31.12.2016

917.

Ledwo ciepłe kaloryfery, zepsuty bojler i brak ciepłej wody, popsuta pralka, niedotrzymane obietnice, nieustanny brak zdrowia, pustka w miejscu żołądka, brak apetytu, zmęczenie, jakże cudowna końcówka roku. Mam ochotę nagadać komuś jeszcze dzisiaj, w ten ostatni dzień roku, ale nie mogę, bo nie jestem taka, to znaczy pewnie jestem, ale chcę udawać, że nie, skoro wytrzymałam kilka miesięcy, wytrzyma jeszcze kilka dni. Jest dopiero po dwudziestej, pewnie za dwie godziny położę się spać z nadzieją, że leki znowu nie zabrały mi chęci do życia. Ostatni dzień roku jest dla mnie zawsze wyjątkowo parszywy. Wątpię już nawet w to, że wasza obecność pocieszyłaby mnie choć trochę, a przecież jeszcze kilkanaście dni temu tak bardzo chciałam rzucić się wam na szyję. Mimo to mam odrobinę nadziei, że nadchodzący rok okaże się łaskawszy dla nas wszystkich, a jeśli nie, chcę umrzeć młodo i bez poczucia winy.

30.12.2016

916.

Dziesięciodniowe leczenie wymęczyło mnie jak nigdy żadna choroba w życiu, a i tak jego skuteczność będzie można określić po czasie. Mroczki przed moimi oczami nadal są. Czy miały związek z bakterią, skoro nie miały związku z niedoborem żelaza i hemoglobiny, bo ostatnia morfologia wyszła bardzo dobrze? Czy jeśli miały związek bakterią to znaczy, że bakteria nie zniknęła, jeśli nadal są? A jeśli nie mają związku ani z bakterią ani z morfologią, czy tracę wzrok? Czas do okulisty? Nic nie trzyma się całości i moje roczne leczenie nadal nie przynosi odpowiedzi, a to mroczki przed oczami skłoniły mnie do odwiedzenia lekarza pierwszego kontaktu. Po lekach ilość uderzeń serca na minutę przyspieszyła. A może to problemy z tarczycą, zasugerował lekarz. Mój język przez leki się zmienił. Jak długo będę musiała czekać na powrót do normalnego stanu? Czy to tylko obraz toksyn, a może brak kolejnych witamin? Może to niedobór witaminy B12, mimo że wykluczono chorobę trzewną? Czemu moje ciało tak bardzo mnie nie lubi? W którym miejscu moja odporność zawodzi? Pamiętam, gdy byłam nastolatką, któregoś dnia przyszła mi do głowy myśl, że będę cierpieć za wszystkie zaniedbania i akty nienawiści skierowane w stronę swojego ciała. Czy dzieje się to teraz? A może wymyśliłam to wszystko? Wczoraj przed snem wzięłam ostatnią dawkę leków. Dzisiaj nadal odczuwam ich skutki uboczne. Toksyny krążą w moim organizmie. Ciągle ten okropny gorzki posmak w ustach. Straciłam apetyt. Denerwuje mnie bicie własnego serca. Mam suchą cerę. Mam wrażenie, że zamiast brzucha mam pustkę. Jestem osłabiona, jak to bywa po antybiotykach. Zastanawiam się kiedy moje dobre samopoczucie wróci. Nie pamiętam jak to jest dobrze się czuć i boję się myśli, że już zawsze mogę czuć się źle. To nierozsądne tak myśleć, ale czy ktoś kiedyś powiedział, że jestem rozsądną dziewczyną?

21.12.2016

915.

Dzisiaj pierwszy dzień astronomicznej zimy. “Padał mokry śnieg.” Tak zaczął Julian Stryjkowski w swoim opowiadaniu “Milczenie”, ale za moim oknem słońce i sucha ziemia. “Zapadł grudniowy przedwczesny zmrok najkrótszego dnia. Smutno mi, Boże. Już nie jestem zdolny do rozpaczy. Powłóczysta melancholia czarnego nieba. Co robić? Dokąd iść?” Mój dzień może zakończyć się podobnie – tymi pytaniami bez odpowiedzi i smutnym spokojem. Nigdy nie przypuszczałam, że czekanie może wyssać z człowieka tyle energii, gdy nie wiesz, ile ostatecznie przyjdzie czekać. Dni mijają szybko, z drugiej strony czekanie rozciąga je bezlitośnie. Jestem zmęczona, ale nie potrafię położyć się wcześniej spać, bo kolejna noc to zapowiedź kolejnego dnia spędzonego na oczekiwaniu. Więc przeciągam w czasie moje zamknięcie oczu i wpatruję się tępo w ekran komputera, jakbym miała otrzymać odpowiedź, która rozwieje wszystkie śmieszne obawy. Ludzie pojawiają się w naszym życiu po coś, zawsze chciałam w to wierzyć, ale ciągle nie mogę odgadnąć, czemu znaleźliśmy się razem w tym samym pokoju. I czemu wszyscy łączą mnie w pary wbrew mojej woli, rzucając śmiesznym “a może pójdziecie razem na kawę”. I pytam siebie w duchu, gdzie jest ten, z którym naprawdę chciałabym wypić kawę jako osoba niepijąca kawy. Ostatecznie to nieważne. Moje chęci są tak ulotne, że każdą kawę możecie wypić wszędzie, tylko nie w moim towarzystwie. Ale wiem na pewno, to wiem, że mam ochotę na obrzydliwie słodkie ciasto, ale przy antybiotykoterapii to zabronione. To będę przykre święta, już są, świąteczne piosenki mi zbrzydły, a tutaj radio wygrywa świąteczne przeboje przez osiem godzin. “The secret we shared tightened our friendship, or that’s how I felt.” I może tak to wygląda, może znowu coś mi się wydaje, może znowu wymyśliłam dla nas życie, którego nie ma. Jeśli wspólny sekret ma nas do siebie zbliżyć, to chyba będzie największe tegoroczne kłamstwo. Po lekach pozostaje gorzki posmak w ustach i pusty portfel. Mam wrażenie, że ten rok złamał nam trochę serca. Byliśmy przez chwilę szczęśliwi, ale po szczęściu nie zostało nic. Mój pisk w uszach. Nie tęsknię za głośną rozrywką, tęsknię za ciszą, za strachem przed snem, gdy leżysz na łóżku i wsłuchujesz się w pustkę nocy, a jednak masz wrażenie, że oprócz ciebie ktoś jest jeszcze w pokoju i próbuje odebrać ci życie. Myślę o tym roku jako całości i nie jestem w stanie zrozumieć nic, ale wiem, że w nadchodzącym roku tegoroczne dni będą odbijać mi się długo, za długo.

13.12.2016

914.

Nie wiem od czego zacząć ten wpis, aby nie zabrzmiał równie żałośnie jak wszystkie wpisy związane z moim chorowaniem, które ciągną się od końcówki 2015 roku. W tym miesiącu wydam pół swojej wypłaty na leki (lepiej żeby podziałały, i nawet jak będę czuła się po nich jak kupa, to i tak wezmę wszystkie 120 tabletki, na zdrowie), drugie pół przeznaczę na oddanie długów i mogę wejść w nowy rok z potokiem łez na policzkach, tak jak robiłam to we wszystkie ubiegłe lata. Niesamowite, że od kilku lat spędzam Sylwestra płacząc, bo mam dość, bo nic się nie zmienia, bo “pieniądze są początkiem i końcem wszystkiego.” Nie mam pieniędzy, nie mam nic poza pieniędzmi, jestem ubogim człowiek, i materialnie i duchowo. Wszystkich, których miałam nadzieję zobaczyć w tym roku, nie zobaczę pewnie i w następnym. Jestem zła, chyba mam prawo, mam prawo raz na rok być zawiedziona swoim życiem i samą sobą. Wszystko co robię to widocznie za mało, aby uwolnić się od przeklętego koła karmy, w którą nie wierzę, a jednak coś sprawia, że kolejny raz przerabiam ten sam scenariusz. Ile razy można śnić ten sam rok? Nawet, gdy jestem pozytywnie nastawiona, to i tak wszystko kończy się źle, więc czemu nie mogę być tą zepsutą dziewczyną, którą w rzeczywistości jestem, czemu nie mogę mówić tych wszystkich okropnych słów, których inni już nie mogę słuchać. Ach, i tak was tu nie ma, więc co za różnica. Czasem chciałabym, żeby okazało się, że jestem kimś innym, ale to ciągle ta sama ja. Nie wiem, może utrata słuchu to zbyt mało, abym zrozumiała, o co w tym wszystkim chodzi. Może będę już zawsze zasypiać z piskiem w uszach i niespokojnymi myślami, bo nie wiem, co naprawdę myślą inni i czemu mówią tyle pięknych słów nie mających odzwierciedlenia w rzeczywistości. Wylewa się ze mnie cały żal, ale nie, “nic mi nie jest, życie mi jest”, jakby to trafnie ujęła Agnieszka Chylińska. Znowu zacznę brać leki czując się tak jakbym brała truciznę. Tyle skutków ubocznych, każdy kolejny na liście gorszy. Nie mogę się doczekać.

Nagle przypomniało mi się, że dnia drugiego stycznia bieżącego roku P. napisała do mnie smsa:
„Ja miałabym nie żyć? Oczywiście, że żyje. Widzisz, obie wytrwałyśmy! Właśnie stoję w centrum handlowym w pracy i nawet otaczające mnie kwiaty nie poprawiają tej sytuacji, która mi się nie podoba. Nie lubię ludzi. Mam nadzieję, że masz się już lepiej, Twoja wiadomość na tumblrze trzymała mnie w strachu i niepewności przez cały czas czytania jej, przykro mi, że akurat Tobie przytrafiło się takie bagno, tak jakbyś nie miała wystarczająco problemów, także tych zdrowotnych. I bądźmy pozytywni, że przeżyjesz, w sensie że nie tylko przetrwasz, ale prze-żyjesz rok 2016 lepiej niż te ostanie miesiące.”

Wracam do niego co jakiś czas i nie mogę uwierzyć, że wszystko potoczyło się w ten sposób, poza moją kontrolą. Mam wrażenie, że ciągnę ten wózek na siłę i nie dla siebie, ale tak, zdecydowanie prze-żywam ten rok za bardzo, a tu jeszcze ponad dwa tygodnie i jeszcze tyle złego może się zdarzyć, bo czuję to w kościach. Jak zwykle błędem było to, że wyszłam wtedy z domu, i wtedy też i wtedy, i że zamiast „nie” mówiłam „tak”. Zawsze podejmuję złe decyzje, nawet wybór zwykłej herbaty w sklepie to zawsze wybór na śmierć i życie. Nie mam do siebie siły.

8.12.2016

913.

Poniedziałek był długi. Obudziłam się zmęczona. Miałam trzy pobudki w środku nocy na dwie przespane godziny. Później czekałam trzy godziny na badanie, trzy na powrót do domu. Mój brat chciał odwiedzić kolegę przebywającego w szpitalu, a że nie udało mu się przed południem, musiał zrobić drugie podejście. Wejść z nim nie mogłam, więc zostałam sama w samochodzie, mając przed sobą jedynie widok na chodnik, po którym co jakiś czas powolnym krokiem sunęli ludzi. Nie wiedziałam ile przyjdzie mi czekać, ale miałam nudzić się i marznąć. Uratowałby mnie telefon z dostępem do internetu, ale takiego nie posiadam więc otulona kurtką, z kapturem na głowie siedziałam wbita w fotel i wpatrywałam się przed siebie. Marzyłam o ciepłym prysznic i śnie. Nie wiem ile czasu minęło, gdy zobaczyłam sylwetkę mojego ojca. Pomyślałam, że pomógł mojemu bratu wejść na właściwy oddział i udał się w drogę powrotną z pracy do domu, a że obecnie mieszka w przyszpitalnym hostelu ma blisko, i nie, nie jest lekarzem, jest byłym pacjentem. Nalegał, aby pójść do przy hostelowej kawiarni i się ograć, bo przecież zamarznę czekając, a ja pomyślałam, że bez problemu mogłabym siedzieć, czekać i zamarzać i mieć święty spokój.  Nie miałam wyboru. Co mogłam zrobić? Zatrzasnąć drzwi i zamknąć samochód od środka? Poszliśmy. Nie mogłam, a może nie chciałam pić nic ciepłego, w ogóle nie chciałam pić, z prawie pustym żołądkiem, bo wtedy wszystko przepływa przeze mnie jak wodospad, a toaleta nie zawsze jest w pobliżu, a ku nieszczęściu nie urodziłam chłopcem i mam trudniej, ale znowu nie miałam wyjścia, więc wypiłam zimny sok i zrobiło mi się jeszcze zimniej. Kawiarnia, właściwie kawiarenka, okazała się miejscem, które zatrzymało się w czasie. Z zewnątrz zwykły szary prostokątny budynek, w środku zlepek stylów kompletnie do siebie niepasujących, a mimo to sprawiających, że wnętrze prezentowało się wyjątkowo przytulnie. Na podłodze turkusowa popękana wykładzina, na ścianach wzorzyste tapety, na suficie sztukateria. Kilka stolików, chyba trzy, na nich sztuczne kwiaty wetknięte w wysokie szklanki wysypane czerwonymi kamyczkami, drewniane stoły, za niskie krzesła na to aby na ich oparciu powiesić długą kurtkę czy wygodnie usiąść drewniany barek. Okna i barek obwieszono świątecznymi różnokolorowymi lampkami. Była nawet sala dla VIP-ów, do której wejście zagrodzono grubym kolorowym sznurkiem. W środku stoliki z fotelami, na jednej ze ścian ogromna fototapeta z zachodem słońca, a nad przejściem w kształcie łuku widniał wypukły napis w drewnie “Nadzieja”. Ten cały kicz pasował do sytuacji. Hotelowi mieszkańcy, alkoholicy (w trakcie lub po terapii) przychodzili porozmawiać z panią obsługującą przybytek, kupić coś albo rozmienić pieniądze. Wszyscy zwracali się do mojego ojca po imieniu, wszyscy koledzy, sąsiedzi z jednego korytarza. Było przytulnie, jednak nie poczułam się jak u siebie w domu. Wszyscy znali się nawzajem i znali mojego ojca, w przeciwieństwie do mnie, nie wspominając o całej obcej mi reszcie przebywającej w pomieszczeniu. Ciekawe ilu osób domyśliło się, że jestem jego córką, a nie panią do towarzystwa zaczepioną na ulicy i zaproszoną na kawę. Czy kogoś w ogóle obchodziło że tam jestem? Ach tak, podszedł do nas ten starszy pan poczęstował mnie landrynkami. Nie miałam na nie ochoty, ale wzięłam, doceniając miły gest. Nie byłam głodna. Po dobie bez jedzenia łaknienie ustaje. W takim miejscu można kupić przekąskami typu paluszki i batoniki, albo coś gorącego na szybko, czyli dania z mikrofali zakupione w pobliskim markecie, przykładowo frytki. Można też wziąć coś całkiem na zimno. W środku stały aż dwie lodówki wypełnione lodami. Było wszystko, aby zajść na chwilę i ugasić pragnienie lub zaspokoić głód. Było wszystko oprócz alkoholu. Za ścianą mieszkają alkoholicy, więc przypadkowi goście, np. odwiedzających pacjentów w pobliskim szpitalu, muszą być zdziwieni, gdy chcą zlać złą wiadomość o wynikach badań alkoholem, a mogą dostać tylko herbatę. Rozglądałam się po pomieszczeniu, patrzyłam na przypadkowo porozwieszane obrazki przedstawiające kwiaty i byłam zaskoczona, że tak bardzo spodobało mi się w środku. Pomyślałam, że nic nie mogłoby krępować mnie w tak prostym i zwykłym-niezwykłym miejscu. W swojej wyobraźni od razu zaczęłam zapraszać kilku znajomych na szklankę soku. Już siedzieli przede mną i już zaczęłam tęsknić za ich obecnością i żałować, że nie ma ich ze mną zamiast mojego ojca i znowu próbowałam zrozumieć jak to się stało, że mam coś czego nie chcę, a nie mam tego czego pragnę. I tak przez prawie 3 godziny siedziałam i rozmawiałam z ojcem. To była najdłuższa rozmowa jaką przeprowadziłam z nim w całym dotychczasowym życiu. Nigdy nie spędziliśmy razem tak dużo czasu. Przeszkadzało mi, że nie mogłam zerknąć na widok za oknem, bo zaraz sugerował, że pewnie wróciłabym już do domu. A mi było obojętne, czy siedzę tu czy nie, po prostu lubię obserwować ruch za oknem i ludzi, nic więcej, ale nie chciałam słuchać komentarzy, więc przestałam patrzeć. Mój ojciec jak zwykle snuł opowieści nieprawdziwe, znowu chciał widzieć rzeczywistość inną niż jest i wyjść na lepszego niż był. W sumie wszyscy chcemy być lepsi niż jesteśmy, choć czasem robimy na odwrót, czasem mieszamy siebie z błotem bez powodu. Zastanawiam się po kim to mam, tę fantazję, i chyba już wiem. Czasem mam wrażenie, że wszystko co widzę to tylko wymysł mojej wyobraźni, nic więcej. Jeszcze niedawno wydawało mi się, że moglibyśmy, i że to prawda, a dzisiaj chce mi się tylko spać i nic poza tym.

6.12.2016

912.

Przetrwałam wszystko czego miałam nie przetrwać, czyli wyszło jak zwykle. Wytrzymasz - powiedział. - Nawet wyobrażenia nie masz, ile można wytrzymać. Tak, świętej pamięci Marek Hłasko z pewnością wiedział o czym pisze. Przeszłam gastroskopię w znieczuleniu miejscowym i kolonoskopię bez znieczulenia, bo nie chciałam dostać w żyłę i stracić nad sobą kontroli, a wiem, wiem to na pewno, że mówiłabym same głupoty, bo noszę w sobie zbyt wiele niewypowiedzianych słów i zaczęłyby płynąć ze mnie jak rwący potok. Zamiast błogiego stanu senności i błądzenia na pograniczu jawy i snu, wolałam cierpieć jak nigdy dotąd. Wcześniej zdarzyło mi się to podczas operacyjnego usuwania ósemek. Znieczulenie ledwo działo, bo zabiegi trwały tak długo, że nawet dwa zastrzyki w dziąsło nie pomogły. Zęby były wyjątkowo trudne do usunięcia, więc jelita też musiały być wyjątkowo ciężkie do przebrnięcia dla endoskopu. Czemu nie, po co mieć łatwo, jak na koniec można zrobić z siebie bohatera roku. Twardy ze mnie zawodnik i mam duży próg wytrzymałości na ból fizyczny, ale szczerze mówiąc, myślałam, że tym razem nie przetrwam, choć w sumie nie wiem o czym dokładnie myślałam leżąc tam, z rurką w tyłku, chyba tylko o tym, że nie chcę znieczulenia i nie chcę leżeć na oddziale dwie godziny, bo i tak czekałam trzy godziny na swoją kolej. Przeszłam badanie „na żywca” i uważam, że jest do przejścia, choć nie jestem pewna, czy zgodziłabym się na drugie. Miałam wrażenie, że ktoś od środka chce przebić mój brzuch pięścią. Przy takim bólu nie liczy się nic. Jesteś tylko ty i twój ból, właściwie jesteś bólem, i bez różnicy, że masz śmieszne gacie z dziurą na tyłku, że patrzy na ciebie młody lekarz i nawet nie czujesz wstydu, bo wiesz, że to praca, a nie prywatne spotkanie, nawet nie jest ci wstyd za swoje ciało i za nic, tylko ten ból, chcesz żeby minął jak najszybciej i nie wiesz co ze sobą zrobić, czy krzyczeć czy przygryzać wargi. Na szczęście asystująca pani pielęgniarka wspierała mnie jak mogła, słowem i czynem. Niesamowite, że samo trzymanie za ręce daje tyle wsparcia. Chciałabym, aby ktoś trzymał mnie za ręce w najtrudniejszych chwilach mojego życia, ale moje dłonie są zawsze zimne i puste, pewnie dlatego i ja taka bywam. Czasem chciałabym złapać kogoś za rękę, ale boję, że odbierze to niewłaściwie i wyjdzie z tego więcej niepotrzebnych nieporozumień. Czasem myślę, że zwykłe trzymanie za ręce może przynieść wiele bólu i chyba wiem, skąd mi się to wzięło. Boże, to lato było nieprzewidywalne. Początkowo badanie wykonywała przyszła pani doktor, czyli nadal ucząca się dziewczyna (to nie była jej pierwsza kolonoskopia), co mi nie przeszkadzało, miałam zaufanie do tych ludzi, a kończył lekarz, bo żeby przebrnąć przez moje jelita trzeba było więcej wprawy. Zerkałam na twarze lekarzy, widziałam ich pełne skupienie i zero reakcji na moje jęki boleści. Myślę, że lekarze muszą być twardzi, muszą mieć przekonanie, że nie robią krzywdy. Ból podczas kolonoskopii powstaje z powodu wdmuchiwania powietrza do światła jelita albo podczas „prześlizgiwania się” przez zakręty. Zadawali mi ból, ale realnie nie robili krzywdy. W momentach bezbolesnych, a było ich więcej niż bólu, patrzyłam na ekran i podziwiałam swoje wnętrzności. Uroczy widok, zwłaszcza jak ma się zdrowe jelita. Ach, więc po co było tyle bólu i męczarni? Tylko dla pewności. Mam zdrowie jelita. Badanie trwało zadziwiająco krótko, 15 minut, bo nie trzeba było pobierać wycinków. (Za to odebrałam wynik gastroskopii; okazało się, że pobrali ich aż 8(!), dlatego tak okropnie dłużyło mi się w trakcie.) Kiedy badanie dobiegło końca i endoskop zaczął opuszczać moje jelita, leżałam spokojnie, zmęczona i chyba szczęśliwa, choć nie przesadzałabym z tym określeniem, po prostu poczułam ulgę. Przekręciłam głowę na bok i spojrzałam na stojącego lekarza. Patrzył na mnie, wprost w moje oczy. Dziwne uczucie. Czy wyglądałam tak tragicznie? O czym pomyślał? Jak długo lekarze przechowują w pamięci pacjentów? Jak często przeprowadzają badania młodych jak ja osób? Zapisałam oczami kilka migawek z badania, przechowuję obrazy w głowie jak zdjęcia, i nie wiem czemu, ale poza wnętrzem swoich jelit, moich dłoni w dłoniach pielęgniarki, profilu dziewczyny wykonującej badanie i endoskopu w jej rękach oraz pielęgniarki, która niespodziewanie pojawiła się w okienku jak na stołówce, jakby chciała wydać obiad, a tak naprawdę potrzebowała czegoś akurat z sali, w której miałam wykonywanie badanie i akurat w momencie, w którym myślałam, że zejdę z tego świata (teraz ten obraz mnie bawi), zapamiętam oczy tego lekarza, choć nie mam zielonego pojęcia jak się nazywał. Mój lekarz prowadzący, z racji tego, że kieruje Kliniką Gastroenterologii, znowu nie miał czasu wykonać badania, więc zrobił to ktoś inny. Jestem wdzięczna tym ludziom, że dobrze się mną zaopiekowali. W poniedziałek wizyta z wynikami i konsultacje u gastrologa i hematologa. Nie trzeba być specjalistą (choć chyba minęłam się z powołaniem, przez ostatni rok tak dużo naczytałam się o chorobach i lekach, że mogę spokojnie udzielać podstawowych porad), żeby odczytać negatywny wynik gastroskopii. I tak oto zagadka mojej anemii z niedoboru żelaza zostaje rozwiązana po roku. Bakteria w żołądku. (Bakteria, która żywi się żelazem. Ciągle brałam żelazo w tabletkach, miesiącami, tak, bo to pierwsze co robi się przy anemii - zaleca się suplementację.) Likwidacja takiej bakterii to antybiotyki plus inne leki, a antybiotyk to najgorsze co może być, bo osłabia i niszczy ciało, obniża odporność, a odbudowanie flory bakteryjnej jelit po antybiotykach trwa nawet pół roku. Przykro mi Łukasz, ale tego piwa napijemy się chyba za sto lat. Jeśli nadal będziesz chciał, za te sto lat ze mną pić. 

3.12.2016

911.

Znowu trwam w tym „cudownym” stanie, gdy teraźniejszość jest tak przykra, że liczy się tylko jej przetrwanie. Chciałabym już połowę przyszłego tygodnia. Nie chcę dobrych wyników badań, ani bezproblemowego załatwienia wpadki fundacji, ani wyjaśnienia tych zagadkowych znajomości. Chciałabym tylko, aby było po wszystkim, wtorek rano, żebym mogła zjeść smaczne śniadanie i nie odczuwać fizycznego bólu, ani zmęczenia z powodu odwodnienia i głodu. Nagle okazuje się, że oprócz tego chciałabym, aby pisk z moich uszu zniknął, bo dzisiaj dodatkowo boli mnie głowa, a nie mogę wziąć tabletki ze względu na poniedziałkowe badanie. I przypominam sobie, że chciałabym tak wiele rzeczy, których nie powinnam chcieć, biorąc pod uwagę rozsądek, bo przecież nie chciałabym umrzeć ze strachu, ani ponosić konsekwencji tego wszystkiego, o czym śnię po nocach. Jestem za słaba na normalne, zdrowe życie. Jakie to śmieszne. Chyba jak cały ten rok. Znowu wiem czego nie chcę, zamiast wiedzieć czego chcę.  Całe życie przez zaprzeczenie. Czy kiedyś będzie inaczej?