29.01.2015

845. O tym czemu wesele nie mogło być wesołe.

Jeszcze chwila i styczeń stanie się przeszłością. Czyżby to zapowiedź jednego wpisu na miesiąc? Niesamowite, że w przyszłości zdarzały się momenty, kiedy pisałam codziennie przy niewielkiej ilości czasu i sił, podczas gdy teraz mogłabym pisać rozprawy filozoficzne, ale bezsensowne słowa szybko odeszłyby w zapomnienie, a ja ostatecznie zostałabym pewnie „poetą wyklętym”, więc nie dziękuję, pomilczę częściej i dłużej. Zostawmy jednak te niepotrzebne myśli i przejdźmy do konkretów.
Tegoroczny styczeń kręcił się wokół przygotowań do ślubu i wesela; oczywiście nie mojego, przygotowywałam się jako gość. Skompletowanie stroju kosztowało mnie dużo wysiłku, zwłaszcza, że nie miałam w szafie ani jednej sukienki, ani pasującego do niej obuwia, więc nie było mowy o szybkim pozbyciu problemu. Ostatecznie poświęciłam więcej czasu na łażenie po sklepach niż chciałam i wydałam więcej pieniędzy niż planowałam, w dodatku nie swoich, bo przecież nie mam pracy, a nawet zgubiłam jedną bluzkę, choć nie mam pojęcia jak to się stało. Może podczas przekładania rzeczy z siatki do torby? Wydaje mi się to mało prawdopodobne, bo przecież zauważyłam spadające na ziemię ubranie. Wróciłam do domu i nie mogłam uwierzyć w to niepojęte zniknięcie. Dla mnie bluzka rozpłynęła się w powietrzu, ale jak naprawdę było – nigdy się nie dowiem. Za to w tym całym zakupowym bólu, cieszę się z nabycia nowych butów, które są dobrą inwestycją na najbliższą wiosenną przyszłość. (Planuję jej dożyć?) Odłożę jednak na bok te „babskie” sprawy, przebieranki i sklepy. Tak naprawdę mój wygląd był rzeczą, która w pewnym momencie przestała mnie interesować, bo uświadomiłam sobie, zresztą jak zawsze, że to bezsensu starać się dla jednego wieczoru, w dodatku z góry oznaczonego jako nieudany. Wystarczyło wyglądać odpowiednio do okazji, aby nie przynieść rodzinie wstydu, choć i tak planowałam unikać wszelkich obiektywów poza tym wziętym ze sobą. Nie musiałam też stroić się dla partnera, któremu na pewno byłoby milej stać przy ładnie ubranej dziewczynie, nawet jeśli o przeciętnej urodzie.
Właściwie nie wiem, od czego powinnam zacząć moją litanię bólu. Pewnie od pytania, na które nie znam odpowiedzi, czyli po co to wszystko, moje istnienie, każdy oddech i to nieustanne zawroty głowy od nadmiaru dręczących myśli. Jak napisałam do M., pewnie gdyby nie piątkowa, domowa kłótnia zahaczająca o mój brak pracy i ogólnie nieprzystosowanie do życia, na sobotnim weselu bawiłabym się lepiej, a tak było średnio, bo ciągle myślałam w panice, co zrobić, aby zmienić swoje życie z dnia na dzień, jeśli nie mam magicznej różdżki. Jestem przerażona faktem, że moje istnienie stało się nagle problem, i to nie tak, że nie zdawałam sobie z tego sprawy, w końcu już tyle lat nie potrafię się rozwiązać. Męczę się i kombinuję, wymyślam coraz to nowsze sposoby na życie, a mimo to zero wielkich odkryć. Jednak jest we mnie coś, co pozwala przyjąć mi ze stoickim spokojem własne nieszczęście. Potrafię bez żalu pogodzić się z faktem, że ani dzisiaj, ani jutro nie będę wolna i szczęśliwa. Tragizm wpisany w moje życie nie jest dla mnie wielkim problemem. Przyzwyczaiłam się i może to źle, że pozwoliłam sobie na tak wielką obojętność, ale wypadało sobie jakoś radzić, najlepiej tak, aby nie pochłonąć wielkiej ilości ofiar. Mój tragizm, czymkolwiek on jest, momentami bywa nawet zadziwiający i magiczny (jakkolwiek głupio to brzmi). Zdarza się, że w moich głupich i dziecinnych myślach jestem postacią z filmu, o której można by nakręcić dramat roku, choć z pewnością przesadzam, bo zewnętrznie reprezentuję tylko nudę. Nigdy nie chciałam być szczęśliwa na siłę, a jednak przed wszystkimi ukrywałam swoje nieszczęście (nie wliczając w to tych, którym mogłam i chciałam wyjawić prawdę, wiedząc, że nawet jeśli nie zgodzą się z moim sposobem myślenia, nie będą panikować i karcić za przygnębienie, niepojęte momentami również dla mnie samej). Nigdy nie chciałam być szczęśliwa na siłę, a jednak okazuje się, że nie mogę zrezygnować z mamienia innych osób i przekonywania, że u nas wszystko w porządku, a nasza rodzina nie potrzebuje grupowej terapii, bo najlepiej, aby smutna prawda została za zamkniętymi drzwiami. I tak niby większość chce dobrze, ale przecież zwalczanie zła złem jest błędną metodą. Momentami staję w osłupieniu, nie mogąc uwierzyć, że ktoś myśli, iż złe czyny i słowa przyniosą pozytywny efekt. Nie mogę uwierzyć w ten krzyk z błahych powodów i cofam się w rozwoju, jestem jak dziecko, które wybucha płaczem przed snem, gdy przypomni sobie, że za próbę zaprowadzenia porządku zostało skarcone i wywołało jeszcze większą burzę. O ile jestem w stanie przepłakać wszystkie noce do końca swojego życia (ale bez przesady, tak źle ze mną nie jest, w końcu nie ronię łez codziennie), o tyle mam wrażenie, że nie wytrzymam narastającego we mnie poczucia winy, strachu i przekonania, że muszę kłamać, aby zatrzymać narastające w mojej mamie poczucie winy, strach i kłamstwa. Tak nawiasem mówiąc, podejrzewam, że gdyby ktoś z mojej rodziny odkrył tego bloga, doznałby wielkiego szoku, a ja sama mogłabym kłaść się już do trumny – zawał serca z przerażenia murowany. Myślę też, że niezależnie od tego, jak bardzo próbowałabym dowieść, że nie piszę tego wszystkiego, aby, kolokwialnie mówiąc, obsmarować za plecami innych, właśnie tak zostałyby odebrane moje słowa. Chcę jednak, aby każdy, kto tu zajrzy wiedział, że produkuję ten nieprzyjemny wpis, bo muszę pozbyć się tych wstrętnych myśli, trzęsących dłoni i ścisku żołądka. Potem zwyczajnie wszystko odejdzie w niepamięć, a ja będę dziwić się każdemu słowu, które wyszło spod moich palców, a potem w zadumie spytam siebie, czy to naprawdę jestem ja. Muszę jednak przetrawić tą chorą sytuację i uwierzyć, że cała trudność polega na zmianie mojej subiektywnej oceny wszystkich zdarzeń mających miejsce w ostatnich miesiącach. I tak jak nie mogę pogodzić się ze złem czynionym w imię dobra (to w ogóle brzmi absurdalnie), tak nie potrafię pogodzić się z myślą, że wiele osób nadal żyje nieprawdziwym obrazem mnie, obrazem, który już dawno wyblakł, przez co inni błędnie rozpoznają problemy. Rozumiem jednak, że wina należy do mnie. Od dziecka trzeba było grać w otwarte karty, tylko jak mój dziecięcy umył mógł wiedzieć, że dziesięć lat później stanę się osobą, która przysparza zmartwień, gdy chce być szczera. Nagle uderza mnie fakt, że moje nieprzystosowanie do życia w wielu jego obszarach odbierane jest przez moją mamę jako jej porażka na tle wychowawczym, ale przecież jeśli wierzy w to, że nie jestem głupią osobą, powinna też wiedzieć, że rozumiem „dzieje naszej rodziny” oraz to, że pewnych rzeczy nie dało się zatrzymać. One po prostu nastąpiły i należało radzić sobie z nimi w czasie teraźniejszym, więc jak mogłabym nosić w sobie żal za winy nieumyślne. Mój stan, do którego ostatnio w chwili słabości zdarzyło mi się przyznać, licząc na odrobinę zrozumienia i spokoju, został odebrany jako złośliwość, a nawet atak. Moje intencje nie są jednak złe. Nigdy nie chciałam być szczęśliwa na siłę, a jednak zagubiłam się w kłamstwach, posyłając latami uśmiechy, za którymi kryła się rozpacz. Robiłam to jednak, aby nie martwić innych, bo smutne dzieci nie chcą sprawiać kłopotów, tymczasem teraz, gdy nie chcę już udawać, a za szczerość nie oczekuję konkretnej pomocy, jestem nasiąkniętym problemami dorosłym dzieckiem, które musi stać zupełnie kimś innym, aby odkupić niewłaściwą przeszłość. Tak to wygląda, gdy w jednym zdaniu nie potrafisz przekazać wszystkich zamkniętych w sobie lat. Powstaje jedno wielkie nieporozumienie. Jednak jeśli zacznę milczeć, stanę się cichsza, mniej obecna, wypomną mi, że z nimi nie rozmawiam, odsuwam się, pogłębiam problem. Każde rozwiązanie wydaje się niewłaściwie. Byłam przekonana, że moje „problemy” wraz z wiekiem należę już tylko do mnie, ale wygląda na to, że mama twierdzi inaczej. Do tego przecież dochodzi cały świat, który na nas patrzy. Tylko co świat o nas może wiedzieć? Zobaczy tyle, ile zaobserwuje lub ile od nas usłyszy. Reszta to dopowiedzenia, subiektywne oceny, myśli własne, które każdy ma prawo mieć, nawet gdy są niezgodne z prawdą. Nie warto przejmować się osądzającym światem. Wiem, mogłam być kimś innym, ale nie jestem, co nie znaczy, że na zawsze taka pozostanę, ale obecnie nie potrafię inaczej żyć, jestem problemem. Moja śmierć z wyboru pogłębiłaby nie przyniosłabym niczego dobrego. Poczucie winy u mojej matki wzrosłoby tragicznie, a tego przecież nie potrzebuje, jest kobietą, która i tak wystarczająco dużo przecierpiała w swoim życiu. I dlatego życie przeraża mnie tak bardzo, bo nie potrafię przestać być ciężarem, zmartwieniem, kimś nieskomplikowanym, bez tych wszystkich mniejszych lub większych urazów zaburzających codzienne funkcjonowanie, utrudniających stanie się człowiekiem obleczonym w normalność. Zarówno pozostawanie przy życiu, jak i dobrowolne zrezygnowanie z niego dają ten sam wynik – jestem dzieckiem, za którego nieprzystosowanie do życia idzie się do piekła, a co gorsza, nie jestem przecież jedynaczką. (A to temat na oddzielny wpis, którego siły nie będę miała napisać.) To wszystko brzmi tak absurdalnie, że nie wiem, czy taka jest prawda, czy może to moja wyobraźnia tworzy tak dziwne wnioski. Jest mi zwyczajnie przykro, że nie potrafię być kimś innym, więc czy powinnam za każdym razem przepraszać za wijący się we mnie bezgraniczny i równie niepojęty smutek, gdy możliwe, że nigdy ze mnie nie wypłynie? Czy w takim razie ukrywanie prawdy przed innymi w imię spokoju ich dusz jest dobre? Boże, naprawdę nie wiem. Nie umiem zmusić się do działania. Potrafię tylko czekać na cud i umierać ze strachu. Największym absurdem jest jednak to, że znalezienie pracy i wyprowadzka z domu rozwiązałyby wszystko, bo przecież człowiek lepiej śpi, gdy widzi i wie mniej. Mi samej łatwiej byłoby żyć w iluzji szczęścia na odległość. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że z czasem iluzja zniknęłaby sama wraz z nadejściem spokoju, poczuciem wolności i samodzielności, bez osądzających świadków. Tymczasem moje szanse na znalezienie pracy są małe (nie mam jej tylko/aż pół roku od ukończenia studiów), a na wyprowadzkę z domu nijakie, właśnie dlatego, że jestem tym kim jestem, czyli nikim, z pustym portfelem, obojętnością lub strachem, i wtedy wracamy do źródła, do tego, że jestem ogromnym problemem i koło się zamyka, bo gdybym nie była problemem, miałabym pracę. Pragnę zgubić się w świecie, ale nie potrafię tego wykonać. Mówię „przyjdzie lato, spakuję walizki i pójdę tam, gdzie poniosę mnie nogi, najlepiej nad morze, obojętnie które”, ale słyszę „nie możesz”. Nawet, jeśli to głupi i nierozsądny pomysł, jawi się jako jedyna szansa. Jakby konfrontacja z prawdziwym zagrożeniem utraty życia miała obudzić we mnie ostatnie pokłady chęci życia w ogóle oraz uruchomić realną walkę o przetrwanie. Ale nie mogę, bo każda ewentualna zła przygoda, która spotkałaby mnie po drodze, będzie winą mojej matki, matki, która nie będzie mogła spać po nocach ze zmartwienia, zaś z mojej ewentualnej porażki będzie musiała wytłumaczyć się całemu światu.
Mnóstwo kłamstw nigdy nie odkrytych, mnóstwo przemilczanych sytuacji nigdy nie wyjaśnionych, mnóstwo stłumionych uczuć nigdy nie wygasłych, mnóstwo błędnych myśli nigdy nie wyprostowanych. Wyjawienie tego wszystkiego byłoby śmiertelną trucizną, nawet jeśli ostatecznie prawda nie jest przerażająca, tym bardziej, że w dużym stopniu należy do przeszłości. Przeszłam już tak wiele, więc wspomnienia stały się tylko obrazami bez emocji, faktami, ale niczym znaczącym, ale jak tego dowieść, gdy inne rzeczy we mnie kuleją. Czy moja rodzina również nosi w swoich myślach „mroczną przeszłość”, której nigdy nie poznam, bo jestem dzieckiem, innym pokoleniem, które nie wie prawie nic o młodości własnych rodziców? O jakim życiu marzyła moja matka, czy marzyła w ogóle i jak bardzo wszystko stało się wielkim rozczarowaniem? Czemu mój ojciec zgubił się tak bardzo, że potrafił znaleźć jedynie ulotne szczęście w ramionach innej kobiety, aby ostatecznie zostać ze zniszczonym przez alkohol ciałem i umysłem? Życie jest niepojętne i nauczyło mnie cierpienia, często bezsensownego, ale czy to źle cierpieć, bardziej lub mniej, w różny sposób, lecz niegroźny dla innych? A może wygląda to tak, jak pisał Grzegorz Musiał w jednej ze swoich książek: „Prawdopodobnie istnieje pewien gatunek ludzi genetycznie pozbawionych nadziei, tak jak istnieje genetyczny rodzaj albinizmu lub brak jednego palca u nogi. Rozumieć tych ludzi to rozumieć pewną Najwyższą Konieczność, która za nas rządzi, której podlegają nasze kroki wiodące nas ku życiu lub ku przepaści. Są to ludzie skazani na przepaść. W ich serca wmontowano maleńkie ciało magnetyczne, ciągnące ich ku samounicestwieniu. Straszni są to ludzie. Mordują innych wcześniej niźli siebie samych. Mordują ich swoją bezsilnością. Okrucieństwem bezradnych dzieci.” Mamo, czy jestem mordercą?
Nie wierzę, że poświęciłam tak ogromną część tego wpisu na takie przykre rzeczy, podczas gdy chciałam jedynie wyjaśnić, czemu na sobotnim weselu nie mogłam bawić się dobrze. Teraz czas wrócić do właściwego celu, czyli zapisania wspomnień z samego ślubu i wesela. Może zacznę od tego, że jak już na samym początku tego wpisu nawiązałam do tego, że ostatecznie poszłam sama, choć pierwszy raz w życiu, z własnej nieprzymuszonej woli planowałam postąpić odwrotnie, lecz los chciał inaczej, więc widocznie zna się lepiej i chyba z perspektywy czasu przyznam mu rację, patrząc na to, jak bardzo sytuacja w domu utrudniała mi funkcjonowanie w sobotę. Mimo to cały czas zastanawiałam się, jakby to było być z osobą towarzyszącą, zwłaszcza, że wiem, iż wszystko byłoby wtedy nieznane, świeże, zaskakujące, dziwne, a tak pozostało po staremu, więc chyba dobrze, bo wiem, że w innym przypadku moja rodzina narobiłaby sobie chorych nadziei na moją normalność i już widzę oczami wyobraźni, jak „nieśliby mi suknię z welonem”. Mimo to zastanawiałam się, aż w pewnym momencie zastanawianie się straciło sens. Na brak towarzystwa jednak nie narzekałam, bo poza mną z mojej rodziny bez osób towarzyszących przyszło pięć osób, więc zarówno przy stole, jak i na parkiecie nie byłam samotna, dzięki czemu mogłam skupić myśli na mniej przykrych rzeczach. Pamiętam tylko jeden moment, kiedy siedząc przy stole i wpatrując się w część taneczną sali, gdzie dzieci tarzały się po podłodze, bo orkiestra akurat miała przerwę, wyobraziłam sobie, jak zamiast nich stoję na środku sali, z przyłożonym do skroni pistoletem, a po chwili histerycznego śmiechu pociągam za spust i padam na ziemię, brudząc wszystko dookoła krwią. Potem skarciłam się w myślach za tak głupią wizję. Niby jakim cudem pistolet miałby znaleźć się w mojej dłoni? Chyba tylko taki na wodę. Do tego okazałabym skończoną egoistką, robiąc coś tak idiotycznego w dniu ślubu swojej siostry ciotecznej, w dodatku przy całej rodzinie. Wydarzenie podniosłe i piękne na zawsze łączyło się z moją brutalną śmiercią; radość przemieniałaby się w rozpacz; i choć mój ciężar odszedłby wraz ze mną, we wszystkich świadkach wydarzenia tkwiłby dalej. Podejrzewam, że ten okropny obraz wypełzną przed moje oczy w połączeniu wspomnienia piątkowej kłótni z filmem „Taxi Driver” i padającymi tam słowami: „I just wanna go out and, you know like, really, really… really do something. I’ve got some bad ideas in my head”, które mają wpływ na późniejszą, krwawą filmową akcję.
To straszne, że napisałam już tak wiele, ale nadal nie zaczęłam od początku. Zanim znalazłam się w domu weselnym, dotarłam z rodziną do kościoła. Miało to być moje pierwsze uczestnictwo w ślubie zimową porą, a tymczasem w styczniu nastała jesień, ponura, deszczowa, chłodna. Parasol jednak okazał się zbędny tego dnia. I choć o śniegu oraz białych krajobrazach mogłam zapomnieć, kościół dostarczył mi zimowego klimatu. Ostrzegali, że jest to wyjątkowo chłodny budynek, i był, bez ogrzewania. Oczywiście ubrałam się jak na wyjście w wiosenny wieczór, cienkie rajstopy, krótka spódniczka, koronkowa bluzka, cienki płaszcz, pantofle, bez czapki i z cienką chustką wokół szyi. Miałam za to rękawiczki, które pomogły mi w utrzymaniu wrażenia, że jeszcze coś mnie ogrzewa. Ostatecznie wyszłam z mszy przemarznięta z zapowiadającym się bólem głowy/zatok, który pod koniec mojego pobytu na weselu wraz ze zmęczeniem sprawił, że czułam się szczęśliwie nieżywa.
Jest coś przykrego w myśli, że jedyna szansa na rozrywkę w przeciągu kilku miesięcy została przeze mnie zmarnowana. Fakt, uroczystość w kościele była piękna, a ksiądz szczerze życzliwy, co mnie mile zaskoczyło, ale momentami nie potrafiłam skupić się na teraźniejszości i w panice myślałam, co będzie, gdy obudzę się na drugi dzień, już po wszystkim, w ponurej rzeczywistości, i nadal nie znajdę lekarstwa na swoje zmartwienia. Błądziłam wzrokiem po wystroju kościoła i przyglądałam się ukradkiem gościom, próbując wyobrazić sobie, jakbym zachowywała się, będąc w towarzystwie kolegi, tak jakby ta dziwna myśl miała mnie jednocześnie dobić i pocieszyć. Przyjęcie weselne, jak to przyjęcie weselne, huczne, okazałe, z mnóstwem gości, z głośną muzyką, donośnym śmiechem, pijanym śpiewem, szalonymi tańcami, żartobliwymi rozmowami, dziwnymi zabawami i przyśpiewkami, stołami obficie nakrytymi jedzeniem. To wszystko z pewnością było fantastyczne, słyszałam jak kilka osób komentowało jak dobrze się bawią, lecz sama nie potrafiłam odnaleźć się w tym chaosie, z ukrytymi w sobie zmartwieniami. Nawet, jeśli znalazłam dobrego partnera i towarzysza w moim młodszym bracie ciotecznym na cały wieczór i potrafiłam uśmiechnąć się przy nim szczerze, ciągle wracała do mnie myśl, że tak naprawdę pozostaję samotna z prawdą, której nie mogę nikomu wyjawić, z tym pistoletem przy skroni, bez obecności kolegi, który i tak wie już o mnie za dużo, z życzeniami dobrej zabawi które nie mogły się spełnić, z brakiem zdjęć na pamiątkę, z trzema kieliszkami wódki rozlanymi po ciele i wzrokiem wyszukującym w tłumie sylwetek mamy i brata w obawie ujrzeniem sprzeczki na temat jego zachowania. Mój brat, i owszem, wypił dużo, ale nie na tyle, aby ostatecznie stracić nad sobą kontrolę czy leżeć pod stołem. W sumie nikt nie zaliczył takiej wpadki, a przynajmniej do momentu, w którym byłam na miejscu, czyli do pierwszej w nocy. Nie zmienia to jednak tego, że mój brat prawdopodobnie pojawi się na wielu „zabawnych” ujęciach weselnego wideo. Sama nakręciłam kilka scen, z których nie był do końca zadowolony, ale prawdą jest, że ostatecznie nie zrobił nic złego, po prostu pokazał jak dobrze się bawił, lecz mama, właśnie mama. Przecież wszyscy obejrzą, pośmieją się, zapomną, płytę z nagraniem pokryje kurz.
Jak napisałam ostatnio do M., tak teraz mogłabym powtórzyć swoje słowa; chciałabym się nigdy nie urodzić, ale jest już za późno, a ja nie wiem, naprawdę nie wiem. Nie wiem, jak być dobrym człowiekiem, bo czasem mam wrażenie, że nie potrafię odróżnić dobra od zła. Myślę o tej notce, którą tworzyłam przez kilka dni i zastanawiam się, czy ją opublikować. Jestem zmęczona i bez pomysłu na to, co dalej i chyba powinnam napisać tylko tyle, zamiast tych wszystkich słów, nic nie wartych. Obiecałam paru osobom, że gdy uda mi się przetrwać i ruszyć do przodu, spotkamy się, a ja obietnic dotrzymuję, tak jak inni nie dotrzymali swoich składanych mi. Lecz teraz zastanawiam się, czy nie łatwiej było mi obiecać, bo zwyczajnie brak we mnie nadziei, że uda mi się zajść dale niż tu gdzie jestem. Choć to nie tak, że nie chciałabym ponownie zobaczyć tych wszystkich, według mojej mamy, istniejących tylko w internecie ludzi. Tylko, że ci wszyscy są dla mnie realnymi postaciami, niezależnie od tego, czy miałam już okazję spotkać ich na żywo, czy jeszcze nie, i przepraszam, że mam znajomych, z którymi dzielą mnie kilometry, nawet setki kilometrów, przepraszam, że wolę siedzieć sama niż zadowalać się obecnością ludzi, w których towarzystwie czuję się obco i jeszcze gorzej, by potem nosić w sobie poczucie winy, że nie potrafiłam odezwać się słowem w ich obecności. Moje przyjaciółki od lat, moje koleżanki ze studiów, nawet mój kolega, z którym miałam iść na wesele, tak mamo, oni wszyscy są fikcją, więc czemu miałabyś myśleć, że mam znajomych z krwi i kości, skoro nie widzisz ich codziennie przy moim boku, ale mamo, oni mają swoje życie i wszyscy próbujemy, raz lepiej, raz gorzej, wydostać się z ograniczeń, jakie narzuciła na nas rzeczywistość, i nie możemy obiecać sobie, że będziemy widywać się częściej, a wiem, że wszyscy byśmy chcieli, aby nasze życia i relacje wyglądały inaczej, więc mamo, czy nie warto korzystać z dobrodziejstwa ułatwiającego kontakt jakim jest internet, zamiast milczeć i stracić tych kilka ważnych osób. Cholera, zaraz będę płakać z tęsknoty, a zdarza mi się to bardzo rzadko.
Ten wpis to jedna wielka tragedia. Mam nadzieję, że nikt nie miał siły, aby przeczytać go w całości. Mam też nadzieję, że nikt niepowołany nie zorientuje się, że to ja jestem autorem, bo nie chciałabym pokutować za wolność słowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz