Jeszcze chwila i styczeń stanie się
przeszłością. Czyżby to zapowiedź jednego wpisu na miesiąc? Niesamowite,
że w przyszłości zdarzały się momenty, kiedy pisałam codziennie przy
niewielkiej ilości czasu i sił, podczas gdy teraz mogłabym pisać
rozprawy filozoficzne, ale bezsensowne słowa szybko odeszłyby w
zapomnienie, a ja ostatecznie zostałabym pewnie „poetą wyklętym”, więc
nie dziękuję, pomilczę częściej i dłużej. Zostawmy jednak te
niepotrzebne myśli i przejdźmy do konkretów.
Tegoroczny styczeń kręcił się wokół
przygotowań do ślubu i wesela; oczywiście nie mojego, przygotowywałam
się jako gość. Skompletowanie stroju kosztowało mnie dużo wysiłku,
zwłaszcza, że nie miałam w szafie ani jednej sukienki, ani pasującego do
niej obuwia, więc nie było mowy o szybkim pozbyciu problemu.
Ostatecznie poświęciłam więcej czasu na łażenie po sklepach niż chciałam
i wydałam więcej pieniędzy niż planowałam, w dodatku nie swoich, bo
przecież nie mam pracy, a nawet zgubiłam jedną bluzkę, choć nie mam
pojęcia jak to się stało. Może podczas przekładania rzeczy z siatki do
torby? Wydaje mi się to mało prawdopodobne, bo przecież zauważyłam
spadające na ziemię ubranie. Wróciłam do domu i nie mogłam uwierzyć w to
niepojęte zniknięcie. Dla mnie bluzka rozpłynęła się w powietrzu, ale
jak naprawdę było – nigdy się nie dowiem. Za to w tym całym zakupowym
bólu, cieszę się z nabycia nowych butów, które są dobrą inwestycją na
najbliższą wiosenną przyszłość. (Planuję jej dożyć?) Odłożę jednak na
bok te „babskie” sprawy, przebieranki i sklepy. Tak naprawdę mój wygląd
był rzeczą, która w pewnym momencie przestała mnie interesować, bo
uświadomiłam sobie, zresztą jak zawsze, że to bezsensu starać się dla
jednego wieczoru, w dodatku z góry oznaczonego jako nieudany.
Wystarczyło wyglądać odpowiednio do okazji, aby nie przynieść rodzinie
wstydu, choć i tak planowałam unikać wszelkich obiektywów poza tym
wziętym ze sobą. Nie musiałam też stroić się dla partnera, któremu na pewno
byłoby milej stać przy ładnie ubranej dziewczynie, nawet jeśli o
przeciętnej urodzie.
Właściwie nie wiem, od czego powinnam
zacząć moją litanię bólu. Pewnie od pytania, na które nie znam
odpowiedzi, czyli po co to wszystko, moje istnienie, każdy oddech i to
nieustanne zawroty głowy od nadmiaru dręczących myśli. Jak napisałam do
M., pewnie gdyby nie piątkowa, domowa kłótnia zahaczająca o mój brak
pracy i ogólnie nieprzystosowanie do życia, na sobotnim weselu bawiłabym
się lepiej, a tak było średnio, bo ciągle myślałam w panice, co zrobić,
aby zmienić swoje życie z dnia na dzień, jeśli nie mam magicznej
różdżki. Jestem przerażona faktem, że moje istnienie stało się nagle
problem, i to nie tak, że nie zdawałam sobie z tego sprawy, w końcu już
tyle lat nie potrafię się rozwiązać. Męczę się i kombinuję, wymyślam
coraz to nowsze sposoby na życie, a mimo to zero wielkich odkryć. Jednak
jest we mnie coś, co pozwala przyjąć mi ze stoickim spokojem własne
nieszczęście. Potrafię bez żalu pogodzić się z faktem, że ani dzisiaj,
ani jutro nie będę wolna i szczęśliwa. Tragizm wpisany w moje życie nie
jest dla mnie wielkim problemem. Przyzwyczaiłam się i może to źle, że
pozwoliłam sobie na tak wielką obojętność, ale wypadało sobie jakoś
radzić, najlepiej tak, aby nie pochłonąć wielkiej ilości ofiar. Mój
tragizm, czymkolwiek on jest, momentami bywa nawet zadziwiający i
magiczny (jakkolwiek głupio to brzmi). Zdarza się, że w moich głupich i
dziecinnych myślach jestem postacią z filmu, o której można by nakręcić
dramat roku, choć z pewnością przesadzam, bo zewnętrznie reprezentuję
tylko nudę. Nigdy nie chciałam być szczęśliwa na siłę, a jednak przed
wszystkimi ukrywałam swoje nieszczęście (nie wliczając w to tych, którym
mogłam i chciałam wyjawić prawdę, wiedząc, że nawet jeśli nie zgodzą
się z moim sposobem myślenia, nie będą panikować i karcić za
przygnębienie, niepojęte momentami również dla mnie samej). Nigdy nie
chciałam być szczęśliwa na siłę, a jednak okazuje się, że nie mogę
zrezygnować z mamienia innych osób i przekonywania, że u nas wszystko w
porządku, a nasza rodzina nie potrzebuje grupowej terapii, bo najlepiej,
aby smutna prawda została za zamkniętymi drzwiami. I tak niby większość
chce dobrze, ale przecież zwalczanie zła złem jest błędną metodą.
Momentami staję w osłupieniu, nie mogąc uwierzyć, że ktoś myśli, iż złe
czyny i słowa przyniosą pozytywny efekt. Nie mogę uwierzyć w ten krzyk z
błahych powodów i cofam się w rozwoju, jestem jak dziecko, które
wybucha płaczem przed snem, gdy przypomni sobie, że za próbę
zaprowadzenia porządku zostało skarcone i wywołało jeszcze większą
burzę. O ile jestem w stanie przepłakać wszystkie noce do końca swojego
życia (ale bez przesady, tak źle ze mną nie jest, w końcu nie ronię łez
codziennie), o tyle mam wrażenie, że nie wytrzymam narastającego we mnie
poczucia winy, strachu i przekonania, że muszę kłamać, aby zatrzymać
narastające w mojej mamie poczucie winy, strach i kłamstwa. Tak nawiasem
mówiąc, podejrzewam, że gdyby ktoś z mojej rodziny odkrył tego bloga,
doznałby wielkiego szoku, a ja sama mogłabym kłaść się już do trumny –
zawał serca z przerażenia murowany. Myślę też, że niezależnie od tego,
jak bardzo próbowałabym dowieść, że nie piszę tego wszystkiego, aby,
kolokwialnie mówiąc, obsmarować za plecami innych, właśnie tak zostałyby
odebrane moje słowa. Chcę jednak, aby każdy, kto tu zajrzy wiedział, że
produkuję ten nieprzyjemny wpis, bo muszę pozbyć się tych wstrętnych
myśli, trzęsących dłoni i ścisku żołądka. Potem zwyczajnie wszystko
odejdzie w niepamięć, a ja będę dziwić się każdemu słowu, które wyszło
spod moich palców, a potem w zadumie spytam siebie, czy to naprawdę
jestem ja. Muszę jednak przetrawić tą chorą sytuację i uwierzyć, że cała
trudność polega na zmianie mojej subiektywnej oceny wszystkich zdarzeń
mających miejsce w ostatnich miesiącach. I tak jak nie mogę pogodzić się
ze złem czynionym w imię dobra (to w ogóle brzmi absurdalnie), tak nie
potrafię pogodzić się z myślą, że wiele osób nadal żyje nieprawdziwym
obrazem mnie, obrazem, który już dawno wyblakł, przez co inni błędnie
rozpoznają problemy. Rozumiem jednak, że wina należy do mnie. Od dziecka
trzeba było grać w otwarte karty, tylko jak mój dziecięcy umył mógł
wiedzieć, że dziesięć lat później stanę się osobą, która przysparza
zmartwień, gdy chce być szczera. Nagle uderza mnie fakt, że moje
nieprzystosowanie do życia w wielu jego obszarach odbierane jest przez
moją mamę jako jej porażka na tle wychowawczym, ale przecież jeśli
wierzy w to, że nie jestem głupią osobą, powinna też wiedzieć, że
rozumiem „dzieje naszej rodziny” oraz to, że pewnych rzeczy nie dało się
zatrzymać. One po prostu nastąpiły i należało radzić sobie z nimi w
czasie teraźniejszym, więc jak mogłabym nosić w sobie żal za winy
nieumyślne. Mój stan, do którego ostatnio w chwili słabości zdarzyło mi
się przyznać, licząc na odrobinę zrozumienia i spokoju, został odebrany
jako złośliwość, a nawet atak. Moje intencje nie są jednak złe. Nigdy
nie chciałam być szczęśliwa na siłę, a jednak zagubiłam się w
kłamstwach, posyłając latami uśmiechy, za którymi kryła się rozpacz.
Robiłam to jednak, aby nie martwić innych, bo smutne dzieci nie chcą
sprawiać kłopotów, tymczasem teraz, gdy nie chcę już udawać, a za
szczerość nie oczekuję konkretnej pomocy, jestem nasiąkniętym problemami
dorosłym dzieckiem, które musi stać zupełnie kimś innym, aby odkupić
niewłaściwą przeszłość. Tak to wygląda, gdy w jednym zdaniu nie
potrafisz przekazać wszystkich zamkniętych w sobie lat. Powstaje jedno
wielkie nieporozumienie. Jednak jeśli zacznę milczeć, stanę się cichsza,
mniej obecna, wypomną mi, że z nimi nie rozmawiam, odsuwam się,
pogłębiam problem. Każde rozwiązanie wydaje się niewłaściwie. Byłam
przekonana, że moje „problemy” wraz z wiekiem należę już tylko do mnie,
ale wygląda na to, że mama twierdzi inaczej. Do tego przecież dochodzi
cały świat, który na nas patrzy. Tylko co świat o nas może wiedzieć?
Zobaczy tyle, ile zaobserwuje lub ile od nas usłyszy. Reszta to
dopowiedzenia, subiektywne oceny, myśli własne, które każdy ma prawo
mieć, nawet gdy są niezgodne z prawdą. Nie warto przejmować się
osądzającym światem. Wiem, mogłam być kimś innym, ale nie jestem, co nie
znaczy, że na zawsze taka pozostanę, ale obecnie nie potrafię inaczej
żyć, jestem problemem. Moja śmierć z wyboru pogłębiłaby nie
przyniosłabym niczego dobrego. Poczucie winy u mojej matki wzrosłoby
tragicznie, a tego przecież nie potrzebuje, jest kobietą, która i tak
wystarczająco dużo przecierpiała w swoim życiu. I dlatego życie przeraża
mnie tak bardzo, bo nie potrafię przestać być ciężarem, zmartwieniem,
kimś nieskomplikowanym, bez tych wszystkich mniejszych lub większych
urazów zaburzających codzienne funkcjonowanie, utrudniających stanie się
człowiekiem obleczonym w normalność. Zarówno pozostawanie przy życiu,
jak i dobrowolne zrezygnowanie z niego dają ten sam wynik – jestem
dzieckiem, za którego nieprzystosowanie do życia idzie się do piekła, a
co gorsza, nie jestem przecież jedynaczką. (A to temat na oddzielny
wpis, którego siły nie będę miała napisać.) To wszystko brzmi tak
absurdalnie, że nie wiem, czy taka jest prawda, czy może to moja
wyobraźnia tworzy tak dziwne wnioski. Jest mi zwyczajnie przykro, że nie
potrafię być kimś innym, więc czy powinnam za każdym razem przepraszać
za wijący się we mnie bezgraniczny i równie niepojęty smutek, gdy
możliwe, że nigdy ze mnie nie wypłynie? Czy w takim razie ukrywanie
prawdy przed innymi w imię spokoju ich dusz jest dobre? Boże, naprawdę
nie wiem. Nie umiem zmusić się do działania. Potrafię tylko czekać na
cud i umierać ze strachu. Największym absurdem jest jednak to, że
znalezienie pracy i wyprowadzka z domu rozwiązałyby wszystko, bo
przecież człowiek lepiej śpi, gdy widzi i wie mniej. Mi samej łatwiej
byłoby żyć w iluzji szczęścia na odległość. Istnieje duże
prawdopodobieństwo, że z czasem iluzja zniknęłaby sama wraz z nadejściem
spokoju, poczuciem wolności i samodzielności, bez osądzających
świadków. Tymczasem moje szanse na znalezienie pracy są małe (nie mam
jej tylko/aż pół roku od ukończenia studiów), a na wyprowadzkę z domu
nijakie, właśnie dlatego, że jestem tym kim jestem, czyli nikim, z
pustym portfelem, obojętnością lub strachem, i wtedy wracamy do źródła,
do tego, że jestem ogromnym problemem i koło się zamyka, bo gdybym nie
była problemem, miałabym pracę. Pragnę zgubić się w świecie, ale nie
potrafię tego wykonać. Mówię „przyjdzie lato, spakuję walizki i pójdę
tam, gdzie poniosę mnie nogi, najlepiej nad morze, obojętnie które”, ale
słyszę „nie możesz”. Nawet, jeśli to głupi i nierozsądny pomysł, jawi
się jako jedyna szansa. Jakby konfrontacja z prawdziwym zagrożeniem
utraty życia miała obudzić we mnie ostatnie pokłady chęci życia w ogóle
oraz uruchomić realną walkę o przetrwanie. Ale nie mogę, bo każda
ewentualna zła przygoda, która spotkałaby mnie po drodze, będzie winą
mojej matki, matki, która nie będzie mogła spać po nocach ze
zmartwienia, zaś z mojej ewentualnej porażki będzie musiała wytłumaczyć
się całemu światu.
Mnóstwo kłamstw nigdy nie odkrytych,
mnóstwo przemilczanych sytuacji nigdy nie wyjaśnionych, mnóstwo
stłumionych uczuć nigdy nie wygasłych, mnóstwo błędnych myśli nigdy nie
wyprostowanych. Wyjawienie tego wszystkiego byłoby śmiertelną trucizną,
nawet jeśli ostatecznie prawda nie jest przerażająca, tym bardziej, że w
dużym stopniu należy do przeszłości. Przeszłam już tak wiele, więc
wspomnienia stały się tylko obrazami bez emocji, faktami, ale niczym
znaczącym, ale jak tego dowieść, gdy inne rzeczy we mnie kuleją. Czy
moja rodzina również nosi w swoich myślach „mroczną przeszłość”, której
nigdy nie poznam, bo jestem dzieckiem, innym pokoleniem, które nie wie
prawie nic o młodości własnych rodziców? O jakim życiu marzyła moja
matka, czy marzyła w ogóle i jak bardzo wszystko stało się wielkim
rozczarowaniem? Czemu mój ojciec zgubił się tak bardzo, że potrafił
znaleźć jedynie ulotne szczęście w ramionach innej kobiety, aby
ostatecznie zostać ze zniszczonym przez alkohol ciałem i umysłem? Życie
jest niepojętne i nauczyło mnie cierpienia, często bezsensownego, ale
czy to źle cierpieć, bardziej lub mniej, w różny sposób, lecz niegroźny
dla innych? A może wygląda to tak, jak pisał Grzegorz Musiał w jednej
ze swoich książek: „Prawdopodobnie istnieje pewien gatunek ludzi
genetycznie pozbawionych nadziei, tak jak istnieje genetyczny rodzaj
albinizmu lub brak jednego palca u nogi. Rozumieć tych ludzi to rozumieć
pewną Najwyższą Konieczność, która za nas rządzi, której podlegają
nasze kroki wiodące nas ku życiu lub ku przepaści. Są to ludzie skazani
na przepaść. W ich serca wmontowano maleńkie ciało magnetyczne, ciągnące
ich ku samounicestwieniu. Straszni są to ludzie. Mordują innych
wcześniej niźli siebie samych. Mordują ich swoją bezsilnością.
Okrucieństwem bezradnych dzieci.” Mamo, czy jestem mordercą?
Nie wierzę, że poświęciłam tak ogromną
część tego wpisu na takie przykre rzeczy, podczas gdy chciałam jedynie
wyjaśnić, czemu na sobotnim weselu nie mogłam bawić się dobrze. Teraz
czas wrócić do właściwego celu, czyli zapisania wspomnień z samego ślubu
i wesela. Może zacznę od tego, że jak już na samym początku tego wpisu
nawiązałam do tego, że ostatecznie poszłam sama, choć pierwszy raz w
życiu, z własnej nieprzymuszonej woli planowałam postąpić odwrotnie,
lecz los chciał inaczej, więc widocznie zna się lepiej i chyba z
perspektywy czasu przyznam mu rację, patrząc na to, jak bardzo sytuacja w
domu utrudniała mi funkcjonowanie w sobotę. Mimo to cały czas
zastanawiałam się, jakby to było być z osobą towarzyszącą, zwłaszcza, że
wiem, iż wszystko byłoby wtedy nieznane, świeże, zaskakujące, dziwne, a
tak pozostało po staremu, więc chyba dobrze, bo wiem, że w innym
przypadku moja rodzina narobiłaby sobie chorych nadziei na moją
normalność i już widzę oczami wyobraźni, jak „nieśliby mi suknię z
welonem”. Mimo to zastanawiałam się, aż w pewnym momencie zastanawianie
się straciło sens. Na brak towarzystwa jednak nie narzekałam, bo poza
mną z mojej rodziny bez osób towarzyszących przyszło pięć osób, więc
zarówno przy stole, jak i na parkiecie nie byłam samotna, dzięki czemu
mogłam skupić myśli na mniej przykrych rzeczach. Pamiętam tylko jeden
moment, kiedy siedząc przy stole i wpatrując się w część taneczną sali,
gdzie dzieci tarzały się po podłodze, bo orkiestra akurat miała przerwę,
wyobraziłam sobie, jak zamiast nich stoję na środku sali, z przyłożonym
do skroni pistoletem, a po chwili histerycznego śmiechu pociągam za
spust i padam na ziemię, brudząc wszystko dookoła krwią. Potem skarciłam
się w myślach za tak głupią wizję. Niby jakim cudem pistolet miałby
znaleźć się w mojej dłoni? Chyba tylko taki na wodę. Do tego okazałabym
skończoną egoistką, robiąc coś tak idiotycznego w dniu ślubu swojej
siostry ciotecznej, w dodatku przy całej rodzinie. Wydarzenie podniosłe i
piękne na zawsze łączyło się z moją brutalną śmiercią; radość
przemieniałaby się w rozpacz; i choć mój ciężar odszedłby wraz ze mną,
we wszystkich świadkach wydarzenia tkwiłby dalej. Podejrzewam, że ten
okropny obraz wypełzną przed moje oczy w połączeniu wspomnienia
piątkowej kłótni z filmem „Taxi Driver” i padającymi tam słowami: „I
just wanna go out and, you know like, really, really… really do
something. I’ve got some bad ideas in my head”, które mają wpływ na
późniejszą, krwawą filmową akcję.
To straszne, że napisałam już tak wiele,
ale nadal nie zaczęłam od początku. Zanim znalazłam się w domu weselnym,
dotarłam z rodziną do kościoła. Miało to być moje pierwsze uczestnictwo
w ślubie zimową porą, a tymczasem w styczniu nastała jesień, ponura,
deszczowa, chłodna. Parasol jednak okazał się zbędny tego dnia. I choć o
śniegu oraz białych krajobrazach mogłam zapomnieć, kościół dostarczył
mi zimowego klimatu. Ostrzegali, że jest to wyjątkowo chłodny budynek, i
był, bez ogrzewania. Oczywiście ubrałam się jak na wyjście w wiosenny
wieczór, cienkie rajstopy, krótka spódniczka, koronkowa bluzka, cienki
płaszcz, pantofle, bez czapki i z cienką chustką wokół szyi. Miałam za
to rękawiczki, które pomogły mi w utrzymaniu wrażenia, że jeszcze coś
mnie ogrzewa. Ostatecznie wyszłam z mszy przemarznięta z zapowiadającym
się bólem głowy/zatok, który pod koniec mojego pobytu na weselu wraz ze
zmęczeniem sprawił, że czułam się szczęśliwie nieżywa.
Jest coś przykrego w myśli, że jedyna
szansa na rozrywkę w przeciągu kilku miesięcy została przeze mnie
zmarnowana. Fakt, uroczystość w kościele była piękna, a ksiądz szczerze
życzliwy, co mnie mile zaskoczyło, ale momentami nie potrafiłam skupić
się na teraźniejszości i w panice myślałam, co będzie, gdy obudzę się na
drugi dzień, już po wszystkim, w ponurej rzeczywistości, i nadal nie
znajdę lekarstwa na swoje zmartwienia. Błądziłam wzrokiem po wystroju
kościoła i przyglądałam się ukradkiem gościom, próbując wyobrazić sobie,
jakbym zachowywała się, będąc w towarzystwie kolegi, tak jakby ta
dziwna myśl miała mnie jednocześnie dobić i pocieszyć. Przyjęcie
weselne, jak to przyjęcie weselne, huczne, okazałe, z mnóstwem gości, z
głośną muzyką, donośnym śmiechem, pijanym śpiewem, szalonymi tańcami,
żartobliwymi rozmowami, dziwnymi zabawami i przyśpiewkami, stołami
obficie nakrytymi jedzeniem. To wszystko z pewnością było fantastyczne,
słyszałam jak kilka osób komentowało jak dobrze się bawią, lecz sama nie
potrafiłam odnaleźć się w tym chaosie, z ukrytymi w sobie
zmartwieniami. Nawet, jeśli znalazłam dobrego partnera i towarzysza w
moim młodszym bracie ciotecznym na cały wieczór i potrafiłam uśmiechnąć
się przy nim szczerze, ciągle wracała do mnie myśl, że tak naprawdę
pozostaję samotna z prawdą, której nie mogę nikomu wyjawić, z tym
pistoletem przy skroni, bez obecności kolegi, który i tak wie już o
mnie za dużo, z życzeniami dobrej zabawi które nie mogły się spełnić, z
brakiem zdjęć na pamiątkę, z trzema kieliszkami wódki rozlanymi po ciele
i wzrokiem wyszukującym w tłumie sylwetek mamy i brata w obawie
ujrzeniem sprzeczki na temat jego zachowania. Mój brat, i owszem, wypił
dużo, ale nie na tyle, aby ostatecznie stracić nad sobą kontrolę czy
leżeć pod stołem. W sumie nikt nie zaliczył takiej wpadki, a
przynajmniej do momentu, w którym byłam na miejscu, czyli do pierwszej w
nocy. Nie zmienia to jednak tego, że mój brat prawdopodobnie pojawi się
na wielu „zabawnych” ujęciach weselnego wideo. Sama nakręciłam kilka
scen, z których nie był do końca zadowolony, ale prawdą jest, że
ostatecznie nie zrobił nic złego, po prostu pokazał jak dobrze się
bawił, lecz mama, właśnie mama. Przecież wszyscy obejrzą, pośmieją się,
zapomną, płytę z nagraniem pokryje kurz.
Jak napisałam ostatnio do M., tak teraz
mogłabym powtórzyć swoje słowa; chciałabym się nigdy nie urodzić, ale
jest już za późno, a ja nie wiem, naprawdę nie wiem. Nie wiem, jak być
dobrym człowiekiem, bo czasem mam wrażenie, że nie potrafię odróżnić
dobra od zła. Myślę o tej notce, którą tworzyłam przez kilka dni i
zastanawiam się, czy ją opublikować. Jestem zmęczona i bez pomysłu na
to, co dalej i chyba powinnam napisać tylko tyle, zamiast tych
wszystkich słów, nic nie wartych. Obiecałam paru osobom, że gdy uda mi
się przetrwać i ruszyć do przodu, spotkamy się, a ja obietnic
dotrzymuję, tak jak inni nie dotrzymali swoich składanych mi. Lecz teraz
zastanawiam się, czy nie łatwiej było mi obiecać, bo zwyczajnie brak we
mnie nadziei, że uda mi się zajść dale niż tu gdzie jestem. Choć to nie
tak, że nie chciałabym ponownie zobaczyć tych wszystkich, według mojej
mamy, istniejących tylko w internecie ludzi. Tylko, że ci wszyscy są dla
mnie realnymi postaciami, niezależnie od tego, czy miałam już okazję
spotkać ich na żywo, czy jeszcze nie, i przepraszam, że mam znajomych, z
którymi dzielą mnie kilometry, nawet setki kilometrów, przepraszam, że
wolę siedzieć sama niż zadowalać się obecnością ludzi, w których
towarzystwie czuję się obco i jeszcze gorzej, by potem nosić w sobie
poczucie winy, że nie potrafiłam odezwać się słowem w ich obecności.
Moje przyjaciółki od lat, moje koleżanki ze studiów, nawet mój kolega, z
którym miałam iść na wesele, tak mamo, oni wszyscy są fikcją, więc
czemu miałabyś myśleć, że mam znajomych z krwi i kości, skoro nie
widzisz ich codziennie przy moim boku, ale mamo, oni mają swoje życie i
wszyscy próbujemy, raz lepiej, raz gorzej, wydostać się z ograniczeń,
jakie narzuciła na nas rzeczywistość, i nie możemy obiecać sobie, że
będziemy widywać się częściej, a wiem, że wszyscy byśmy chcieli, aby
nasze życia i relacje wyglądały inaczej, więc mamo, czy nie warto
korzystać z dobrodziejstwa ułatwiającego kontakt jakim jest internet,
zamiast milczeć i stracić tych kilka ważnych osób. Cholera, zaraz będę
płakać z tęsknoty, a zdarza mi się to bardzo rzadko.
Ten wpis to jedna wielka tragedia. Mam
nadzieję, że nikt nie miał siły, aby przeczytać go w całości. Mam też
nadzieję, że nikt niepowołany nie zorientuje się, że to ja jestem
autorem, bo nie chciałabym pokutować za wolność słowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz