19.12.2013
17.12.2013
800.
Może na tym to właśnie polega. Wracamy nad przepaść, aby podziwiać
zapierające dech w piersiach widoki, choć wiemy, jak niebezpieczne to
bywa, i że jeden nieostrożny ruch może zmienić rzeczywistość. Chyba
pierwszy raz przyznam, iż szkoda, że nie ma śniegu. Kolor czerwony
wyglądałby na nim zjawiskowo, a tak, tylko szary bruk.
10.12.2013
799.
Bardzo dużo piszę – robię ręczne notatki w czytelni, wystukuję na
klawiaturze prywatne wiadomościach do kilku osób, a ponadto tworzę (jakimś
cudem) pracę magisterką. Brakuje mi trochę czasu: na sen, na książki, na
dokończenie „Peppermint candy” (soundtrack chodzi za mną już dwa!
miesiące), na przetrwanie zimy w kurtce z kapturem, której jeszcze nie
posiadam i może nastanie wiosna, zanim uda mi się zmienić obecny stan
rzeczy. Trochę kombinuję i mam niewielkie plany na najbliższą
przyszłość. Przypadkowo, jak na większość rzeczy w internecie,
natrafiłam na „Kwartalnik Literacki”, wydanie z lat dziewięćdziesiątych,
elegancko zeskanowane i umieszczone na cyfrowej stronie bydgoskiej
biblioteki, a w nim fragment „Al Fine” Grzegorza Musiała. Calutkie
siedem stron. Chciałabym nabyć książkę, ale nie mam pojęcia gdzie.
(Allegro.pl odpada. Nie dość, że nie mam konta, to oferty są sprzed 3
latach i właściwie nie wiem, jaka jest pewność, że nadal są aktualne i
że faktycznie dostałabym książkę.) Jeśli chodzi o moje małe relacje na
linii ja – reszta świata, idzie mi podejrzenie dobrze. Myślę, że
niektórzy spojrzeliby na to z powątpiewaniem, ale moja pewność, że
nastały zmiany, trwa nie do dziś i to wystarcza jako argument. Chyba,
że ktoś uzna iż nastał czas urojonego spokoju. Trudniej wychodzi mi
zagłębianie się w swoje wnętrze, stąd też rzadsze notki, bo właściwie
nie ma w co się bardzo zagłębiać, co nie znaczy, że moje wnętrze stało
się pustką. (Wręcz przeciwnie, ostatni tydzień przyniósł kilka
zaskakujących i dobrych momentów.) Jest po prostu odnowione, schludne i
czyściutkie. Wiem, wiem, o takie rzeczy należy dbać, staram się.
Odnajduję spokój w prostych chwilach i słowach; w świeżym, lekkim
oddechu; w czynionym znaku krzyża. Chyba wykorzystam kilka znaczków
pocztowych, które mam na składzie, bo szkoda, żeby się zmarnowały. Leżą i
leżą, już ponad pół roku. Po prostu wyślę w świat kilka słów. Jeszcze
nie zdecydowałam, w którą stronę. Mam nakreślonych parę kierunków i
zdań, ale nie wiem, co ostatecznie z tego wyjdzie. następny wpis będzie
prawdopodobnie na zakończenie tego roku, wiecie, z podsumowaniem. Chyba,
że wydarzy się coś wartego opisanie, a tak, obowiązki studenta wyzywają
i łóżko także – w końcu wypadałoby się wyspać. Powiem jeszcze tylko, że
to niezwykła ironia losu, iż w tym roku Sylwester z Polsatem odbędzie
się w Gdyni. W GDYNI(!). Nie będę poruszać tego wątku, bo to historia z
cyklu „za siedmioma górami, za siedmioma lasami”, długa i pokręcona,
ale jeśli cuda się zdarzają, to 1/2 Gdyni do mnie przyjedzie w nowym
roku, a ja to przeżyję, więcej, będę ciszyć się jak głupia.
2.12.2013
798. Po cóż więc wyważać komuś drzwi, które on sam sobie zamknął na klucz.
Listopad minął szybko, pełen przemyśleń,
które nie zostały zanotowane; brak czasu i chęci; mamy już grudzień.
Zanim powitam nowy miesiąc, chciałabym wspomnieć, że nie opisałam
zeszłorocznych Andrzejek, przynajmniej nie w dzień po ich świętowaniu.
Wtedy również spadł pierwszy śnieg. Nie miałam ciepłych ubrań, a moje serce,
chyba teraz mogę się przyznać, idealnie wpasowało się w pogodę, choć
uściślając, nie serce, lecz pogoda dopasowała się do serca. Może to brzmi naiwnie i głupio, ale tamten śnieg
zaczął podać jakby na znak łączności ze mną. Wiatr przywiał białe, zimne płatki, gdy poczułam chłód
osiadający na duszy. Myślałam, że
dalej już nie zajdę, że stroję nad przepaścią i albo zawrócę, albo
wpadnę wprost w czeluść. (Jak widać, zawróciłam.) Nigdy nie opisałam
tamtej nocy wprost, choć do tej pory wyraźnie pamiętam każdą chwilę, wszystkie
gesty, słowa, spojrzenia, pokój, jedzenie na stole, emitowany program w
telewizji. Przez cały rok andrzejkowy temat przewijał się w
notkach, lecz nie jako konkretnie wspomnienie przełomu dwóch miesięcy –
listopada i grudnia – ale jako myśl wpleciona w odrębne wątki;
subtelna, niedostrzegalna dla wtajemniczony. Podejrzewam, że musiałabym
przeanalizować wszystkie notki od zeszłorocznego do tegorocznego
listopada, gdybym chciała odnaleźć ślady tamtej niefortunnej nocy.
Jedno jest pewne, skutki jednej doby długo trawiły moją duszę, choć
oszukiwałam się, że tak nie jest. Nie podzieliłam się z nikim moimi
przemyśleniami. Nikt już się nie dowie, nad czym wtedy płakałam, ale to
nie ma znaczenia. Myślałam, że w tym roku nakreślę „notkę na pamiątkę”,
ale czas uciekł, zajęłam się czymś zupełnie innym. Nie warto oglądać się
za siebie, zwłaszcza, że jestem wolna. Słyszycie, uwolniłam się.
Przebaczyłam innym i sobie.
Nastał nowy miesiąc. Nocą z listopada na grudzień zajęłam się montażem filmiku, który swoją drogą niedługo udostępnię; nie wiem czy tutaj, ale na pewno znajomym. (Czeka wgrany na moim koncie na youtube.) Moje pierwsze „dziecko”. Cieszyłam się jak głupia przez trzy dni, bo trzy dni powstawał, aż dzisiaj jego ostateczna wersja zaistniała. Jeśli chodzi o realizację filmiku, związana jest z nim oddzielna historia, z tegorocznego października, której także nie opisałam na blogu. Kolejny cios w serce. (Ostatnimi czasy rezygnuję z wielu wpisów. Nie będę przytaczać powodów, bo jest ich zbyt dużo, a ich zawiłość może przytłoczyć odbiorców. Do tego nie mam czasu na referaty. Wolę spać lub pisać wiadomości do tych, którzy chcą je otrzymywać.)
Podsumowując, obecnie staram się skupić na pisaniu pracy magisterskiej, chyba nawet za bardzo, bo nie powstało jeszcze ani jedno zdanie. Nie potrafię przejmować się tą sytuacją. Jakoś to będzie. Ogólnie żyję na intensywnych obrotach, dużo zadań przede mną. Natomiast po cichu czekam z nadzieję, aż będę mogła zobaczyć tych kilka drogich twarzy (niektóre po raz pierwszy) lub wymienić kilka zdań po długim czasie „nie widzenia się”. Jestem w stanie czekać długie lata bez niepokoju, teraz już tak. Może dlatego, że tak naprawdę już nie czekam? Może dlatego, że staram się żyć najlepiej jak umiem, a gdy coś się wydarzy, po prostu będę wdzięczna?
Na koniec cytat z książki, żeby ubogacił wpis, który nie należy do najciekawszych. Znalazłam dzisiaj „Stan płynny” Grzegorza Musiała w formacie PDF, co bardzo mną wstrząsnęło (oczywiście wstrząs był jak najbardziej pozytywny), gdyż nie podejrzewałam, że jakakolwiek książka tego autora może istnieć w nie papierowej formie. Cytat:
Nastał nowy miesiąc. Nocą z listopada na grudzień zajęłam się montażem filmiku, który swoją drogą niedługo udostępnię; nie wiem czy tutaj, ale na pewno znajomym. (Czeka wgrany na moim koncie na youtube.) Moje pierwsze „dziecko”. Cieszyłam się jak głupia przez trzy dni, bo trzy dni powstawał, aż dzisiaj jego ostateczna wersja zaistniała. Jeśli chodzi o realizację filmiku, związana jest z nim oddzielna historia, z tegorocznego października, której także nie opisałam na blogu. Kolejny cios w serce. (Ostatnimi czasy rezygnuję z wielu wpisów. Nie będę przytaczać powodów, bo jest ich zbyt dużo, a ich zawiłość może przytłoczyć odbiorców. Do tego nie mam czasu na referaty. Wolę spać lub pisać wiadomości do tych, którzy chcą je otrzymywać.)
Podsumowując, obecnie staram się skupić na pisaniu pracy magisterskiej, chyba nawet za bardzo, bo nie powstało jeszcze ani jedno zdanie. Nie potrafię przejmować się tą sytuacją. Jakoś to będzie. Ogólnie żyję na intensywnych obrotach, dużo zadań przede mną. Natomiast po cichu czekam z nadzieję, aż będę mogła zobaczyć tych kilka drogich twarzy (niektóre po raz pierwszy) lub wymienić kilka zdań po długim czasie „nie widzenia się”. Jestem w stanie czekać długie lata bez niepokoju, teraz już tak. Może dlatego, że tak naprawdę już nie czekam? Może dlatego, że staram się żyć najlepiej jak umiem, a gdy coś się wydarzy, po prostu będę wdzięczna?
Na koniec cytat z książki, żeby ubogacił wpis, który nie należy do najciekawszych. Znalazłam dzisiaj „Stan płynny” Grzegorza Musiała w formacie PDF, co bardzo mną wstrząsnęło (oczywiście wstrząs był jak najbardziej pozytywny), gdyż nie podejrzewałam, że jakakolwiek książka tego autora może istnieć w nie papierowej formie. Cytat:
"Zdarza się, że jest mi kogoś żal,
zwyczajnie, po ludzku, bo ujrzałem nagle ogrom beznadziejnej pustki, w
jakiej miota się jego nie do cna jeszcze sparszywiała dusza, okłamująca
się, że jest dobrze, że jest właśnie tak, jak być powinno, lecz
miewająca przecież od czasu do czasu momenty prawdy przed sobą. I gdy
siedzi wtedy taki zdeptany, poszarzały nad szklaneczką wódy z limonem,
podsuwam mu rozwiązanie. Krótkie, konkretne, proste, zdawałoby się, bo
wymagające tylko jednej jedynej decyzji. Wyjazd, rozwód, zmiana
środowiska, zmiana alkoholu. O nieszczęsny samarytaninie, niosący pomoc
tym, którzy te go od ciebie nie chcą!
Dzisiaj przyzna ci rację, zapłacze, padnie w ramiona, jutro nie odkłoni się na ulicy w słusznej pretensji, żeś bez biletu wdarł się do cichej, ciepłej kapliczki, w której przechowuje skarby swoich smuteczków i załamanek. Są mu potrzebne jak powietrze.
Masochizm?
Tak, tak, bez wątpienia wielu moich przyjaciół to masochiści. Kochają być załamywani i niszczeni. Kochają dramaty, dylematy i antygony, które ich życiu dodają trochę pieprzu.
Po cóż więc wyważać komuś drzwi, które on sam sobie zamknął na klucz."
Dzisiaj przyzna ci rację, zapłacze, padnie w ramiona, jutro nie odkłoni się na ulicy w słusznej pretensji, żeś bez biletu wdarł się do cichej, ciepłej kapliczki, w której przechowuje skarby swoich smuteczków i załamanek. Są mu potrzebne jak powietrze.
Masochizm?
Tak, tak, bez wątpienia wielu moich przyjaciół to masochiści. Kochają być załamywani i niszczeni. Kochają dramaty, dylematy i antygony, które ich życiu dodają trochę pieprzu.
Po cóż więc wyważać komuś drzwi, które on sam sobie zamknął na klucz."
Subskrybuj:
Posty (Atom)