30.06.2013

755. Noc, której powinno nie być.

Przebywanie w tłumie ludzi zawsze jest niebezpieczne, gdy wiesz, że możesz natrafić na kogoś znajomego-nieznajomego. Spotkania takie bywają miłe, ale na dłuższą metę stają się męczące, więc już zaczęłam się męczyć, gdy postacie z przeszłości lgną do mnie jak muchy do miodu, a ja za cholerę nie potrafię zrozumieć tego absurdalnego zjawiska. (Och, gdyby tak ci, których chciałabym mieć przy sobie, zwracali się ku mnie. Ironia życia i błędne koło. Nikt nigdy nie dostaje tego, czego mu najbardziej brakuje.) Co gorsza, im bardziej się ukrywam, tym bardziej chcą mnie szukać. A gdyby tylko chcieli po prostu mnie znać, po prostu rozmawiać, po prostu widzieć we mnie człowieka. Ale nie, jawię im się jako intrygująca tajemnica, którą trzeba odkryć. Nie rozumieją, że oszukuje ich wyobraźnia. Nie rozumieją nic. Czy bycie miłym, wysłuchującym, nie oceniającym i dającym komfort od razu robi ze mnie kogoś wyjątkowego? Oczywiście, że nie, bo ludzie dla siebie powinni tacy być. To humanitas; życzliwość wobec drugich z racji wspólnej natury. A moje myśli, choroby i strach, moje wycofanie, zamknięcie i ból, niech to zostanie dla wybranych. Bo w tym nie ma nic wartościowego. To tylko zlepek koszmarów i mój upadek. Bo nad tym trzeba pracować, a nie dzielić się na prawo i lewo.
I żałuję wychylenia nosa za drzwi mieszkania. Wczoraj weszłam w tłum ludzi, a początkowy cel przebywania wśród nich został zamazany przez nieprzewidywalne sytuacje. I zostałam rozpoznana przez kilka osób pytaniem: to ty jesteś siostrą Konrada?, co było zabawne i aż przez chwilę rozważałam zmianę nazwy profilu na facebooku na „siostra Konrada”. Co więcej, usłyszałam, że obserwują mnie podczas mszy w kościele i ze zdziwieniem stwierdzają: popatrz, ona się w ogóle nie starzeje. Szkoda, że nie spytałam, na jakim etapie się dla nich zatrzymałam. Licealnym?
Potem zostałam z kolegą, którego znam od czasów podstawówki. Zgodziłam się, choć nie przypuszczałam, że odprowadzenie pod dom będzie trwało ponad trzy godziny. Mogłam się nie godzić, nie wtedy, gdy widzę, że ktoś jest wstawiony i proponuje wspólne piwo. To nie polepsza życia w żaden sposób. A jednak siedzieliśmy przed północą na przystanku autobusowym jak pierwszorzędni żule, którzy nie widzą sensu w powrocie do domu i zapijają smutki. Na szczęście nie spisała nas policja, choć radiowóz przejeżdżał obok. Snuliśmy nierealną wizję podróży do Paryża za rok i inne fikcyjne wyjazdy. Po drugiej stronie ulicy sąsiad Piotr świętował imieniny, a głośna muzyka disco polo z gustownymi tekstami rozbrzmiewała donośnie po okolicy. Trzynastoletnia Magda za wokalistą śpiewała: bujaj się, bujaj się, nie zobaczysz więcej mnie, a do mnie docierały smutne słowa kolegi siedzącego obok i właściwie było mi źle, że chciałabym śpiewać razem z Magdą, choć nie o Magdę chodziło, a słowa piosenki. Tak oto przyplątała się kolejna dusza, która oczekuje ode mnie rzeczy niewykonalnych, być może prostych dla innych, lecz u mnie proste nic nie jest. Do tego ta umiejętność wychwytywania komunikatów wysyłanych przez innych. Wolałabym tego nie umieć. Wołałabym być ślepa. Nie znać znaczenia szyfrów. Potem doszła do tego jeszcze głupia zabawa. Każdy krok w stronę domu miał być jednym wyznaniem. Najprościej było mówić o dzieciństwie, o przeszłości i o tym, co nie wydawało się już ważne. Nie otwieram się przed tymi, przed którymi nie chcę. Nie uważam, że powinnam, to nie mój obowiązek; nie uważam, że zabawa „szczerość za szczerość” to wymiana bagażem doświadczeń o tym samym ciężarze. Nie powiedziałam niczego, czym nie podzieliłabym się tutaj, jakby nie przetrzeć, z całym światem. Jednak ostatecznie wolałabym siedzieć w domu, niż chłodzić ciało do pierwszej w nocy. Bo może było zabawnie, ale było męcząco. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że myśli wracały do osób, które chciałabym mieć ze sobą, a które rozsiane są po ziemiach Polski, z dala ode mnie. To z nimi chciałam wczoraj stać w gwieździstą noc, zachowywać się jak małolata, pić ohydne piwo i śmiać się na głos, gdy trwa cisza nocna. I miałam wyrzuty sumienia ze względu na kolegę; byłam zła, że pozwoliłam sobie wyjść z domu. I pomyślałam, że właściwie chcę żyć sama ze sobą, bez świadków. I że ludzie się mijają. I ja nie dam innym tego, czego ode mnie oczekują, tak jak inni nie dają mi tego, czego bym chciałam. Choć nie chodzi tu o zasadę uderzania w innych – niewinnych. Po prostu tak się niefortunnie złożyło, że wszyscy szukamy nie tam, gdzie powinniśmy. I chciałabym, żeby nikt do nikogo się nie przywiązywał. I chciałabym, by wszystko zniknęło. Wszystko.

28.06.2013

754. It’s so hard to know I’m not what they want.

Utknęłam na początku czerwca, bo chciałam utknąć. Nie mogłam pisać, wiedząc, że w życie wkradną się stres i zmęczenie, deformując przy tym postrzeganie przeze mnie świata. Nauczyłam się podczas tegorocznej zimowej sesji, że w takich dniach powinnam odpuścić dzielenie się swoimi złymi, ulotnymi myślami. Letnią sesję postanowiłam przeżyć jako przeciwieństwo chłodnych, zapłakanych dni. Nie okazało się to trudne w realizacji, co do tej pory wprawia mnie w zdziwienie. Nadal stoję przed salami, czekam, stresuję się. Pamiętam pogodę każdego dnia i niemożność jedzenia śniadań. Czekanie na przystankach i czytanie notatek w autobusach. Pamiętam każde „dzień dobry” lub „szczęść Boże” na powitanie. Pamiętam pytania i odpowiedzi, chwile patrzenia w oczy wykładowcom, momenty wpisów i lustrowanie wzrokiem wnętrza pokoi, zamykanie za sobą drzwi oraz każdą chwilę radości mówiącą, że jestem coraz bliżej końca. Było zaskakująco, z przemiłym akcentem na koniec, gdy dostałam drugą w tej sesji i w ciągu czterech lat studiów (na moim wydziel cuda zdarzają się bardzo rzadko) piątkę za samą obecność na wykładach. Trudno uwierzyć, że kilka miesięcy temu funkcjonowałam na rezerwie sił życiowych. Dałam radę, choć właściwie wolałam zdechnąć. Koszmarnie się prowadziłam. Teraz było tak bardzo inaczej, tak miło mimo trudności. Chciałabym opisać tą diametralną różnicę między wtedy a teraz, ale nie potrafię znaleźć słów. Chociaż może. Wiecie, wtedy było tak, jakby ktoś ściskał mnie za szyję, nieustannie dusząc, a teraz obrzydliwe łapska nawet nie dotknęły mojej skóry.
To był dziwny rok studencki; przedzielony grubą kreską na dwie połowy, a w każdej z nich byłam kimś innym. Ostatnio straciłam kolejny kilogram, a od dnia rejestracji faktu ubywania siedem, choć paradoksalnie nie byłam na diecie, co więcej, smak słodyczy nie był mi obcy. Och, chroniczny smutku nie wracaj do mnie nigdy więcej. Wystarczy mi noszenie na zawsze w pamięci tych wszystkich dni, w których upadałam przy każdym kroku na przód, a do tego pozwałam się kopać.
W międzyczasie miałam urodziny, o których nie pamiętały ważne dla mnie osoby. Nawet czułam się winna, że było mi trochę żal z tego powodu, ale nie chciałam zaprzątać sobie tym myśli. Trochę nie wyszło, wiesz Olu? Myślę, że po prostu nie zasłużyłam na pamięć. Wiem, czasem zdarza się zapomnieć, mi przecież też. Im się zdarzyło, Tobie też. Nie oczekiwałam wiele, a jednak wyszło, że oczekiwałam za wiele, bo mi się coś tam ubzdurało. I to jest najgorsze, moje głupie myślenie, którego ciągle staram się pozbyć, ale gdy osiągam mały sukces tam, to tutaj wypełza coś innego. Ale powiedz, ostatnie pytanie: od Ciebie też oczekują za wiele, prawda? Właściwe myślę, że już dawno zaczęłam blaknąć w Twoich myślach. Nie rozumiem, czemu się mijamy. Chciałabym zrozumieć, ale nie wiem, co jest nie tak. Może kiedyś mi to wytłumaczysz. Bo teraz się poddałam; to jest ten moment, gdy nie śmiem nawet pytać o więcej. Czekam na list, choć nawet boję się czekać. Bo od jakiegoś czasu moje życie bardzo się zmieniło. Jestem jak furtka w zapomnianym ogrodzie. Czekam. Dzień w dzień. Ale każdy omija te strony. („Jaśniejszy odcień szarości”, D. Kostewicz)

26.06.2013

753.

Końca dobiega dwudziesty szósty dzień czerwca, a wraz z nim moja letnia sesja egzaminacyjna odchodzi do przeszłości. Mam do opisana mnóstwo niepotrzebnych i nikogo nieobchodzących momentów i przemyśleń. Zrobię to wtedy, gdy odpocznę.

4.06.2013

752. Pragnienie, które ugasi woda.

Jestem zmęczona pakowaniem samej siebie we wszystkie choroby świata. Czas przestać uciekać. Nie raz podejmowałam wolę walki, lecz używając złych narzędzi, traciłam spokój, który daje przecież szczęście będące wewnętrzną harmonią. W swej słabości zapominałam o hierarchii wartości i jej najwyższym punkcie, oddając się we władanie strachowi, nie wiedząc już, dokąd zmierza myśl. Negatywne uczucia względem samego siebie nie są grzechem, lecz mogą prowadzić do złych czynów. Naprawdę nie chcę robić listy wszystkich ran na swoim ciele i w umyśle, za które już odpokutowałam. Patrzę wstecz i uderza mnie moja własna głupota. (Zresztą, nie pierwszy raz.) Nie chcę już być swoim oprawcą. Nie chcę też upierać się przy tym, że dam radę sama. W końcu będąc na polu walki, łatwiej wojować przy wsparciu.
Nie uważam, że to tylko kolejny moment przypływu siły, lecz nie myślę też, że odkryłam wszystkie prawdy świata i zostałam oświecona na wieki. Już kiedyś pisałam, że dużo pracy przede mną, a zdając sobie sprawę z tego, kim jestem i w jakie pułapki wpadam, co nadal widać po moich notkach, czeka mnie przyszłość nieodgadniona, lecz na pewno nie beznadziejna. Wbrew pozorom, jestem coraz lepsza w kierowaniu samą sobą, bo mam Przewodnika, choć jak ktoś napisał: Najtrudniej jest w życiu grać samego siebie. Dlaczego? Bo nie słuchamy reżysera

Dziwne. Dwie notki temu pisałam: Będziesz iść przed siebie z otwartymi ranami, dopóki wiatr nie osuszy miejsc. Będziesz iść, aż ktoś da ci pić. Dzisiaj przeczytałam: Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. (J, 4, 14)

Tymczasem machina zwana sesją ruszyła. Mam za sobą dopiero jeden egzamin. Jeszcze sześć czeka. Dwudziesty szósty czerwca wydaje się odległym punktem na mapie miesiąca. Jednak to jest nie ważne w obliczu tego, jak bardzo jestem wdzięczna, że mimo zmęczenia i czasowej niechęci, spotkałam kolejnych niesamowitych wykładowców, których słowa uporządkowały moje myśli, a wystarczyło, że byłam obecna i słuchałam. To dziwne momenty, nadają sens dniom. Właściwie to od początku studiów trzymała mnie myśl, że zmądrzeję dzięki otoczeniu mądrych ludzi. Chciałabym, żeby tak było. Właściwie nie powinnam tutaj pisać swoich cichych życzeń, tylko zacząć pogłębiać wiedzę na następne egzaminy.

1.06.2013

751.

Który to już raz zgrzeszyłam nienawiścią do samej siebie?
Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego.
Po tylu latach zaczynam rozumieć, lecz nadal nie potrafię się odblokować… Mimo to „siarczysty policzek w twarz”, otwierający oczy, daje siłę. Wskazówki mądrzejszych łagodzą zagubienie. Modlitwa uspokaja.
Kiedyś znajdę narzędzia, którymi rozbiję mur. Bo ciągle gram ze sobą o życie wieczne. Pozwolę sobie przegrać wszystko, tylko nie to.

750. Samemu sobie przez siebie.

Kiedy panuje cisza, a świat jest pustką, człowiek spisuje testament, choć może nie to, bo mając dwadzieścia trzy lata w spadku może zostawić tyle co nic. W zamian wysyła pourywane wiadomości lub długie listy, w których prosi o przebaczenie za zło, którym jest i za życie, które „odkupi” krwią. Jednak plany przerywa dobijający się świat, gdy wszyscy zapominający na raz wracają, kładąc swoje problemy u twoich drzwi. Znów coś odciąga myśli i znów coś karze trwać dla innych, nawet jeśli będzie w tym więcej nieudolności niż pożytku. Jeśli będzie w tym oszustwo, pozwalające być kimś(nawet byle kim) i dalej oddychać.
To głupie przegrać z sobą samym na wykładzie z antropologii kultury. Powraca chaos; najgorszy stan bytowania ludzkiego zwany kryzysem znów tu jest. Czujesz za plecami ciężki oddech przegranej, przypominający, że jesteś zerem zepchniętym przez siebie w świat beznadziejności. Słyszysz: może państwo nie będą mogli potem spać i tak się właśnie dzieje, nie śpisz jedną noc, a potem drugą, bo moczysz pościel łzami, lecz każdego, kto wytknąłby ci tutaj słabość, miałbyś ochotę rozszarpać. (Między byciem żałosnym, a byciem próbującym mimo swej żałosności jest różnica.) Nikt nie wie, że od lat jesteś wojownikiem, a walczysz przede wszystkim z samym sobą – źródłem wszystkich nieszczęść. Jesteś niszczycielem i naprawiającym. Rozbijasz wszystkie myśli na tysiąc kawałków, a potem ratujesz pozostałości i od nowa, mozolnie i w pocie czoła, porządkujesz i sklejasz, by nie oddać się ostatecznie złu. Łapczywie łapiesz oddech między kolejnymi kopnięciami; czujesz w ustach smak własnej krwi. Jęczysz z bólu, gdy twoje ciało leży pobite na czarnej ziemi, a brud wnika w rany. Szepczesz modlitwy, wysyłając do nieba prośby o przebaczenie, że znowu pozwoliłeś na zranienie samego siebie. I oto jeden moment sprawia, że resztkami sił pełzniesz do punktu podparcia, którego podtrzymanie powala ci wstać. Będziesz ślepo iść przed siebie z otwartymi ranami, dopóki wiatr nie osuszy miejsc. Będziesz iść, aż ktoś da ci pić. Zaciśniesz zęby i będziesz starał się uporządkować burdel w pozostałych częściach życia, mimo chęci uczynienia jeszcze większego syfu i zaprzepaszczenia dotychczasowych, małych nadziei. Będziesz powtarzał sobie to tak długo, dopóki uwierzysz, że możesz wygrać. Sam ze sobą i samemu w dolinie rozpaczy.

Ten „poemat o umieraniu” powstawał od czwartku w głowie, ale to, co mogłoby go naprawdę takim uczynić, uleciało przez niemożność znalezienia czasu na pisanie (ku radości potomnych). Wiecie, a może tak naprawdę jestem jak zombie? Już dawno zadano mi śmiertelny cios, a mimo to ciągle trwa we mnie pociąg ku życiu, choć nie umiem i może nawet nie powinnam już żyć. Wiecie, ostatecznie i tak nienawidzę siebie, bo widzę wszystkie swoje błędy, także życzcie mi powodzenia. I pamiętajcie, że skrycie kocham was wszystkie, jeśli można w ogóle założyć, że ktoś taki jak ja jest zdolny do jakichkolwiek pozytywnych uczuć. Bo śpiewam wraz z wokalistą Hurts: Jeśli zajrzysz w moje serce, nie znajdziesz ani miłości, ani światła, ani końca w zasięgu wzroku… Ale mam nadzieję, modlę się i będę walczyć, ponieważ czekam na cud.