2.09.2017

949.

Nie mieści mi się w głowie, że nastał już wrzesień. Do tego czasu miało mnie już tu nie być. W zeszłym roku też miało mnie tu nie być i w jeszcze poprzedni również, w ogóle od wielu lat miało mnie tu nie być, i mam tu na myśli zarówno miejsce zamieszkania jak i Ziemię. Czasem ogarnia mnie takie wielkie niepojęcie swojego losu, że brak odpowiedzi na pytanie “dlaczego nic nie działa tak jakbym chciała” staje się bezsensowne, bo wiem, że pewne rzeczy zawsze pozostaną bez odpowiedzi. Ciągle oswajam się z myślą, że mogę nigdy nie dojść do tego, czemu to wygląda jak wygląda lub wyglądało, a nawet jeśli na horyzoncie pojawia się odpowiedź, jest ona zawsze taka sama - to moja wina, moje błędne decyzje z przeszłości ciążą na teraźniejszości i za nic nie potrafię się od tego odciąć, a przecież to nie może być prawda, że wszystko jest wynikiem moich działań, bo nie jestem w centrum świata i nie tworzę każdej sytuacji. Podjęłam kilka skromnych prób w ciągu ostatnich trzech miesięcy, a nawet decyzji, gdzie musiałam przełamać swoje dotychczasowe bezpieczne myślenie, ale nie podziałało. Nie wiem już kim mam być, aby dopasować się do świata, w którym żyję, więc znowu to robię, oddalam się do niego, a za chwilę cierpię, gdy nie potrafię się w nim odnaleźć, a przecież muszę, jeśli chcę żyć jak dorosły, samodzielny, niezależny człowiek, którym chcę być od podstawówki. Czemu będąc dzieckiem wymyśliłam, że chcę być taka, podczas gdy wszystko co działo się w życiu rodzinnym i szkolnym przeczyło temu, że wyrosnę na taką osobę - nie wiem. To okropne mieć dwadzieścia siedem lat i zrozumieć swoją przeszłość w ciągu przyczynowo-skutkowym, ale nie pogodzić się z nią. Czy kiedykolwiek przestanę chcieć być kimś innym niż jestem teraz? Wierzę, że bycie bezrobotną nie określa mnie jako człowieka, tak jak wierzę, że wykonywany zawód nie określa człowieka, choć nadaje mu pewne cechy. Nie chodzi jednak o to. Przez ostatnie miesiące zaczęłam jeździć rowerem jak szalona, prawie codziennie, bo kiedyś z powodu przewlekle chorych zatok, a potem anemicznego braku siły, a na końcu z braku sprawnego roweru, zrezygnowałam z tego. Może dlatego tak wielką radość sprawiły mi te letnie przejażdżki, a może chciałam wyjeździć to co we mnie siedzi. Nie od dziś wiadomo, że sport to zdrowie, a wysiłek fizyczny poprawia samopoczucie. Miałam być pozytywnie zmęczona, tymczasem bywało, że po trzech godzinach jazdy w ciepły dzień, wracałam do domu naładowana energią, a że jeździłam głównie późnymi popołudniami czy wieczorami, nie mogłam zmusić się do położenia o przyzwoitej godzinie. Dodatkowo zaśnięcie utrudniało mi to wszystko, co miałam wyjeździć, a czego nie wyjeździłam. To okropne kłaść się spać codziennie z tymi samymi myślami, przerabiać ten sam scenariusz na nowo, tłumaczyć sobie jak dziecku, czemu tak musi być, i akurat tu nie chodzi tylko o brak pracy. Dzisiaj również położę się spać z ciężkim sercem wiedząc, że przegrałam w lato 2009 roku, a jednocześnie wygrałam tak dużo, że zdarza mi się płakać z powodu tych wszystkich wspomnień, choć tak naprawdę nie potrafię już nawet wypłakać tego, co mnie męczy, chyba przez te rowerowe endorfiny. Mieliście kiedyś tak, że znaleźliście się na przegranej pozycji i nie było nawet cienia szansy na zwycięstwo, bo każda próba byłaby tylko ranieniem innych, a na końcu i tak siebie. Co z tego, że przerabiam tę sytuację od ośmiu lat z przerwami. Przerwy są tylko dowodem na to, że można wieść życie, które pozwala zapomnieć (dlatego między innymi potrzebuję pracy, bo jak człowiek ma zajęcie to nie myśli o “głupotach”). Trzymam się więc dzielnie swojej rozsądnej strony, choć to trudne, ale nie mogę mieszać i wciągać w to niewinne osoby (stąd moje obawy z poprzedniego wpisu, ale chyba naoglądałam się za dużo programu “Catfish”), tylko dlatego że coś nie układa się po mojej myśli. Nie układa się, bo widocznie nie powinno, bo jest Ktoś mądrzejszy ode mnie, chcę w to wierzyć, i nie może pozwolić na to, abym wpakowała się w coś z tak smutnym zakończeniem. Nie potrzebuję kolejnych lat przeznaczonych na odchorowywanie zranień. Obecnie wystarczy mi, że z moim ciałem znowu dzieje się coś dziwnego, bo od trzech miesięcy (myślałam że tylko od dwóch, ale zerknęłam w kalendarzyk i przeżyłam lekki szok, czas tak pędzi) nie mam okresu. Pewnie każdy mądry zarzuciłby mi ciążę, ale żeby być w ciąży, trzeba prowadzić aktywne życie seksualne, a takie u mnie nigdy nie istniało. To chyba coś z hormonami, bo moja cera szwankowała przez ostatni czas, a może i nie, może to stres, nadmierny wysiłek fizyczny, może rak jajników, ale przecież nic mnie nie boli, fizycznie czuję się fantastycznie. Nie wiem, czemu nad tym rozmyślam, zamiast udać się do lekarza. Pewnie dlatego że to mój trzeci raz, kiedy brakuje mi okresu (choć tak naprawdę to mi go nie brakuje), raz jako nastolatka pozbyłam się go na prawie rok wraz z wyniszczająca dietą (wtedy nie byłam u lekarza, a wrócił, wraz z efektem jojo), drugi raz w 2015 roku odebrała mi go anemia (poszłam do lekarza i to był błąd, bo okres wrócił po 54 dniach, a ja nie przestałam chodzić do innych lekarzy). Poza tym, jaki jest sens iść do lekarza, jeśli mogą zrobić mi tylko USG i pobrać krew na poziom hormonów. No i mam dość lekarzy, dość badań i dość tego wszystkiego. Pora więc zebrać się do spania, bo już po północy. Snu nigdy dość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz