„Skazani na Shawshank” jest filmem, który często emitują w
telewizji, a jednak nigdy nie miałam motywacji, aby zasiąść do wieczornego
seansu. Dopiero w zeszłoroczne lato podjęłam decyzję i wraz z najmłodszym
bratem, z którym dzieli mnie 10 lat, włączyliśmy film. Warto wspomnieć, że trwa
on ponad dwie godziny, a w przypadku dłuższych produkcji zawsze mam obawy,
ponieważ nie chcę, aby wraz z napisami końcowymi okazało się, że zmarnowałam czas.
(Swoją drogą, ostatnio jestem zawiedziona swoimi wyborami, wszystko jest nudne
i oklepane, a wszystko z czym wiążę nadzieję, znowu niedostępne.) Postanowiłam
jednak zaufać rankingowi na filmweb.pl – pierwsze miejsce na liście zobowiązuje
– i zachętom brata. Nie zawiodłam się. Moje zaskoczenie było dosyć duże, gdy
kilka dni temu odkryłam, że więzienna historia ma swój pierwowzór w prozie Stephena
Kinga. Ten fakt oczywisty dla wielu, mi zwyczajnie gdzieś umknął, może
zapomniałam, albo nie wiedziałam aż do tej pory. Musiałam przeczytać opowiadanie,
zrobiłam to dzisiejszego dnia zaskoczona tak dobry przełożeniem treści książki
na obraz filmowy. Nawet zaczęłam żałować, że nie zapoznałam się z historią Andy’ego
w odwrotnej kolejności. Uwielbiam dobrą literaturę, dobrą, czyli dostarczającą wzruszeń,
budzącą moje zapomniane uczucia, sprawiającą, że życie staje się zarazem żałośnie
nic nie warte i boleśnie piękne. Nie mogę się doczekać kiedy zapoznam się z
kolejną historią umieszczoną w „Czterech porach roku”; już wiem, że „Ciało” stało
się inspiracją dla filmu „Stań przy mnie”, którego satysfakcjonujący seans mam
za sobą. (Oczywiście nie muszę mówić, że zorientowałam się z opóźnieniem o
istnieniu opowiadania. Czyżby zdarzało mi się nieuważnie czytać opisy filmów?) Tymczasem
udam się już do łóżka, aby wypoczęta stawić czoła trzem dniom pracy podczas
długiego weekendu.
4.06.2015
3.06.2015
857.
Moi kochani, wszyscy ci którzy powinniście pojawiać się
tutaj od czasu do czasu, a zwyczajnie tego nie czynicie, gdyż unikacie ludzi
nudnych, rozumiem, sama ignoruję swoją obecność jak tylko się da, nastał czerwiec,
co zapewne nie umknęło waszej uwadze, miesiąc, który wyjątkowo lubię, może
jedyny, który jestem w stanie zaakceptować ze szczerym optymizmem, może dlatego
że lubię wypisywać na wyimaginowaną czarną listę wszystkich tych, który nie
pamiętają o moich urodzinach zupełnie jak ja, ta, która czasami zapominam o
tym, że przyszła na świat i nadal istnieje. Nie martwcie się, sama ślę życzenia
tylko wybranym lub śpiewam sto lat po
koreańsku ulubionym postaciom mieszkającym zbyt daleko, abym mogła doświadczyć realności
ich istnienia, a jednak czasem istnieją dla mnie bardziej niż wszyscy ci, który
odeszli, zniknęli lub schowali się za rogiem; niż ci, którzy próbują na nowo
zaistnieć, podczas gdy mi trudno wskrzesić ich w swoich myślach i jest mi
zwyczajnie przykro, że tak słabo się staram. Zupełnie nie wiem, czemu zaczynam
pisać o czymś, o czym nie planowałam, w dodatku o rzeczach zbędny i nie wartych
zapamiętania, ot takie, żeby nie użyć brzydkiego słowa, paplanie o niczym, bo
kogo to wszystko obchodzi, z czasem nawet i mnie przestaje, pewnie gdyby nie
głupi obowiązek utrzymywania przy
życiu tego miejsca, dawno stałabym się bezrefleksyjną istotą. Tymczasem od kilkudziesięciu
dni moje myśli głównie zaprzątają licznie występujące siniaki na nogach, plus
jeden na ręce w okolicach łokcia; w połączeniu z moją bladą karnacją wygląda to
uroczo. Praca, którą wykonuję podzielona jest na dwie część, co sprawia, że przemieniam
się w dwie różne osoby, a jednak odnoszę wrażenie, że nigdy nie jestem sobą. Nabijam
siniaki przy noszeniu ciężkiego odkurzacza, zahaczam o wystające elementy
przestrzeni, uderzam się o biurko, brudzę się, zdzieram lakier z paznokci, zwyczajnie
pracuję, by potem prezentować się elegancko;
wkładam spódnicę i białą koszulę, przywdziewam uśmiech i kłaniam się na
powitanie. O poobijanych miejscach zaczęłam myśleć wraz z nastaniem słoneczniej
pogody i wysokiej temperatury; pozbyłam się rajstop z nóg, odsłoniłam biel i
poobijane miejsca. Proces zanikania siniaków trwa u mnie tygodniami, jednak nie
przejmuję się tym wcale, bo nie muszę wyglądać atrakcyjnie tylko dobrze
wykonywać swoją pracę, a jednak czasem bawi mnie podwójna rola w pracy i kontrast
między obowiązkami; gdyby tylko turyści wiedzieli. Głównym minusem mojej pracy
jest nieustanna zmiana temperatur; rozgrzane powietrze na dworze i chłodne mury
wewnątrz; to sprawiło, że moje zatoki znowu zabolały. Tym razem przezwyciężyłam
swoją niechęć i udałam się do lekarza, bo obiecywałam sobie setkę razy, że
jeśli znowu zachoruję, wybiorę specjalistę zamiast domowej kuracji. Lekarz przypisał
mi antybiotyk i kilka innych leków, przez co uszczupliła się zasobność mojego i
tak szczupłego portfela. Faktem jest, że mam osłabioną odporność, a zaczęło się
od ostrego zapalenia zatok, z którym szło w parze operacyjnie usuwane ósemek, błąd,
byłam ciągle na antybiotykach, miałam dość, głównie życia, walczyłam z
nieustannym katarem i nawracającym bólem głowy, z drugiej strony było mi obojętne
jak skończę, miło byłoby wtedy nawet skończyć źle, i tak od 2011 roku, trwałam
w wyparciu, może tylko cudem to wszystko nie przerodziło się w poważniejsze
powikłania. W międzyczasie jeszcze zahaczyłam o dermatologa, ale to ostatni
rok, lecz mój organizm i z tego typu infekcją nie chce się rozstać, jestem
zmęczona, ale czym są moje dolegliwości w porównaniu z poważnymi chorobami
dotykającymi ludzkość, albo chociaż moją M., która nie ma włosów, tak po prostu
wypadły i rosnąć nie chcą, życie jest okrutne i niepojęte. Kiepsko byłoby umrzeć
na coś tak banalnego jak zatoki czy powikłania związane z ich nie wyleczeniem,
a po drugie pracuję, więc nie mogę być chora, bo obecnie brak pracy jeszcze szybciej
położyłby mnie w trumnie niż nie jedna infekcja. Cóż, jak widać nawet przy tak
radośnie zapowiadającym się miesiącu jakim jest dla mnie czerwiec, nie potrafię
nie myśleć o śmierci i jej różnych postaciach. Wpis całkowicie mnie nie
satysfakcjonuje, najchętniej nie dodałabym go w ogóle, ale aby czas poświęcony na
produkcję nie został zmarnowany, opublikuję, na koniec dodając, że chciałabym
przepaść jak kamień wodę. Kiedyś przepadnę, może szybciej niż sama tego oczekuję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)