11.02.2015

846. Filmy bolą.


Odczuwam niedobór dobrego (według mojej subiektywnej oceny) kina. Niesamowite, że rok temu byłam w „filmowym ciągu”, a każdy kolejny tytuł okazywał się trafionym wyborem. Brakuje mi tego. Oglądam też mniej, bo trudniej zdecydować mi się na seans „dla odhaczenia kolejnego tytuły”, podczas gdy wolałabym włączyć film, którego nigdzie nie mogę dostać. W takich momentach powracam myślami do ulubionych produkcji; przed oczami migają mi znaczące sceny, ważne dla mnie, najbardziej lubię, gdy film boli; najpierw delikatnie wbija szpilki w skórę rąk, a potem niespodziewanie dźga nożem prosto w serce. Wykonuję codzienne czynności; myję zęby, przygotowuję posiłek, siedzę próbując skupić się na jakiejś czynności, leżę w łóżku przed snem gdy nagle i niespodziewanie jedna z filmowych scen wkrada się do moich myśli i tak zaczynam krwawić na nowo. Postanowiłam więc, że w jednym wpisie zamieszczę wybrane (kolejność przypadkowa) filmy, których fragmenty zamieszkały we mnie jak duchy, czasem dobre, czasem złe. 

1. „Hamam. Łaźnia turecka” (1997, reż. Ferzan Özpetek)

Film o szukaniu swojego miejsca na ziemi. Jedyny pełnometrażowy, któremu przyznałam dziesięć punktów z dziesięciu możliwych na filmweb.pl, bo uznałam, że idealnie nadaje się na mój „film wizytówkę”. Chciałabym kiedyś z tym samym spokojem, który maluje się na twarzy Marty, spojrzeć na panoramę miasta, które pokocham. 
Stambuł jest tym, czego szukałam. Jestem tu tylko tydzień, a on już zapiera mi oddech… Zmarnowałam tak dużo czasu, nim tu dotarłam… Czuję, jakby on czekał właśnie na mnie cicho, a ja gnałam zmęczona nieprzydatnym życiem. Rzeczy tu płyną wolniej i łagodnie. Ten lekki wiaterek rozwiewa me niepokoje i sprawia, że moje ciało drży. W końcu mam ochotę zacząć wszystko od początku.

2. “Posępna noc” (2010, reż. Sung-Hyun Yoon) 

Boli mnie, już prawie rok, i o nim najczęściej myślę z pośród wszystkiego, co obejrzałam przez całe swoje dotychczasowe życie. Trudno mi uwierzyć, że nigdy nie zdecydowałam się na drugi seans. (Natomiast sam trailer widziałam chyba setkę razy.) Z chęcią obejrzałabym go z kimś, choć wydaje mi się, że niewielu będzie w stanie docenić go równie mocno jak ja, a myślę tak jedynie dlatego, że do filmów podchodzę emocjonalnie i czasem obiektywizmu we mnie niewiele. Zawsze przykro słyszeć, że polecany przez nas film rozczarował widza, ale ostatecznie zrozumienie, że gusta są różne, zaciera niemiłe uczucie. Sama po seansie byłam emocjonalnie wyczerpana, a jednocześnie zasypana przemyśleniami. Ten film intryguje, wkurza, daje po twarzy, a na końcu doprowadza do łez, mimo to nadal go kocham.

Even if I lose everything, I’d still have you. Even if others don’t give a shit, as long as I have you, I will be ok.

3. “Tom” (2013, reż. Xavier Dolan) 

Mój ulubiony film Dolana. Widziałam go dwa razy w ciągu miesiąca, w dodatku niedługo po polskiej premierze, a piosenkę użytą przy napisach końcowych odtwarzałam codziennie przez kilka tygodni. Kolorystyka, ponury nastrój, tajemnica, ale przede wszystkim tango. Nawet, jeśli podczas seansu w „kinie” niektórzy widzowie zaśmiali się podczas tej sceny, dla mnie na zawsze pozostanie drobnym ukłuciem, wstrzymanym oddechem i miłym zdziwieniem. Now, all I can do without you is replace you.

4. “Wyznania” (2010, reż. Tetsuya Nakashima)

Film, który ocenia się skrajnie, jeden albo dziesięć, a na forum można natknąć się na kłótnie. Nieustannie nie dowierzam, że przebaczyłam mu wszystkie okrutne krzywdy, wiedząc, że wszystko co robił, prowadziło go do jednej chwili szczęścia… Lecz ciągle zastanawiam się nad tym, czy cel uświęca środki i… Za każdym razem, gdy słyszę piosenkę „Last flowers” zespołu Radiohead, która została użyta w filmie, robi mi dziwnie smutno, a potem widzę ten otwarty kartonik mleka upadający w zwolnionym tempie na podłogę i krew i niewyobrażalne cierpienie ogarniające ciała wszystkich głównych bohaterów, a potem przypominam sobie swój szok po zakończeniu seansu. Chory film, bardzo dobry chory film.  

„Pop.” Did you hear that? That’s the sound of something important to you disappearing.

5. „Oslo, 31 sierpnia” (2011, reż. Joachim Trier)

Ciągnące się od początku do końca filmu przygnębienie. Poszukiwanie zrozumienia i ostatniej szansy na podtrzymanie ledwo dostrzegalnej nadziei. Chciałabym za każdy razem po kolejnym spoliczkowaniu przez życie w identyczny sposób co Andres wymawiać następujące słowa: It’ll get better. It’ll all work out… Expect it won’t.

6. “Skutki miłości” (2004, reż. Paolo Sorrentino)

Wszystkie linie wysokiego napięcia w połączeniu z mroźnym zimowym krajobrazem to dla mnie cios prosto w serce, bo „jeśli raz byliśmy przyjaciółmi, jesteśmy nimi na całe życie”. Chciałabym zacytować wszystkie słowa zamykające film, ale nie mogę ryzykować seansów jeszcze nie rozpoczętych przez wędrowców, którzy tutaj przypadkowo zawitają. 

Jedna rzecz jest pewna. Jestem o tym przekonany. Każdego dnia na szczycie słupa elektrycznego położonego pośród śnieżnych  gór, w zimnie i szalejącym wietrze Dino Giuffrč przerywa na chwilę swą pracę. Smutek nachodzi jego duszę i zaczyna myśleć. I myśli o tym, że…

Reszta jest tajemnicą, którą musicie odkryć sami.  

7. “Vengo” (2000,  reż. Tony Gatlif)

Scena, którą oglądałam na jednym z wykładów, chyba dwa lata temu, stała się automatycznie moją ulubioną. Stypa w andaluzyjskich rytmach i pogrążony w żałobie ojciec po stracie ukochanej córki, wlewający kieliszek po kieliszku w swoją cierpiącą duszę. Może to głupie, ale nie pamiętam wiele z samego filmu, tylko ciągle ta scena i piosenka, do której zdarzyło mi się nie raz tańczyć w swoim pokoju…


8. „Foxfire (1996, reż. Annette Haywood-Carter

Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy widziałam ten film, ale za każdym razem boli na nowo. Moja obsesja przez długie miesiące, której nawet nie potrafię zlokalizować, zrozumieć a tym bardziej nazwać. Nie wiem, czy to za sprawą samej historii, sympatii do aktorek, klimatu lat dziewięćdziesiątych, czy piosenek rozbrzmiewających w tle. Najprawdopodobniej to suma tego wszystkiego. Jednak przede wszystkim nadzieja i wyczekiwanie wymalowane na twarzy „Legs”, chwila ciszy, a potem wielkie rozczarowanie i śmiech. Ten przejściowy moment, jedna chwila, w której już słyszysz „nic z tego”, ale nadal nie dowierzasz, choć już wiesz, że będziesz musiał zapomnieć, lecz przez długo nie uda ci się tego dokonać, a może nawet nigdy. Myślę o tej scenie i nagle wydaje mi się okrutna, więc dla potwierdzenia musiałam ją, właśnie teraz, podczas tworzenia tego wpisu, ponownie obejrzeć. Nadal boli jak nieuważne skaleczenie palca przez zahaczenie o ostrą kartkę papieru. (Uwielbiam to porównanie i z przesadą używam go w różnych sytuacjach.) Zaczynam się niepokoić. „Dancing barefoot” Johnette Napolitano razem z „You” Candlebox to moje muzyczne obsesje z tego filmu.

9. "The Depths" (2011, reż. Ryuske Hamaguchi)

Nawet nie wiem, jak trafiłam na ten film; jest o nim niewiele informacji w internecie. Może gdzieś ukradkiem wyświetlił się w polecanych na youtube? Właśnie, bo obejrzałam go dzięki temu, że tam się znalazł, w jakości 240p. Dotarło do mnie, że seans będzie słaby wizualnie, ale podczas oglądanie zupełnie o tym zapomniałam, a kiedy kilka miesięcy później obejrzałam trailer z obrazem wysokiej jakości, doznałam prawdziwego szoku. Mam ochotę na ponowne zobaczenie całości w lepszym obrazie, ale nadal taki luksus nie jest dla mnie dostępny. 

Kiedy myślę o tym filmie, przed oczami widzę przede wszystkim sesję zdjęciową Ryu po zgoleniu włosów. Byłam równie zaskoczona i zahipnotyzowana efektem jak fotograf i jego znajomy. Potem zastanawiam się nad dziwnym splotem wydarzeń i równie dziwnymi relacjami, które powstały w przeciągu kilku dni między trójką bohaterów. Niewypowiedziane słowa, spojrzenia nieodkryte, gesty impulsywne, odmienne doświadczenia życiowe, bariera językowa i brutalna rzeczywistość nielegalnych interesów. Nagle zdjęcia stają się zamkniętymi w obrazie wspomnieniami, po których potem nie zostaje ślad. Tylko ta jedna fotografia... 

Kolejny film, którego ostatnia scena musi pozostać tajemnicą, aby uniknąć spoilera, jednak to właśnie ona stanowi klucz do zrozumienia całości. Jej realność i prawdziwość brutalnie uderza. Pamiętam jak na kilka chwil przed końcem zrozumiałam, jakie szykuje się zakończenie, lecz nie odgadłam, że „pożegnanie” będzie ukazane właśnie w taki sposób, sposób, o którym wspomnieć nie mogę. Podczas wyświetlania napisów końcowych mamrotałam tylko pod nosem „nie, nie, nie”, choć przecież dobrze wiedziałam (i wiem nadal), że takie właśnie jest życie, okrutne, i trzeba nauczyć się zapominać, jeśli taki właśnie rozkaz wyda rzeczywistość.

Smile. Smile, even if you don’t mean it.
 
10. „Petal dance” (2013, reż. Hiroshi Ishikawa)

Wolno płynąca historia wypełniona spokojnymi dialogami, przemyśleniami na temat przyjaźni, rozgrywająca się w surowym, zimowym krajobrazie, z silnym wiatrem wiejącym z nad morza, który rozwiewa włosy trzech podróżniczek. Dwie z nich, pełne obaw, jadą odwiedzić niewidzianą przez sześć lat przyjaciółkę w szpitalu po otrzymaniu informacji o jej próbie samobójczej. Trzecia dziewczyna, która prowadzi samochód, jest osobą obcą dla pozostałych bohaterek, poznaną zaledwie kilka godzin wcześniej w wyniku zaskakującego zbiegu okoliczności. To właśnie ona jest główną postacią filmu, jednak występuje tutaj głównie jako milczący obserwator. Czasem możemy poznać jej myśli, które są nawiązaniem do zarysowanej na początku filmu sytuacji, ciążącej na jej duszy. 

Prostota i milczący smutek jest tym, co urzekło mnie w tym filmie, łącznie ze stonowaną kolorystyką i widokami morza. Każde wspomnienie nastraja mnie melancholijnie.

Nie potrafiłam powtórzyć tego, co powiedziałaś. Nie potrafiłam słuchać tego, co miałaś do powiedzenia. I wtedy zniknęłaś. Nie wiem, gdzie teraz jesteś. Nie wiem nawet, czy żyjesz.”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz