Otrząśniecie się zajęło mi tydzień, tyle ile trwał mój okres. Wrócił po trzech miesiącach wraz z tym jak przestałam jeździć rowerem. Moje trzymiesięczne napięcie przedmiesiączkowe zbiegło się z telefonem z Zakopanego i wybuchem agresji w domu, co sprawia, że z perspektywy czasu, z dala od tych dni, które należą już do przeszłości, zastanawiam się, czy na moją negatywną decyzje wpłynął nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Wszystko ze mnie uszło wraz z krwią. Hormony odpuściły i w końcu jestem lżejsza bez tego nadmiaru wody w organizmie. Nagle wydaje mi się, że mogłabym zagrać tę recepcjonistkę. Wydaje mi się, bo naprawdę nie mam zamiaru unieszczęśliwić się w ten sposób, jeszcze nie, więc zastanawiam się, kiedy mój upór zmaleje i stanę się taka malutka, że z biedy pójdę gdziekolwiek. Nie wiem, czy pogodziłam się z tym, że tu zostaję. Pewnie gdybym miała być szczera, gdzieś płacze we mnie dziecko, ale patrząc na to, że bez pieniędzy nie mam szans na wyprowadzkę, których od maja zostało niewiele, nie mam za bardzo wyjścia. Zostaję i szukam zajęcia w okolicy, aby znowu odłożyć trochę pieniędzy i rozmyślać o innym życiu. Ten rok miał być inny, po tych wszystkich latach uwierzyłam, że w końcu mogę, tymczasem zostało trochę trzy miesiące, a już wiem, że nic się nie zmieni, zaś ostatni dzień roku spędzę tak jak zawsze, sama z pasmem porażek, choć przez ostatnie dwa lata w tym czasie chorowałam więc wszystko było mi obojętne, tak niedobrze się czułam. Wracając jednak do czasu teraźniejszego, podjęte przeze mnie próby na razie nie przyniosły efektów, choć udałam się osobiście do potencjalnych miejsc pracy. Poczekam jeszcze kilka dni i znowu wymyślę sobie inną pracą, choć mam niewiele opcji i prawdopodobnie niedługo zaliczkę kolejny “mental breakdown”, po którym będę z trudem wstawać z łóżka. Wrzesień mija mi jak jeden dziwny dzień, który zaraz się skończy. Prawdopodobnie wszyscy zauważyli już, że oficjalnie zaczęła się jesień, choć zimno jest już od dawna, w naszym mieszkaniu także, przez co trwa w permanentnym stanie chłodu i nieustannie wlewam w siebie ciepłe napoje, aby rozgrzać się na chwilę. Mimo to któregoś dnia było bezdeszczowo i wsiadłam nawet na rower, co poprawiło mi nastrój. Wysiłek fizyczny i głupkowaty, w jak najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu, koreański program rozrywkowy to dla mnie ukojenie. Od ćwiczeń i śmiechu krąży we mnie hormon szczęścia i wtedy mogę siebie okłamywać, że wszystko jest w porządku, nic się nie dzieje i właściwie jestem całkiem normalna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz