Będzie to wpis nie inny niż pozostałe, długi, bezsensowny i bolesny. Gotowi nieistniejący czytelnicy?
Rok temu byłam zawiedziona, że na moją listę trafił wokalista, którego nigdy nie będę miała okazji usłyszeć na żywo, bo raz, że nie dotrze do kraju, w którym utknęłam, a dwa, nawet jeśli jakimś cudem, to przecież mój słuch tego nie wytrzyma. Zespół zapowiedział przyjazd do Polski i pomyślałam, że dla takiego wokalisty warto stracić słuch. Nie wiem, od kiedy stałam się taką optymistką w tej kwestii. Czasem mam wrażenie, że jeśli mocno pomyślę, że coś się nie wydarzy lub wydarzy, to moje myślenie zadziała, ale to nieprawda, od samego myślenia nic się nie dzieje. Przez cały tydzień miałam problem z odespałam zarwanej nocy po koncercie spędzonej w dworcowym Mc Donaldzie, a w pracy codziennie rozbrzmiewał dźwięk wiertarki, więc tym zaczęłam tłumaczyć sobie fakt, że moje szumy uszne nagle stały się drażniące. Pamiętam, jak którejś nocy przebudziłam się widząc zapalone światło w sąsiednim pokoju. Uświadomiłam sobie, że nie dlatego, że komuś zachciało się siku, ale dlatego, że o 4:30 mój brat wstał, aby na czas dojechać na poranny egzamin z prawa jazdy, który swoją drogą zdał. Obudziłam się i pierwsze co mnie uderzyło, że cierpię na szumy uszne, choć od dawna o tym nie pamiętałam. Może pójście na koncert było naprawdę złym pomysłem. Leżałam rozbudzona, ale jeszcze z przyjemną myślą, że do dźwięku budzika zostało półtorej godziny i mogę spać dalej, ale ten dźwięk. Próbowałam zasnąć i było mi coraz smutniej i tylko szeptałam prośbę do Najwyższego, żeby mnie cudownie uzdrowił. Tyle słyszy się o cudownych uzdrowieniach, więc czemu mi nie może przydarzyć się coś takiego. Ja wiem, że nie zasłużyłam i pewnie nie potrafiłabym nawet podzielić się tym ze światem, skoro już prawie z nikim nie potrafię rozmawiać, ale może jednak. Rośnie mi w gardle wielka gula żalu, że tyle dobrych rzeczy przekreślam ja sama, może dlatego codziennie wybucham płaczem i codziennie powstrzymuję łzy w sekundę po tym jak wzbiorą, bo boję się rozsypać całkowicie. Zauważyłam, że najczęściej zdarza mi się wpadać w parszywy nastrój, gdy po pracy wracam do domu autobusem. Już jestem poza kolejnym dniem obowiązków, a jeszcze nie w domu, gdzie mogę odciąć się nawet od siebie samej i wszystko we mnie uderza, moje realne bycie tu i teraz, z którym nie potrafię wiele zrobić. Nie wiem, czy mój słuch pogorszył się i ten zepsuty telewizor gra głośniej w mojej głowie, czy może za bardzo się na tym skupiam. Nie potrafię tego ocenić, bo to coś trudnego do uchwycenia. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że na badaniach słuch mam idealny, natomiast w rzeczywisorści jestem nadwrażliwa na dźwięki. Przykro mi, bo myślałam, że może zatyczki mnie uratują i oto otwiera się przede mną koncertowa przyszłość, ale już wiem, że będę musiała zdusić w sobie żal, bo na jakąkolwiek chwilę w przyszłości rezygnuję z koncertów. Każde głośne wydarzenie to ryzyko, a nie chciałabym doprowadzić się do nerwicy. Myślałam że może to przemęczenie, ale gdy w końcu odespałam zarwaną noc, zmiany nie nastąpiły. Wszystko to tylko błędne koło. Żeby zagłuszyć szumy uszne potrzebujesz głośnego dźwięku, ale żyjąc w głośnym świecie możesz pogłębić szumy uszne. Nie żałuję pójścia na koncert, choć tak naprawdę strasznie namieszał mi w głowie, przypominając o świecie, który zawsze będzie odległy i nie chodzi tutaj tylko o sam świat muzyki, czy artystów z zagranicy. Byłam i jestem przeszczęśliwa na myśl o tym, że spędziłam ten wyjątkowy dzień w towarzystwie dwóch wspaniałych koleżanek, a jeszcze bardziej cieszę się z faktu, że chyba się polubiły. Nie potrafiłabym tak w jeden dzień rozmawiać swobodnie z kimkolwiek obcym, bo nawet po roku nie potrafię rozmawiać choćby z D. i to jedna z wielu rzeczy, która uświadamia mi moją beznadziejność w kontaktach z ludźmi. Cofałam się w tej kwestii i nie chcę tego pisać, naprawdę nie, ale to wszystko przez tę nieszczęsną domówkę dawno temu, po której odechciało mi się starać. Naprawdę jestem do tego stopnia nienormalna, że wszystkie swoje nieszczęścia jestem w stanie przypisać tamtej nocy, ale to nieprawda, tam nie wydarzyło się nic, czemu można byłoby nadać takie znaczenie. Dawno nie czułam się tak swobodnie w czyimś towarzystwie, jak podczas koncertowej niedzieli i aż zrobiło mi się obrzydliwe przykro, że nie mogę mieć tego na co dzień. Nie pamiętam, jak to jest jeść w towarzystwie innych bez skrępowania, a gdy siedziałyśmy głodne i pochylone nad ogromnymi talerzami jedzenia, byłam szczęśliwa. Może tylko praca działa na mnie ten sposób. Nie potrafię tam jeść, co nie znaczy, że unikam jedzenia. Jem jak złodziej, w ukryciu, gdy nikogo nie ma w pobliżu, a teraz, gdy praca ogranicza się głównie do siedzenia przed komputerem, zawsze ktoś przy mnie jest i widzę, że jest to problem poważny, bo zaraz okaże się, że nie będę jeść całą zimę. (Oczywiście myśl, że mogę schudnąć bez wysiłku jest przyjemna, jak to, że obecnie potrzebuję paska już do wszystkich spodni. Stanęłam nawet na wagę z ciekawości, choć cyfry nie są wyznacznikiem poczucia sukcesu i w ważę troszeczkę mniej.) To okropne być na tyle mądrym, aby dokładnie dostrzec i zrozumieć swój problem, ale bezczynnie patrzeć na to jakby z boku. (Dobrze wiem, że gdyby na początku, kiedy zaczynałam pracę, D. nie zwracał na mnie takiej uwagi, to nie miałabym teraz tego problemu; już wtedy nie lubiłam jak ktoś patrzył mi na talerz, bo przecież normalne wyglądam brzydko, a jak jem to pewnie jak świnia, która nie powinna jeść, bo i tak jest spasiona :))). Z koleżankami było dobrze. Boże, gdybym znowu miała takich przyjaciół na co dzień, czy moje życie nie byłoby trochę lepsze? Tymczasem mam wrażenie, że jestem odcięta od rzeczywistości grubą kreską. Obok mnie dzieją się poważne dramaty, a ja na to patrzę i nie wiem, jakby to nie było moje życie, a przecież to mój ojciec jest już na trzeciej chemioterapii w szpitalu i z tego co opowiada mama została go połowa i nie wiem, jak będą wyglądać nasze święta, ale nie mam siły, aby w nich uczestniczyć, w kolejnych udawanych rodzinnych świętach, gdzie wszyscy tak naprawdę mają ochotę gdzieś uciec, ale nie wypada. Koncert był cudowny, choć gdy weszliśmy na salę, zanim zaczęła grać muzyka, już było tłoczno i głośno, wtedy do moich uszu zaczął docierać pisk, choć tak naprawdę ten pisk wydobywał się z moich uszu/głowy i pomyślałam, że jeszcze porządnie nie huknęło, a ja już przegrałem ten koncert. Przestraszyłam się wtedy trochę, ale przecież głupio byłoby wyjść, więc zostałam. Myślę, że dużo pomogły mi specjalne zatyczki i może powinnam chodzić w nich też na co dzień, zwłaszcza, gdy ciągle wiercą w pracy, ale siedzę zrezygnowana, słyszę jak przebijają ściany i jest mi wszystko jedno, jakbym wiedziała, że i tak nadejdzie ten dzień, kiedy nie wytrzymam od tego hałasu w sobie i ze zmęczenia oraz żalu zrobię sobie krzywdę. Nie wiem, jak ludzie z podobnym problemem do mojego dają radę. Wiem, że niektórzy nie dają i nie wiem, jak to dalej będzie ze mną i ze wszystkim, ale nie mam wyjścia, muszę na nowo nauczyć się oszukiwać swój mózg i wmówić, że ten dźwięk nie jest częścią mnie, ale pochodzi z rzeczywistości. Chciałabym mieć wiarę tak wielką, że pomoże mi nie tylko trwać, ale i walczyć, chciałabym nie zwątpić, że jest Ktoś, kto pomaga dźwigać krzyże. Ten wpis to straszny rollercoaster, skaczę po tematach, bo koncert przypomniał mi o tym, jak próbuję dosięgnąć rzeczy, które ostatecznie nic nie znaczą, a jednak mam wrażenie, że dla mnie znaczą zbyt wiele i tu zaczyna się cały problem. Pogoda w dniu koncertu dopisała. Musiałam wstać wcześnie rano, a wstałam z przekonaniem, że niedziela handlowa otworzy drzwi wszystkich sklepów, więc nawet nie wzięłam ze sobą butelki wody, jak to mam w zwyczaju. Okazało się, że nie piłam przez sześć godzin, bo jednak tutejsze sklepy otwierane były o ósmej, czyli dziesięć minut po tym, jak wsiadłam w pociąg. Patrząc na mroźne dni tego tygodnia, pogoda w miniony weekend była łaskawa, więc nie miałam okazji się przeziębić, ale jako, że jestem lekomanką i co tydzień łapie mnie migrena, przede wszystkim od głupiej od zmiany temperatur w otoczeniu, o co teraz nietrudno, gdy wpada się z ciepła do zimna i na odwrót. Na dworze było chłodno, a w klubie duszno i głośno, moja głowa od razu musiała zaboleć. Nie wiem, od kiedy nabyłam umiejętność zapisywania wszystkiego ze szczegółami, ale tak właśnie robię, najważniejsze (z mojego punktu widzenia) momenty zapisuję klatka po klatce. Byłyśmy we trzy, a do klubu wpuszczono nas grupami, ze względu na rozmiar szatni, choć sama szatnia nie była oddzielnym pomieszczeniem. Po otworzeniu drzwi głównych wchodziło się jakby do przedsionka. Tam schody w dół prowadziły do klubu, natomiast schody w górę były prowizoryczną szatnią, gdzie na poręczy zawieszono ubrania. Musiały być do tego przymocowane haczyki, ale nie zwróciłam na to uwagi, bo zainteresował mnie fakt, że zostawiłam koleżanki za drzwiami i tym, że dano nam trzy minuty na bycie gotowym. Nawet rozsypałam drobne pieniądze, którymi miałam zapłacić za szatnię. Potem i tak koleżanki po przejściu punktu “szatnia”, dołączyły do mnie szybko, ale ten cały pośpiech okazał się niepotrzebny, bo i tak czekałyśmy jeszcze troszeczkę, zanim wszystko nabrało tempa. Po drodze znalazły się jeszcze te nieszczęsne gift boxy, o które się martwiłam. Gdyby nie udało mi się pozbyć rzeczy, które ze sobą wzięłam, byłabym zawiedziona. Oczywiście za prezenty zabrałam się na ostatnią chwilę, bo choć myślałam o tym cały miesiąc, moje plany zderzyły się z rzeczywistością i znowu okazało się, że to nie może wyglądać tak, jakbym chciała. Moje podejście do tego, co zrobiłam jest uwikłane w sprzeczności. Z jednej strony myślę o twarzach, na których zagościł uśmiech na wspomnienie małego upominku, a z drugiej wyobrażam sobie jak wszystko ląduje w koszu na śmieci, bo to nadbagaż. Wyobraźnia potrafi płatać figle i co jeśli wdzięczność, z której wobec fanów słyną koreańscy artyści (bo bez fanów przecież nie istniejesz, jeśli muzyka, którą tworzysz nie ma odbiorców), jest cichą pogardą dla tych wszystkich piszczących z zachwytów fanów, a kolejny list z “kocham cię” to śmiech kpiny. NIe, nie napisałam nikomu wyznania miłości, nie jest tym typem fanki, naprawdę podziwiam osoby za ich talent i za to, że im się chce o coś walczyć, rozwijać, starać, i włożyć całego siebie w robienie czegoś dla innych, nawet jeśli to “tylko” muzyka. Zakochuję się w ludziach wyłącznie nieromantyczne. Nie potrafię wyobrazić sobie, jak zareagował otwierając moją kopertę i nawet nie chcę. Może lepiej, jeśli wylądowało to gdzieś w śmieciach. Nie wiem, ja tam wcale nie włożyłam tych smutnych zdjęć. Chciałam zostać zapamiętaną, ale po co mi to, po mi pchanie się w czyjeś wspomnienia, po co wyróżniać się z tłumu fanów, przecież fani to zawsze jedna wielka plama i tyle. Mnie nawet nie stać na płyty sprowadzane z zagranicy. Chciałam zrobić coś specjalnego dla kogoś, a wychodzi na to, że chciałam poczuć się specjalnie przez sekundę. Nie pamiętam twarzy, które mignęły mi przed oczami. To dziwne stać przed kimś tak blisko, a nie pamiętać wiele, tylko te żółto-pomarańczowe okulary. Miałam idealne miejsce na koncercie. Nie mogłam wymarzyć sobie lepszego za bilet, który kupiłam. Czas płynął zadziwiająco wolno i nigdy nie zapomnę, jak szczerze i z wielkim uśmiechem wokalista powiedział, że jesteśmy uroczy z tym naszym tupaniem i “stacja Warszawa”, ta okropna Warszawa, która wkurza brakiem przejść i brakiem przystanków w miejscach, w których powinny być, będzie na zawsze pięknym wspomnieniem, ale przede wszystkim ten głos, który i tak marzy mi się usłyszeć gdzieś przy mnie, acapella, bez głośników filtrujących dźwięki (niestety wiem, że to zbyt wiele jak na moje małe życie) będzie tym najpiękniejszym. W trakcie koncertu miałam nawet jeden mały moment załamania, bo dotarło do mnie, że to wszystko jest tak piękne, a jednak nic nieznaczące, zupełnie nic, bo koncert trwa dwie godziny, a potem wszystkie drzwi są zamykane i każdy wraca do życia realnego, a ja do tego, z którym nie wiem, co zrobić. Nie potrafię odnaleźć się między tym kim jestem, a tym, o co powinnam walczyć, czyli pewnie o siebie. Nie wiem, więc tradycyjnie nie robię nic. Wiedzie, pamiętam jeszcze jeden moment, kiedy weszliśmy już prawie na salę, prawie, bo należało jeszcze pokonać kilka schodków w dół, moim oczom ukazał się cały zespół. Robili grupowe zdjęcia z fanami, a oświetlenie wyłoniło ich z mroku niczym anioły. Uderzyło mnie to bardzo, bo wyglądali nierealnie niczym hologramy, a jednak byli zbyt trójwymiarowi jak na coś sztucznego. Poczułam się, jak na specjalnym spotkaniu fanów z zespołem, które oglądam dzięki uprzejmości koreańskich fanek wrzucających do internetu nagrania z takich wydarzeń. Byli tak blisko, jakby przebili się przez szklany ekran. Wcale nie wpadam w zachwyt, dlatego że stali tacy eleganccy i przystojni. Tu chodziło o to, że byli realni i działo się coś, co w moim przekonaniu nie mogło wydarzyć się nigdy, bo mi nie przydarzają się takie piękne chwile. Na koniec pomachali jeszcze na pożegnanie z uchylonego okna samochodu oraz latarką od telefonu przez szybę i trzeba było wracać. Niestety czekało nas jeszcze siedem, a może już tylko sześć godzin w miejscu naszego przeznaczenia tamtej nocy, czyli McDonalda. Gdy pomyślę o tamtej nocy, wydaje mi się, że siedziałyśmy tam tylko godzinę, góra dwie. W powrotnym pociągu nie mogłam zasnąć w pociągu, choć byłam okropnie senna po ponad 24 godzinach bez snu. Co chwilę wybudzałam się przez osuwającą się z oparcia głowę, a mój stan psychiczny zaczął się pogarszać. Myślę, że to normalne zjawisko - brak snu i wypoczynku odbiera rozum. Zaczęłam myśleć o rzeczach, które normalnie nie zaprzątają mojej głowy. Nadal nie potrafię zrozumieć, czemu jest mi tak pusto. Patrzę na ludzi obok i ze zdziwieniem stwierdzam, że to co dla nich ważne, wielkie i napędzające ich życie, mnie nudzi i odpycha i wiem, że nie chcę tak jak oni, nie chcę, więc jestem od tego odcięta i w swej inności czuję się osamotniona, bo świat uświadamia mi, że jestem wybrakowana, że nie powinnam nie chcieć. Ktoś mówi mi spróbuj, a we mnie coś krzyczy, że nie chcę nawet próbować, że mnie to nie bawi, że to mogłoby przynieść jeszcze większe rozczarowanie niż pustka, którą w sobie mam. Naprawdę głupio mi, że moja w praca w pracy w tym tygodniu polegała na skupieniu się na tym, aby nie robnąć głową o biurko. Ledwo mogłam wysiedzieć. W tym natłoku emocji i niekończącego się zmęczenia zaczęły nawiedzać mnie dziwne sny i znajomi, bo znowu czuję się okropnie, że tak milczę, a chciałam napisać do paru osób, ale nie potrafię zebrać myśli. Nie liczą się chęci, liczą się czyny, więc nic nie znaczę. A na końcu ty, który nie istniejesz, i moje odwieczne pytanie, co takiego zrobiłam, że zostałam odsunięta. Ale rozumiem, sama to robię, choć moje jedyne marne usprawiedliwienie to nieumiejętność odnalezienia się w teraźniejszości. Wiem jednak, że to mój problem, bo to jak odbieramy rzeczywistość, ludzi, i sytuacje to tylko nasz problem. Największym problemem w moim życiu jestem ja sama i nie potrafię się wyeliminować. Wiecie, ciągle marzy mi się święty spokój, ale spokój nie ma nic wspólnego ze świętością, bo spokój to stanie w miejscu, to ucieczka, to rezygnacja. Z drugiej strony trudno jest oddychać z niespokojnym sercem; mieć w sobie stres, który sprawia, że masz ochotę zwymiotować oraz strach w sercu przed oczekiwaniami innych ponad nasze siły. Trudne to wszystko. Bycie tu i teraz jest trudne, więc może dlatego mnie tu nie ma.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz