4.06.2015

858. Skazani...



„Skazani na Shawshank” jest filmem, który często emitują w telewizji, a jednak nigdy nie miałam motywacji, aby zasiąść do wieczornego seansu. Dopiero w zeszłoroczne lato podjęłam decyzję i wraz z najmłodszym bratem, z którym dzieli mnie 10 lat, włączyliśmy film. Warto wspomnieć, że trwa on ponad dwie godziny, a w przypadku dłuższych produkcji zawsze mam obawy, ponieważ nie chcę, aby wraz z napisami końcowymi okazało się, że zmarnowałam czas. (Swoją drogą, ostatnio jestem zawiedziona swoimi wyborami, wszystko jest nudne i oklepane, a wszystko z czym wiążę nadzieję, znowu niedostępne.) Postanowiłam jednak zaufać rankingowi na filmweb.pl – pierwsze miejsce na liście zobowiązuje – i zachętom brata. Nie zawiodłam się. Moje zaskoczenie było dosyć duże, gdy kilka dni temu odkryłam, że więzienna historia ma swój pierwowzór w prozie Stephena Kinga. Ten fakt oczywisty dla wielu, mi zwyczajnie gdzieś umknął, może zapomniałam, albo nie wiedziałam aż do tej pory. Musiałam przeczytać opowiadanie, zrobiłam to dzisiejszego dnia zaskoczona tak dobry przełożeniem treści książki na obraz filmowy. Nawet zaczęłam żałować, że nie zapoznałam się z historią Andy’ego w odwrotnej kolejności. Uwielbiam dobrą literaturę, dobrą, czyli dostarczającą wzruszeń, budzącą moje zapomniane uczucia, sprawiającą, że życie staje się zarazem żałośnie nic nie warte i boleśnie piękne. Nie mogę się doczekać kiedy zapoznam się z kolejną historią umieszczoną w „Czterech porach roku”; już wiem, że „Ciało” stało się inspiracją dla filmu „Stań przy mnie”, którego satysfakcjonujący seans mam za sobą. (Oczywiście nie muszę mówić, że zorientowałam się z opóźnieniem o istnieniu opowiadania. Czyżby zdarzało mi się nieuważnie czytać opisy filmów?) Tymczasem udam się już do łóżka, aby wypoczęta stawić czoła trzem dniom pracy podczas długiego weekendu.

3.06.2015

857.



Moi kochani, wszyscy ci którzy powinniście pojawiać się tutaj od czasu do czasu, a zwyczajnie tego nie czynicie, gdyż unikacie ludzi nudnych, rozumiem, sama ignoruję swoją obecność jak tylko się da, nastał czerwiec, co zapewne nie umknęło waszej uwadze, miesiąc, który wyjątkowo lubię, może jedyny, który jestem w stanie zaakceptować ze szczerym optymizmem, może dlatego że lubię wypisywać na wyimaginowaną czarną listę wszystkich tych, który nie pamiętają o moich urodzinach zupełnie jak ja, ta, która czasami zapominam o tym, że przyszła na świat i nadal istnieje. Nie martwcie się, sama ślę życzenia tylko wybranym lub śpiewam sto lat po koreańsku ulubionym postaciom mieszkającym zbyt daleko, abym mogła doświadczyć realności ich istnienia, a jednak czasem istnieją dla mnie bardziej niż wszyscy ci, który odeszli, zniknęli lub schowali się za rogiem; niż ci, którzy próbują na nowo zaistnieć, podczas gdy mi trudno wskrzesić ich w swoich myślach i jest mi zwyczajnie przykro, że tak słabo się staram. Zupełnie nie wiem, czemu zaczynam pisać o czymś, o czym nie planowałam, w dodatku o rzeczach zbędny i nie wartych zapamiętania, ot takie, żeby nie użyć brzydkiego słowa, paplanie o niczym, bo kogo to wszystko obchodzi, z czasem nawet i mnie przestaje, pewnie gdyby nie głupi obowiązek utrzymywania przy życiu tego miejsca, dawno stałabym się bezrefleksyjną istotą. Tymczasem od kilkudziesięciu dni moje myśli głównie zaprzątają licznie występujące siniaki na nogach, plus jeden na ręce w okolicach łokcia; w połączeniu z moją bladą karnacją wygląda to uroczo. Praca, którą wykonuję podzielona jest na dwie część, co sprawia, że przemieniam się w dwie różne osoby, a jednak odnoszę wrażenie, że nigdy nie jestem sobą. Nabijam siniaki przy noszeniu ciężkiego odkurzacza, zahaczam o wystające elementy przestrzeni, uderzam się o biurko, brudzę się, zdzieram lakier z paznokci, zwyczajnie pracuję, by  potem prezentować się elegancko; wkładam spódnicę i białą koszulę, przywdziewam uśmiech i kłaniam się na powitanie. O poobijanych miejscach zaczęłam myśleć wraz z nastaniem słoneczniej pogody i wysokiej temperatury; pozbyłam się rajstop z nóg, odsłoniłam biel i poobijane miejsca. Proces zanikania siniaków trwa u mnie tygodniami, jednak nie przejmuję się tym wcale, bo nie muszę wyglądać atrakcyjnie tylko dobrze wykonywać swoją pracę, a jednak czasem bawi mnie podwójna rola w pracy i kontrast między obowiązkami; gdyby tylko turyści wiedzieli. Głównym minusem mojej pracy jest nieustanna zmiana temperatur; rozgrzane powietrze na dworze i chłodne mury wewnątrz; to sprawiło, że moje zatoki znowu zabolały. Tym razem przezwyciężyłam swoją niechęć i udałam się do lekarza, bo obiecywałam sobie setkę razy, że jeśli znowu zachoruję, wybiorę specjalistę zamiast domowej kuracji. Lekarz przypisał mi antybiotyk i kilka innych leków, przez co uszczupliła się zasobność mojego i tak szczupłego portfela. Faktem jest, że mam osłabioną odporność, a zaczęło się od ostrego zapalenia zatok, z którym szło w parze operacyjnie usuwane ósemek, błąd, byłam ciągle na antybiotykach, miałam dość, głównie życia, walczyłam z nieustannym katarem i nawracającym bólem głowy, z drugiej strony było mi obojętne jak skończę, miło byłoby wtedy nawet skończyć źle, i tak od 2011 roku, trwałam w wyparciu, może tylko cudem to wszystko nie przerodziło się w poważniejsze powikłania. W międzyczasie jeszcze zahaczyłam o dermatologa, ale to ostatni rok, lecz mój organizm i z tego typu infekcją nie chce się rozstać, jestem zmęczona, ale czym są moje dolegliwości w porównaniu z poważnymi chorobami dotykającymi ludzkość, albo chociaż moją M., która nie ma włosów, tak po prostu wypadły i rosnąć nie chcą, życie jest okrutne i niepojęte. Kiepsko byłoby umrzeć na coś tak banalnego jak zatoki czy powikłania związane z ich nie wyleczeniem, a po drugie pracuję, więc nie mogę być chora, bo obecnie brak pracy jeszcze szybciej położyłby mnie w trumnie niż nie jedna infekcja. Cóż, jak widać nawet przy tak radośnie zapowiadającym się miesiącu jakim jest dla mnie czerwiec, nie potrafię nie myśleć o śmierci i jej różnych postaciach. Wpis całkowicie mnie nie satysfakcjonuje, najchętniej nie dodałabym go w ogóle, ale aby czas poświęcony na produkcję nie został zmarnowany, opublikuję, na koniec dodając, że chciałabym przepaść jak kamień wodę. Kiedyś przepadnę, może szybciej niż sama tego oczekuję.