26.07.2015

860.

Wypadałoby o czymś napisać, aby potwierdzić ciągłość swojej egzystencji. Choruję, mogę powiedzieć, że nieustannie, od kilku lat mam osłabioną odporność, czepia się mnie mnóstwo zarazków, do dermatologa chodzę często, bezskutecznie, jeszcze trochę, a będzie dwa lata, do lekarza rodzinnego chodzę rzadko, lecz ostatnio wydałam na leki zdecydowanie za dużo, mimo to mój stan zdrowia wcale się nie polepsza, niby wszystko jest w porządku, a jednak nieustannie męczę się z bólem gardła lub zatok albo katarem. W lustrzane odbicie spoglądam często, w końcu prawie codziennie podążam pałacowymi wnętrzami o ścianach obwieszonych kryształowymi, jedno taflowymi lustrami, a jednak nie widzę oznak osłabienia czy zmęczenia, może tylko lekko załzawione oczy, choć nie od płaczu, przeszklone jakby od gorączki, a jednak nie czuję się rozpalona. Dziwne to wszystko. Czasem mam wrażenie, że kryje się we mnie choroba, która tylko czeka na odpowiedni moment ataku, a ten pojawiający się i niknący ból to tylko rozgrzewka. Bywam zdezorientowana, gdy moje ciało wysyła sprzeczne sygnały, gdy choruje, ale nie chce zachorować, i nie wiem, czy powinnam się martwić, czy trwać w przyzwyczajeniu i traktować swoje dolegliwości jak normalny stan. Najbardziej stresujące w tym wszystkim jest to wyśrodkowanie, dobrze byłoby być zdrowym, dobrze byłoby być umierającym, a nie tak, byle jak. Zupełnie nie rozumiem, czemu mam takie byle jakie życie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz