30.01.2018

962.

Styczniowe dni przeminęły tak szybko. Pewnie nie warto coś o nich wspominać, ale założyłam, że w tym roku będę tworzyć podsumowanie każdego miesiąca, więc oto jestem. Od pierwszego stycznia cierpię na bezsenność, choć nie jest to bezsenność turlania się w łóżku z lewej strony na prawą. Zasypiam szybko, gdy przytulę głowę do poduszki. Moja bezsenność polega na odwlekaniu momentu znalezienia się w łóżku, ponieważ wiąże się to ze snem, który szybko doprowadza mnie do niewiele wartego dnia następnego. Przesypiam całą noc. W dodatku śni mi się tak dużo osób i sytuacji, że można oszaleć. (Najgorszy sen to ślub z moim kolegą, który nie odezwał się przez ostatnie 10 miesięcy, choć podobno miał, ale nie wiem, może coś źle zrozumiałam. Ślub mieliśmy wziąć po tygodniu nie widzenia się, co już było dziwne. Gdy mijałam go na schodach uradowanego, spytałam, czy my na serio tak z tym ślubem. Wiecie co powiedział, wiecie? Że nie opuści mnie aż do śmierci. Cholerne realistyczne sny, które psują dzień po przebudzeniu. Takie żarty funduje mi moja podświadomość we snach. Jeśli myślicie, że to dlatego, bo czuję się opuszczona, to źle myślicie. Ja jestem tylko zawiedziona, że nikt porządny nie chce utrzymywać ze mną kontaktu.) Jeśli mam problem z zaśnięciem, mam też problem ze wstaniem – nic zaskakującego. Od pierwszego uchylenia powiek od podniesienia ciała często mija godzina. Tak prezentuje się mój styczeń. Żałośnie. Oczywiście staram się to codziennie zmienić, ale bezskutecznie. Każdego dnia ponoszę porażkę na dobranoc i na dzień dobry.
W styczniu wychodziłam z domu jedynie do sklepu i na niedzielne msze. Oh, tak, raz byłam na dłuższym spacerze, który skończył się bólem głowy. Nie spotkałam nikogo, z kim mogłabym porozmawiać. Mijałam znajome twarze, ale to nie był nikt bliski. Więc jak to się stało, że wyrzuciłam z siebie tysiące słów? W całym dotychczasowym życiu pisałam listy tylko z jedną osobą. Przechowuję wszystkie jak najdroższy skarb i nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie otworzyć je ponownie bez strachu, że zaleje mnie równie wielka tęsknota co poczucie winy. Tłumaczę sobie, że niektórym ludziom trzeba pozwolić zniknąć, jeśli tego potrzebują, ale ciągle wraca do mnie ta myśl, że mogłam starać się bardziej. Żałuję, że mogłyśmy spotkać się tylko raz w życiu i choć od sześciu lat próbuję opanować sztukę kontrolowania rzeczywistości, nie doszłam do tego, jak wyczarować nasze spotkanie. Widocznie ponowne spotkania nie są pisane wszystkim. Już nigdy więcej nie miałam tworzyć wyczerpujących listów, tymczasem w styczniu napisałam cztery strony, do znajomej nieznanej osoby, choć powinnam napisać odwrotnie, znanej, ale nieznajomej. Czemu znowu to sobie robię? To głupie chcieć uwolnić się od ludzi, a potem ich szukać z bezsensu, w dodatku w tak niecodzienny i przynoszący komplikacje sposób.
Niby w styczniu nie wydarzyło się nic, a jednak ku mojemu zaskoczeniu po czterech miesiącach milczenia napisała do mnie osoba, którą, jak się okazało, męczy “nie wiem”. Jak bardzo niefortunnie się składa, że sama jestem wypchane takim “nie wiem” po brzegi. Jeśli miała być stroną podejmującą decyzję (bo zrozumiałam, że takie są wobec mnie oczekiwania), zerwałam męczący przymus odpisywania. Stwierdziłam, że skoro w realnym świecie nam nie wyszło, lepiej zrezygnować z podtrzymywania znajomości przez internet. Ile można pisać? Ile tysięcy słów mam napisać, aby ludzie zaczęli występować w moich życiu w namacalnej postaci? Prawdą jest, że to nie przez mój błędny ruch ta znajomość się skomplikowała, więcej, okazuje się, że to nie ja wracam to tego żałosnego smsa sprzed prawie dwóch lat. Myślę, że nie przeskoczymy tamtego momentu. Poza tym, jesteśmy z tej samej miejscowości, a nawet nie potrafimy wpaść na siebie przypadkiem. Chodzimy zupełnie innymi drogami. To bezsensu. Bezsensu się tak męczyć z czymś, co i tak nie ma przyszłości, więc lepiej rozejść się w pokoju.
Jakby tego było mało, ponownie zaczepiłam na tumblrze obserwatorkę (obserwujemy się nawzajem od kilku lat). Chciałam tylko skomentować coś odnośnie jej postów i nagle okazało się, że wymieniamy ze sobą wiadomości po angielsku na temat koreańskiego popu, co wyczerpuje podwójnie, bo wbrew pozorom, to wcale nie są takie miłe tematy. Ciągle nie opuszcza mnie wrażenie, że nie potrafię wyrazić w obcym języku tego, co chcą moje myśli. Z drugiej strony, gdy piszę po angielsku, zaczynam automatycznie myśleć w tym języku i wszystko wydaje się takie okrojone i ubogie w znaczeniu. Oczywiście to wszystko nie przeszkadza mi w pisaniu długich wiadomości. Czy kiedykolwiek będę żyć na zewnątrz, zamiast pisać swoje życie siedząc w jednym w pokoju?
Można powiedzieć, że przepisałam ten miesiąc, ale nie byłam w stanie stworzyć krótkiego ogłoszenia i umieścić go w internecie. Dociera do mnie, że nie jestem w stanie ruszyć z miejsca, jakby coś mówiło mi, że niezależnie od tego, jaką decyzją podejmę i tak będzie tragiczna w skutkach. Chyba mam traumę, czy coś, po tych wszystkich błędach przeszłości, swoich i nieswoich. Wysłałam jedno, a może dwa CV, ale to i tak nie ma sensu, bo wiem, że powinnam zabrać się za to inaczej. Może powinnam sprzedać nerkę, albo dziewictwo? Czemu nie jestem na tyle głupia, aby to zrobić i uwierzyć, że tylko pieniądze rozwiążą mój problem?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz