29.06.2019

1038.

Dwa tygodnie urlopu minęły, ale czym był mój urlop, przecież nawet nigdzie nie wyjechałam. Moje podróże ograniczyły się do wyjazdów w poszukiwaniu sukienki i butów na wesele. Nie kupiłam nic. Czy ktoś jest zaskoczony? Zakupy nigdy nie wychodzą wtedy gdy powinny. Na wszystkie uroczyści, które miały miejsce od mojej studniówki, nie udało mi się znaleźć idealnego stroju. Można więc powiedzieć, że od dziesięciu lat zawsze idę w tym, w czym muszę, jeśli chcę w ogóle pójść, a przeważnie nie chcę, ale muszę, bo inaczej nie wypada. Nie udało mi się też znaleźć partnera na wesele. Oczywiście mogłabym to zrobić i poprosić tę jedną osobę, ale zauważyłam, że sama myśl o kontakcie przysparza mi tak dużo stresu, że nie jestem w stanie. Ostatnio nawet popłakałam się przy jednej z prób. To niesamowite, że inne osoby tak bardzo przekonały mnie, że powinnam zapomnieć o jednej z niewielu dobrych (według mojej opinii) rzeczy w moim życiu, aż uwierzyłam, że to wcale nie była dobra relacja, a może nawet jedno wielkie kłamstwo. Niechcący po dziewięciu miesiącach otworzyłam folder “do not open” i wcale nie zamierzałam go czytać, chciałam tam coś przenieść z innego folderu i przeczytałam to zdanie o pokrewnych duszach i oczywiście musiałam się rozpłakać. Ale tylko dlatego, że to był dzień okresu; byłam obolała i wymęczona, więc reagowałam na wszystko nieracjonalnie. A potem przeczytałam swoją prośbę o przyjaźni i zrobiło mi się niedobrze, pewnie też od okresu. Wiem, że przez te wszystkie lata wysyłałam dużo słów w świat i żałuję, że byłam wtedy sobą, a prawdziwa ja jest strasznie pogubiona i właśnie dlatego powinna milczeć. W poniedziałek wrócę do pracy, która mnie w pewien sposób niszczy, choć może ostatecznie niszczy mnie moje podejście do tego miejsca, w którym nie potrafię już zdrowo funkcjonować. Bycie w pracy to jak bycie w chorobie. Nie potrafię myśleć już o niczym innym, jak o życiu które mam, jak wiele w nim ciężkich nierozwiązanych sytuacji, które tworzą mnie taką, jaka jestem - nie do zaakceptowania, niezdolną do życia w społeczeństwie, nie zdolną do miłości, nie zdolną do życia. Moje dni odkąd tylko pamiętam to nieustanna próba walczenia ze sobą i niechęcią do życia. Oczywiście miewam momenty, w których jest dobrze, trwają nawet miesiące. Czy ktoś pamięta, jak w tamtym roku inni mówili mi, że jestem bardziej uśmiechnięta? Dobrze, że te same osoby nie mają okazji teraz mnie zobaczyć. Mój uśmiech jest już tylko przykrywką strachu przed tym, że inni zobaczą jak bardzo sobie nie radzę. Myślę, że każdy żyjący w tak wielu kłamstwach o sobie i świecie, mający tak wiele pytań bez odpowiedzi, tak wiele krętych dróg w sobie, a na końcu tylko gorzkie łzy, nie może już wygrać ludzkimi siłami. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz