1.12.2022

1121. podsumowanie roku 2022

Pomyślałam, że skoro nie dodałam tutaj nic poza kilkoma marnymi wpisami przez cały rok, to stworzę podsumowanie ostatnich dwunastu miesięcy. Nie ma to wprawdzie żadnego sensu, bo nikt tego nie przeczyta, ale niech będzie. W styczniu cierpiałam, czyli tradycyjnie zaczęłam nowy rok od bólu, tym razem fizycznego. Mój nastrój był parszywy po tym, jak mój problem ze szczęką, mimo prób jego rozwiązania przyniósł skutek odwrotny. I tak zostałam prawie bez pieniędzy, z bólem i parszywym nastrojem. 

W lutym (chyba to był luty) chodziłam na zabiegi fizjoterapeutyczne, które miały mi pomóc. I pomogły na chwilę. Zostałam bez pieniędzy tracąc resztki nadziei. Przeszukiwałam w desperacji internet, próbując znaleźć rozwiązanie. Cudem natrafiałam na mojego “wybawiciela”, fizjoterapeutę. Pamiętam, że obejrzałam z nim wywiad na youtube, który znalazłam na jakimś profilu gabinetu stomatologicznego. O ile po pierwszym spotkaniu z panem doktorem miałam nadzieję, że mój problem wkrótce zostanie rozwiązany, to po wizycie u pani doktor, która miała wykonać dla mnie szynę do spania, moje nadzieje rozwiały się ponownie. Diagnoza - skazana na aparat na zęby, a później dożywotnio na szynę. Koszty leczenia ogromne, więc wizja zostania bez pieniędzy na najbliższe kilka lat stała się realna. Dobiega koniec roku i nic w kwestii moich zębowych problemów nie ruszyło. Kolejne wizyty i badania przeciągały się tak bardzo w czasie, że minął okrągły rok i nic się nie zmieniło. Czasem zadziwia mnie, że już dwa lata żyję z przewlekłym bólem szczęki i twarzy. Może dlatego, że nie żyję i mogę schować się w domu ze swoim cierpieniem. Pamiętam jak w marcu, a może to już był kwiecień, płakałam w galerii handlowej na myśl o tym, że będę musiała czekać na kolejną wizytę prawie dwa miesiące, bo znowu  korona*irus postanowił zawitać na lekarskie salony. Siedziałam i płakałam, bo inaczej nie potrafiłam. 

Przyszła wiosna. Pomalowałam ściany w całym mieszkaniu. Chciałam zrobić to od dawna, a zapowiedź przyjazdu K. tylko mnie do tego zmotywowała. Po tym jak skończyłam malować nastało lato, prawie, bo pogoda dziwnie się popsuła, ale K. już do mnie dotarła. Tak dawno, pewnie lata świetlne, nie spędzałam z kimś czasu dwadzieścia cztery godziny na dobę, że czułam lekkie zdenerwowanie, które na szczęście minęło szybko. Mimo że nadal cierpiałam fizycznie z powodu szczęki to cieszyłam się wspólnie spędzonym czasem. Cieszyłam się brzydką pogodą w skansenie, bo przez nią nie trafiłyśmy na tłumy ludzi. Cieszyłam się wspólnym wypadem do każdej restauracji i knajpki, bo przecież nigdy z nikim nie chodzę, nawet obolała twarz tak bardzo mnie nie zasmucała. Wręczenie kelnerowi napiwku wysokości 50 złotych z powodu braku drobnych, na zawsze pozostanie w mojej pamięci, tak jak ciekawość ujrzenia jego miny, której nigdy nie zobaczę. Pana kelnera też nigdy nie spotkam. Jestem tak biedna, że to aż nierealne. Nigdy już nie pójdę do żadnego lokalu na jedzenie. Razem z K. wciągnęłyśmy się też w świat BL, to zupełnie niepojęte, że coś czego miałam już nigdy nie tykać teraz wypełnia moją pustkę. Oczywiście wychodzę z założenia, że czymś takim nie da wypełnić się tej pustki, którą noszę w sobie i myślę, że kiedyś za to słono zapłacę. A ja? Żyję życiem innych, bo nie potrafię swoim. Nigdy nie potrafiłam żyć swoim życiem; od zawsze było nie zniesienia. Co jeszcze pamiętam z pobytu K. u mnie? Jak siedziałyśmy razem nad stawem i znowu uświadomiłam sobie, że jest we mnie blokada nie do przeskoczenia, a jeśli jej nie pokonam, nie ma dla mnie ratunku. Chciałabym wyjść na ludzi. Chciałabym tyle rzeczy, ale mój umysł jest zmęczony. Pamiętam obtarte przez buty stopy K. i tę wizytę w sklepie obuwniczym, gdzie nie wiadomo po co na wejściu pracownik wita zachęcając do zakupów. Do dnia dzisiejszego uważam za nieprofesjonalną uwagę odnośnie mojej miny, zwłaszcza, że nie zastanawiam się co pięć sekund, jaki wyraz ma moja twarz, gdy po prostu oddycham. Moja emocja, będąca dla zdecydowanie młodszej ode mnie dziewczyny niechęcią, dla mnie wyrażała gzymsem fobii społecznej. 

Szkoda, że początek czerwca był chłodny. Ale mogłyśmy zrobić dwa kółka wokół jeziora i nie było jeszcze tłumów ludzi. Kiedyś to będziemy my, przechadzając się brzegiem morskiej plaży. Wtedy to nie będzie koło, będzie to linia prosta. Zwiedziłyśmy jeden z niemieckich obozów koncentracyjnych; teren ogromny, spędziłyśmy tam całe popołudnie. Dzień nie był najcieplejszy - jak każdy podczas tego pobytu - a jednak wnętrza baraków były tak duszne i zakurzone, że ciężko było w nich oddychać. Czasem i mi ciężko oddychać. K. przywiozła w prezencie książkę, która bardzo mi się podobała. Już sam fakt, że mogłam przeczytać coś w papierowej wersji sprawił mi dużo radości. Wino, które wypił brat. Na koniec K. mogła osobiście odczuć jak to jest nie mieć czym dojechać z tego miejsca, gdzie moja cierpliwość jest wystawiana na próbę każdego dnia. Mogła zobaczyć, jak to jest czekać na autobus, który nigdy nie przyjedzie. 

Potem był dalej czerwiec, chyba, bo pogoda nadal była bez szału, ale musiało być już po zakończeniu roku szkolnego, bo szkoła naprzeciwko zrobiła się pusta. Przyjechała do mnie siostrzenica, jeśli google dobrze podpowiada mi określenie stopnia pokrewieństwa. Ale to nie ważne, miałam ośmioletnią S. ze sobą każdego dnia przez dwa tygodnie. Razem spałyśmy, jadłyśmy, bawiłyśmy się i myłyśmy zęby. Czasem uciekałam na przejażdżkę rowerową. Oczywiście wtedy małoletnia zostawała z moją mamą. Dobrze było nie stresować się całą swoją sytuacją życiową, tylko skupić na obecności kolejnego gościa.  Chyba S. najbardziej zapamięta z tego pobytu to, że chciałabym mieć włosy blond, żeby być głupią blondynką, którą w duszy jestem. Do tej pory nie zmieniłam koloru włosów z oczywistego powodu - nie stać mnie na takie szaleństwa.

Potem było całe lato. Nie działo się zbyt wiele. Jeździłam rowerem to tu, to tam, i walczyłam z poczuciem bezsensu i fizycznym bólem.

We wrześniu zadzwonił do mnie Urząd Pracy z propozycją stażu. Akurat, gdy jechałam rowerem. Zatrzymałam się i spojrzałam na telefon, myśląc, że może to z konkursu, w którym brałam udział, co było nielogiczne, bo lokalizacja była niewłaściwa. Nie myśląc odebrałam i cały październik spędziłam w chłodnej sali na plebani z dziesiątką dziewczyn w wieku plus trzydzieści i dwoma dziwnymi wykładowcami. Jeden był byłym ministrem, który “na starość” rzucił wszystko i zaczął wykładać, bo wątroba na etacie w ministerstwie zaczęła szwankować. Nigdy w tak krótkim czasie nie dowiedziałam się tylu informacji o jednym człowieku. Nie trzeba było pytać, pan opowiadał o sobie sam. Choć nie powinnam pisać pan, bo pan wyznaje zasadę, że skoro się poznaliśmy i przeszliśmy “na ty”, to już do końca życia możemy się tak do siebie zwracać. Mam nadzieję, że nie spotkamy się nigdy, bo niby po co? W ciągu dwóch tygodni wypowiedziałam tam może dwa zdania, więc nadal nie miałabym nic do powiedzenia obcej osobie. Drugi pan był tajemniczy i w przeciwieństwie do wykładowcy numer jeden nie powiedział o sobie nic. Nawet nie przedstawił się z imienia i nazwiska. Nasze imiona też go nie interesowały. Też mam nadzieję, że to było jeden jedyny raz, kiedy spędziliśmy ze sobą tyle czasu. Nie zrozumcie mnie źle, zarówno wykładowcy, jak i dziewczyny byli sympatyczni, ale mnie już wszystko boli od wpuszczania do życia tylu dusz. Wszyscy wysysają ze mnie resztki energii. Pamiętam, jak zawsze była otwarta na ludzi i zawsze ich szukałam, ale po tym wszystkim, co się wydarzyło przez ostatnie dziesięć lat, które zwieńczył udar, nie mam siły na towarzystwo. Nawet mówienie ludziom “dzień dobry” mnie męczy.

Październik to również spotkanie z moimi koleżankami ze studiów. Może trudno w to uwierzyć, ale mimo upływu wielu, wielu lat, nadal utrzymujemy ze sobą kontakt , choć mieszkamy nie tak blisko, bo przykładowo, gdzie Polska, a gdzie Hiszpania, choć i Kielce to dla mnie jak drugi koniec świata.  Wszędzie jest daleko, gdy nie ma się pieniędzy.

Listopad to czekanie na kolejną wizytę u stomatologa, ortodonty i fizjoterapeuty. Nic więcej się nie wydarzyło.

Czemu zamieszczam wpis już dzisiaj, jeśli grudzień dopiero się zaczął? Nie wiem, ale nie sądzę, że w grudniu wydarzy się coś wartego uwagi, aby zamieścić to w podsumowaniu całego roku. Jeśli tak będzie, nacisnę po prostu przycisk edytuj. Szkoda, że nie da tak się zrobić z życiem, po prostu go edytować. 


DOPISEK Z DNIA 29.12

Cały grudzień męczyłam się z uczuleniem na powiekach wywołanym prawdopodobnie mocznikiem w serum do twarzy. Nie spodziewałam się, że spotka mnie takie małe nieszczęście, ale kosztowało mnie to i realne pieniądze i realny ból psychofizyczny. Jestem zmęczona i zawiedziona.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz