Ö
Stambuł jest tym, czego szukałam. Jestem tu tylko
tydzień, a on już zapiera mi oddech… Zmarnowałam tak dużo czasu, nim tu
dotarłam… Czuję, jakby on czekał właśnie na mnie cicho, a ja gnałam zmęczona
nieprzydatnym życiem. Rzeczy tu płyną wolniej i łagodnie. Ten lekki wiaterek
rozwiewa me niepokoje i sprawia, że moje ciało drży. W końcu mam ochotę zacząć
wszystko od początku.
3.
“Tom” (2013, reż. Xavier Dolan)
Mój ulubiony film Dolana. Widziałam go dwa razy
w ciągu miesiąca, w dodatku niedługo po polskiej premierze, a piosenkę użytą
przy napisach końcowych odtwarzałam codziennie przez kilka tygodni. Kolorystyka,
ponury nastrój, tajemnica, ale przede wszystkim tango. Nawet, jeśli podczas
seansu w „kinie” niektórzy widzowie zaśmiali się podczas tej sceny, dla mnie na
zawsze pozostanie drobnym ukłuciem, wstrzymanym oddechem i miłym zdziwieniem. Now, all I can do
without you is replace you.
4. “Wyznania” (2010, reż. Tetsuya Nakashima)
Film,
który ocenia się skrajnie, jeden albo dziesięć, a na forum można natknąć się na
kłótnie. Nieustannie nie dowierzam, że przebaczyłam mu wszystkie okrutne krzywdy,
wiedząc, że wszystko co robił, prowadziło go do jednej chwili szczęścia… Lecz
ciągle zastanawiam się nad tym, czy cel uświęca środki i… Za każdym razem, gdy
słyszę piosenkę „Last flowers” zespołu Radiohead, która została użyta w filmie,
robi mi dziwnie smutno, a potem widzę ten otwarty kartonik mleka upadający w
zwolnionym tempie na podłogę i krew i niewyobrażalne cierpienie ogarniające
ciała wszystkich głównych bohaterów, a potem przypominam sobie swój szok po
zakończeniu seansu. Chory film, bardzo dobry chory film.
„Pop.” Did you hear that? That’s the sound of
something important to you disappearing.
5. „Oslo, 31 sierpnia” (2011, reż. Joachim Trier)
Ciągnące
się od początku do końca filmu przygnębienie. Poszukiwanie zrozumienia i
ostatniej szansy na podtrzymanie ledwo dostrzegalnej nadziei. Chciałabym za
każdy razem po kolejnym spoliczkowaniu przez życie w identyczny sposób co Andres
wymawiać następujące słowa: It’ll get
better. It’ll
all work out… Expect it won’t.
6.
“Skutki miłości” (2004, reż. Paolo
Sorrentino)
Wszystkie
linie wysokiego napięcia w połączeniu z mroźnym zimowym krajobrazem to dla mnie
cios prosto w serce, bo „jeśli raz byliśmy przyjaciółmi, jesteśmy nimi na całe
życie”. Chciałabym zacytować wszystkie słowa zamykające film, ale nie mogę
ryzykować seansów jeszcze nie rozpoczętych przez wędrowców, którzy tutaj
przypadkowo zawitają.
Jedna rzecz jest pewna.
Jestem o tym przekonany. Każdego dnia na szczycie słupa elektrycznego
położonego pośród śnieżnych gór, w
zimnie i szalejącym wietrze Dino Giuffrč przerywa na chwilę swą pracę. Smutek
nachodzi jego duszę i zaczyna myśleć. I myśli o tym, że…
Reszta
jest tajemnicą, którą musicie odkryć sami.
7. “Vengo” (2000,
reż. Tony Gatlif)
Scena,
którą oglądałam na jednym z wykładów, chyba dwa lata temu, stała się
automatycznie moją ulubioną. Stypa w andaluzyjskich rytmach i pogrążony w
żałobie ojciec po stracie ukochanej córki, wlewający kieliszek po kieliszku w
swoją cierpiącą duszę. Może to głupie, ale nie pamiętam wiele z samego filmu,
tylko ciągle ta scena i piosenka, do której zdarzyło mi się nie raz tańczyć w
swoim pokoju…
8. „Foxfire (1996, reż. Annette Haywood-Carter
Nie
jestem w stanie zliczyć, ile razy widziałam ten film, ale za każdym razem boli
na nowo. Moja obsesja przez długie miesiące, której nawet nie potrafię
zlokalizować, zrozumieć a tym bardziej nazwać. Nie wiem, czy to za sprawą samej
historii, sympatii do aktorek, klimatu lat dziewięćdziesiątych, czy piosenek
rozbrzmiewających w tle. Najprawdopodobniej to suma tego wszystkiego. Jednak
przede wszystkim nadzieja i wyczekiwanie wymalowane na twarzy „Legs”, chwila
ciszy, a potem wielkie rozczarowanie i śmiech. Ten przejściowy moment, jedna
chwila, w której już słyszysz „nic z tego”, ale nadal nie dowierzasz, choć już
wiesz, że będziesz musiał zapomnieć, lecz przez długo nie uda ci się tego
dokonać, a może nawet nigdy. Myślę o tej scenie i nagle wydaje mi się okrutna,
więc dla potwierdzenia musiałam ją, właśnie teraz, podczas tworzenia tego
wpisu, ponownie obejrzeć. Nadal boli jak nieuważne skaleczenie palca przez
zahaczenie o ostrą kartkę papieru. (Uwielbiam to porównanie i z przesadą
używam go w różnych sytuacjach.) Zaczynam się niepokoić. „Dancing barefoot”
Johnette Napolitano razem z „You” Candlebox to moje muzyczne obsesje z tego
filmu.
9. "The Depths" (2011, reż. Ryuske Hamaguchi)
Nawet nie wiem, jak trafiłam na ten film; jest o nim niewiele informacji w internecie. Może gdzieś ukradkiem wyświetlił się w polecanych na youtube? Właśnie, bo obejrzałam go dzięki temu, że tam się znalazł, w jakości 240p. Dotarło do mnie, że seans będzie słaby wizualnie, ale podczas oglądanie zupełnie o tym zapomniałam, a kiedy kilka miesięcy później obejrzałam trailer z obrazem wysokiej jakości, doznałam prawdziwego szoku. Mam ochotę na ponowne zobaczenie całości w lepszym obrazie, ale nadal taki luksus nie jest dla mnie dostępny.
Kiedy myślę o tym filmie, przed oczami widzę przede
wszystkim sesję zdjęciową Ryu po zgoleniu włosów. Byłam równie zaskoczona i zahipnotyzowana
efektem jak fotograf i jego znajomy. Potem zastanawiam się nad dziwnym splotem
wydarzeń i równie dziwnymi relacjami, które powstały w przeciągu kilku dni
między trójką bohaterów. Niewypowiedziane słowa, spojrzenia nieodkryte, gesty
impulsywne, odmienne doświadczenia życiowe, bariera językowa i brutalna
rzeczywistość nielegalnych interesów. Nagle zdjęcia stają się zamkniętymi w
obrazie wspomnieniami, po których potem nie zostaje ślad. Tylko ta jedna
fotografia...
Kolejny film, którego ostatnia scena musi pozostać
tajemnicą, aby uniknąć spoilera, jednak to właśnie ona stanowi klucz do
zrozumienia całości. Jej realność i prawdziwość brutalnie uderza. Pamiętam jak
na kilka chwil przed końcem zrozumiałam, jakie szykuje się zakończenie, lecz
nie odgadłam, że „pożegnanie” będzie ukazane właśnie w taki sposób, sposób, o
którym wspomnieć nie mogę. Podczas wyświetlania napisów końcowych mamrotałam tylko
pod nosem „nie, nie, nie”, choć przecież dobrze wiedziałam (i wiem nadal), że takie
właśnie jest życie, okrutne, i trzeba nauczyć się zapominać, jeśli taki właśnie
rozkaz wyda rzeczywistość.
10. „Petal dance” (2013, reż. Hiroshi Ishikawa)
Wolno
płynąca historia wypełniona spokojnymi dialogami, przemyśleniami na temat
przyjaźni, rozgrywająca się w surowym, zimowym krajobrazie, z silnym wiatrem
wiejącym z nad morza, który rozwiewa włosy trzech podróżniczek. Dwie z nich, pełne
obaw, jadą odwiedzić niewidzianą przez sześć lat przyjaciółkę w szpitalu po otrzymaniu
informacji o jej próbie samobójczej. Trzecia dziewczyna, która prowadzi samochód,
jest osobą obcą dla pozostałych bohaterek, poznaną zaledwie kilka godzin
wcześniej w wyniku zaskakującego zbiegu okoliczności. To właśnie ona jest główną
postacią filmu, jednak występuje tutaj głównie jako milczący obserwator. Czasem
możemy poznać jej myśli, które są nawiązaniem do zarysowanej na początku filmu
sytuacji, ciążącej na jej duszy.
Prostota
i milczący smutek jest tym, co urzekło mnie w tym filmie, łącznie ze stonowaną
kolorystyką i widokami morza. Każde wspomnienie nastraja mnie melancholijnie.
„Nie
potrafiłam powtórzyć tego, co powiedziałaś. Nie potrafiłam słuchać tego, co miałaś
do powiedzenia. I wtedy zniknęłaś. Nie wiem, gdzie teraz jesteś. Nie wiem nawet,
czy żyjesz.”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz