2.12.2013

798. Po cóż więc wyważać komuś drzwi, które on sam sobie zamknął na klucz.

Listopad minął szybko, pełen przemyśleń, które nie zostały zanotowane; brak czasu i chęci; mamy już grudzień. Zanim powitam nowy miesiąc, chciałabym wspomnieć, że nie opisałam zeszłorocznych Andrzejek, przynajmniej nie w dzień po ich świętowaniu. Wtedy również spadł pierwszy śnieg. Nie miałam ciepłych ubrań, a moje serce, chyba teraz mogę się przyznać, idealnie wpasowało się w pogodę, choć uściślając, nie serce, lecz pogoda dopasowała się do serca. Może to brzmi naiwnie i głupio, ale tamten śnieg zaczął podać jakby na znak łączności ze mną. Wiatr przywiał białe, zimne płatki, gdy poczułam chłód osiadający na duszy. Myślałam, że dalej już nie zajdę, że stroję nad przepaścią i albo zawrócę, albo wpadnę wprost w czeluść. (Jak widać, zawróciłam.) Nigdy nie opisałam tamtej nocy wprost, choć do tej pory wyraźnie pamiętam każdą chwilę, wszystkie gesty, słowa, spojrzenia, pokój, jedzenie na stole, emitowany program w telewizji. Przez cały rok andrzejkowy temat przewijał się w notkach, lecz nie jako konkretnie wspomnienie przełomu dwóch miesięcy – listopada i grudnia – ale jako myśl wpleciona w odrębne wątki; subtelna, niedostrzegalna dla wtajemniczony. Podejrzewam, że musiałabym przeanalizować wszystkie notki od zeszłorocznego do tegorocznego listopada, gdybym chciała odnaleźć ślady tamtej niefortunnej nocy. Jedno jest pewne, skutki jednej doby długo trawiły moją duszę, choć oszukiwałam się, że tak nie jest. Nie podzieliłam się z nikim moimi przemyśleniami. Nikt już się nie dowie, nad czym wtedy płakałam, ale to nie ma znaczenia. Myślałam, że w tym roku nakreślę „notkę na pamiątkę”, ale czas uciekł, zajęłam się czymś zupełnie innym. Nie warto oglądać się za siebie, zwłaszcza, że jestem wolna. Słyszycie, uwolniłam się. Przebaczyłam innym i sobie.

Nastał nowy miesiąc. Nocą z listopada na grudzień zajęłam się montażem filmiku, który swoją drogą niedługo udostępnię; nie wiem czy tutaj, ale na pewno znajomym. (Czeka wgrany na moim koncie na youtube.) Moje pierwsze „dziecko”. Cieszyłam się jak głupia przez trzy dni, bo trzy dni powstawał, aż dzisiaj jego ostateczna wersja zaistniała. Jeśli chodzi o realizację filmiku, związana jest z nim oddzielna historia, z tegorocznego października, której także nie opisałam na blogu. Kolejny cios w serce. (Ostatnimi czasy rezygnuję z wielu wpisów. Nie będę przytaczać powodów, bo jest ich zbyt dużo, a ich zawiłość może przytłoczyć odbiorców. Do tego nie mam czasu na referaty. Wolę spać lub pisać wiadomości do tych, którzy chcą je otrzymywać.)

Podsumowując, obecnie staram się skupić na pisaniu pracy magisterskiej, chyba nawet za bardzo, bo nie powstało jeszcze ani jedno zdanie. Nie potrafię przejmować się tą sytuacją. Jakoś to będzie. Ogólnie żyję na intensywnych obrotach, dużo zadań przede mną. Natomiast po cichu czekam z nadzieję, aż będę mogła zobaczyć tych kilka drogich twarzy (niektóre po raz pierwszy) lub wymienić kilka zdań po długim czasie „nie widzenia się”. Jestem w stanie czekać długie lata bez niepokoju, teraz już tak. Może dlatego, że tak naprawdę już nie czekam? Może dlatego, że staram się żyć najlepiej jak umiem, a gdy coś się wydarzy, po prostu będę wdzięczna?

Na koniec cytat z książki, żeby ubogacił wpis, który nie należy do najciekawszych. Znalazłam dzisiaj „Stan płynny” Grzegorza Musiała w formacie PDF, co bardzo mną wstrząsnęło (oczywiście wstrząs był jak najbardziej pozytywny), gdyż nie podejrzewałam, że jakakolwiek książka tego autora może istnieć w nie papierowej formie. Cytat:
"Zdarza się, że jest mi kogoś żal, zwyczajnie, po ludzku, bo ujrzałem nagle ogrom beznadziejnej pustki, w jakiej miota się jego nie do cna jeszcze sparszywiała dusza, okłamująca się, że jest dobrze, że jest właśnie tak, jak być powinno, lecz miewająca przecież od czasu do czasu momenty prawdy przed sobą. I gdy siedzi wtedy taki zdeptany, poszarzały nad szklaneczką wódy z limonem, podsuwam mu rozwiązanie. Krótkie, konkretne, proste, zdawałoby się, bo wymagające tylko jednej jedynej decyzji. Wyjazd, rozwód, zmiana środowiska, zmiana alkoholu. O nieszczęsny samarytaninie, niosący pomoc tym, którzy te go od ciebie nie chcą!
Dzisiaj przyzna ci rację, zapłacze, padnie w ramiona, jutro nie odkłoni się na ulicy w słusznej pretensji, żeś bez biletu wdarł się do cichej, ciepłej kapliczki, w której przechowuje skarby swoich smuteczków i załamanek. Są mu potrzebne jak powietrze.
Masochizm?
Tak, tak, bez wątpienia wielu moich przyjaciół to masochiści. Kochają być załamywani i niszczeni. Kochają dramaty, dylematy i antygony, które ich życiu dodają trochę pieprzu.
Po cóż więc wyważać komuś drzwi, które on sam sobie zamknął na klucz."

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz