Staram się przekonać samą siebie jak mogę, mówię, że przetrwam wszystko
jak prawdziwy mężczyzna, albo jak wojownik, będę dzielna, ale też
przyjmę z pokorą i spokojem to, co przyniesie los. Tymczasem ogarnia mnie strach,
kiedy czuję ból w coraz to nowszych miejscach ciała, choć bardziej boję
się tego, że nie otrzymam pomocy na czas, że gdy skończą się pieniądze
będę musiała czekać w długich kolejach, aby dostać się do lekarzy w
ramach NFZ. Rozsądek mówi mi, że moja wyobraźnia płata mi figle; w końcu
nie zachorowałam na nic niewyleczalnego ani wyjątkowego, ot zdarzyło
się i nie ma przebacz; w dodatku moje leczenie trwa, więc jestem już na
drodze ku uzdrowieniu, a jeśli w międzyczasie przypałęta się inna
infekcja, również mogę stawić jej czoła. Nie jestem jednak
przyzwyczajona do wędrówek po gabinetach lekarskich, wszystkie
podejrzane objawy ignoruję, jestem nastawiona na ostateczność, a to
sprawia, że potem cierpię, fizycznie, przecież to da się przeżyć, jestem
odporna na ten rodzaj bólu, ale moje zdrowie psychicznie zbyt szybko
ulega pogorszeniu. Myślami jestem już gdzieś tam, hen daleko w
przyszłości, zdrowa i spokojna, bez tych leków, badań, niepewności i
bezradności. Bo teraźniejszość jest okrutna. Nie potrafię skupić się na
niczym innym, dni ciągną się niemiłosiernie, hamuję każdy potok łez
wiedząc, że to nie zdrowo, bo warto byłoby zafundować swojej duszy
katharsis, a jednak jeszcze niezdrowej byłoby teraz łykać tabletki od
bólu głowy, czy nadwyrężyć pracę swoich nadwrażliwych zatok, które długo
nieleczone przeszły swoje i teraz drżę za każdym raz na myśl o kolejnej
ich ułomności lub co gorsza, o łykaniu antybiotyków i nadwyrężaniu
wątroby. Moja odporność jest i tak wystarczająco zachwiana. Boję się, że
utknę w „ciągu leczenia się’ i zamiast zająć się tym, czym powinnam,
czyli życiem, wszystko znów skupi się na mnie i kolejny rok będę tylko
ja i daremne próby wyciągnięcia się z bagna, które ciągnie w dół. Jedno
wielkie nic. Nie miałam nawet siły odezwać się do znajomych, do których
chciałam od dawna napisać, i nie zrobię tego, dopóki mój stan zdrowia
się nie polepszy, choć wiem, że ryzykuję, bo potem może być za późno, a
może nawet już jest. Niestety, jeśli coś mocno mnie przygniata, odcinam
się od rzeczywistości, zamykam w sobie i czekam w strachu, często
zdezorientowania, nie potrafiąc nic zrobić. Boję się kolejnych wizyt u
lekarzy, badań i ich wyników, drogich leków oraz braku pracy i szybko
znikających oszczędności. W miniony poniedziałek szłam miastem,
wpatrzona jedynie wprost przed siebie, co sprawiło, że niespodziewanie
tuż przy mnie wybuchła petarda. Handlujący nielegalnymi papierosami
mężczyźni zerwali się do biegu, więc pomyślałam, że zbliża się straż
miejska. Jak bardzo się pomyliłam. Szkoda, że żaden z nich nie pociągną
mnie za sobą. Huk był na tyle głośny, że dalej szłam płacząc. W domu
przed snem, przy wszechogarniającej ciszy, zorientowałam się, że w moim
lewym uchu pojawił się nieustający pisk. Minęły cztery dnia, a on nadal
tam jest, jakby ktoś nie wyłączył zepsutego telewizora w moim uchu.
Muszę czekać do poniedziałku na wizytę u lekarza rodzinnego, aby dostać
skierowanie do laryngologa, a potem nie wiadomo jak długo czekać w
kolejce do specjalisty. Martwię się, że czas działa na moją niekorzyść,
martwię się o diagnozę i o przyjmowanie kolejnych leków. Przecież nie
mogę łykać tylu tabletek. Niedawno mój organizm ciężko zniósł dwanaście
przyjmowanych przeciw bieżącym dolegliwościom, z którymi będę męczyć się
już trzeci miesiąc. Jestem zagubiona w swej bezradności. Mam ochotę
płakać ze złości, żalu i smutku, jak dziecko, którym nie ma kto się
zaopiekować. Dwa ostatnie lata były dla mnie ciężkie. Momentami mam
wrażenie, że nie pociągnę dłużej tego wszystkiego, tym bardziej, że
nagle wszystkie plany na ten rok rozsypały się w jednej chwili. Życzcie
mi zdrowia, albo szybkiej śmierci. Boże, nie mam już siły.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz