Próbuję o tym napisać od miesięcy, a może nawet od lat, ale gdy już zasiądę przed otwartą stroną, nic nie wychodzi spod moich palców, więc skaczę od strony do strony, marnuję czas w internecie na tysiąc różnych sposobów, bo wydaje mi się, że już zapomniałam, że po całym dniu kłucia w klatce piersiowej mi przeszło, bo nie chcę przerabiać tego od nowa. Wieczór mija, kładę się spać, a bezsenność zagląda do moich oczu i nie pozwala ich zmrużyć, bo myślę, ciągle o tym myślę. Czasem uświadamiam sobie z przerażeniem, że pewne rzeczy nigdy nie giną, niezależnie od tego jak bardzo odpychamy je od siebie. Ciągle oddalam od siebie tę historię, jakby nigdy niewypowiedziane słowa miały mnie nie dopaść, ale znowu to robię, płynnie snuję niekończący się monolog przed snem, tłumaczę samej sobie wszystkie prawdy, które wyznaję, a potem zwracam się do kogoś innego, wyimaginowanego, wiedząc, że mówienie do siebie nie zastąpi mówienia komuś. Próbuję uporządkować w całość wszystkie lata, o których nie potrafię zapomnieć, bo nie chcę zapomnieć o czymś dobrym, ale tak naprawdę to historia, która nie obchodzi już nikogo poza mną. Stała się subiektywnym wspomnieniem, które może mieć niewiele wspólnego z prawdą i to mnie w pewien sposób dodatkowo dobija. Zawsze chciałam odkryć prawdę, wierząc, że “prawda nas wyzwoli”, ale im bardziej szukam, tym mniej rozumiem. Chciałabym napisać o tym, dlaczego wszyscy ci, którzy ostrzegali, że “na starość” będę żałować, mieli trochę racji, choć wiem, że wtedy nie mogłam postąpić inaczej w żadnej z tamtych sytuacji. Przeraża mnie, że mogę nigdy nie uwolnić się od tego uczucia, a przecież to nieprawda, bo nie raz żyłam tak, jakbym nie miała przeszłości. Przecież przeszłości nie ma. Przeszłość już nie istnieje. I chyba trudniej przełknąć mi tę myśl, że nie jesteśmy już tamtymi osobami, a łączący nas sentyment nie sprawi, że będziesz chciał zobaczyć mnie tak bardzo jak ja ciebie. Czekam na to aż zapomnę lub na to aż przypomnisz sobie, że czekam. (Choć może tak ma być, nie ma cię, bo nie dałoby się znieść tego, co chciałabym z siebie wyrzucić.) W zamian od czasu do czasu pojawiają się w moim życiu ludzie obcy, którzy pukają do moich drzwi, a ja z bezsilności trzymam je zamknięte, by po kilku tygodniach zrozumieć, że mogła to być moja szansa na ratunek lub chwilowe złagodzenie bólu istnienie (och, jak to “werterowsko” brzmi), bo przecież nie przygniata mnie tylko przeszłość, ale cała nieprzychylna teraźniejszość. Podziwiam ich odwagę zwrócenia się ku mnie, ale nie mogę im otworzyć jednocześnie ostrzegając, że ciągle jestem bałaganem, w który prędzej czy później zgubią się i oni. Zawsze myślę o tym, że najpierw chciałabym uzdrowić siebie i znaleźć miejsce, które nie będzie wysysać ze mnie energii, a dopiero potem budować zdrowe, pozytywne relacje z innymi, ale pojawia się we mnie myśl, że to może nie nastąpić nigdy, bo zwyczajnie nie zdążę, albo będę za głupia, aby zauważyć, że proces przemiany dobiegł końca. (To syndrom wiecznego oszukiwania siebie i otoczenia, to nie mówienie innym niewygodnej prawdy o swoich uczuciach, aby nie zostać skarconym za brak pozytywnego myślenia.) Wtedy myślę, że powinnam ryzykować, jak choćby przed rokiem, nie martwiąc się tym, że później będą ofiary. Tymczasem mam wrażenie, że powtarzam właśnie zeszłoroczne cholerne lato, bo niektóre sytuacje wydają się identyczne i aż mi słabo, więc zatrzaskuję drzwi do siebie i udaję, że wyprowadziłam się na inną planetę. Piszą do mnie ludzie, którzy wtedy strasznie namieszali, więc myślę sobie, tak będzie lepiej dla wszystkich, jeśli ułatwię wam w zapomnieniu o tym, że istnieję.
Wiecie, ostatnio słuchałam wykładów mądrych osób na tematy przeróżne i usłyszałam o ludziach, którzy żyją w przeszłości i przyszłości. Godzinami żyją w nieistniejącym świecie. Analizują, przestawiają, toczę bitwy, porażki, zmieniają historię. Choroba wczoraj, choroba jutra. Święta prawda o mnie. Uderzyło mnie to tak bardzo, że jeszcze bardziej zapragnęłam pozbyć się tego, co nie daje spać mi po nocach. Muszę zapomnieć o przeszłości i nie myśleć o zgubnej przyszłość. Jest tylko teraz, a teraz cię tu nie ma.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz