15.04.2020

1085.

Epidemia ratuje mi życie. Dawno nie byłam tak odstresowana. Nie przejmuję się moją cerą, kiedy wygląda jak kupa (a wygląda tak cały czas), bo nie muszę i nie mogę wychodzić z domu. Nie mam kontaktu z ludźmi (poza rodziną którą mam na co dzień i do której jestem przyzwyczajona), więc moja fobia społeczna nie istnieje. Nie licząc sytuacji, gdy musiałam udać się do pracy po wypłatę. Zapomniałam jak rozmawia się z ludźmi (o ile kiedykolwiek wiedziałam jak rozmawia się z ludźmi), nie wiem jaki słów używać, jak się zachowywać, pamiętam tylko, że wirus unosi się w powietrzu więc należy stać jak najdalej. Weszłam tam niemal z fizycznym bólem i chciałam wyjść jak najszybciej. Ciągle prześladuje mnie widmo powrotu do normalności, która u mnie była nienormalna. A przecież trzeba będzie wrócić i będzie jeszcze gorzej, bo ryzyko zarażenia się nie zniknie z dnia na dzień. Możemy męczyć się tak do końca roku, a może i dłużej. Czy jestem uprzedzona? Czemu nie potrafię pozytywnie podejść do miejsca, w którym spędziłam ponad dwa lata? Czemu mam ochotę płakać myśląc o tym, że nie czeka mnie nic innego, bo w kryzysie gospodarczym, który spłynie na nas potężną falą, nie będzie szans na inną pracę, a moje zdrowie psychiczne lepsze również nie będzie. To okropne wiedzieć, że jest coś nie tak, ale nie potrafić nic z tym zrobić. Czuję się oddalona od siebie, od rzeczywistości, pustka, boję się śmierci i ciągle denerwuję się, gdy myślę o tym, o czym powinnam już dawno zapomnieć. Choć nie ukrywam, obecna sytuacja nauczyła mnie tego, że nie spotkamy się już nigdy. Nawet, gdy pozwolą nam się już spotykać, mnie na liście spotkań wyczekiwanych nie będzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz