Minął tydzień od dnia, w którym zadziało się ze mną coś dziwnego, ale jeszcze nie miałam pojęcia, czym to było. Czułam się lepiej, ale nie można było powiedzieć, że wróciłam do formy. Ostatni lekarz, który miał mi pomóc był neurolog. Umówiłam się do przychodni, w której kiedyś byłam na wizycie w związku z szumami usznymi po wybuchu petardy. Wtedy kazano mi pogodzić się z sytuacją. Od siedmiu lat jestem z tym pogodzona. Teraz było zupełnie inaczej. Miałam za sobą trzy wizyty lekarskie i nikt nie potrafił powiedzieć, co mi jest. Ogarnął mnie strach, że będę musiała żyć z popsutym migającym wzrokiem na zawsze. Nie wiedziałam też jak wrócę do pracy, zwłaszcza, że zwolnienie lekarskie miałam wystawione tylko na tydzień, a wizytę u neurologa umówioną na za dwa tygodnie. Nie pamiętam, jak to się stało, ale w moją sytuację były zaangażowane koleżanki z pracy mojej mamy. To one zasugerowały, żebym udała się prywatnie do najlepszego neurologa w tym mieście. Problem polegał jednak na tym, że nie sposób było się tam dodzwonić. Nastała sobota i w akcie desperacji udałyśmy się razem z mamą pod dom pani neurolog. Prywatny gabinet miała w swoim domu. Jako że nie byłyśmy umówione, musiałyśmy czekać na koniec kolejki, by potem poprosić o przyjęcie. Pandemia trwała, więc czekaliśmy w ogrodzie na dworze pod altaną. Jak pozostali pacjenci. Nie pamiętam, ile dokładnie minęło czasu, ale spędziłyśmy tam minimum dwie godziny. Kiedy nastała moja kolej, a właściwie moja nie kolej, a moment desperackiej prośby, byłam bardzo zdenerwowana. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że w środku pandemii znajdę się w takiej sytuacji. O dziwo, pani doktor mnie przyjęła. Po siedmiu dniach jedyne o czym potrafiłam mówić to zawroty i przeklęte miganie obrazu. Nie miałam kompletnie w pamięci całego momentu udaru. Zostałam zbadana typowo neurologicznie. Ubrałam się i usiadłam na krześle przed biurkiem. Pani doktor spojrzała na mnie i oznajmiła, że daje mi skierowanie do szpitala, bo nie jest w stanie stwierdzić, co mi dokładnie jest i trzeba zrobić dalsze badania. Poczułam się tak, jakby ktoś walnął mnie od tyłu z zaskoczenia. Zostałam poinstruowana, co mam po kolei zrobić. No bo żeby znaleźć się w szpitalu, trzeba było zrobić test na covid. Pani doktor zadzwoniła przy mnie do swojego syna, który akurat pełnił tego dnia dyżur na neurologii, a który był jednocześnie moim lekarzem rodzinnym. Tak, tym samym, który pięć dni wcześniej, w poniedziałek, badał mnie w ośrodku zdrowia. Wyszłam z gabinetu załamana. Co więcej, od razu zapomniałam, co mam zrobić. Nie wiedziałam, gdzie i kiedy mam wykonać ten wymaz. Mój mózg i tak szwankował po udarze, a we stresie całkiem zgłupiał. Musiałam się wrócić i dopytać, co właściwie mam zrobić. Zaczął padać deszcz, a mi zbierało się na płacz. Pani doktor spytała się, czy chcę położyć się w szpitalu dzisiaj, ale od razu zaprotestowałam. Powiedziała, żebym po prostu przyjechała w poniedziałek rano, koło siódmej na izbę przyjęć, wtedy zrobią mi test, a ona przyjmie mnie na oddział. Oczywiście test powinnam mieć zrobiony wcześniej - panie pielęgniarki nie były zadowolone w poniedziałek - ale jestem ogromnie wdzięczna, że nie musiałam iść w sobotę pod szpital. Dostałam połowę soboty i niedzielę na spakowanie się i oswojenie z myślą pobytu na oddziale neurologii. Nie było to jednak łatwe. Po stresującym tygodniu rozpostarł się przede mną stresujący czas w szpitalu. Po wizycie u neurologa wstąpiłam jeszcze do sklepu, aby powiadomić szefową, że nie pojawię się w poniedziałek w pracy. Niedziela minęła mi na pakowaniu. Nie poszłam na mszę. To był już drugi tydzień bez Komunii Świętej. Ostatni raz taka sytuacja zdarzyła się w podstawówce podczas mroźnej zimy, gdy zachorowałam. Teraz też byłam chora, choć nadal nie miałam postawionej diagnozy. Dziwnie było mi z tym wszystkim. Pakowanie szło mi bardzo opornie. Nie wiedziałam, czego mogę potrzebować i czego się spodziewać. Siedziałam w pokoju i nie wierzyłam, że to jest teraz moje "nowe" życie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz