Chciałam napisać o tym, że prawie umarłam, choć gdy o tym myślę, brzmi to absurdalnie, ale teraz nie dziwię się, że ludzie umierają z powodu najgłupszej rzeczy, bo zadławili się ością, albo nie tak otworzyli butelkę szampana i zabił ich korek, który niespodziewanie odbił się od ściany. Kiedyś nawet emitowano w telewizji serię o takich niewiarygodnych wypadkach, które zakończyły się śmiercią. W miniony piątek mogłabym znaleźć się na liście “bohaterów” serii, ale przeżyłam. Jak to się stało? Postanowiłam o siebie dbać, a raczej o moje nieszczęsne zatoki, więc sięgnęłam po olejek pichotwy, który wspomaga funkcjonowanie dróg oddechowych. Jak zawsze odmierzyłam kilkanaście kropli na łyżkę soku i za jednym zamachem wlałam w gardło. Nie wiem, o czym wtedy myślałam. Najprawdopodobniej nie było mnie tu i teraz, bo myślami często bywam gdzieś indziej, a teraz obsesyjnie myślę o zbliżającym się koncercie. Od razu poczułam jak ostry smak utyka mi gdzieś głęboko w gardle i nie wiem, ale prawdopodobnie zalałam sobie płuca, a może zatkało mnie właśnie od tego, że mój przełyk zalała niecodzienna ciesz, niby miętowa, ale nie do końca, poza tym to olejek, więc nie łączy się z sokiem a pływa na jego powierzchni... Nie wiem, co się stało, ale poczułam jak mnie zatyka i nie mogę złapać oddechu. Chyba każdy tak miał chociaż raz w życiu, że się zakrztusił. Ale ja się nie zakrztusiłam. To było dziwne. Dziwnie tak było stać i myśleć o tym, że nie możesz oddychać i musisz zrobić coś, aby zacząć, ale nie wiesz co. Byłam sama w domu, bo mama wyszła na chwilę, a chwila trwała wiecznie. Nie wiem, czy zaczęłam już panikować, ale mój mózg myślał tylko o tym, że nie oddycham, a powinnam i że umrę, tak głupio umrę, bo zachciało mi się “lekarstw”. Próbowałam zmusić się do oddychania, wzięłam głęboki oddech, jeden, drugi, ale nie działało. Chyba naprawdę wlałam to sobie do płuc. Stałam tak jako osoba nieoddychająca-umierająca, już poza sytuacją, która się działa, bo przecież nie chciałam w niej uczestniczyć, bo to było straszne - nie oddychać i wiedzieć, że muszę, a nie mogę. Z drugiej strony mój mózg już w panice kazał mi działać. Wpadłam więc na pomysł, aby podnieść ręce do góry. Tak zawsze każe się robić dzieciom, gdy się zakrztuszą. Potem zaczęłam kaszleć i nie mogłam przestać. Pewnie męczyłam się jeszcze 10 minut, ale już oddychałam, już było po wszystkim. Nie chciałabym umrzeć w tak kłopotliwy sposób, gdzie już umierasz, ale musisz się ratować i właściwie nie wiadomo, czy lepiej odpuścić, czy mieć nadzieję. Nie chciałabym umrzeć tak szybko, bez zastanowienia. Co to za umieranie, jeśli skupiasz się na tym, aby nie przestać żyć, a potem i tak umierasz nieprzygotowanym na najważniejsze. Ale kiedy leżę w łóżku nocą i czasem myślę sobie, że chciałabym, aby to już się skończyło, wszystko, to wiem, że to nigdy nie przyjdzie. Bo to jest śmierć, nigdy nie wiadomo, kiedy zapuka do naszych drzwi, a już na pewno nie wtedy, kiedy jej wołam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz