1.01.2016

870. nowy rok, "stare" zmartwienia

Staram się przekonać samą siebie jak mogę, mówię, że przetrwam wszystko jak prawdziwy mężczyzna, albo jak wojownik, będę dzielna, ale też przyjmę z pokorą i spokojem to, co przyniesie los. Tymczasem ogarnia mnie strach, kiedy czuję ból w coraz to nowszych miejscach ciała, choć bardziej boję się tego, że nie otrzymam pomocy na czas, że gdy skończą się pieniądze będę musiała czekać w długich kolejach, aby dostać się do lekarzy w ramach NFZ. Rozsądek mówi mi, że moja wyobraźnia płata mi figle; w końcu nie zachorowałam na nic niewyleczalnego ani wyjątkowego, ot zdarzyło się i nie ma przebacz; w dodatku moje leczenie trwa, więc jestem już na drodze ku uzdrowieniu, a jeśli w międzyczasie przypałęta się inna infekcja, również mogę stawić jej czoła. Nie jestem jednak przyzwyczajona do wędrówek po gabinetach lekarskich, wszystkie podejrzane objawy ignoruję, jestem nastawiona na ostateczność, a to sprawia, że potem cierpię, fizycznie, przecież to da się przeżyć, jestem odporna na ten rodzaj bólu, ale moje zdrowie psychicznie zbyt szybko ulega pogorszeniu. Myślami jestem już gdzieś tam, hen daleko w przyszłości, zdrowa i spokojna, bez tych leków, badań, niepewności i bezradności. Bo teraźniejszość jest okrutna. Nie potrafię skupić się na niczym innym, dni ciągną się niemiłosiernie, hamuję każdy potok łez wiedząc, że to nie zdrowo, bo warto byłoby zafundować swojej duszy katharsis, a jednak jeszcze niezdrowej byłoby teraz łykać tabletki od bólu głowy, czy nadwyrężyć pracę swoich nadwrażliwych zatok, które długo nieleczone przeszły swoje i teraz drżę za każdym raz na myśl o kolejnej ich ułomności lub co gorsza, o łykaniu antybiotyków i nadwyrężaniu wątroby. Moja odporność jest i tak wystarczająco zachwiana. Boję się, że utknę w „ciągu leczenia się’ i zamiast zająć się tym, czym powinnam, czyli życiem, wszystko znów skupi się na mnie i kolejny rok będę tylko ja i daremne próby wyciągnięcia się z bagna, które ciągnie w dół.  Jedno wielkie nic. Nie miałam nawet siły odezwać się do znajomych, do których chciałam od dawna napisać, i nie zrobię tego, dopóki mój stan zdrowia się nie polepszy, choć wiem, że ryzykuję, bo potem może być za późno, a może nawet już jest. Niestety, jeśli coś mocno mnie przygniata, odcinam się od rzeczywistości, zamykam w sobie i czekam w strachu, często zdezorientowania, nie potrafiąc nic zrobić. Boję się kolejnych wizyt u lekarzy, badań i ich wyników, drogich leków oraz braku pracy i szybko znikających oszczędności. W miniony poniedziałek szłam miastem, wpatrzona jedynie wprost przed siebie, co sprawiło, że niespodziewanie tuż przy mnie wybuchła petarda. Handlujący nielegalnymi papierosami mężczyźni zerwali się do biegu, więc pomyślałam, że zbliża się straż miejska. Jak bardzo się pomyliłam. Szkoda, że żaden z nich nie pociągną mnie za sobą. Huk był na tyle głośny, że dalej szłam płacząc. W domu przed snem, przy wszechogarniającej ciszy, zorientowałam się, że w moim lewym uchu pojawił się nieustający pisk. Minęły cztery dnia, a on nadal tam jest, jakby ktoś nie wyłączył zepsutego telewizora w moim uchu. Muszę czekać do poniedziałku na wizytę u lekarza rodzinnego, aby dostać skierowanie do laryngologa,  a potem nie wiadomo jak długo czekać w kolejce do specjalisty. Martwię się, że czas działa na moją niekorzyść, martwię się o diagnozę i o przyjmowanie kolejnych leków. Przecież nie mogę łykać tylu tabletek. Niedawno mój organizm ciężko zniósł dwanaście przyjmowanych przeciw bieżącym dolegliwościom, z którymi będę męczyć się już trzeci miesiąc. Jestem zagubiona w swej bezradności. Mam ochotę płakać ze złości, żalu i smutku, jak dziecko, którym nie ma kto się zaopiekować. Dwa ostatnie lata były dla mnie ciężkie. Momentami mam wrażenie, że nie pociągnę dłużej tego wszystkiego, tym bardziej, że nagle wszystkie plany na ten rok rozsypały się w jednej chwili.  Życzcie mi zdrowia, albo szybkiej śmierci.  Boże, nie mam już siły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz