Myślę o tym mniej, a jednak nie przestanę, dopóki nie zrozumiem, czemu znaleźliśmy się w takiej, a nie innej sytuacji, a to mój największy błąd, bo lepiej byłoby spróbować zapomnieć, tylko jak zapomnieć o czymś, o czym nie potrafisz przez lata. Czasem boję się, że ktoś wziąłby mnie za stalkera i nie piszę tego w żartach, mam na myśli całe niebezpieczeństwo i obsesje, jakie wiążą się z tym słowem. Czasem mam wrażenie, że jeden zły ruch i przekroczę tę cienką granicę, która do reszty sprawi, że ludzie znienawidzą mnie za to, że interesuję się ich życiem, nawet jeśli to moi prawdziwi realni znajomi od lat. Czasem boję się, że ktoś wytknie mi, abym zajęła się swoimi sprawami, a potem z hukiem zamknie przede mną drzwi do siebie i zabroni pukać, a mi będzie tak okropnie przykro, z czym sobie nie poradzę. Moich znajomych nie przy mnie ciałem, na co dzień są gdzieś tam, te kilkadziesiąt lub kilkaset kilometrów ode mnie, żyją swoim dorosłym życiem, pewnie dlatego gdy miewam gorsze momenty, kwestionuję łączące nas relacje. Dorastałam w pewnego rodzaju osamotnieniu, które nie polegało na tym, że nie miałam przy sobie ludzi, ale na tym, że zawsze byłam odcięta w tych najgorszych momentach, bo pokazywanie siebie w dołku zaczęło być niewygodne, głównie dla mnie samej. Nie potrafiłam wytłumaczyć, co się ze mną dzieje, więc zrezygnowałam z uzewnętrzniania się przed ludźmi, nawet jeśli były to osoby, które wiedziały o mnie niemal wszystko. Czasem przeszkadzało mi, że muszę przyjmować postawę “wszystko w porządku”, z drugiej strony nie potrafiłam mówić o tym, co jest nie w porządku, bo ledwo rozumiałam samą siebie i wiedziałam, że muszę przejść przez to sama, aby wygrać. Potem nastały czasy, gdy zaczęłam widywać znajomych tak rzadko, że każde spotkanie przynosiło mi tak wiele radości, iż zapomniałam o tym, co mnie dręczy, a nawet jeśli pamiętałam, to nie potrafiłam czuć się przybita, bo widok dawno niewidzianych twarzy był sto razy ważniejszy. Tak oto zaczęłam mieć problem, który polega na tym, że gdy jestem ze znajomymi, moja ekspresja siebie jest całkiem inna, niż gdy spędzam czas w pojedynkę. Czasem denerwuje mnie, że nie potrafię być przy kimś taka, jak wyobrażam sobie, że jestem, gdy tej osoby przy mnie nie ma. Czasem chcę z kimś zrobić coś, czego nie robiliśmy nigdy razem, ale nie widzimy się tak długo, że przy spotkaniu siedzimy i rozmawiamy i to po prostu najlepsze, aby dowiedzieć się, co u drugiej osoby, a potem znowu męczy mnie, że od wieków nie oglądaliśmy razem filmu, albo nie byliśmy na zakupach czy nie rozmawialiśmy o tym, że niebo jest niebieskie, albo o tym, że praca męczy i znowu nikt nas nie kocha. Prawda jest jednak taka, że nie o tym miał być ten wpis i nie wiem, jak to się stało, że napisałam już tyle, a nie napisałam nic o tym, co nie daje mi spać po nocach. Mógłbyś tu wróci i zwyczajnie oddać mi sen. Od marca nie potrafię spać normalnie, przyjacielu. Pewnie powiedziałbyś, że to nie Twoja wina i masz rację, zwariować mogę tylko na własne życzenie i uwierz, trzymam się dzielnie, ale ciągle zastanawiam się, czy kiedykolwiek to coś we mnie pęknie i nie będzie już odwrotu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz