie dosyć ostro. Postanowiłam nie nastawiać się w żaden sposób. Wzmocniłam także swój pancerzyk ochronny, aby uniknąć bolesnego rozczarowania.
Ostatecznie wygrało życie, opcja numer trzy i obojętność. Objazd naukowy zakończył się wyjazdem do Warszawy, a nastąpiło to wczoraj. Koszt całościowy wyniósł 12 złotych, czyli cenę ulgowego biletu wstępu do wszystkich obiektów w Muzeum Łazienki Królewskie. Przewodnik naszej grupy okazał się zaskakującym starszym panem, który co jakiś czas raczył nas żartami (nawet dwuznacznymi!), co było dodatkową atrakcją zwiedzania. Swoją drogą, bawią mnie ludzie, którzy śmieją się ze swoich własnych żartów, choć rozumiem, że śmieją się nie z siebie, a z przypomnianych sytuacji. Najlepszy był moment, gdy podczas opuszczania ostatniego pokoju, po kilku słowach pana przewodnika zapadła chwila ciszy, a potem pomieszczenie wypełnił jego śmiech. Miałam wrażenie, że nie oprowadza nas pracownik muzeum, a kolega, z tą różnicą, że my nie czuliśmy się jego znajomymi. Prędzej on naszym. Myślę, że nawet w jego wieku nie uda mi się osiągnąć takiego poziomu swobody bytowania wśród ludzi. W każdym razie dziwność przewodnika dodała uroku całości; nie było nudno.
Jeśli chodzi o obiekty, wnętrze Pałacu na Wyspie przypomniało mi o pomieszczeniach Hamamu, które widziałam w filmie o tym samym tytule, choć na pewno nie mają z nimi wiele wspólnego. Jednak nadal nie uzyskałam informacji, w czym właściwie myli się w warszawskich pokojach kąpielowych. Raczej nie polewali się wodą leżąc na posadzce. Za to Ośmiokątny Gabinet w Białym Domku, którego wymalowane wnętrze imituje altanę, zachwyciło mnie wyjątkowo. Żałuję, że kamero-aparat, który miała ze sobą, nie uchwycił nic z tego uroku. Wiadomo, użycie flesza było zabronione, więc zdjęcia wyszły ciemne, co widać wyżej na jednym z nich.
Część obiektów na terenie Łazienek była w remoncie, więc nie zobaczyliśmy wszystkiego. W samej Warszawie odwiedziliśmy jeszcze Pałac w Wilanowie, z zewnątrz. Nie zabawiliśmy tam długo, gdyż przegoniła nas burza.
Potem wędrowaliśmy przez Śródmieście, a dokładnie po kilku wybranych ulicach. Wyszliśmy od miejsca, w którym stoi postmodernistyczna fontanna (wybaczcie, ale nie pamiętam ani projektanta ani ulicy), przez plac marszałka Józefa Piłsudskiego z Grobem Nieznanego Żołnierza, zahaczając o kościół Sióstr Wizytek, by znaleźć się pod kolumną Zygmunta III Wazy. Po trasie oprowadzał nas znany polski reżyser, robiący m.in. filmy historyczne o Warszawie, znajomy naszej profesor, którego imienia i nazwiska nikt nam nie przedstawił, więc nawet nie mogę sobie zajrzeć w google. Trochę dziwnie i głupio. Myślę, że z całej wycieczki nikt nie wie, kim był ten energiczny pan ubrany na biało, z brodą i pokrytymi siwizną włosami, dzierżący w ręku parasolkę z logiem TVP.
Część czasu wolnego przesiedziałam na murku niedaleko kolumny Zygmunta, sama, z własnej woli. Myślę, że Warszawa ma ciekawe miejsca, ale siedząc tam i obserwując ruch wkoło, czułam się źle. Nie potrafiłam określić czemu. Wiedziałam jednak, że nie potrafiłabym żyć w tym mieście. Jest w nim coś nieatrakcyjnego, przytłaczającego i odpychającego. W tamtym momencie chciałam jak najszybciej wrócić do domu. Głupie, chwilowe uczucie, ale tak było.
A droga powrotna okazała się wewnętrzną walką z polskimi, starymi przebojami, które serwował pan kierowca. DJ z niego był marny. Po falach śmiechu i zabawy w zgadywanie, piosenka Przeżyłam z tobą tyle lat oraz Czerwone korale i Makumba po raz dziesiąty nas zniszczyły. Jakby tego było mało, tył autobusu śpiewał refren co drugiej piosenki.
Podsumowując, spałam cztery godziny, po czym osiemnaście spędziłam z otwartymi oczami. Do domu wracałam dodatkowe jeden i pół godziny, bo autobus jak wyjechał z pod uczelni, tak też z powrotem pod nią wrócił. By dostać się do domu, musiałam przebyć dodatkowe czterdzieści kilometrów. Zmarzły mi stopy. Miałam buty z odkrytymi palcami. Czekałam całe dziesięć minut na brata przy Biedronce. Było wtedy w pół do dwudziestej trzeciej. Na koniec dnia miałam jeszcze siłę włączyć komputer. Osoby uzależnione od miejsc tak mają.

19.05.2013

746. Zlepek myśli.

Komary już dawno zdradzają swoją obecność cichym bzyczeniem i bezbolesnymi ukłuciami podczas nocnego snu, po których zostaje mnóstwo śladów. Obecnie jestem dość obficie oznakowana na rękach i nogach. Te owady zawsze lubiły moją krew. To przypomina mi o nachodzącym lecie i przywołuje na myśl zeszłoroczne.
Czas zatoczył koło. Powróciłam do tego, czego tak bardzo pragnęłam, początku, choć bagaż doświadczeń nadal jest ze mną. Pamiętam, gdy napięcie rosło, nastał punkt kulminacyjny, a na końcu wszystko zaczęło opadać. Niewiarygodne. Otrzymałam wszystko, czego po cichu chciałam przez lata i to wszystko mnie zgubiło. Byłam kimś, by panicznie znów chcieć stać się nikim; idąc jeszcze dalej – nawet niczym(nieistniejącym). Błądziłam obficie. Teraz jestem przeszłością w oczach innych, bo przypisują mi cechy, które wygasły. Pierwszy raz ze stuprocentową pewnością wiem, że postąpiłam dobrze i ta myśl mnie zawsze pociesza w chwilach rozbijających ustalony porządek. Tak, znów uderzam w poważny ton, ale brak w nim melancholii. To czysta analiza.
Tylko czasem zdarza mi się obejmować wzrokiem twarze, które spoglądają na mnie ze zdjęć i coś ściska mnie w żołądku. Jest mi słabo, gdy pomyślę o naszych spotkaniach za sto lat. Mówiłam wiele; czasem mi wstyd, ale mój emocjonalny stosunek i nielubienie siebie w każdym wspomnieniu tak działa. Jednak odpowiedzialności za słowa się nie wyrzekam.
Mimo to bywa, że już nie chcę nikogo spotykać. Bywa, że z trudnością przywołuję postacie. Czasem mam wrażenie, że nie będę mogła spojrzeć wam w oczy, bo zdarłam zbyt wiele zasłon i ogołociłam myśli. Popełniłam mnóstwo błędów, teraz się na nich uczę. Widzę też wszystkie różnice między nami. Zawsze widziałam. Miejsca mojego bytowania są wypełnione osobami, z którymi nie łączy mnie wiele poza miłymi, radosnymi chwilami. Nie mówię, że to źle, ale to daje nietrwałość, gdy pójdziemy dalej. Nasze światopoglądy się mijają. Wiem, w którym miejscu nastałby nasze sprzeczki. Ja ciągle szukam prawdy, nie osobistych wynurzeń, a wy? Pewnie wszyscy błądzimy.
Mówią: z kim przestajesz, takim się stajesz. Moja dygresja jest teraz daleka. Patrzę na zeszłoroczny maj i moje stwierdzenie, że jesteśmy podobne. Każdy dzień na uczelni mówi mi, że wszystko się zmieniło, bo zmiana zaszła we mnie, bo już nie błądzę i więcej rozumiem. Nie umiem patrzeć jak pogardzacie innymi. Czy głupio pisać, że nie jestem smutna z powodu, że nasze drogi kiedyś się rozejdą? Czy będziecie mieli mi za złe, że mówiłam dużo i byłam miła? Dałam się poznać, a teraz chcę dać się zapomnieć? Tak dziwnie. Pierwszy raz mnie to spotyka. Jeszcze rok.
Ale przed wami, jeszcze nie spotkanymi, nie będę uciekać. Mimo to nie będę też pragnąć i dążyć, bo to nie cel ostateczny moich dni. Jeśli los skrzyżuje nasze drogi, odnajdę odwagę i wyjdę z ukrycia, w które teraz się zatapiam. Puszczam was wolno, nawet ze swoich myśli. Przynajmniej staram się to robić. Idzie mi coraz lepiej. Zabić siebie we własnej głowie i narodzić się ponownie. Chciałabym wygrać.
Tymczasem odczuwam dziwny niepokój. Pięć tygodni nauki, z czego dwa sesji. Przez to mój obraz rzeczywistości znów zaczyna być chwiejny, bo życie zyskuje szybszy rytm, a czas się kurczy. Z niedzieli na poniedziałek cierpię na lekką bezsenność, a pobudka o szóstej nie pociesza. (Tak, już kiedyś o tym wspominałam.) Muszę zrobić niewielkie zakupy na wtorkową wycieczkę, aby z pragnienia i głodu nie umrzeć. A wieczorem pójść na mszę i do spowiedzi, która zawsze była dla mnie czymś trudnym, bo konfesjonał to nie poradnia psychologiczna, a duchowa, więc rozeznać swoje winy w sumieniu zachwianym ciężej.
We wtorek wycieczka, o której już wspomniałam, choć na studiach nazywa się to objazdem naukowym. Niezależnie, jak określimy wyjazd, oznaczać on będzie pobudkę o świecie i dużo chodzenia. Nie mam ochoty. Muszę uczyć się na kolokwium, czytać Myśl nieoswojoną (idzie mi to opornie), a do tego mam umówioną we czwartek wizytę u dentysty. Cieszę się za to na sobotni powrót wokalisty po wypadku samochodowym. Dwa miesiące działalności zespołu bez niego były jakieś nieswoje.

12.05.2013

745. Dla ciebie – tysiąc razy!

Wspomnienie niedawno zakończonej sesji ciągle kołatało w moich myślach, a tymczasem pierwszy dzień nowego semestru dobiegł końca. Był już marzec, a może jeszcze nie, w każdym razie noc nadal wcześnie przychodziła nad miasto, a śnieg leżał na ulicach. Miałam na sobie ciepłe ubrania i zimowe, ciężkie buty. Było kilka minut po dziewiętnastej. Cierpliwie czekałam na ostatni autobus, który miał mnie zawiść bezpośrednio pod dom. Inni też czekali. Zaskoczona, natknęłam się na koleżankę z gimnazjum, której nie rozpoznałam dopóki nie zbliżyłyśmy się do drzwi pojazdu. (Może przez jej puchatą czapkę, będącą prezentem od mamy, która dominowała na głowie?) Niewiele pamiętam ze szkolnych czasów, ale wiem, że lubiłyśmy się ze wzajemnością. To wspomnienie pozwoliło mi unieść ciężar, jaki nosiłam w sobie od dłuższego czasu oraz zmierzyć się z nie samotną i nie cichą drogą powrotną do domu. Siedziałyśmy obok siebie, ja przy oknie, rozmawiając o wszystkim i o niczym, zapominając o otaczających i słuchających nas pasażerach, lecz skłamałbym mówiąc, że odegnało to moje myśli od wszystkich nagromadzonych przez miesiące problemów. Cieszyłam się, że nastała ciemność, a bus wypełniało jedynie słabe, niebieskie światło, choć myślę, że nawet w dzień nic nie zdradziłoby tego, co kryło się wtedy w moich oczach. (Ostatecznie nikt nie patrzył w nie dłużej niż powinien.) Czterdzieści kilometrów to dużo czasu na rozmowę, więc rozmawiałyśmy też o książkach. Pogodna z natury i sięgająca też do takich historii K., dziwiła się swojej koleżance, która czytała opowieść z wątkiem gwałtu na nastoletnim chłopcu. Moja ciekawość i upodobanie do dramatów oraz historii przejmujących, które uzasadniłam starym, dobrze znanym katharsis, wiedziały, że prędzej czy później wypożyczę Chłopca z latawcem. Tak się też stało, dopiero po trzech miesiącach, gdy w końcu na stronie biblioteki ukazał się napis: egzemplarz dostępny.
Książka, która trafiła do moich rąk jest wyraźnie naznaczona ilością jej przejściowych właścicieli, którzy zmieniali się przez dziesięć lat. Na okładce widnieje chłopiec, lecz jego twarz zasłania niebieski latawiec, którego kolor nie jest bez znaczenia. Dotarłam dopiero do połowy, a już mam ochotę stwierdzić, że to najsmutniejsza (i melancholijna) opowieść, jaką kiedykolwiek czytałam. „Dla ciebie – tysiąc razy!”

6.05.2013

744. Zakładam stary Hamam, pośrodku miasta.*





Droga siostro, odchodzę powoli z guzem gardła, ale stary problem pozostaje. Wiedziałam, że nigdy nie wrócę. Najlepiej, żebyśmy nie rozstawały się tak gorzko, ale ty chyba nie zejdziesz z tej drogi, jak sądzę. Mam nadzieję, że przeczytasz ten list i może kiedyś, gdy urazy miną, odpiszesz. Stambuł jest tym, czego szukałam. Jestem tu tylko tydzień, a on już zapiera mi oddech… Zmarnowałam tak dużo czasu, nim tu dotarłam… Czuję, jakby on czekał właśnie na mnie cicho, a ja gnałam zmęczona nieprzydatnym życiem. Rzeczy tu płyną wolniej i łagodnie. Ten lekki wiaterek rozwiewa me niepokoje i sprawia, że moje ciało drży. W końcu mam ochotę zacząć wszystko od początku.*

Nie znam Turcji. Język turecki słyszę jedynie, gdy słucham zespołu Gripin. Kilka dni temu obejrzałam film „Hamam – łaźnia turecka” (1997) – debiut Frezana Ozpeteka (włoskiego reżysera pochodzenia tureckiego) – i przeniosłam się do Stambułu, czując wkoło siebie klimat tego miejsca, zarysowany niezwykle delikatnie, ale wyraziście; muzyką, wspomnieniami, rekwizytami, miejscami i ludźmi. Nie chcę streszczać fabuły filmu, bo każdy może poszukać w internecie opisu tego, jak młody architekt dostał w spadku po zmarłej ciotce dom i turecką łaźnię. Z Włoch udał się do Turcji, by sprzedać odziedziczony majątek, jednak magiczna, orientalna rzeczywistość, wypełniona obyczajami i gościnnością oraz zmysłowy i męski świat hamamu, skusił go tak bardzo, że postanowił zostać na dłużej. Pojawia się tu homoseksualna fascynacja głównego bohatera, jednak jest ona jedynie zarysowana, choć ważna dla całego rozwoju akcji – w końcu Francesco ma żonę, która także zajmuje znaczące miejsce w całym filmie. A film dla mnie był przede wszystkim opowieścią o ludziach, których połączył Stambuł oraz niebanalna historia, która do końca podsycała ciekawość. Dawno nie żałowałam tak bardzo obejrzenia filmu, ponieważ wrażenia podczas pierwszego seansu są niepowtarzalne, a te były mocne, a przez to piękne. Lubię być poruszana. Lubię tęsknić za czymś, co nie należy do mnie, jednocześnie będąc częścią mnie. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że oko kamery widzi świat inaczej. Wiem też, że zakochuję się bez głowy w miastach, tak obcych i oddalony, tak bardzo nie należących do mnie, bo jestem tutaj, gdzie wiatr bywa pusty. Oceniam film wysoko, bo trafił we właściwe miejsca; znów czegoś mi brak. Istanbul Uyurken.

Nastał październik, w którym Stambuł nagle staje się szary. Lato znika nagle, ni z tego ni z owego, co zawsze mnie zdumiewa. Może dlatego, że przyjechałam tu w czasie wakacji. A kiedy nastaje jesień, to nagle, tak jak teraz, wracam myślami do Włoch i popadam w melancholię. Budzę się rano i próbuję sobie wyobrazić, co robisz, gdy się obudzisz, co jesz na śniadanie… Może opatulasz się, bo jest zimno… Może myślisz o mnie czasem. Gdy nastaje jesień, odczuwam samotność, moja Giuliano. Wtedy myślę o małym Francesco. Bardzo chcę wiedzieć jaki on jest, w jakie gry lubi grać, jakie lubi smakołyki… Jakie ma myśli. Jestem pewna, że jest tak samo inteligentny | i zamknięty w sobie jak i ty. Twój syn a mój jedyny bratanek… Czy kiedykolwiek rozmawiasz z nim na mój temat? Chętnie bym zobaczyła, kiedy staje się taki, jak swój ojciec: silny, dzielny i świadomy, ze spojrzeniem pełnych pragnień i silnymi ramionami, zdolnymi je spełnić. Mam nadzieję, że rośnie wolny i szczęśliwy, bo on jeden może cieszyć się życiem, moja Giuliano. Choć jeden musi…*

Czy Francesco był szczęśliwy? Film zna odpowiedź na to pytanie.
____
(Słowa oznaczone gwiazdką(*) pochodzą z filmu „Hamam– łaźnia turecka”.)

4.05.2013

743. „Emy, should I stop?”

Nastał maj; chłodny we wschodniej części Polski. Podejrzewam, że nie tylko tutaj. Wiatr, deszcz, pochmurne niebo. Nie jestem w stanie zliczyć wszystkich burz, które miały miejsce w ciągu ostatnich trzech dni. Ciągle marzną mi dłonie i stopy. Powietrze w pokojach jest zimne. Jednak zewnętrzna aura nie zlewa się ze stanem mojego samopoczucia. Coś rozgrzewającego krąży w mojej krwi. Czy można czuć, że dusza jest ciepła?
Ostatnie noce były naznaczone szczerymi rozmowami. Dowiedziałam się zaskakujących rzeczy. Gratuluję pomysłu zaciągnięcia mnie podstępem w pewne miejsce. Naprawdę byłam aż tak nieswoja i zamknięta, że stopień martwienia się o mnie przekroczył granice przyzwoitości? Naprawdę nie mogłam załatwić tego wszystkiego sama? W końcu ostatecznie na śmierć i życie grałam sama ze sobą. Twierdzenie, że mogłabym przegrać, choć już ze sto razy udowodniłam, że potrafię wychodzić z sytuacji pozornie oznaczonych przeze mnie jako „bez wyjścia” wydaje się przesadzone. Może jawię się jako człowiek bezsilny i nie raz zatapiałam się w bezsilności, ale odkryłam Źródło siły. Uodporniłam się też z wiekiem. Nie odmawiajcie mi dojrzałości. Nie zabierajcie możliwości przechodzenia przez próby, które wyznaczają nową, lepszą drogę myślom. Dobrze. Nikomu nie zabraniam przejmowania się; bywa, ze sama zachowuję się jak „opiekunka pokrzywdzonych”, ale rozmawiajcie ze mną wprost, zamiast potajemnie rozmyślać o sposobach ratowania.
Ostatnie noce były naznaczone szczerymi rozmowami. Wyjawiłam, być może, zakazujące rzeczy. Nie przypuszczałam, że dotrę do momentu, w którym zdecyduję się na wyjaśnienie czegoś, co może nawet nie było potrzebne do wyjaśnienia, bo należało do tajemnego działu moich myśli. Jednak przeczucie, że powinnam być szczera i uwolnić siebie od głupiego przekonania, że nabroiłam, nawet jeśli nikt tego nie odczuł, nie dawało mi spokoju od dawna i wiem, że powracałoby dopóki nie zdecydowałabym się na oczyszczenie. Dziwnie pozostać z myślą, że się udało. Jakbym poskładała do kupy rozbity na tysiąc kawałków kolorowy wazon, nie kalecząc się przy tym. Oczywiście rysy, wyznaczające miejsca wcześniejszych pęknięć są widoczne i będą przypominać o tym, co było, ale wazon nadal nadaje się do użytku. Szkoda byłoby go wyrzucać do śmieci, gdyby jednak nie udało się nic uratować. Wtedy zostawiałabym jakiś kawałek na pamiątkę, ale jest inaczej. Będę mogła wypełnić go nowymi, świeżymi uczuciami; teraz trochę doskwiera mi pustka. Bo jestem wolna, ale z drugiej strony nie posiadam żadnej konkretnej myśli, która dawałaby mi poczucie trwania. Na kręcenie się w koło studenckich spaw nie jestem jeszcze gotowa, ciągle przedłużając dni lenistwa. Wiecie. Nawet przez moment było mi żal zostawiać tę piękną tragedię; wszystkie notki z przełomu jesieni i zimy są tak bardzo nieaktualne, a jednak, gdy powracam do tamtych słów, widzę jak ładnie i prosto nasączałam zdania chorymi emocjami. Każde rozstanie jest na swój sposób smutne. Zawsze coś we mnie tęskni. Jakby brakowało mi moich dawnych wcieleń, których z drugiej strony przecież się wstydzę, a nawet nienawidzę. Jednak, gdybym miała możliwość cofnięcia, nie zrobiłabym tego nigdy. Z przeszłości należy jedynie wciągać wnioski; nigdy nie należy próbować jej przywrócić.
Na koniec chcę wspomnieć, że śniło mi się jak ktoś do mnie strzela z pistoletu i trafia prosto w brzuch, tworząc dziurę na wylot. Oczywiście czułam moment przebicia i ból, lecz nieznaczny. Sennik podaje, że postrzał w tą część ciała oznacza poczucie zranienia w sensie psychicznym. Biorąc pod uwagę, że był to sen w noc po pierwszej z dwóch poważnych rozmów, mogę powiedzieć, że chyba musiałam ostatecznie od-śnić przeszłość, bo obecnie nie czuję się zraniona w żadnym sensie. Zresztą, nie wierzę w senniki, ale dla zabawy czasem sięgam, by określić zaskakujące obrazy.

*
If I don’t recover
Sell this house and find
Something lost outside your window
Not forever
But on the night I die
I swear
I’ll sleep outside your window.