24.09.2015

863. jestem ale znikam?

Bawi mnie słuchanie przemyśleń innych związanych z moją osobą. Uśmiecham się, wcale nie złośliwie, bawi mnie to jak dobry żart, jeszcze bardziej, gdy wiem, że nie wiedzą, iż kiedyś taka nie byłam, to po prostu regresja, której poddaję się dobrowolnie, bez walki, uśmiecham się, bo to takie zabawne, prawie nie istnieć. Koleżanka z pracy spogląda przyjaźnie w moją stronę, po czym mówi: nasza K. jest taka cicha, skromna, nic nie mówi, w ciągu dnia zje jedną kanapkę, wypije jedną szklankę herbaty… Obie wybuchamy śmiechem, bo aż trudno uwierzyć, że to prawda i że można istnieć w ten sposób. Inna koleżanka, również z tej samej pracy, wspomina, że zanim zaczęła tutaj pracować też taka była, cicha i spokojna, była, ale tak jakby jej naprawdę nie było, a teraz, tak, teraz widzę, że jest kobietą, otwartą, pewną siebie, i choć nie znałam jej wcześniej, wierzę, że osiem lat to wystarczająco dużo, aby poddać się zmianom. Przytakuję z uśmiechem na jej słowa, co mam powiedzieć, przecież wiem, że za dwa miesiące mnie nie będzie, nie tutaj, nie w tej pracy, a i myśl o byciu, namacalnym, dostrzegalnym, odpycha, bo to nikomu nie potrzebne, bo to nie ma znaczenia, bo nikt nie zachęca, bo po co, że niby takie, otwarte, mówiące (niekoniecznie rozgadane) osoby mają łatwiej, bo to jeszcze na coś mi się przyda, nie wiem, może tak to działa, próbuję wynaleźć argument, ale nie wiedzę w tym sensu, więc brnę w ciszę, aby mieć trochę spokoju, chociaż w przebywaniu z samą sobą, bo nagle wszystko co realne i życiowe nie jest warte uwagi, więc oblekam się w obojętność, siedzę, słucham, obserwuję, mam wrażenie, że śnię na jawie, zapominam o wszystkich, którzy dawniej wypełniali moje myśli, aż po brzegi, aż do bólu. Dziwne to wszystko. Czasem próbuję się usprawiedliwić, to całe swoje wycofanie, ale dla takiego życia nie ma usprawiedliwienia. Zasłużyłam na całe zło, które mnie spotyka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz