21.11.2018

1014.

Chciałam napisać o tym, że prawie umarłam, choć gdy o tym myślę, brzmi to absurdalnie, ale teraz nie dziwię się, że ludzie umierają z powodu najgłupszej rzeczy, bo zadławili się ością, albo nie tak otworzyli butelkę szampana i zabił ich korek, który niespodziewanie odbił się od ściany. Kiedyś nawet emitowano w telewizji serię o takich niewiarygodnych wypadkach, które zakończyły się śmiercią. W miniony piątek mogłabym znaleźć się na liście “bohaterów” serii, ale przeżyłam. Jak to się stało? Postanowiłam o siebie dbać, a raczej o moje nieszczęsne zatoki, więc sięgnęłam po olejek pichotwy, który wspomaga funkcjonowanie dróg oddechowych. Jak zawsze odmierzyłam kilkanaście kropli na łyżkę soku i za jednym zamachem wlałam w gardło. Nie wiem, o czym wtedy myślałam. Najprawdopodobniej nie było mnie tu i teraz, bo myślami często bywam gdzieś indziej, a teraz obsesyjnie myślę o zbliżającym się koncercie. Od razu poczułam jak ostry smak utyka mi gdzieś głęboko w gardle i nie wiem, ale prawdopodobnie zalałam sobie płuca, a może zatkało mnie właśnie od tego, że mój przełyk zalała niecodzienna ciesz, niby miętowa, ale nie do końca, poza tym to olejek, więc nie łączy się z sokiem a pływa na jego powierzchni... Nie wiem, co się stało, ale poczułam jak mnie zatyka i nie mogę złapać oddechu. Chyba każdy tak miał chociaż raz w życiu, że się zakrztusił. Ale ja się nie zakrztusiłam. To było dziwne. Dziwnie tak było stać i myśleć o tym, że nie możesz oddychać i musisz zrobić coś, aby zacząć, ale nie wiesz co. Byłam sama w domu, bo mama wyszła na chwilę, a chwila trwała wiecznie. Nie wiem, czy zaczęłam już panikować, ale mój mózg myślał tylko o tym, że nie oddycham, a powinnam i że umrę, tak głupio umrę, bo zachciało mi się “lekarstw”. Próbowałam zmusić się do oddychania, wzięłam głęboki oddech, jeden, drugi, ale nie działało. Chyba naprawdę wlałam to sobie do płuc. Stałam tak jako osoba nieoddychająca-umierająca, już poza sytuacją, która się działa, bo przecież nie chciałam w niej uczestniczyć, bo to było straszne - nie oddychać i wiedzieć, że muszę, a nie mogę. Z drugiej strony mój mózg już w panice kazał mi działać. Wpadłam więc na pomysł, aby podnieść ręce do góry. Tak zawsze każe się robić dzieciom, gdy się zakrztuszą. Potem zaczęłam kaszleć i nie mogłam przestać. Pewnie męczyłam się jeszcze 10 minut, ale już oddychałam, już było po wszystkim. Nie chciałabym umrzeć w tak kłopotliwy sposób, gdzie już umierasz, ale musisz się ratować i właściwie nie wiadomo, czy lepiej odpuścić, czy mieć nadzieję. Nie chciałabym umrzeć tak szybko, bez zastanowienia. Co to za umieranie, jeśli skupiasz się na tym, aby nie przestać żyć, a potem i tak umierasz nieprzygotowanym na najważniejsze. Ale kiedy leżę w łóżku nocą i czasem myślę sobie, że chciałabym, aby to już się skończyło, wszystko, to wiem, że to nigdy nie przyjdzie. Bo to jest śmierć, nigdy nie wiadomo, kiedy zapuka do naszych drzwi, a już na pewno nie wtedy, kiedy jej wołam.

13.11.2018

1013.

Oglądałam transmisję na żywo mszy z modlitwą o uzdrowienie. Włączam co miesiąc, choć nie zawsze potrafię się skupić, ale staram się, aby był to mój stału punkt w misiącu. Lubię słuchać o cudach, choć nie wiem, czy sama w nie wierzę. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy na ekranie zobaczyłam twarze znajomych. Przyszli podzielić się swoim świadectwem. Pamiętam, jak w tegoroczne lato byli u mojej cioci na grillu (to bardziej jej znajomi niż moi; w sumie to mój wujek ma wspólnika, który ma żonę (młodszą ode mnie), którą znam, bo jej wujek jest kościelnym, a to mała miejscowość, więc… tak, to była ona z mężem). Byli już szczęśliwi, już mający ciężki czas za sobą, choć wtedy o tym nie wiedziałam. Jak to się stało, że ich dziecko, które miało urodzić się z zespołem Downa urodziło się zdrowe? Stało się i już? Cuda się zdarzają? Może nawet w tym życiu, ale moje ślepe oczy nie potrafią ich dostrzec. Gdy myślę o cudach, uświadamiam sobie, że moim największym pragnieniem jest uzdrowienie duchowe, albo psychicznie, nie wiem, gdzie leży problem, więc nie wiem, do jakiej kategorii sklasyfikować tę przypadłość i jak sformułować życzenie, ale chciałabym, aby moja rodzina przestała być tak okropnie poraniona. Kiedy widzę, jak moja stara matka (może nie aż tak stara, ale z perspektywy czasu i przejść za stara) pęka podczas głupiej rozmowy telefonicznej, bo ktoś uświadomił jej, że jesteśmy rodziną beznadziejną i nasz problem polega na tym, że podejmujemy beznadziejne decyzje, choć ten ktoś ma zero pojęcia o naszym codziennym życiu i o tym, że to całkiem miłe z naszej strony, że ten ktoś nie słyszał jeszcze o nas w wiadomościach o tym, jak to się pozabijaliśmy z tej miłości do siebie, bo tak beznadziejnie ją okazujemy. Załamania nerwowe mojej matki trwają krótko, jakby coś na kilkadziesiąt sekund zapadało się w jej mózgu i mówiło, że zawsze żyje w kłamstwie i cały dotychczasowy trud to ułuda, bo nie radzimy sobie w żaden sposób jako rodzina. Moja płacząca matka to również mój płacz. Nie dość, że sama zatrzymałam się mentalnie na wieku, który już dawno nie odpowiada wiekowi w dokumentach, to mój jedyny obecny rodzic w życiu jest równie zagubiony jak ja. Wtedy zawsze ogarnia mnie dziwna samotność, jakbym była dzieckiem porzuconym, jakbym nie miała kogoś spytać o radę, jak poradzić sobie z przytłaczającym poczuciem winy, że nie jest się wystarczającym dla nikogo, bo każdy uważa, że lepiej żyłby życiem moim mając moje możliwości, których nie potrafię wykorzystać, choć ten ktoś zna przyczyn, nie zna, bo nigdy ich nie podaję, bo nie chcę, aby stały się wymówką zmniejszającą mój zapał czy włożony trud. Czasem pytam siebie, jakim cudem miałam rozwinąć się poprawnie jako dziecko, jeśli całe moje życie towarzyszy mi brak bez poczucia stabilności i od czasu do czasu uderzający bezsens istnienia całego świata. Nie zrozumcie mnie źle, nie uważam, że moja mama źle się nami opiekowała, ale wsparcie psychiczne w mojej rodzinie nie istnieje. Nie takie jak w naukowych podręcznikach, których dawniej nie było, więc jeśli nie byliśmy atakowani radami, to normalne, że nie wprowadzaliśmy ich w życie. Moja mama i tak uważa, że jej dzieci są beznadziejne, po części myśli tak na podstawie opinii innych. Zawsze przy rozmowach telefonicznych w żalu mówi, wiem, moje dzieci są beznadziejne, co ma odnosić się do tego, że ona jest beznadziejną matką. Myślicie, że to normalne? Bo ja ani trochę. Czasem mówi nam, że jesteśmy wspaniali, choć chyba nikt już to nie wierzy. Może dlatego ja nie wierzę ludziom, że mogą mnie lubić bez powodu. Myślę, że mam duże szczęście, że moja mama nigdy nie czuła potrzeby nauczenia się obsługi komputera. Gdyby miała okazję przeczytać mój blog (a najgorzej robiąc to na wyrywki), uznałaby, że przegrała życie i tyle zostałoby z jej wiary w cokolwiek. Mimo to pisanie tutaj daje mi dużą ulgę. Mogę być obrzydliwa i okrutna w swoich przekonaniach, mogę wyrzucić wszystko, co czasem zbiera mi się pod skórą i parzy. Taka jestem, beznadziejna. Czy moi niektórzy znajomi czują ulgę, że nie potrafię błagać ich już o spotkania? Choć to miejsce nie oddaje tego, jak mają się sprawy i jak to naprawdę jest, bo opisuję tutaj urywki sytuacji, a potem milknę i nie wiadomo jak żyjemy z tym dalej, w naszym domu. W sumie to sama nie wiem, jak żyjemy. Wiem za to, że po każdej takiej akcji - akacji łez mej matki - przestaje mi zależeć na czymkolwiek. Mam zwyczajnie dość tych kłamstw, a mówienie prawdy zawsze obraca się przeciwko mnie. Rośnie we mnie ogromna gula przekonania, że oto nie czeka mnie nic innego jak podobieństwo do matki, do której nie chce być podobna. Czasem nie chcę mieć nic wspólnego ze swoją rodziną, a jednak jestem połączona z nią więzami krwi. Boże, dlaczego tak bardzo chcę być odcięta od wszystkiego? Czy mógłbyś mi wytłumaczyć, dlaczego nie chce mi się tu być kimkolwiek, na tej Ziemi, gdzie czuję się obco, gdy nawet najbliżsi, rodzina czy znajomi, już nie chcą mnie widzieć takiej, jaką jestem naprawdę? Jestem Twoim ( i tylko Twoim) zagubionym dzieckiem, które nawet nie potrafi o nic prosić, bo nie ma prawa, bo piekło istnieje naprawdę, już w mojej duszy.