„Skazani na Shawshank” jest filmem, który często emitują w
telewizji, a jednak nigdy nie miałam motywacji, aby zasiąść do wieczornego
seansu. Dopiero w zeszłoroczne lato podjęłam decyzję i wraz z najmłodszym
bratem, z którym dzieli mnie 10 lat, włączyliśmy film. Warto wspomnieć, że trwa
on ponad dwie godziny, a w przypadku dłuższych produkcji zawsze mam obawy,
ponieważ nie chcę, aby wraz z napisami końcowymi okazało się, że zmarnowałam czas.
(Swoją drogą, ostatnio jestem zawiedziona swoimi wyborami, wszystko jest nudne
i oklepane, a wszystko z czym wiążę nadzieję, znowu niedostępne.) Postanowiłam
jednak zaufać rankingowi na filmweb.pl – pierwsze miejsce na liście zobowiązuje
– i zachętom brata. Nie zawiodłam się. Moje zaskoczenie było dosyć duże, gdy
kilka dni temu odkryłam, że więzienna historia ma swój pierwowzór w prozie Stephena
Kinga. Ten fakt oczywisty dla wielu, mi zwyczajnie gdzieś umknął, może
zapomniałam, albo nie wiedziałam aż do tej pory. Musiałam przeczytać opowiadanie,
zrobiłam to dzisiejszego dnia zaskoczona tak dobry przełożeniem treści książki
na obraz filmowy. Nawet zaczęłam żałować, że nie zapoznałam się z historią Andy’ego
w odwrotnej kolejności. Uwielbiam dobrą literaturę, dobrą, czyli dostarczającą wzruszeń,
budzącą moje zapomniane uczucia, sprawiającą, że życie staje się zarazem żałośnie
nic nie warte i boleśnie piękne. Nie mogę się doczekać kiedy zapoznam się z
kolejną historią umieszczoną w „Czterech porach roku”; już wiem, że „Ciało” stało
się inspiracją dla filmu „Stań przy mnie”, którego satysfakcjonujący seans mam
za sobą. (Oczywiście nie muszę mówić, że zorientowałam się z opóźnieniem o
istnieniu opowiadania. Czyżby zdarzało mi się nieuważnie czytać opisy filmów?) Tymczasem
udam się już do łóżka, aby wypoczęta stawić czoła trzem dniom pracy podczas
długiego weekendu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz