Jednego dnia myślałam o tym, jak dzięki zaistniałej sytuacji, jak mimo wszystko, moje samopoczucie się polepsza, nawet wspomniałam koleżance o obawach powrotu do normalności. Następnego dnia zadzwonił telefon z informacją, że muszę wrócić na stare śmieci. Niesamowite, że w jeden dzień minione pięć tygodniu stało się odległym snem. Rzeczywistość uderzyła mnie ostro, na dzień dobry przywitanie “schudłaś?”, “czyli nie tuczą cię w domu?”. Postanowiłam więc przestać tam jeść. Nie istnieć. Wchodzić, robić swoje i wychodzić. Nie licząc moich powracających problemów z zatokami, myślę, że moje zdrowie jest na całkiem dobry poziomie. Nie licząc stresu, myślę, że mam nie najgorszą odporność. Jeśli się zarażę, jak przejdę chorobę? Mnie to jednak nie martwi. Jeśli mam umrzeć to umrę, każdy kiedyś umrze. Nie licząc tego miejsca, które pogłębia moje wszystkie fobie i czyni ze mnie osobę okropną, której nie lubię, najbardziej unieszczęśliwia mnie stan mojej cery. Nie jestem w stanie zliczyć dziur, które mam. Ile miesięcy minie zanim to się wygoi? Najgorsze jest to, że wygląd mojej twarzy po części zależy od tego miejsca. Każde wbicie paznokci to kara. Czasem myślę, że nie dam rady tak dłużej, że musi wydarzyć się coś, co zmieni moją sytuację, albo moje podejście, w innym przypadku zniszczę siebie doszczętnie. Twarz, ciało, nerwy. Nie wiem. Chciałam mieć ładną twarz, która ukryje wszystko, co mnie dręczy, a nie mam nawet tego i… Ostatecznie to bez różnicy? W piwnicy oglądają mnie tylko współpracownicy i kilku przewijających się w ciągu dnia klientów, mogę być najbrzydsza na świecie. I tak trzeba nakładać maseczki. Staram sobie to wszystko logicznie wytłumaczyć. Czym się martwię? Mnie już nigdy nikt nie spotka w tym świecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz