Wypadałoby o czymś napisać, aby potwierdzić ciągłość swojej egzystencji.
Choruję, mogę powiedzieć, że nieustannie, od kilku lat mam osłabioną
odporność, czepia się mnie mnóstwo zarazków, do dermatologa chodzę
często, bezskutecznie, jeszcze trochę, a będzie dwa lata, do lekarza
rodzinnego chodzę rzadko, lecz ostatnio wydałam na leki zdecydowanie za
dużo, mimo to mój stan zdrowia wcale się nie polepsza, niby wszystko
jest w porządku, a jednak nieustannie męczę się z bólem gardła lub zatok
albo katarem. W lustrzane odbicie spoglądam często, w końcu prawie
codziennie podążam pałacowymi wnętrzami o ścianach obwieszonych
kryształowymi, jedno taflowymi lustrami, a jednak nie widzę oznak
osłabienia czy zmęczenia, może tylko lekko załzawione oczy, choć nie od
płaczu, przeszklone jakby od gorączki, a jednak nie czuję się rozpalona.
Dziwne to wszystko. Czasem mam wrażenie, że kryje się we mnie choroba,
która tylko czeka na odpowiedni moment ataku, a ten pojawiający się i
niknący ból to tylko rozgrzewka. Bywam zdezorientowana, gdy moje ciało
wysyła sprzeczne sygnały, gdy choruje, ale nie chce zachorować, i nie
wiem, czy powinnam się martwić, czy trwać w przyzwyczajeniu i traktować
swoje dolegliwości jak normalny stan. Najbardziej stresujące w tym
wszystkim jest to wyśrodkowanie, dobrze byłoby być zdrowym, dobrze
byłoby być umierającym, a nie tak, byle jak. Zupełnie nie rozumiem,
czemu mam takie byle jakie życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz