Dwudziesty ósmy dzień września - najbardziej stresujący dzień w moim życiu. Choć mogłabym napisać to samo o dwudziestym dziewiątym dniu września i jeszcze siódmym października, a może już wszystko po tym dniu stało się stresujące. Był chłodny wrześniowy poniedziałek, ale dzień zapowiadał się słonecznie. Wstałam skoro świt, aby po siódmej czekać pod szpitalem na przyjęcie. Miałam to szczęście, o którym chyba wcześniej wspominałam, że mama moich przyjaciółek pracuje na izbie przyjęć. Tego dnia miała akurat dyżur, więc to ona przyjmowała mnie na oddział. Inaczej byłoby ciężko, a tak, miałam z głowy o ten jeden problem i byłam odrobinę spokojniejsza. Kiedy moja pani doktor przyjechała do szpitala po półtoragodzinnym przeze mnie oczekiwaniu, dostałam telefon, że mogę wejść do szpitala. Brat, który mnie przywiózł - to też było szczęście, że miał wolne - pomógł mi wnieść torbę i zniknęłam przechodząc przez namiot, a potem znajdując się na izbie przyjęć. Usiadłam grzecznie, a pani (mama koleżanek) pielęgniarka wypełniła moją kartę przyjęć. Potem kazała mi się przebrać w szpitalne ubranie - czyli wygodny dres. Zmieniłam ubranie w dziwnym miejscu, ni to łazience ni to sali szpitalnej - wyłożonym kafelkami od góry do dołu. Moja zmora i zmora szpitalnych pomieszczeń - brakowało tam zamków. Udało się bez nieproszonych gości. Gotowa po odprawie zostałam zaprowadzona przez pana pielęgniarza na oddział neurologii. Jechaliśmy windą. Poza mną na sali leżały jeszcze dwie panie. Mogłam wybrać jedno z dwóch wolnych łóżek, więc rozgościłam się na tym pod samym oknem. Nie miałam jeszcze testu na covid, więc musiałam siedzieć w maseczce i przeze mnie pozostali współtowarzysze szpitalnego życia również. Było mi głupio, zwłaszcza, że panie pielęgniarki, które musiały zrobić mi test były niezadowolone. Środek epidemii, a ja jestem przyjęta w innej kolejności. Wynik testu był negatywny. Swoją drogą to głupie, że o byciu zdrowym nie informowali, ale gdyby coś wyszło nie tak, zaraz byłby alarm na całe województwo/kraj. W moim pokoju były cztery łóżka. Leżałam w szpitalu 10 dni i przez ten pokój przewinęło się bardzo dużo osób. Dwie starsze panie, które dostały wypisy na początku tygodnia, po udarach. Po nich pojawiła się kolejna starsza pani, której córka pracowała w tym szpitalu. Miała jakieś bóle, właściwie to nie wie, na co leżała, ale mówiła bardzo dużo. W naszym pokoju pojawiła się kolejna starsza pani, tym razem pani doktor będąca okulistką. Również po udarze, chyba. Właściwie to nie wiem, ale próbowała ocenić mój zepsuty wzrok, którego nie dało się zbadać zwykłym patrzeniem na ruch gałek ocznych. W tej samej sali leżała też starsza ode mnie o kilka lat kobieta, która jak się okazało, jest rodziną sympatycznej pani mającej w mej miejscowości mały sklepik z odzieżą. Była tu też młodsza o co najmniej 7 lat dziewczyna, studentka, która miała zawroty głowy - jak się okazało od torbieli w zatokach. Zanim poprawnie ją zdiagnozowali, mieli wypisać, ale chyba ten mój udar tak podziałał na lekarzy, że namówili ją, aby poczekała przez weekend na poniedziałkowy rezonans. Dwa ostatnie dni leżałam na sali z dwoma kobietami. Jedną panią przeniesioną z innej sali oraz drugą, którą przywieziono późno w nocy. Pierwsza pani okropnie narzekała na wszystko. Jej problemem był ból nogi, na którzy lekarze nic nie poradzili. Wiadomo, potrzebna rehabilitacja, fizjoterapeuta, regularne ćwiczenia, a nie leżenie w szpitalu i cud w tydzień. Jej nie podobało się nic, lekarze, sale, jedzenie. Zero wdzięczności, że w ogóle ktoś przyjął ją do szpitala w czasie pandemii. Przykre. Druga pani cierpiała na rwę kulszową. Trafiła na oddział tylko dlatego, że wykłóciła się o to jej córka, bo oczywiście w czasie pandemii lepiej, żeby pani umierała z bólu w domu niż przypadkiem kogoś zaraziła koronawirusem, leżąc bez wcześniejszego wykonania testu. Pani cały czas jęczała z bólu, nie mogła spać, jeść, ruszać się, wszystko ją bolało. Do tego była niska, więc miała trudność z wchodzeniem i schodzeniem z łóżka. Narzekała, a raczej płakała, że jest w szpitalu, a leki przeciwbólowe nie działają wystarczająco. Tu ją rozumiem, nie chciałabym umierać z bólu. Choć rozumiem też lekarzy, nie mogli od razu podać jej najmocniejszego leku w ofercie i uzależnić organizmu. Myślę, że to były wszystkie osoby, z mojego pokoju numer dwa. Natomiast gdybym chciała wymienić wszystkich lekarzy, pielęgniarki i panie i panów salowych, z tego wpisu zrobiłby się długi nudny monolog. Napiszę tylko, że ostatecznie wszyscy byli mili i pomocni. I równie zaskoczeni faktem, że miałam udar.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz