Bawi mnie słuchanie przemyśleń innych związanych z moją osobą. Uśmiecham
się, wcale nie złośliwie, bawi mnie to jak dobry żart, jeszcze
bardziej, gdy wiem, że nie wiedzą, iż kiedyś taka nie byłam, to po
prostu regresja, której poddaję się dobrowolnie, bez walki, uśmiecham
się, bo to takie zabawne, prawie nie istnieć. Koleżanka z pracy spogląda
przyjaźnie w moją stronę, po czym mówi: nasza K. jest taka cicha, skromna, nic nie mówi, w ciągu dnia zje jedną kanapkę, wypije jedną szklankę herbaty…
Obie wybuchamy śmiechem, bo aż trudno uwierzyć, że to prawda i że można
istnieć w ten sposób. Inna koleżanka, również z tej samej pracy,
wspomina, że zanim zaczęła tutaj pracować też taka była, cicha i
spokojna, była, ale tak jakby jej naprawdę nie było, a teraz, tak, teraz
widzę, że jest kobietą, otwartą, pewną siebie, i choć nie znałam jej
wcześniej, wierzę, że osiem lat to wystarczająco dużo, aby poddać się
zmianom. Przytakuję z uśmiechem na jej słowa, co mam powiedzieć,
przecież wiem, że za dwa miesiące mnie nie będzie, nie tutaj, nie w tej
pracy, a i myśl o byciu, namacalnym, dostrzegalnym, odpycha, bo to
nikomu nie potrzebne, bo to nie ma znaczenia, bo nikt nie zachęca, bo po
co, że niby takie, otwarte, mówiące (niekoniecznie rozgadane) osoby
mają łatwiej, bo to jeszcze na coś mi się przyda, nie wiem, może tak to
działa, próbuję wynaleźć argument, ale nie wiedzę w tym sensu, więc
brnę w ciszę, aby mieć trochę spokoju, chociaż w przebywaniu z samą
sobą, bo nagle wszystko co realne i życiowe nie jest warte uwagi, więc
oblekam się w obojętność, siedzę, słucham, obserwuję, mam wrażenie, że
śnię na jawie, zapominam o wszystkich, którzy dawniej wypełniali moje
myśli, aż po brzegi, aż do bólu. Dziwne to wszystko. Czasem próbuję się
usprawiedliwić, to całe swoje wycofanie, ale dla takiego życia nie ma
usprawiedliwienia. Zasłużyłam na całe zło, które mnie spotyka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz