1.07.2015

859. Pewnego dnia w muzeum.


Lipiec. Pierwszego dnia lipca powspominam turystów, którzy w czerwcu przewinęli się przez hrabiowskie solony, a właściwie jednego, który pojawił się nie w pałacowych wnętrzach, lecz na wystawie, gdzie przypadało mi zastępstwo. Jeden niefortunny dzień i nagle przypominasz sobie, że skrywasz w sobie niechęć do życia. To miał być spokojny dzień nastawiony na przetrwanie, ponieważ wolę być częścią turystycznego ruchu niż niepewnie i biernie czekać na zwiedzających, którzy w każdej chwili mogę wkroczyć przez otwarte drzwi. Trudno uwierzyć mi w miłość od pierwszego wejrzenia, tym bardziej skierowaną w moją stronę, i mam ochotę płakać nad marnością swego losu, bo oto zakochał się we mnie kolejny turysta, kolejny po piwie, tym razem kawaler, widocznie zdesperowany, inaczej nie potrafię wytłumaczyć jego uparcia i amorów. Przegrałam już na starcie, mówiąc, że jestem wolna, po tym jak w trakcie rozmowy spytał, co na to on, ale jaki on – przebiegło mi przez myśli – bo kim miałby być on, skoro w pomieszczeniu znajdowały się obecnie same kobiety. Po chwili domyśliłam się, że chodzi o mojego chłopaka, tak, tego chłopaka, którego nigdy nie miałam, więc oznajmiłam, że jego nie ma i tak oto przegrałam cały dzień, bo przybyły gość zdziwił się tak bardzo, jakby nagle usłyszał, że mam znajomych kosmitów. Jestem taka nawiana. Przecież powinnam wiedzieć, że nie należy mówić prawdy, przecież każdy mężczyzna pytający kobietę o jej związek od razu próbuje wybadać swoje szanse. Pamiętajcie też, że bycie wolnym z wyboru nie przekonuje nikogo. „Taka ładna dziewczyna i nie ma chłopaka, niemożliwe, pewnie jakiś ch*j cię kiedyś skrzywdził i dlatego nie chcesz”. Przykre, że niektórzy mają tak ograniczony światopogląd i wiedzą lepiej, na jakiej zasadzie dokonuję świadomych wyborów dotyczących własnego życia. To mogła być zwykła sobota spędzona na pracy w muzeum, a jednak przez trzy godziny byłam skazana na adoratora i myślałam, że zwymiotuję, kiedy mówił do mnie „kotku”, a potem wciskał bajkę o przyjaźni. Całe życie to samo, całe życie nękana przez starszy lub wstawionych, a potem wszyscy się dziwią, że nie bawi mnie zabawa w związki, jeśli życie rysuje przede mną takie urocze scenariusze. Szczerze, uważam, że jestem warta więcej niż komplementy alkoholików lub podstarzałych panów i nie zamierzam ze spokojem wysłuchiwać osób, których przeżyte lata lub procenty we krwi sprawiają, że zaczepienie młodych dziewczyn to rozrywka i przyjemność. Unikam takich sytuacji jak ognia, ale tym razem, stojąc w jednym miejscu, nie miałam wyboru, lecz moja cierpliwość skończyła się wraz z tym, jak pan zalotnik oznajmił, że ma czas i może czkać na mnie aż do momentu, w którym skończę pracę, a potem chętnie odwiezie mnie do domu. Im bardziej uparta i niechętna byłam, tym bardziej trwał w przekonaniu, że nie odejdzie dopóki nie otrzyma mojego numeru telefonu. Przestałam zwracać na niego uwagę, nie mogłam patrzeć na jego twarz, bojąc się, że będę miała koszmary przez najbliższy tydzień, nerwowo ściskałam zaplecione z tytuł dłonie i chciałam, aby zniknął. Kiedy wyszedł zwiedzić pozostałe miejsca na terenie założenia, zadzwoniłam na ratunek do koleżanek, ale żadna nie chciała mnie zmienić, trzymając się ściśle wyznaczonych zasada na sobotni dzień. Na szczęście dziewczyny nie zostawiły mnie bez pomocy. Powiadomiły strażnika, który ku mojemu i mojego adoratora zaskoczeniu zjawił się znienacka, po czym oznajmiła, że wszystko słyszał, co oznacza, że lepiej dla pana nieproszonego turysty będzie lepiej, jeśli zostawi mnie w spokoju. Przebywający na wystawie turyści spojrzeli w naszą stronę. Mam nadzieję, że zrobiło mu się głupio, po tym jak straszył mnie, że to mi będzie głupio, gdy przede mną klęknie. Interwencja zakończyła się sukcesem. Adorator zniknął, ale zanim wyszedł, chciał się pożegnać. Nie było takiej siły, która zmusiłaby mnie do podania mu dłoni (po trzech godzinach byłam wymęczona psychicznie jego obecnością, głupi, jeszcze myślał, że pożegnam się z nim uroczyście), którą chciał znowu pocałować (nienawidzę jak ktoś adoruje kobiety w ten sposób, zostawiając mokre zarazki na dłoni), ale odsunęłam się niechętnie i czekałam aż opuści pomieszczenie, byłam już tak zniechęcona, że nie wiem, co wyszeptał, gdy się do mnie przysunął. Mam dziwne wrażenie, że powinnam zapamiętać jego słowa, bo mogło to być coś w stylu wcześniejszych stwierdzeń, że jest uparty, że znajdzie mnie wszędzie i jeszcze tu wróci. Chyba się bałam, wtedy tak, a potem, gdy poszedł, ze złości i ulgi uroniłam kilka łez. Powstrzymałam jednak rwący we mnie potok, bo przy turystach nie wypadało płakać. Próbuję zrozumieć, czemu mam pecha do takich przypadków, czym zasłużyłam sobie na takie przykre sytuacje, ale nie potrafię dostrzec związku między moją uczciwością i szczerością w damsko-męskich znajomościach, a nękaniem przez zauroczonych mężczyzn. Chciałabym, aby zostawiono mnie w spokoju, aby pozwolono malować usta bez zmartwienia, że ktoś siłą będzie chciał zetrzeć z nich szminkę. Czasem jest mi zwyczajnie przykro, a szczególnie wtedy, gdy patrzę na przystojne twarze ulubionych piosenkarzy i wiem, że nigdy nie usłyszę szczerych komplementów od wartościowych osób. Nie zasłużyłam, niczym, tylko niechciane zaloty albo nic. Proszę, zabierzecie ode mnie nachalnych mężczyzn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz