Wpadłam na “fantastyczny” pomysł, że stworzę wpis ze wszystkim “za” i “przeciw” mojej sytuacji związanej z pracą, a co za tym idzie z moją przyszłością i stanem psychicznym, a potem roześlę losowo do kilku osób i poproszę o radę, ale nagle okazuje się, że w tym wszystkim o stan psychiczny chodzi i to jest najgorsze. Człowiek będący w formie jest w stanie przejść wszystko co go czeka, tymczasem ja z przerażeniem złapałam się na tym, że myślę o samobójstwie. Patrzę na siebie z boku, jakbym wyszła ze swojego ciała i nie wiem, co dzieje się z tą dziewczyną, ale jest bardzo zagubiona. Zaczęłam się zastanawiać, czy istnieje jakiś sposób, aby umrzeć we śnie, tak po prostu, jakby nic się nie stało. Moje myśli o śmierci to wbrew pozorom najprostsza opcja. To lepsze niż stanięcie przed własną matką i powiedzenie jej, że dłużej nie mogę, że wszystko we mnie wymiotuje, że boli mnie całe ciało i głowa, bo nie wierzę, że tak wygląda moje życie i że nie wiem, co z tym zrobić, bo każdy scenariusz jest gorszy niż całkowita rezygnacja. To co dzieje się w mojej głowie, to jak odbieram świat i jak ciągle wracam nad tę samą przepaść, to po części skutek otoczenia w jakim się wychowałam. Nie obarczam rodziny winną, ale nie mogę udawać, że to co się wydarzyło w naszej rodzinie na przestrzeni lat nie miało na mnie wpływu. Poza tym wiele razy, mniej lub bardziej subtelniej uświadamiałam moją rodzinę, że potrzebuję pomocy, ale jako dziecko jej nie otrzymałam, więc jako dziecko zamknięte w ciele dorosłego nigdy o nią nie poproszę, bo nie mam już kogo. Usłyszę to co wtedy, że pójdę do piekła, a mi momentami tak bardzo obojętnie, bo mój umysł jest piekłem. Może to był błąd, że nie chciałam pójść na rodzinną terapię, gdy mój ojciec był na odwyku. Nie chciałam tam się znaleźć ze strachu, że zrobiłabym z tej terapii swoją prywatną sesję. Nie jestem dzieckiem alkoholika, jestem dzieckiem opuszczonym i ciągle gubię sens życia, bo moje życie straciło sens w bardzo młody wieku. Czasem idę tym samym chodnikiem, mijam ten sam krajobraz i nie wierzę, że od piętnastu lat noszę w sobie te same ciężary i mam ochotę krzyczeć ze złości, że nie chcę tu być, nie chcę być tym kim jestem, nie chcę widzieć tego wszystkiego, co mnie przygnębia, ale ogarnia mnie bezsilność i tylko wzdycham ciężko, bo przecież to moja wina, że nie potrafię nic z tym zrobić. To, że pozwalam ciemności tak bawić się moją duszą, również jest moją winą. Myślę więc, że zostanę w tej pracy, przetrwam ten stresujący okres przejścia z jednej gównianej umowy na drugą, a potem będę umierać dalej z nadzieją, że to skończy się szybko. Bo o ile nie będę ciężarem dla swojej rodziny z pracą i zarobkiem, to będę ciężarem dla samej siebie i nie wiem, jak długo wytrzymam w tym życiu. Jak pomyślę o tym logicznie (ha ha), to kobiety u mnie w rodzinie żyją długo, ale jeśli przede mną jeszcze czterdzieści lat - to co to jest, co to dla mnie. (Oczywiście mogę żyć krócej, moje życie nie w moich rękach.) Mimo wszystko ciężko mi z myślą, że żyję tylko nadzieją, że to wszystko się kiedyś skończy, bo to oznacza, że jestem martwa za życia, a tym samym bezużyteczna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz