20.02.2015

847. Praca, a jednak nie.

Pracowaliście kiedyś za pięć złotych na godzinę? Szczerze, nawet nie wiem, jak opisać tą dziwną sytuację, w której postanowiłam uczestniczy, podejmując ryzyko, które istnieje przy każdej niewiadomej. Napisałam nieprzemyślany życiorys, po czym zorientowałam się, że muszę czekać ponad tydzień na jakąkolwiek odpowiedź, o ile w ogóle takowa miała nadejść, a w dodatku w najgorszej dla mnie postaci, czyli telefonicznej. Nie dość, że odebrałam telefon, który musiałam nosić przy sobie przez ten czas, będąc nieustanie w domu, bo w innym przypadku leżałby gdzieś na biurku, zapomniany, z wyłączonym dźwiękiem i przeterminowanym kalendarzem (nadal nie wierzę, że skończył się na 2014 roku, podczas gdy ja jeszcze trwam), dodatkowo przeprowadziłam długą rozmowę, podczas której myślałam, że zejdę na zawał (nie lubię tego momentu, w którym uświadamiam sobie, że fizycznie ze mną źle, bo wtedy dociera do mnie, że są momenty, w których nie mam nad sobą całkowitej kontroli, a to trochę straszne), następnie odebrałam jeszcze kolejny telefon od innej kobiety, a na koniec dopełniłam formalności przez internet, które sprawiły, że zostałam zarejestrowana w agencji pracy tymczasowej i za pięć godzin miałam stawić się w pierwszej, legalnej i oficjalnej pracy, choć ostatecznie nie tej, do której składałam aplikację.

(Chciałam uniknąć zatrudnienia wszędzie tam, gdzie potrzebna jest książeczka Sanepidu. Wydawanie z własnej kieszeni 200-stu złotych, których się nie ma, w dodatku na coś, co w chwili obecnej przyda się na raz, jest bezsensowne. Najlepiej znaleźć zatrudnienie tam, gdzie pracodawca tak jak ma w obowiązku sam zleca i płaci za badania przyszłego pracownika. Oczywiście, gdybym była pewna, że chcę na stałe pracować w miejscach, w których wymagana jest taka książeczka, pożyczyłam gotówkę i bez problemu udała się na badania do lekarza medycyny pracy, ale sezon letnio-wakacyjny jeszcze się nie rozpoczął, więc i moja chęć ryzyka jest zerowa.) Potwierdziłam brak aktualnej książeczki, nawet na umowie zauważyłam, że mam obowiązek takową posiadać w miejscu pracy, a mimo to pani z agencji nadal podtrzymała propozycję, a ostatecznie, już po stawieniu się w pracy, nikt nie wymagał ode mnie okazania dokumentów (nawet dowodu osobistego!, a przecież nie musiałam być tą dziewczyną, której oczekiwali), a sama się nie wyrywałam, skoro pani z agencji po mojej negatywnej odpowiedzi nie wspomniała ani słowem o tym, że jednak nie może zaproponować mi danej oferty. Mimo to miałam lekkie obawy, podejrzewając, że przy jakakolwiek kontroli tamtej nocy, cała wina spadłaby na mnie. Następnym razem w podobnej sytuacji od razu odmówię, albo dopytam się kilka razy, czy na pewno mogę pracować na danym stanowisku.)

Fakt, że dzwonią do ciebie i proponują pracę jest zaprzeczeniem tych wszystkich haseł głoszących, że praca sama do ciebie nie przyjdzie, a w dodatku dla mnie to ominięcie najgorszego punktu (który sprawia, że jestem w tyle za połową ludzkości), czyli rozmowy kwalifikacyjnej. Jednak uświadomiłam sobie, że praca tymczasowa, w dodatku za pomocą agencji, w moim przypadku jest nieopłacalna jeśli mowa o jakimkolwiek sensownym zarobku, a już na pewno nigdy w życiu nie utrzymałabym się sama z pracy tymczasowej, zwłaszcza mieszkając tu gdzie mieszkam, czyli w miejscu, w którym zlecenia zdarzają się raz na miesiąc, a za 40 złotych przez trzydzieści dni mogłabym jedynie podtrzymać swoje funkcje życiowe za pomocą jedzenia. Jak widać moja przyszłość nadal maluje się w samych odcieniach różu. Potrafię jednak docenić w tej sytuacji fakt, że zawsze będę mogła w kolejnym życiorysie zawrzeć informację o tym, że pracowałam dorywczo, a nie tylko bytowałam w domu przez rok bez stałej pracy, z dala od ludzi i w cieniu życia. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że wyolbrzymiam sytuację i jedna noc z marne grosze o niczym nie świadczy, ale jestem tak bardzo odcięta od realnego świata, że każde wystawienie czubka nosa poza drzwi mieszkania traktuję jak wielką przygodę (wiem, to dziwne), bo wtedy przychodzi zmierzyć mi się z rzeczywistością, której nie znam, której zasady są mi obce lub odpychające i w której ludzie różnią się ode mnie, choć nie wykluczam, że może to być tylko wrażenie. W każdym razie, wysyłając życiorys, odbierając telefon i szykując się do pracy, pojawiła się we mnie myśl, że może to wszystko nie jest aż takie trudne jak się wydaje, a ja nie jestem aż taką pomyłką i sierotą, za jaką uważają mnie inni, przez sama postrzegam siebie podobnie i aż momentami mi głupio, że nie potrafię być nikim innym, lepszym i bardziej przydatnym. Możliwe, że to działa również odwrotnie i przez moje negatywne nastawienie również negatywnie postrzegają i mnie, ale przyznam, że trudno mi ocenić, zwłaszcza, że do pewnych rzeczy człowiek się przyzwyczaja i zaczyna traktować je jak normalność, a przez to o nich nie myśli i zapomina, że wypadałoby być kimś innym. Tak czy inaczej, niecodzienna dla mnie sytuacja, w której bez przymusu, samodzielnie i bez wsparcia innych, ogarnęłam rzeczywistość od początku do końca, wywołała we mnie tak wiele dobrych emocji, że za nic w świecie nie mogłam zasnąć przed ośmioma godzinami nocnej pracy, które mnie czekały, choć wiedziałam, że dla mojego organizmu lepiej byłoby odespać poranne wstawanie tego samego dnia. O śnie, jak i wciśnięciu w siebie jedzenia nie było mowy. Leżałam w ciemnym pokoju próbując wkroczyć w krainę snu, ale przed oczami przewijały mi się mnóstwo obrazów (ostatnio tak właśnie mam, w dodatku śni mi się wiele znajomych osób, które przeskakują ze snu do snu, przez co miesza mi się jawa ze snem), choć ostatecznie myślałam tylko o tym, że chcę już zacząć pracę, wykonać pracę i wrócić do domu po pracy.

Do pracy zawiózł mnie brat, bo o tak późnej porze nie miałabym czym dojechać (i to wielkie szczęście, że akurat tego dnia miał wolne), natomiast wracałam już busem, na który czekałam prawie godzinę, na szczęście poranek nie był chłodny i brak zimowej krótki tej zimy znowu okazał się całkiem optymistycznym faktem, bo nie wydałam pieniędzy na coś niepotrzebnego. Wcześniej zajechaliśmy jeszcze do sklepu, abym mogła kupić dla siebie doładowanie do telefonu, gdybym potrzebowała skontaktować się z domem, a pani w sklepie w gratisie zapakowała mi w woreczek trzy rurki z kremem, które chciałam oddać bratu, ale stwierdził, że skoro nie zapakowałam nic do jedzenia (codziennie nie jem w środku nocy, więc i tak nie potrafiłabym wmusić w siebie posiłku o tak późnej porze), powinnam wziąć chociaż to. Później, w trakcie przerwy, gdy jednak czułam głód, zjadłam jedną rurkę, ale od razu stwierdziłam, że to zły pomysł, bo osłabienie, jakie pojawia się przy podnoszeniu ciężkich rzeczy, jak i fakt, że tym dniem była Środa Popielcowa, czyli dla mnie dzień postu, sprawiły, że zrobiło mi się niedobrze. Natomiast woda mineralna jak zwykle mnie nie zawiodła, zwłaszcza, że włączona klimatyzacja w sklepie wysuszała moje drogi oddechowe i niemiłosiernie bolało mnie gardło. Oczywiście z czasem zaczęło boleć mnie całe ciało, bo jak praca to praca, ale ziewać zaczęłam dopiero pół godziny przed końcem. Ostatecznie spędziłam na nogach 23 godziny, a uświadamiając sobie ten fakt, pomyślałam o moim koledze, który spędza w pracy dobę, po czym ma dwa dni wolnego, i tak już od prawie roku, co musi być cholernym obciążeniem dla organizmu, zwłaszcza, że poza pracą też trzeba żyć i wypełniać inne obowiązki. Do moich zadań należało rozpakowywanie palet i układanie towaru na półkach, a przy otwieraniu pudełek pomagał mi nożyk do papieru, którym przez nie uwagę pocięłam się kilka razy, choć tylko raz do krwi – tak jestem sierotą. I tylko raz pomyślałam o tym, że jest tak bardzo ostry, że zostawiłby głębokie rany na nadgarstkach – tak nadal myślę o głupotach. Cały czas w sklepie płynęła z głośników muzyka, nawet przyjemna i zupełnie mi nieznana, więc z jednej strony słuchałam piosenek, a z drugiej całkowicie o nich zapominałam. Właściwie zdziwiło mnie to, że skupiłam się wyłącznie na pracy, dzięki czemu moje myśli były dalekie od rozbiegania na wszystkie strony, więc te osiem godzin okazało się odpoczynkiem i błogosławieństwem dla mojej psychiki. Czułam się tak, jakbym była w transie, miałam tylko jeden cel – wykonać porządnie powierzone zadania, a w dodatku pracując byłam nikim. Nadal nie dowierzam, że nikt nie przedstawił się oficjalnie, mnie również nie zapytano o imię; byłam tam kimś anonimowym, nawet przerwę przesiedziałam sama, aby uniknąć pytań o niejedzenie, wciskania we mnie jedzenia oraz wszystkich niepotrzebnych pytań, które mogłyby paść dla zwykłego podtrzymania rozmowy, a mi tylko przysporzyłby kłopotu i zestresowały, gdyż na większość tego typu pytań nie znam odpowiedzi i przeważnie muszę wymyślać coś na szybko, a to ociera się o kłamstwo. Czasem zwyczajnie nie chcę zdradzać prawdy, bo mogłaby być ona niewygodna i stawiać innych, jak i mnie przy ich milczeniu, w krępującej sytuacji. Możliwe, iż pomyśleli, że jestem dzika albo niewychowana, ale ostatecznie to nie ma znaczenia, bo co mi po opinii ludzi obcych, tym bardziej, że jestem przyzwyczajona do fałszywych przekonań znajomych na mój temat, więc na jedno wychodzi. Ostatecznie moja praca była tymczasowa, więc nie warto było zawracać sobie głowy czymś, co miało szybko przeminąć.

Wiecie, to dziwne, że sama musiałam się o wszystko dopytywać; naprawdę nikt się mną nie zajął,. Wskazano mi jedynie szatnię i na tym skończyła się moja orientacja w terenie i obowiązkach się skończyła. Równie dobrze mogłabym być duchem snującym się po sklepie; nawet w magazynie, w którym nie wolno przebywać osobom nieupoważnionym, nikt nie zwracał na mnie większej uwagi. Może to wszystko dlatego, że miałam wyznaczony przez agencję strój, jaki powinnam mieć na sobie podczas pracy (a od sklepu firmowego nie dostałam), więc dzięki temu odróżniałam się na tle innych, czyli klientów, którzy jeszcze do północy pojawiali się w sklepie, a wiadomo, że o tej porze roku ubrani byli w kurtki. Oczywiście wszędzie były zamontowane kamery, więc tak czy inaczej ktoś miał nade mną kontrole, choć sama obojętność pracowników wydała mi się dziwna. Oni jednak pracują tam na co dzień, prawdopodobnie od kilku lat, więc to co dla mnie nowe i niezrozumiałe, u nich mogło wynikać z przyzwyczajenia i pewności, że powinnam już wszystko wiedzieć. Ostatecznie zastana sytuacja w ogóle mi nie przeszkadzała; wystarczyło wykonać swoją pracę jak najlepiej, a że ja mam w sobie coś takiego jak poczucie obowiązku i nie umiejętność olewania i oszukiwania, wypełniłam wyznaczone osiem godzin tak, jak powinnam. Niesamowite jednak w tym wszystkim jest to, że spędzony tam czas minął mi bardzo szybko, zupełnie jakby była to tylko godzina. Będąc już w domu nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jeszcze przed chwilą prasowałam ubrania do pracy, a teraz je ściągam, bo jest już po wszystkim.

Gdyby nie pięć złotych zarobku na godzinę minus koszt dojazdu, a przede wszystkim martwienie się brakiem aktualnej książeczki Sanepidu, byłoby to dla mnie całkiem opłacalne zajęcie do czasu, w którym nie wymyśliłabym czegoś lepszego. Tymczasem wracam do punktu wyjścia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz